skoda.mowic
15.08.04, 21:32
ach dzialo sie.
uwielbiam relaksacyjne wypady na dzialeczke, z rodzinka.
ot, tak na swieze powietrze wyjechac.
ogrodeczki co prawda, sa bardzo daleko od naszych blokow i trzeba przejechac
przez cale miasto, ale teraz jak juz zakupilismy Škoda fabia sedan 1.2 htp -
to podroz jest niesamowita, dlugo wyczekiwana frajda.
i to dla calej rodziny, a szczegolnie dla kazia (syna) - ma juz 23 lata i
bardzo interesuje sie samochodami.
marzy, ze kiedys, tez chcialby miec taka skode. (w tajeminicy przed zona,
planuje ofiarowac mu to cacko na 40. urodziny! akurat splace calosc rat i
bedzie wspanialy prezent. oczywiscie, to bedzie wspolne auto, tylko ze on
bedzie prowadzil!).
kazio, jako ze jest najwiekszy, (oprocz tesciowej) siada z przodu - on jako
jedyny umie odczytac z mapy dojazd do dzialki i nas pilotuje.
z tylu, za kierowca, czyli mna , siada zona halina i zawsze trzyma naszego
kundla "dzekiego", po srodku siadaja 2. corki, a z prawej, za kaziem siada
zawsze tesciowa - ona sluzy jako przeciwwaga halinki.
w poprzednimm samochodzie trabancie z silnikiem 1.1, musze otwarcie przyznac,
ze nie bylo takiego przepychu i przestrzeni.
wstalem skoro swit i obudzilem kazia.
on juz wiedzial, co sie swieci i ochoczo wstal z lozka (chociaz wczoraj
wrocil z imprezy kolezenskiej, grubo po 22.00 i jeszcze mowil ze byl alkohol -
1. piwo. i wszyscy brali po lyku ,ale kazio mowil, ze on to najmniej ze
wszystkich.)
pobralismy wiaderko, szare mydlo, zmiotke i poszlismy umyc fure na wyjazd.
wstajemy jak najwczesniej, bo wszyscy sasiedzi tez myja auta (bidota, bo oni
to maja fiaty) i zawsze pompa jest zajeta.
kazio przynosil wode z pompy, a ja piescilem lakier mydlem.
w zasadzie to auto bylo prawie czyste, bo w tygodniu to jezdze autobusem (no
chyba ze do biedronki na zakupy), ale o auto to trzeba dbac, bo to jak
rodzina czy kosciolek.
jeszcze tylko wytrzepalismy pokrowce siedzeniowe i udalismy sie na sniedanie.
jajk zawsze w sobote prawdziwa uczta - jemy mieso.
w zeszlym tygodniu, co prawda byl paprykarz, ale za to dzisiaj (mniam) -
mielonka turystyczna.
oj pojadlo sie.
halinka szykowala jadlo na wyjazd (pomidorki, jajeczka, ogoreczki, konserwe
turystyczna na grilla).
ja jeszcze dogladalem skode, czy wszystko cacy, sprawdzilem cisnienie w
kolach, stan bieznika, swiatla, poziom oleju, spryskiwacza i chlodnicy -
wzystko super. sprawdzilem czy jeszcze mam oc, i badanie techniczne - roniez
ok.
przystapilismy do pakowania.
powkladalismy koszyki z jadlem, pilke, szare mydlo do kapieli, papier
toaletowy, grabie, lopatke, nowa taczke (sasiad pospawal z katawnikow za
piwo), sadzonki sliwek, agrestu, mirabelek i pnacza, spiwory.
wszytko weszlo, nawet troche napchalem za butle gazowa i jeszcze kazdemu pod
nogi, u mnie bylo najwiecej.
jeszcze tylko tesciowa dala mi po pysku, ze nie dalem jej skonczyc
przepierki, (kazalem odlozyc tarke), podnioslem okulary i ruszylismy.
no, fabia jeszcze nie byla zaladowana do konca - rura wydechowa na razie nie
szurala po asfalcie.
jechalo sie wspaniale, bylo dosyc cieplo i pootwieralismy sobie okna na
hejaho.
syn wlaczyl kasete z tym szalaputem w czerwonych wlosach, z kolczykami i
podspiewywal ta agonie, razem z corkami (nawet byli na koncercie ich
sobowtorow w pszczyniu gornym), stanowczo kazalem mu to wylaczyc!
w ogole kazalem wylaczyc radio, bo intalacja siada przy sluchaniu radia.
jechalo sie bardzo przyjemnie (weakheand), i bylo bardzo pusto (malo kto
zajezdzal mi droge).
nawet, za namowa syna, pozwolilem sobie na dodanie gazu.
oj solidnie jechala, mielismy predkosc conajmnie taka, jaka jest dozwolona w
przepisach!
syn byl pod wrazeniem, tesciowa z halinka krzyczaly ( tak samo jak kiedys
zrobilem pisk oponami), a ja zrobilem sie czerwony.
ale zwolnilem - raz ze niebezpiecznie, a dwa samochod moglby sie zagrzac!!!
w polowie miasta (rowniez polowa calej trasy) zatrzymalismy sie pod biedronka.
ja poszedlem po 2. piwa za 1.34 (jedno dla mnie, drugie dla sasiada - na
wieczor), a dziewczyny jadly prowiant.
pobiesadowalismy troche, w koncu nas ochrona marketowa wyprosila za robienie
pikniku (horror, za co place podatki?)
ale i tak czas bylo ruszac.
dotankowalem jeszcze gazu za 20zl, nazbieralem znowu punktow.
dobrnelismy sczesliwie - w zasadzie bez wiekszych problemow.
syn doliczyl sie 34. uderzen rura wydechowa o asfalt, ale chyba sobie zarty
stroil, bo ja kompletnie nic nie czulem.
juz pod dzialkami wjezdzala halinka (ma wprawe - jest motornicza), ja bylem
zestresowany i wymeczony podroza.
syn blagal, zebym mu dal, ale zdecydowanie odmowilem.
przeciez nie bede dawal smarkaczowi, bez prawka (11 niezdanych egzaminow) tak
drogiego samochodu.
poza tym to by bylo nielegalne. przeciez za to jest kryminal!
zaparkowalismy pod sama dzialka (tylko tu moje auto stoi bezpiecznie),
rozpakowalismy wzystko.
tesciowa z zona poszly jesc, corki graly w pile i bawily sie z dzekim, a ja
wyslalem kazia z widrem, zeby poszedl po wode.
ja sam namydlilem zmiotke i zaczalem zmywac brud z karoserii.
tak, po stresujace jezdzie, mycie auta to prawdziwy relaks.
kazio splukal woda, ja wytrzepalem pokrowce z siedzen.
wlaczylem wszystkie zabezpieczeniua i nakrylem fabke pokrowcem.
zaczelo sie sciemniac.
rozjasnilo sie na powrot, jak zalozylem okulary - spadly mi do mydlin.
wreszcie mialem czas dla siebie.
zalozylem pantaloty - takie spodenki (oczywiscie naciagnalem jak najwyzej na
brzuch, wkladajac w nie koszule), przyowdzialem sandaly i otworzylem piwko,
siedzac na lezaczku.
po godzinie, czulem sie jak prawdziwy maczo i w dodatku bylem kompletnie
pijany.
znow sie zdenerwowalem, bo przeciez co to bedzie jak mnie halinka w takim
stanie nakryje?
postanowilem czym szybciej polozyc sie spac, zeby nikt mnie nie wyczul.
niestety, pech chcial, ze wchodzac do domku, "dzeki" zaczal szczekac.
a byla juz 23.00, pies obudzil tesciowa, a ta wyzwala mnie od holoty, ze
pije, ze szlajam sie i zdzielila mnie w pysk.
podnioslem okulary i przeprosilem ja.
ale na nic sie to nie zdalo.
polozylem sie jak zwykle na podlodze i zasnalem.
rano moglismy pozwolic sobie na wylegiwanie.
wstalismy dopiero o 8, szybko sie obmylismy w pozostalych mydlinach po myciu
auta i kaziu przyniosl wode do opluczki.
szybko posniadalismy - jeszcze bylo sporo pomidorkow.
ubralismy sie odswietnie, ja zalozylem dlugie spodnie pod kolor sandalow i
czym predzej wybralismy sie do kosciolka.
w kosciolku, bylo duzo ludzi, ksiadz jak zwykle glosil piekne kazanie i takie
prawdziwe.
glosil sliczna prawde, o tym zeby cala reszte pieniazkow, ktore nam zostaly
po odcioagnieciu rat, oddac na kosciolek.
ja gorliwie pomodlilem sie za skodzinke.
dalem do tacy, wszystko co mialem i z czystym sumieniem zakonczylismy msze
blogoslawinstwem.
wracalismy na dzialke, trzebia sie juz bylo sie pakowac i wracac.
syn jak zwykle sie od nas odlaczyl i pobiegl pierwszy.
dochodzilismy juz do plotu, a tu nagle syn wybiegl ze lzami w oczach!!!
serce skoczylo mi do gardla!!!!
"co sie stalo kaziu, co???" - krzyknalem
a on: "tato!!! tato!!! mamo!! babciu!!! okradli nam samochod!!!"
stanalem w miejscu i sie przezegnalem.
cale zycie przelecialo mi nagle przed oczami.
nie moglem sie z tym pogodzic?
dlaczego to musialo spotkac akurat mnie?
wyslalem zone przed siebie, ona jest twarda psychicznie - poza tym auto jest
za jej pieniadz i tesciowej.
zaszlismy pod auto - pokrowiec byl zdjety.
ale patrze auto cale, szyby sa, uszkodzen nie ma - tylko byl wgniot na dachu
od mojego przyjaciela.
syn dojrzal wprawnym okiem ze jakis "sku....l" zwedzil kolpaki ozdobne.
z jednej strony - strata jak zaraza, ale zdrugiej nie jest az tak zle.
syn od razu zaproponoawal, zeby zakupic w aso nowy wzor.
w zasadzie mi ulzylo, a na dodatek zona zaoferowala, ze nie bedzie mi dawala
obiadu w zamian za odkupienie kolpakow.
tesciowa, znowu zdzielila mnie w pysk, za moja bezmyslnosc i niedopilnowanie
dobytku.
no