Przepraszam, że nowy nick ale tak wyszło.
Udało nam się w końcu po kilku latach. Ciąża, ciężka ciąża, i dziecko. Już w
czasie ciąży lekarz wyraźnie zasugerował, że powinniśmy dać sobie spokój z
myślą o następnych dzieciach. W sumie gdybym chciała to już ostatni dzwonek.
Bo są jeszcze zarodki. Ale znowu problemy zdrowotne pojawiły się. Przecież nie
urodzę kolejnego dziecka i nie zostawię męża samego z dziećmi. Tylko dlatego,
że ja chciałabym mieć ich więcej. Trzeba być realistą i zapewnić to co
najlepsze temu dziecku które już jest.
I teraz pytanie co z zarodkami. Tak, wiem. Są trzy opcje. Opłacać
przechowywanie w nieskończoność. Zabieramy je do domu. Tylko co dalej? Na
kominku je postawić?! I adopcja. Ale mąż zdecydowanie na nie. Próbowałam go
przekonać. Ale po prawdzie nie mam już siły.
Kiedyś do tematu podchodziłam lekko. Zarodek to ni wydra ni pies. Ale teraz
już nie mogę. Może to jakaś cudna dziewczynka o piwnych oczach. Albo mały
sympatyczny smyk z blond grzywą. Matko, śni mi się to po nocach. Pojawiają się
tam dzieci. Może to absurd ale nie mogę. Co mam w takim razie zrobić? Naprawdę
nie zdarzyło mi się w życiu podjąć tak trudnej decyzji. Staram się już nie
myśleć o kolejnej ciąży - bo szkoda łez a chciałabym. Mimo, że ta pierwsza
była tak trudna. Mąż też nie chce bo włosy mu posiwiały przez to co
przeszliśmy. I tak jak pisałam - względy zdrowotne.
W sumie nie oczekuję jakiejś mądrej rady. Może bardziej pocieszenia. Choć
pewnie niektóre z Was bardziej tego potrzebują. Ale naprawdę serce boli
każdego dnia jak myślę o tych zamrożonych zarodkach.
I że jednak jak oddamy do adopcji to ktoś inny będzie te małe smyki utulał do
snu, przytulał, bawił się z nimi. A może okaże się nie za dobrym rodzicem.
Może będzie je bił, krzyczał, nie przewinie gdy będzie miał mokro w pieluszce.
Nie nakarmi jak będzie głodny. Serce mi się kraje