Dodaj do ulubionych

co sie dzieje????

21.05.04, 08:20
zauwazylam ze od jakiegos roku pije dzien w dzien przynajmniej piwo( nie bylo
dnia przewrwy)czasami nawet przez caly dzien od rana wypije 10 ,nie wiem co
sie dzieje chyba sie uzalezniam , ja nie chce ja mam 20 lat dopiero i
chłopaka ktory mnie kocha jeszcze , depresje i bulimie a do tego jeszcze
alkoholizm???Włąsnie tak sobie dziewczyna niszczy zycie
Obserwuj wątek
    • walsromczajka Re: co sie dzieje???? 22.05.04, 00:28
      Pijany świat
      Magdalena Nawrocka


      Od ilu to już lat? - będzie dziewięć - jak siedzę przed komputerem, sącząc rdzo-
      żerną coca-colę, która zastąpiła szklaneczki już od bardzo wczesnego wieczora
      aż do kompletnego zamroczenia - szklaneczki niezmordowanie napełniane czerwonym
      winkiem, lubiłam też różowe, nie powiem, a jako że mieszkam we Francji napitku
      tego duży wybór i nie przesadzony dostatek.

      Czytelnicy moich listów, znają moją historię i wiedzą jak przez dziesięć
      długich lat borykałam się z depresją. Z depresją i... z alkoholem. W tym
      cholerstwie nie wiesz, co pierwsze, gdzie początek, gdzie koniec. Pijesz, bo
      jesteś w depresji? A może jesteś w depresji, bo pijesz?

      Ja tankowałam zdrowo. Najpierw w towarzystwie, tu wszyscy chleją - normalka.
      Później moje towarzyskie picie coraz gorzej przechodziło, bo zamiast stawać się
      po poprawnym literku zabawowa jak wszyscy, mnie brało na smutki i czarną
      desperację, sama zaczęłam rozumieć, że psuję innym radochę. Zaczęłam więc pić w
      samotności, a krótko potem nie tylko już w samotności, ale i w ukryciu. Baba po
      trzydziestce, niby kochająca matka dwójki najwspanialszych dzieci, a moczymorda
      straszliwa, przyczajona. Ładny obrazek, nieprawdaż?

      Tak to dzisiaj wspominam:

      A ja się leczyłam, realizowałam dziesiątki recept, przyjmowałam serie
      zastrzyków, robiłam najróżniejsze badania, analizy. Z jakim skutkiem? Od jednej
      depresji do drugiej i kolejny model leczenia i następne rendez-vous. A zawsze
      też było pod ręką lekarstwo na własny rachunek, na domowy użytek. Wyrób
      stanowczo już nie farmaceutyczny. Mowa oczywiście o winku, moim wiernym
      kompanie i wspólniku. Wino podrzędne, byle jakie, za to w ilościach
      przerażająco obfitych. Porcyjka wina, które uspokaja, rozluźnia, dodaje odwagi,
      otuchy, niekiedy ułatwi płacz. Pewnie to znasz. Wspomaga towarzysko, skraca
      beznadziejnie puste wieczory, pozwala zasnąć i głęboko spać. Jest oczywiście i
      druga strona medalu, a tej pewnie nie znasz, bo skąd?
      Alkohol, który prowokuje agresję, zaostrza pretensje i żale, powoduje
      rozdrażnienie, niepokój. Nie znasz tego, to słuchaj dalej jak problemy i
      kompleksy wyolbrzymia, pogłębia jeszcze rozpacz, poczucie samotności,
      zagubienia i co jest chyba najgorsze, staje się źródłem wstydu, poczucia winy,
      jak również zamroczonej, lecz dokuczliwej świadomości daleko posuniętej
      autodestrukcji. Już od tego samego można się zapić na śmierć.

      Tak trwało lata, szybko i ostro posuwałam się w procesie. Wszyscy leczący mnie
      specjaliści orzekali zgodnie - alkoholiczka! Proponowali, a raczej szantażowali
      wszyciem esperalu czy jakiegoś innego tam straszaka, stanowczo odmawiałam, nie
      przyjmując do wiadomości ich diagnozy. Wreszcie uwierzyłam. Gdy zaczęły się
      objawy tak typowe jak konieczność porannego klina, bez którego nie było nawet
      mowy, by normalnie myśleć i żyć, gdy budziłam się półprzytomna, roztrzęsiona i
      moim pierwszym rozrusznikiem stawała się wypijana gdzieś w zamkniętym kibelku
      butelka piwa, powiedziałam sobie koniec ze mną - depresja depresją, a ewidentny
      alkoholizm swoją drogą. Naga, brutalna prawda.

      Wielka Opatrzność czuwała nade mną. Ta Opatrzność, która dała mi dwójkę tak
      bardzo kochanych i kochających mnie dzieci. Tym razem była to pięcioletnia
      Dorotka, która znalazła mnie pijaną, myślę, że w stanie komatycznym. Nie tylko,
      że przeciwstawiła się uzasadnionej agresji swojego własnego ojca, który
      wściekły na żonę - pijaczkę chciał roznieść ją na strzępy, na pewno przerażona
      tak brutalną, trudną do wyobrażenia sytuacją, zajęła się mną z całą
      opiekuńczością i miłością, na jaką było ją stać. A stać ją było na bardzo dużo,
      bo ta jej reakcja zaważyła o wszystkim - o całym naszym dalszym, czyli
      dotychczasowym życiu. Pamiętam, że mnie poiła, karmiła, jako że pijąc nigdy nic
      nie jadłam, czytała mi swoje najukochańsze historyjki, otulała swoją
      zaczarowaną kołderką, snuła wspólne plany naszego zdrowego życia, mówiła o
      swojej dla mnie miłości... Jeszcze dzisiaj czuję gulę wzruszenia, gdy o tym
      pomyślę.

      I to był ostatni raz, gdy tknęłam alkohol. Właśnie wtedy, gdy tuliłam do siebie
      przerażone i kochane dziecko, powiedziałam sobie raz na zawsze - koniec, basta!
      Na drugi dzień wstałam, jakbym nigdy w życiu nie piła, nie miewała obrzydliwych
      objawów wrednego kaca. Żadnych lekarzy, odwyków, środków uspokajających,
      kroplówek i tego całego medycznego cyrku - nic! Żadnych też symptomów braku
      alkoholu we krwi, a zaprawiałam przecież codziennie i to sporo, i to od wielu
      lat. Żadnych skojarzeń, przymusu czy ciągot do choćby kropli - nic! Cud boski -
      enigma.

      Zaczęłam nowe życie bez alkoholu, pozostając we własnej świadomości - byłą
      alkoholiczką. Pamiętam, że najbardziej się bałam, żeby przez nieuwagę w
      towarzyskim zamieszaniu nie chwycić za czyjąś szklankę wypełnioną alkoholem
      albo że jakiś pijany dowcipniś przemyci mi alkohol do mojej coli czy lodów, co
      zresztą faktycznie miało miejsce i gdyby nie mój trzeźwy obserwacyjny zmysł,
      mogłam wpaść w takie dowcipniaste, pijackie sidła. To prawda, że ci pijący nie
      lubią za bardzo tych, co się wyłamali. A ja, jako ta alkoholiczka, bałam się
      nawet kropli, która może ruszyć ten diabelski młyn od nowa.

      Życia w towarzystwie, w towarzystwie według mnie pijącym coraz więcej i
      zdecydowanie ponad miarę, musiałam się nauczyć jakby od początku. Ale to też
      przyszło mi dość gładko i teraz często się zdarza, że na różnych naszych
      spotkaniach znów jestem tak zwaną duszą towarzystwa, intonując i wkładając całą
      duszę w nasze młodzieńcze, co tu dużo mówić, pijackie śpiewki - ja, jedyna
      pośród całego grona mocno zawianych, która nie tknęła nawet kropli.

      Wszędzie i zewsząd otoczona jestem alkoholem. Dużo przyjmujemy, nie mam
      najmniejszego problemu serwując wino do obiadu, napełniając puste kieliszki,
      nawet na jotę mnie to nie rusza. Rusza mnie natomiast sytuacja, gdy widzę, że
      ktoś pije nie dla przyjemności picia, dla weselszego spędzenia czasu w
      towarzystwie, lecz pije, bo go coś boli, bo chce zapomnieć, bo zapija problem.
      O tak, wtedy wracają moje koszmarne wspomnienia mojego koszmarnego picia i
      czuję się bardzo, ale to bardzo źle. I takiego picia innych - picia na umór -
      unikam.

      Na zakończenie pozdrawiam Was wszystkich JUŻ niepijących w najserdeczniejszych
      słowach, jakie potrafię znaleźć, życząc Wam jak najszybszego podjęcia
      wyzwalającej, betonowej decyzji. Wybaczcie, proszę, moja bezpośredniość i
      szczerość. Nawet nie wiem co, zdopingowało mnie do powyższego świadectwa, a
      prawdę mówiąc, zrobiłam to publicznie i tak otwarcie po raz pierwszy. I wcale
      nie żałuję. Dumna jestem z siebie, że położyłam temu alkoholowemu piekłu kres,
      ale najważniejsze, że dumne są ze mnie i wreszcie szczęśliwe moje dzieci.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka