Właśnie utuliłam do snu mojego małego misia. Skakał, wariował walczył do końca. W końcu jednak zmógł go sen. Dwa razy położył mi na brzuchu swoją główkę,pogłaskałam go, potem znów fikał aż w końcu przytulił się tak ciasno jak tylko możliwe i odpłynął w głęboki sen.Na co dzień tego już nie pamiętam ale teraz tuląc go przypomniałam sobie jak bardzo walczyłam o to żeby go mieć...
Pamiętam był 3-4 maj 2016 byłam wtedy po trzeciej ostatniej już próbie in vitro do weryfikacji miałam jeszcze kilka dni, ale jak zwykle nie wytrzymałam postanowiłam zrobić test sikany, wiedziałam że nie powinno się, że może być za wcześnie, że znów się niepotrzebnie rozczaruję lub znów będę sobie robić nadzieję... mimo to nie wytrzymałam poszłam, kupiłam, zrobiłam i...pokazał jedną kreskę

pomyślałam to jeszcze nie koniec przecież udało się zamrozić 5 zarodków.. 2 były A klasy, zresztą pewnie za wcześnie zrobiłam test powtarzałam sobie. Niestety weryfikacja z krwi nie pozostawiła złudzeń Beta 8

Zadzwoniłam do kliniki z nadzieją, dowiedzieć się o moje zarodki "niestety nie przetrwały" powiedziała Pani z kliniki beznamiętnym głosem.
Wtedy pomyślałąm że to koniec wyczerpałam już wszystkie możliwe ścieżki, dlaczego ja.. pamiętam że długo płakałam nic sie już dla mnie nie liczyło, mama powiedziała m,i że będe się z tym jakoś musiała pogodzić, mąż był już tym wszystkim zmęczony i jakby też pogodzony z losem. Ja ciągle nie mogłam. JUż myślałąm o kolejnym in vitro chociaż to było ostatnie z dofianansowaniem, mieliśmy i tak już spore długi i wiedziałam że pełnopłatne wogóle nie wchodzi w grę, ale i tak nie przestawałąm o tym myśleć. Miałąm 35 lat, niskie AMH-poniżej 1, niedrożne jajowody więc faktycznie wydawało się że nie ma już szans. Wróciłam więc znów do wertowania forów i publikacji medycznych czy udało się komuś zajść w ciążę po udrożnieniu jajowodów. Statystyki były bezlitosne 3% szans na normalną ciążę, wypowiadały się dziewczyny o koszmarze ciąż pozamacicznych. Wiedziałąm, że szanse są marne... czytając te wątki natrafiłąm jednak na ciekawe informacje o lekarzu, który stosował najnowocześciejsze techniki laparoskopowe i był mistrzem w swoim fachu, zamjował się głównie zabiegami związanymi z endometriozą,ale postanowiłam się do niego wybrać. Jeśli mam mieć 3% szans to niech chociaż zrobi to ktoś naprawdę dobrze.Lekarz podjął się wyzwania i wkrótce wylądowałam na stole. Bałam się bardzo bo był to mój pierwszy zabieg pod narkozą, a jeszcze bardziej bałam sie chyba tego werdyktu że "przykro nam nic się nie dało zrobić".
Pamiętam jak przywieźli mnie po zabiegu i wybudzili, było mi bardzo zimno, cała się trzęsłam, był ze mną mąż i mama,narkoza jeszcze mnie dobrze nie puściła byłam jakby lekko pijana i oszołomiona kiedy mąż odczytał kartę zabiegu "w zabiegu laparoskopowym stwierdzono obustronną niedrożność jajowodów, jajowód lewy zrośnięty z jelitem grubym prawy z jelitem esiczym. OBA JAJOWODY UDROŻNIONO"Nie mogłam uwierzyć własnym uszom, byłam taka szczęśliwa. Lekarz powiedział żęby odczekać około miesiąc od operacji i mogę próbować naturalnie. Rozpoczęliśmy więc próby , które niestety okozywały się bezowocne, znów płacz w poduszkę przy każdym okresie i znów ta utrata nadziei. Udało mi się pożyczyć pieniądze na 4 in vitro. Byliśmy w nowej klinice bo tamta pozostawiłą tylko gorzki żal. Wydaliśmy kupę kasy na badania. W październiku mieliśmy startować z kolejnym podejściem. W sierpniu idąc Wrocławskim rynkiem poczułam się dziwnie... zaczęłam się zastanawiąć kiedy powinnam dostać okres i jak policzyłam okazała się że dwa dni temu. Ale nauczona już życiem żeby nie robić sobie żadnych nadziei zignorowałam to myśląc że to może jakieś chwilowe zawirowania hormonalne. PO kolejnych 5 dniach nie wierząc że mogło się udać ale z minimalna nutką nadzieji zrobiłam test. Pokazał 2 grube krechy.
Można by pomyśleć że to koniec historii i dalej wszystko było super.
Niestety życie zmusza nas do ciągłej walki.
Szczęśliwa udałam się do świetnej klinik,i żeby być pod świetną opieką. Beta przyrastała ładnie, był 5 tydzień, a na USG nie było widać zarodka. To może być ciąża pozamaciczna orzekł lekarz. Więc jednak jestem tym statystycznym przypadkiem, który po udrożnieniu jajowodów swoją przygodę kończy ciążą pozamaciczną-pomyślałam. Życie dawało i kolejnego kopa,już dłużej tak nie mogłam miałąm ochotę nieistnieć. 6 tydzień nadal brak zarodka. Konsultacja kolejnego specjalisty i ten sam werdykt prawdopodobnie ciąża pozamaciczna lub puste jajo płodowe. W 8 tygodniu dostałam skierowanie do szpitala na usunięcie pustego jaja płodowego.Była kolejka czekałam z mężem i byłam naprawdę wrakiem samej siebie. WEszłam do szpitalnej izby przyjęć. Na usunięcie pustego jaja skierowało mnie dwóch wybitnych doktorów z kliniki,tu decyzję miałą podąć lekarka na stażu klinicznym. BYła konkretna. Proszę się przygotować do badania chcę zrobić jeszcze usg. Nawet nie patrzyłam w ten znienawidzony monitor, na którym nigdy w życiu nie dane było mi zobaczyć bijącego serduszka. Z letargu obudziły mnie dopiero jej słowa: JEST ZARODEK. Nie wierzyłam. ALE NIE MA BIJĄCEGO SERCA ?ZAPYTAŁAM. Ta młoda stażystka spojkojnym głosem widząc moje łzy powiedziała JEST BIJĄCE SERCE O TU PROSZĘ ZOBACZYĆ.
Nie zapomnę tej chwili do końca życia, tej izby przyjęć, tej kobiety. Wyszłam na trzęsących się nogach podeszłam do męża i wybuchłam głośny płaczem. On myślał że jest już tak źle, żę wszystko chcą mi usunąć hehe

A ja mu powiedziałam, żę JEST SERCE.
Jak urodził się mój syn obiecałam sobie, że kiedyś opowiem tą historię dziewczynom walczącym o szczęście tak jak ja, żeby nie opadały z sił, a jak opadną podnosiły się i walczyły do końca o swoje szczęście. BO wszystko jest możliwe.