uma24
25.11.02, 12:25
to jeszcze tylko miesiac do swiat... i znowu zawitam w mojej umi(n)kowej
dolince, gdzie co roku spedzam swieta... jak zwykle zapakuje w plecak
welniane skarpety (babcine oczywiscie), gruby sweter, rekawice, no i cala
gore prezentow :) heh, z tymi grubymi rzeczami nie przesadzam - wszak nie bez
przyczyny nazywamy nasza doline "kraina wiecznych sniegow" ;) - na jego brak
nigdy nie mozemy narzekac, co najwyzej na jego nadmiar, ale swieta bez
sniegu? wsiade w autobus, ktory jak zwykle z trudem wtoczy sie pod gore i
bede wchlaniac w siebie te cudowne widoki - wszystko przykryte puchata
pierzynka... za oknami domow migoczace swiatelka choinkowe, w korytarzach
rozchodzace sie przecudownie smaczne i laskoczace zoladek zapachy. prezenty
pod choinke i czym predzej rozpanosze sie w kuchni jako pomocnico-
przeszkadzajka. szefowa jest oczywiscie babcia, ktora - jak to kazda babcia -
gotuje najlepsze rzeczy na swiecie. gwozdziem programu jest lepienie uszek i
pierogow. oj, nie obywa sie wtedy bez walki na ciasto, ktore fruwa po kuchni
az milo i tak sympatycznie wlepia sie we wlosy tudziez zostawia urocze
szlaczki na dopiero co wypucowanych meblach i szybach okiennych :) ech, farsz
grzybowy i kapusciany, przyznam szczerze, jakos czesciej trafia do buzi, a
nie do kwadratow czy kolek powycinanych z ciasta :) ilez to razy babcia musi
nam przgrzmocic drewniana lycha po lapach :) !
w wielkim garze bulgocze barszcz, tuz obok kapusta z grochem, w misce moczy
sie jaskowa fasola, a na talerzu czekaja filety rybne (jakos nikt u nas nie
garnie sie do wlasnorecznego ukartupienia karpia - dlatego tez nie pluska sie
on w naszej wannie). w piekarniku rumeni sie ciotkowy sernik, a z polki zerka
szarlotka, makowiec i keks - za szrlotke (taka z budyniem wisniowym - tez
ciotkowa - naprawde nikt takiej nie potrafi upiec!) dalabym sie pokroic.
zgadnijcie, kto jej zjada najwiecej? :)
podkradam krolikom pachnoce siano i rozsypuje je na stole. wykrochmalony
bialy obrus, swieczki, orzechy, swierkowe galazki (u lesniczego mamy
przechlapane), pomarancze z gozdzikowymi kropkami, oplatek i cala reszta
potrzebna do zjedzenia kolacji tez laduje na stole. koledy saczace sie z
glosnikow i naszych ust (och, jak slicznie spiewamy ;)). okna wysmarowane
przez mroz tak, zeby nie mozna bylo dostrzec pierwszej gwiazdki... ale, gdyby
nawet mozna bylo, to i tak zasiadamy do stolu przy ktorejs tam gwiazdce z
kolei - nigdy nie mozemy sie wyrobic na czas. dzielimy sie oplatkiem, zjadamy
wszystko, jak przystalo na grzeczne dzieci - kto nie zje, nie dostanie
prezentu, hi hi... nas szczegolnie nie trzeba przymuszac do jedzenia - w
koncu od rana poscimy ;))) za oknem sypie snieg, szeleszcza rozpakowywane
prezenty, skrzypaicy snieg pod butami, spotkanie z przyjaciolmi i wspolna
pasterka, Bog sie rodzi...
ulubionym zdaniem mojej babci podczas skladania zyczen jest, zebysmy
doczekali szczesliwie nastepnych swiat - tego wam tez zycze :) niech dobre
duszki i aniolki maja na was oko :)))
uma - ciekawa, jak to z tymi swietami u was...
p.s.
wiem, wiem - troche sie pospieszylam z tym postem, ale tak mnie ogarnal
sentyment...
uklony