Dodaj do ulubionych

wierzyć w cuda?

01.10.07, 09:44
Może ktoś się wypowie, co sądzi na temat tego poniżej opisanego
cudu? Dokonał go - wg poniższej relacji - o. Stanisław Papczyński,
założyciel rezydujących w Licheniu zakonu marianów. Opisany niżej
cud był koronnym dowodem, dzięki któremu dokonano beatyfikacji o.
Papczyńskiego.

"Wszystko wydarzyło się na przełomie marca i kwietnia 2001 roku.
Młoda kobieta znalazła się w stanie błogosławionym. Już pierwsze
tygodnie ciąży ujawniły niebezpieczeństwo utraty dziecka. Matka
znalazła się w szpitalu. Zastosowano terapię. Stan jej zdrowia się
poprawił. Na podstawie przeprowadzonych badań USG w ostatnim dniu
jej pobytu w szpitalu uchwycono akcję serca płodu oraz określono
jego wielkość. Wydawał się, że rozwój płodu jest prawidłowy. Radość
nie trwała jednak długo. Już następnego dnia pojawiły się symptomy,
że istnieje zagrożenie dla życia dziecka. Kolejne badanie USG
przyniosło smutną diagnozę. Lekarz stwierdził, że dziecko nie żyje,
ponieważ ustała akcja serca płodu a sam płód znacząco się
zmniejszył się. Kolejne badanie wykonane następnego dnia
potwierdziło poprzednią diagnozę. Lekarz spodziewał się, że wkrótce
nastąpi samoistne poronienie. Za kilka dni pacjentka miała zgłosić
się na kontrolę. Po 3 dniach udała się do tego samego lekarza. Ten
wykonał kolejne badanie USG, aby sprawdzić, czy dokonało się
samoistne poronienie; gdyby do niego nie doszło, miał przystąpić do
zabiegu usunięcia martwej ciąży. Ku swemu i matki zaskoczeniu
stwierdził akcję serca płodu. Zważywszy na wcześniejszą dwukrotnie
potwierdzoną diagnozę, wydało się to niemożliwe. Lekarz postanowił
powtórzyć badanie na innym aparacie. Wynik niezbicie potwierdził,
że dziecko żyje. W niecałe 7 miesięcy później rodzina cieszyła się
narodzinami dziecka, które przyszło zdrowe na świat 17 października
2001 roku i rozwija się prawidłowo.
Cud za przyczyną Ojca Stanisława wyprosił kuzyn a zarazem ojciec
chrzestny szczęśliwej matki Dowiedziawszy się o ciężkim stanie
ciąży swej córki chrzestnej i jej pobycie w szpitalu, rozpoczął on
nowennę za przyczyną Ojca Stanisława w intencji uratowania dziecka.
Do nowenny włączyli się z czasem inny członkowie rodziny. Kiedy w
trakcie odprawiania nowenny ojciec chrzestny dowiedział się on o
smutnej diagnozie, iż dziecko umarło powiedział: „nie przerywajmy
modlitwy, wierzę że Ojciec Papczyński wyprosi łaskę życia dziecka”.
Jak się potem okazało cud ożywienia płodu miał miejsce pod koniec
tej 9-dniowej modlitwy."

Wyczytałam jeszcze gdzieś indziej, że "Konsulta Lekarska
Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych orzekła, że prawami nauki nie
można wyjaśnić nieoczekiwanego odzyskania ciązy po samoistnym jej
przerwaniu przez poronienie wewnętrzne, że (...) cud dokonał się z
Boskiego zrządzenia.

Kiedy o tym czytam, to pierwsza rzecz, jaka mi się nasuwa to
podejrzenie, że lekarz po prostu się pomylił, albo miał zbyt małą
praktykę w wykonywaniu podobnych zabiegów, albo, że sprzęt był
wadliwy. Czy komuś na tym forum nie zdarzyło się np., że
stwierdzono brak bicia serca płodu w 7-8 tygodniu (bo taki był wiek
opisywanej w cudzie ciąży), ale potem okazało się, że to na
szczęście pomyłka. Czy po tej relacji powinnam udać się do Lichenia
w wiadomej intencji. Powyższy dowód wydaje mi się co prawda trochę
mało przekonujący, ale może nie mam racji, jak sądzicie? Nie piszę
tego złośliwie, na tym forum jest mnóstwo dziewczyn, które niejedno
już przeżyły, czy ta historia wygląda na cud w Waszych oczach?




Obserwuj wątek
    • aga7733 Re: wierzyć w cuda? 04.10.07, 08:56
      Powiem tak: osobiście nie wierzę w cuda, co najwyżej w fatum -
      przeznaczenie - zbieg okoliczności - mówiąc krótko zmierzam ku
      ateizmowi. Moim zdaniem lekarz się po prostu pomylił z jakiegoś
      powodu albo własnego niedopatrzenia albo kiepskiego sprzętu.
      Zbiegiem okoliczności była modlitwa w tej intencji. Daleko szukać
      nie musze: znajoma urodziła bliźniaki choć całe 9 m-cy nikt jej o
      tym nie powiedział, a dbała o tę ciążę bardzo... To był cud w pewnym
      tego słowa znaczeniu bo z samym poczęciem miała problemy, ale był to
      też błąd lekarza popełniony nie wiadomo dlaczego biorąc pod uwagę
      wysokiej klasy sprzęt jakim dysponował i badania jakie wykonywał, na
      szczęście dzieci urodziły się zdrowe...
      Nie mniej jednak jeśli ktoś wierzy - nieważne w co i dlaczego -
      ważne że ta wiara mu pomaga w życiu - to powinien z tej wiary
      czerpać siłę. Jeśli coś w Tobie podpowiada Ci, że modlitwa w
      Licheniu spełni marzenia o ciąży - jedź tam i pomódl się w tej
      intencji. Może właśnie tego Ci potrzeba - wsparcia Boga. Czasami coś
      co wydaje się irracjonalne jest bardziej racjonalne niż się
      wydaje... Opinie innych są mało ważne. Warto spróbować wszystkiego
      dla własnego spokoju, dla własnego szczęścia...
      Pozdrawiam
      • hofina Re: wierzyć w cuda? 04.10.07, 19:31
        Dziękuję, że się odezwałaś, bo straciłam już nadzieję, że
        kogokolwiek ten temat zainteresował.
        Jestem raczej ostrożna w podejściu do różnych "cudów", tym bardziej
        mnie dziwi, że opisany przypadek tak szybko jako cud
        zaklasyfikowano. Też widziałabym tutaj przede wszystkim błąd
        lekarza lub zawodny sprzęt. Zdarza mi się oczywiście modlić, ale
        raczej bez wiary, że to coś pomoże, bo po licznych doniesieniach z
        mediów naprawdę trudno uwierzyć, że ktoś w ogóle nad tym wszystkim
        czuwa, że gdzieś tam "wszystko jest zapisane" itd.
        Fajnie byłoby, gdyby odezwał się ktoś, kto też doznał podobnego
        cudu, jak ten w Licheniu, tzn. doświadczył pomyłki lekarza, która
        się potem szczęśliwie wyjaśniła i to wszysko bez dodatkowych
        modłów, które od razu naprowadzają na myśl o cudzie.
        Jeszcze raz dzięki za odzew.
        • aga7733 Re: wierzyć w cuda? 05.10.07, 10:40
          Temat watku nie jest nieciekawy, myślę jedynie, że w każdym
          człowieku tli się taka myśl, że może jednak jest ten "ktoś" kto
          czuwa, kto wyznacza ścieżki naszego losu i jest też ta obawa, żeby
          tego "kogoś" swoim głośno wyrażonym zdaniem nie urazić, żeby tych
          ścieżek nie poplątał bardziej niż są poplątane. Takie tabu o którym
          trudno mówić. Tak jak pisałam, zmierzam ku ateizmowi, fatalizmowi,
          bliższe memu sercu jest szkiełko i oko bo z tym jest mi łatwiej zyć
          niż z wiarą, że istnieje Bóg, że nagradza i kara... Nie myślę w tych
          kategoriach, ale nie ganię również tych którzy wierzą jeśli jest im
          z tym raźniej. A cuda... każdy z nas jest cudem w jakimś tego słowa
          znaczeniu i tak jak piszecie każda ciąża na tym forum jest cudem...
          Pozdrawiam
    • azzurrina Re: wierzyć w cuda? 04.10.07, 19:49
      Poczytaj proszę ten watek z forum "Trudna ciąża":
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20515&w=69650396&v=2&s=0
      Jak widać lekarze czasem nie widzą odwróconych trzewi czy tego, że dziecko ma
      serce z prawej strony...nawet już po urodzeniu.
      • julia56 Re: wierzyć w cuda? 04.10.07, 20:05
        Hofina, a ja myślę, że w pewnym sensie każda ciąża na tym forum to
        cud. smile
        • hofina Re: wierzyć w cuda? 04.10.07, 20:31
          Dziewczyny, dziękuję za skierowanie mnie na wątek o trudnej ciąży.
          Po tej lekturze, cud z Lichenia wydaje mi się jeszcze bardziej
          wątpliwy. Szkoda, naprawdę chętnie uwierzyłabym, że ktoś gdzieś tam
          ma wobec nas jakieś plany i że one są racjonalne.

          Rzeczywiście większość ciąż na tym forum jest w pewnym sensie
          cudem. Gdyby te wszystkie szczęśliwe zaciążone głośno donosiły o
          swoich cudach, przyczyniłoby się to do beatyfikacji albo nawet
          kanonizacji całej rzeszy innych świątobliwych postaci.
          • jagus25 Re: wierzyć w cuda? 05.10.07, 13:42
            Kochana nie trać wiary smile bo warto wierzyć, w Boga w cuda...było mnóstwo cudów
            na które są dowody.....np. Ojciec Pio,wyleczenie z raka, padaczki itp. to dodaje
            siły wewnętrznej. Nie poddawaj się, na pewno w końcu ten cud się zdarzy. Trzeba
            wierzyć....Warto
            • hofina Re: wierzyć w cuda? 08.10.07, 10:08
              Podrążę jeszcze trochę ten temat. Poniżej historia z bociana
              (wątek "plamienia w ciąży", str. 20) o lekarskiej pomyłce; o tym,
              że czasem w niekompetencji lekarzy można by też dopatrzyć się cudu.
              Autorka nie widzi tutaj jednak boskiej interwencji, tylko zwykłą
              ignorację lekarza.

              "Dziewczyny chciałam się z Wami podzielić tym co mnie spotkało.
              Wczoraj horror, dzisiaj cud. Cały czas jeszcze nie mogę uwierzyć w
              to co się stało. Ale od początku.
              W poniedziałek 26.03 zrobiłam drugi raz betę. Wyszła 186, ładnie
              przyrosła. Czułam się ok. trochę mdłości, lekkie bóle brzucha. We
              wtorek 27 dostałam popołudniu gorączki 38,2st, bolały mnie stawy,
              mięśnie, głowa. Na drugi dzień tem. spadła do 36,7 - 37,5, za to
              doszła biegunka, straszne mdłości, zwracałam wszystko co zjadłam. I
              tak do czwartku. Bałam się strasznie o fasolkę, ale nic się nie
              działo - żadnych plamień, bólu. W piątek czułam się już lepiej,
              nawet zjadłam normalnie obiad. W sobotę już zupełnie ok. Mdłości
              były, ale uznałam, że to ciążowe. Poszliśmy z mężem na spacer. Po
              powrocie wchodzę do łazienki i widzę plamienie, krwią. Niewielkie,
              ale jednak i malutki skrzep (wielkości połowy małego paznokcia).
              Panika, stres. Szybka decyzja - jedziemy do prywatnego szpitala
              Swissmed w Gdańsku. W poczekalni kolejny szok - pan doktor (nie
              podam jego nazwiska na forum, ale na pw proszę bardzo) pomimo, że
              usłyszał o krwawieniu, infekcji itp. wystawił mnie za drzwi,
              dosłownie. Dlaczego? Dlatego, że mój mąż tak samo zdenerwowany jak
              ja wysadził mnie w szpitalu i pojechał do najbliższego bankomatu -
              wizyta płatna 150zł. siedziałam więc przerażona na korytarzu 20
              minut czekając na męża. Przyjechał. Pan dr oczywiście wtedy mnie
              przyjął, ale pierwsze 5 minut skupił się na wypisywaniu rachunku za
              wizytę. W końcu kazał się rozebrać, zbadał, powiedział, że jest
              mała nadżerka. Spytał o termin om, wyliczył 5 tc i zrobił usg. Usg
              nie było dopochwowe co już mnie zdziwiło (w końcu na oddziale
              położniczym, za 150zł można było czegoś oczekiwać). Lekarz oglądał
              przez chwilę monitor i powiedział, że nie ma pęcherzyka ciążowego i
              stwierdza poronienie. Koniec kropka. Nie muszę Wam pisać co wtedy
              poczułam. Powiedział też, że muszę koniecznie zrobić łyżeczkowanie
              oraz oznaczyć poziom bety, żeby wykluczyć ciążę pozamaciczną (?!).
              W Swissmedzie mi badanie zrobią ale wynik będzie w poniedziałek.
              Oczywiście łyżeczkowanie też mi zrobią w każdej chwili tylko muszę
              zapłacić. Zapytałam jeszcze raz lekarza czy nie ma żadnych
              wątpliwości, że poroniłam. Powiedział, że nie ma. To co przeżyliśmy
              przez następne godziny z mężem to strach, rozpacz i ogromny ból.
              Zadzwoniliśmy do szpitala na Zaspie. Lekarz powiedział, że jeśli
              stwierdzono poronienie, to mam jutro (czyli dziś) rano stawić się
              na czczo na zabieg. Całą noc nie spałam, płakałam, a właściwie
              wyłam z bólu po stracie dzieciątka. Rano stawiliśmy się na izbie
              przyjęć. Lekarz, dr Grążawski, zbadał mnie i powiedział, że
              krwawienie jest tak niewielkie, że zastanawia się w ogóle nad
              zabiegiem. Obejrzał usg, położył mnie na odział i zlecił badanie
              poziomu bety. Leżałam na łóżku, mąż trzymał mnie za rękę, oboje
              załamani. Dr Grążawski zabrał mnie na usg, dopochwowe (!). Leżę i
              co słyszę po chwili.... O, pęcherzyk ciążowy 4,5mm czyli jakiś
              4tc. Kto panią przysłał na zabieg? Poczekamy na poziom bety i jak
              urosła to do domciu, leki i się oszczędzać. Beta wyszła 1538
              mIU/ml. Dostałam duphaston 3x1 tabletce i polecenie kontrolnego usg
              za 10 dni. A tamten lekarz powiedział wyraźnie, że poroniłam! I
              twierdził, że nie ma wątpliwości! W dodatku był gotowy zrobić mi
              łyżeczkowanie jak zapłacę! Z jednej strony jestem szczęśliwa, a z
              drugiej strony niesamowicie zbulwersowana postawą lekarza ze
              Swissmedu. Bez mrugnięcia okiem stwierdził poronienie nie wysilając
              się nawet na usg dopochwowe. Mało tego, był gotowy zrobić
              łyżeczkowanie
              W tej chwili jeszcze leciutko plamię, ale już nie "żywą" krwią
              tylko brunatnym, a raczej brązowawym śluzem. Nie wiem czy moje
              dzieciątko da radę. Mam nadzieję, że dzisiaj, w niedzielę palmową,
              stał się mały cud i dostaliśmy druga szansę. Zrobię wszystko co
              mogę, aby utrzymać tą ciążę. Wierzę w moc Duphastonu Trzymajcie za
              nas kciuki, bardzo proszę. I uważajcie na lekarzy, którzy nie są
              godni wykonywania tego zawodu".
              • azzurrina Re: wierzyć w cuda? 08.10.07, 11:09
                Dodam jeszcze tyle - w tej chwili medycyna jest na takim poziomie, że bardzo
                trudno o "cuda". Szuka sie więc ich w sytuacjach gdzie jeszcze sprzęt i wiedza
                lekarzy nie zawsze są rozstrzygające. Ostatnio szuka się ich w takich sytuacjach
                jak opisane wyżej oraz w przypadkach takich jak choroba Parkinsona. Niestety
                miałam teściowa chorą kilkanaście lat na tą straszną chorobę. Przy okazji
                poznaliśmy wielu innych chorych. U każdego choroba rozwijała się inaczej. U Mamy
                zdarzały się "skoki" - pogorszenie zdrowia (tak fizycznego jak i psychicznego) i
                nagle - na ponad rok Mama odmłodniała jakby choroba się cofnęła. Bez powodu, bez
                zmiany leków, trybu życia. Potem znów choroba postępowała. Raz szybciej, raz
                wolniej a potem znowu się wycofywała czy wręcz Mamę znów "odmładzała" tak, że
                robiła się nadaktywna, chwili nie mogła usiedzieć, sypała dowcipami. A potem
                była znów w fatalnym stanie, żeby po kilku miesiącach znów się polepszyć.
                Poznaliśmy chorych - czasem staruszków - cierpiących na "lekkiego Parkinsona"
                objawiającego sie tylko np lekkim trzęsieniem rąk. Albo innych - czasem młodych
                - których choroba wyniszczała w kilka lat. A potem nagle - jakby się wycofywała
                albo przynajmniej zatrzymywała. I lekarze traktowali to jako coś normalnego...
                Nie znamy jeszcze do końca mechanizmów tej choroby, większość leków jest de
                facto eksperymentalna. Tymczasem już się produkuje świętych, bo komuś choroba
                Parkinsona "zniknęła". Zupełnie tak jak pojawiające się i ginące "serduszko" u
                kilkutygodniowego zarodka...
                • hofina Re: wierzyć w cuda? 10.10.07, 19:26
                  Rozumiem, że wspominając o cudownym uzdrowieniu z choroby
                  Parkinsona nawiązujesz do osoby JP II. Mam jednak nadzieję, że przy
                  planach kanonizacji takiej znaczącej postaci, te różne "cudowne"
                  fakty są jednak poddawane dużo bardziej krytycznej ocenie niż w
                  wypadku lokalnego błogosłowionego. Bardzo chcę w to wierzyć i w
                  ogóle bardzo chciałabym wierzyć w cuda, żeby one tylko były
                  rzeczywiście przekonujące...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka