simha30
04.08.08, 22:20
Tytuł wątku, zainspirowany postami, które w dzisiaj przeczytałam:)
Zasadniczo, wiem, że jestem silna, że umiem sobie, poradzić, że
umiem powiedzieć sobie dość. Przeżyłam w życiu wiele, dusiłam w
sobie, na zewnątrz nikt nigdy nic nie poznał, to do mnie
przychodzili wylewć smutki i smuteczki. Słyszałam, że zazdroszczą mi
optymizmu i radości. W rzeczywistości. Sama nie wiem. Kilka lat temu
wkroczyłam w problemy z alkoholem. Potrafiłam powiedzieć sobie dość.
Pić wyłącznie na imprezach, nigdy w samotności, potrafiłam wyjść.
Tym razem coś pękło, nie chciało mi się dłużej udawać, że jestem
szczęśliwa, że wszystko się ułoży. Historia na tyle prozaiczna i
sztampowa, że aż śmieszna i wstyd się przyznać, bo ludzie mają
gorsze problemy. Kilka miesięcy temu zostawił mnie ktoś kogo kocham.
Jego i jego córeczkę. Tak zupełnie niespodziewanie. Było wiele słów,
wiele gestów, ale cóż nie kocha. Straciłam dwie bliskie osoby.
Śmiesznie? Może, ale kochałam kogoś dwa razy w życiu, rzadko zdarza
mi się angażować z kimś w związek, bo nie chodzę na kompromisy, mogę
być z mężczyzną wyłącznie w sytuacji, w której wiem, że z mojej
strony to coś poważnego. Zaczęłam pić i pije nadal, zaczęłam jeździć
samochodem na drugim gazie. Budziłam się na kacu, sięgałam po
butelkę wina. Piłam (od 2,5tyg już nie) w pracy. Po powrocie,
zamiast na aerobik, jak miałam w zwyczaju, zamiast do głowackiego i
ciegielskiego na kartach stron, wracałam do butelki wina. Niby
obiecywałam sobie (obiecuję? już sama nie wiem), że to oststani raz.
A kolejne butelki kupuję, bo znajomi mogą wpaść i trzeba mieć coś
na podorędziu. Siedziałam na parapecie w oknie patrząc z nostalgią w
dal, słuchając nicka cave, pj harvey, massive attack. Próbuję nie
pić. Piję mniej, nie upijam się, nie ma kaca. A jednak, po pracy
sięgam po piwo. Myślę o tym od rana. Wyjeżdżam ze znajomymi, z
rodziną, jestem rozdrażniona jak nie mogę się napić. Praca w
korporacji również mi nie służy. Z moją wrażliwością nie jestem
stworzona do kariery i dochodzeniu po trupach na szczyty. Jestem
zagubiona. Nie chcę tak żyć. Napisałam powyższe pod wpływem
wypowiedzi i wyznań forumowych, bo widzę, że nie jestem sama. Bo
widzę, że wychodzę z tego metodą małych kroków. Już nie leżę
bezładnie na łóżku z butelką wina pod ręką. Podnoszę się i nie
upadam, bo wiem, że umiem. Jednak oststecznie nie umiem przeciąć tej
spirali. Wylewałam już kilka razy wino do zlewu. I szłam do sklepu
po następne. Nie piszę, bo potrzebuję litości, potrząśnięcia za
pysk. Jak będę chciała, sama to zrobię. Chciałam powiedzieć, że
każdemu może to się przytrafić. Trzeba tylko mieć punkt zaczepienia,
żeby nie utonąć. Czy ja go mam?