zaplakana86
16.06.16, 21:44
Witam, zdecydowałam się napisać, zrobić pierwszy krok do wychodzenia z psychicznego dołka choć chwilami wydaje mi się że ja już się z niego nie wydostanę. Nie wiem czy dopadła mnie depresja, nie dorosłam do macierzyństwa a może życie po prostu tak wygląda.
Dziecko ma już 15 miesiecy, chciane, planowane, po bezproblemowej ciąży i dobrym fizycznie i psychicznie porodzie. Zaliczyłam ten rzut endorfin po pierwszym kontakcie i nigdy go nie zapomnę. Dziecko zdrowe, ale wymagające. Koszmarnie śpi, wciąż nie chodzi samodzielnie, mówi już trochę słów, ale frustrację wyraża piszczeniem i krzykiem. Nie dała sobie wypracować żadnego stałego rytmu dnia. Jest dociekliwa i koszmarnie uparta.
Ja jestem introwertyczką, która tej cholernej rutyny potrzebuje. Mam wrażenie że straciłam kontrolę nad swoim życiem, nie jestem w stanie absolutnie niczego zaplanować. Mąż widzi mój stan, wypycha mnie czasem samą poza dom, niby idę ale wiem że to ucieczka, że ona cały czas tam jest, że teraz jestem chwilię daleko, ale przecież będę musiałą wrócić. Więc w zasadzie nie ma sensu wychodzić, bo co to zmienia. W zasadzie to już zarzuciłam hobby sprzed ciąży, bo się nie da, a może ja już odpuściłam. Nic mnie nie cieszy, moje życie nie ma sensu. Nie zamierzam się zabić, tylko po prostu stwieradzam fakt. Kocham ją, a równocześnie mam wrażenie że ona mnie od wewnątrz zźera. Mnie w środku nie ma, jest skorupa która kąpie, usypia i karmi.
Czasem tak obiektywnie współczuję mojemu mężowi, bo ożenił się ze spokojną, ale pogodną dziewczyną, która miała własne życie, teraz ma kogoś całkiem innego, kto wiecznie jest smutny, nie ma ochoty na wyjazdy czy zaproszenie kogoś do nas.
Problem jest gdzieś we mnie, bo mąż pozostał sobą, jest czasem zmęczony, bo dzielimy się opieką, ale potrafi się dalej tym życiem cieszyć. moglibyśmy mieć całkiem fajne życie