andre234
28.07.03, 22:00
Zabezpieczenia diabła warte
Jak wydać bez sensu pieniądze i zrobić prezent
złodziejom samochodowym
Masz w aucie firmowy kodowany komputer, blokadę
mechaniczną i alarm. Wychodzisz rano do pracy, a wozu
nie ma pod domem. Tymczasem dealer przekonywał, że
samochód jest bezpieczny. Co się więc stało?
RAFAŁ JABŁOŃSKI
Rynek zabezpieczeń samochodowych daje utrzymanie
tysiącom ludzi. Żaden z mechaników nie powie, że
instalowane przezeń urządzenia są nieskuteczne. Żaden
producent pojazdów nie przyzna się, że jego auta ukraść
można w parę minut. Skoro wszystko działa idealnie, to
dlaczego każdego dnia w stolicy ginie od 10 do 70 pojazdów?
Obok rynku zabezpieczeń działa też rynek złodziejski.
To wysokiej klasy eksperci, pracujący nawet po kilka
tygodni nad danym modelem pojazdu. Z policyjnych
relacji wynika, iż jeden z gangów nabył nawet za 80
tysięcy złotych Citroena C5 i rozpracował go. Inny gang
zgromadził kilkadziesiąt specjalnych komputerów,
pasujących do określonych modeli, i nie miał kłopotu z
immobilizerami.
Potem my traciliśmy dorobek życia, wart 30-80 tysięcy
złotych, a oni sprzedawali te wozy paserom za 5-8
tysięcy! Ci zaś rozbierali je na części. Tak kończyło
trzy czwarte skradzionych pojazdów; reszta szła na
handel, albo jechała za granicę.
Mgnienie oka
Do samochodu podchodzi złodziej. W zamek wbija tzw.
łamak i siłą pokonuje go. Zamek do wyrzucenia, ale
drzwi otwarte.
Następnie złodziej błyskawicznie otwiera klapę silnika,
a jego pomocnik młotkiem rozbija syrenę alarmu. Po czym
wsiada do środka, odłącza kable komputera, instaluje
własny, podłącza go i odpala silnik. W tym czasie jego
kolega odłącza wodziki skrzyni biegów od lewarka
(blokowanego trzpieniem) i znając ich ustawienie,
włącza drugi bieg. Samochód znika w sinej dali.
Tak mniej więcej wygląda pokonywanie zabezpieczeń,
które producenci reklamują jako niezawodne.
Zacznijmy od alarmów. - Mało kto w Polsce instaluje
systemy alarmowe na różne sposoby. Kiedy producent
sugeruje, żeby brązowy kabel szedł tędy, a niebieski
tamtędy, to tak jest zakładane. I złodzieje doskonale
wiedzą, co gdzie się znajduje - mówi Aleksander
Kulaszewski, były właściciel pisma Auto Bazar, które
organizowało konkurs Auto Zabezpieczenie Roku. - Ale
kiedy natknie się na nietypowo instalowany alarm,
przeważnie odstępuje.
Problem w tym, że wszystko jest u nas typowe. Firmy
samochodowe montują komputery wedle fabrycznego
schematu. - We wszystkich autach z wtryskiem trzeba
podmienić komputer - powiedział szef Wydziału do Walki
z Przestępczością Samochodową w Komendzie Stołecznej
Policji.
- Ważne, by producenci tak montowali te komputery, aby
złodzieje nie byli w stanie ich wyjąć na ulicy i
podmienić. A bodajże tylko jedna firma ma klapę silnika
zamykaną na kluczyk. I te auta prawie nie giną. Reszta
jest łatwo dostępna.
Oczywiście te rozkodowane komputery złodziejskie nie
zawsze są dopasowane. Czasami skradzione samochody jadą
tylko 60 na godzinę; raz zapalą i drugi raz nie chcą.
Ale i tak to wystarczy, że dojadą do dziupli i tam
zajmą się nimi fachowcy.
W niektórych przypadkach stosowane są komputery
połączone z własnym zasilaniem. Złodziej podłącza do
systemu elektronicznego sterowania mikroprocesor, a do
zasilania motoru - butlę z litrem benzyny. I nie
obchodzą go blokady pompy paliwowej.
Wszelkie łapy na kierownicę czy na pedały, ani laski
łączące te oba podzespoły, nie są problemem. Zdaniem
policjantów, pokonywane są w kilka lub kilkanaście
sekund. Kierownica jest cięta lub wyłamywana, a łom
niszczy pedały. To utrudnienie głównie dla właściciela
pojazdu.
Znacznie więcej kłopotu dostarcza przestępcom blokada
trzpieniowa. Dawniej bywała natryskiwana substancją o
niskiej temperaturze i po częściowej zmianie struktury
krystalicznej stali, rozbijana młotem. Potem niektórzy
producenci zmienili rodzaj materiału, z którego ją
wykonywano.
Jeszcze śmieszniej wyglądała sprawa z blokadami typu
"multilock", produkcji tajwańskiej. Ktoś kupił całą
partię takich urządzeń i instalował fabrycznie w nowych
autach. Wystarczyło uderzyć w gałkę dźwigni zmiany
biegów młotkiem (albo nawet pięścią!) i po podgięciu
obu elementów, można było wyciągnąć lewarek spod
blokady, włączyć bieg i odjechać.
Z trzpieniami jest trudniej. Niektórzy próbują od spodu
lub od komory silnikowej odłączać wodziki prowadzące do
skrzyni biegów, inni rozrywają szczypcami metalowy
kanał, osłaniający mocowanie lewarka, i dostają się do
wodzików. Ta metoda niszczy wnętrze samochodu i jest
stosowana tylko przy kradzieżach wozów na części. Bo
jeśli auto ma iść na sprzedaż, niezbędna jest poważna
naprawa blacharska.
Jest też inna metoda - cięcie blokad tzw. gumówką -
tarczą z diamentowymi brzegami. Kłopotliwe, głośne,
pracochłonne. Dopasowanie klucza prawie nie wchodzi w
grę. Producenci często stosują doskonałe zamki dyskowe,
odporne na rozwiercanie i wszelkie wytrychy.
W oparach niewiedzy
Klient nie wie, jak dobre jest urządzenie zakładane w
warsztacie. Teraz już mało kto proponuje tandetę z
Wietnamu czy Korei. Na rynku są dziesiątki urządzeń
testowanych przez polskie laboratoria. Firmy
ubezpieczeniowe stosują zniżki podczas zawierania umów
autocasco, o ile urządzenia są markowe, dopuszczone
przez ubezpieczyciela.
- Uznajemy 213 typów alarmów
- mówi Tomasz Fil, rzecznik prasowy towarzystwa
ubezpieczeniowego.
- 10 systemów lokalizacji pojazdu
i 9 blokad mechanicznych. Każdy z 14 naszych oddziałów
regionalnych prowadzi własną politykę w zakresie
wysokości stawek, ilości blokad i alarmów, wymaganych w
pojeździe. Zależy to od stopnia ryzyka.
Według Tomasza Fila, jednym z podstawowych zabezpieczeń
jest fabryczny immobiliser, sterowany komputerem.
Każdy system zabezpieczeń można pokonać. Nawet te,
oparte na GPS - powiedział nam N., który odsiedział
trzy lata za kradzieże samochodów.
- Nawet GPS, czyli lokalizację auta za pomocą satelity,
można zagłuszyć urządzeniem elektronicznym.
O kradzieży właściciel powiadamia centralę, a ta łączy
się przez satelitę z systemem lokalizacyjnym ukrytym w
aucie. Kiedy włączymy zagłuszacz, ani centrala nie
połączy się z nadajnikiem w samochodzie, ani też na
odwrót. Wóz dojedzie do warsztatu, a tam już go rozbroją.
Według N., istnieje też drugi sposób - pojazd jest
odstawiany w trudno dostępne, ale legalne miejsce, tam
zabiera się zagłuszacz i czeka. Jeśli przez parę dni
właściciel z policją nie odnajdą samochodu, to znaczy,
że nie było w nim systemu GPS.
- Ale o tym wszystkim nie informuje się człowieka,
który taki system instaluje w swoim aucie - dodaje N.
Kradzieże aut w stolicy:
2001 - 11 571
2002 - 10 000
2003 (6 miesięcy) - 4800.
Przeciętnie odzyskuje się
25-30 procent samochodów.
Kierowca, mający w samochodzie: alarm, system
antynapadowy, blokadę mechaniczną, komputer z
immobiliserem i układ lokalizacyjny GPS, sądzi, że jest
zabezpieczony. Oczywiście wie, że mogą mu porwać auto
"na stłuczkę" lub podczas napadu; wie, że mogą dorobić
klucze w warsztacie, gdzie naprawia wóz, albo nocą
wciągnąć go na lawetę. Ale przeważnie uważa, iż jego
wydatki sięgające 5-10 tysięcy złotych są skuteczne.
- Kiedy ma się nowe auto, to można czuć się w miarę
bezpiecznie
- powiedziano nam w Wydziale do Walki z Przestępczością
Samochodową. - Takie pojazdy nie są kradzione, a tylko
porywane. I jadą przeważnie przez granice; a te są
coraz szczelniejsze. Dopiero po roku, dwóch, gdy
złodzieje poznają dobrze ten model, a będzie go sporo
na ulicach, powstanie zapotrzebowanie na części
zamienne. I samochody te kradzione będą w celu rozebrania.
Po co te zabiegi?
W takim razie - po co w ogóle zabezpieczamy samochody?
Odpowiedź jest prosta, choć nieco zasmucająca -
wyłącznie po to, by smarkateria nie zabierała ich do
okazjonalnych przejażdżek.
Czy firmy samochodowe i ubezpieczeniowe to wiedzą?
- Zabezpi