Cześć Wszystkim,
chciałam opisać swoją historię już dawno, ale zawsze nie było czasu. Teraz chyba muszę to zrobić może troszkę to mnie pomoże.
W lipcu 2010 zaszłam w ciążę, w sierpniu test ciążowy i ogromna radość moja, męża i rodziny. Nic nie wskazywało, że coś będzie nie tak. Badania były ok, jednak nie miałam typowych objawów ciąży. Na początku września miałam robione USG które wykazało brak akcji serca

, wtedy zaczęło się - czytanie co robić, co badać itp. Bhcg robiłam co 2 dni na początku jeszcze rosło, potem spadało. Cały czas żyłam nadzieją, ale nie udało się. Była wizyta w szpitalu i większość wie jak to wygląda. Dramat, strasznie się załamałam. Wzięłam zwolnienie z pracy, siedziałam w domu nic nie chciałam robić (ilość łez nawet nie policzę). Wszystko się jednak kończy i po 3 miesiącach postanowiliśmy się nadal starać - udało się za pierwszym razem. Ogromna radość, ale przede wszystkim strach, pierwsze USG nie pokazało bijącego serduszka, byłam załamana. Po tygodniu powtórzyliśmy USG i serduszko biło. Badania standardowo miałam książkowe, tym razem miałam także wszystkie objawy. W ciąży było ok, urodziłam w terminie pięknego dzidziusia. Po urodzeniu okazało się, że maluszek ma wadę serca i musi mieć operację na otwartym sercu. Znowu płacz, ale wszystko się udało, jesteśmy pod kontrolą i na razie nie było problemów.
Tydzień temu zrobiłam test ciążowy i są dwie kreski, a ja strasznie się boję (dodam, że znowu nie mam wszystkich objawów ciąży). Wiem, że zamartwianie się nic nie zmieni, ale jak pomyślę - teraz czekanie na serduszko, później sprawdzanie czy jest wszystko ok - to się po prostu boję. Nie wiem jak będzie, będę pisać.
Podsumowując poronienie nie oznacza koniec bycia mamą (ja jestem chyba najszczęśliwszą), ale ta niepewność chyba będzie już zawsze… jak jest u Was?
Pozdrawiam