stevexxx
06.10.06, 16:19
Znaki w Polsce to prawdziwa paranoja. Szczególnie inteligentnie stawiane są
znaki ograniczenia prędkości. W normalnym kraju jak widzę 40 to zaraz daję po
hamulcach. Bo wiem że zaraz będzie zakręt o 100' albo inna ciekawostka. W
Polsce 40 albo 50 może stać przed: "niebezpiecznym" zakrętem o 20', który
każdy spokojnie przejedzie setką; skrzyżowaniem gdzie boczną drogą
podporządkowaną przejeżdza 3 auta dziennie; terenem zabudowanym (dwiema
chałupami i jedną szopą); na bezkolizyjnej czteropasmówce, bo prowadzi przez
miasto; drogowcy zapomnieli sprzątnąć po remoncie; w ogóle bez powodu. Jeśli
w końcu 40 jakimś cudem pojawi się w naprawdę niebezpiecznym miejscu,
kierowca ma prawo być mocno zaskoczony. Wiele natomiast niebezpiecznych
miejsc nie jest oznaczonych w ogóle.
Do tego polska specjalność znaki grabarskie, czyli "czarne punkty" z wypisaną
liczbą trupów. Drogowcy się nimi chwalą jak snajperzy nacięciami na kolbie?
Skoro skrzyżowanie jest tak niebezpieczne że giną ludzie to nie łaska
postawić sygnalizację świetlną zamiast głupich tabliczek?
No i warszawska specjalność, znaki zakazu jazdy rowerem na końcu ścieżki
rowerowej, urywającej się niespodziewanie w najdziwniejszym miejscu. Co ma
rowerzysta zrobić, zawrócić? To zawrotkę mu wybudować.
Ci ludzie od stawiania znaków naprawdę mają problemy myśleniem, chyba
rekrutują ich specjalnie pod takim kątem.