mallutka
09.02.06, 16:31
Bylam kilka dni temu na pogrzebie mojego wujka (nagla, niespodziewana smierc).
Szlismy dlugo w padajacym sniegu na cmentarz - za trumna szla najblizsza
Rodzina Zmarlego: Zona, podtrzymywana przez Corke i Syna z dwoch stron, do
nich przytuleni ich malzonkowie oraz czworka ich dzieci...
Wszyscy szli w ogromnym bolu, ale obejmowali sie i podtrzymywali wzajemnie.
Lancuch kilku osob zwiazanych ze soba wiezami nablizszej rodziny.. Sa
zdruzgotani, ale maja siebie nawzajem..
I wtedy porazila mnie refleksja... A co bedzie ze mna...?
Obydwoje z mezem jestesmy jedynakami. Kiedys odejda pewnie nasi rodzice
(zycze im jeszcze wielu, wielu lat zycia), a pewnego dnia nadejdzie takze
kres na ktores z nas. I nagle dotarlo do mnie, ze wtedy jedno z nas
prawdopodobnie bedzie szlo za trumna zupelnie same... bez ramienia wlasnego
dziecka, wnuka...
Wiem, ze to bardzo ponury watek, ale - takze troszke w kontekscie watku o
Bogu - zastanawiam sie (jak pewnie wiekszosc z Was), DLACZEGO nieplodnosc
dotknela wlasnie nas? Dlaczego nie moge dac zycia i stworzyc pelnej rodziny,
mimo ze tak bardzo tego chce...?
Bardzo zle mi dzis, stad taki temat... przepraszam...