Dodaj do ulubionych

Jak zdobywałam Dziki Zachód

23.06.11, 20:25
Ponieważ korzystałam z wiedzy forumowej, może i moja relacja pomoże komuś w organizacji samodzielnej wycieczki do Stanów.
Decyzja o wyjeździe zapadła pod koniec października. 8 listopada pojechaliśmy do Krakowa po wizy i to był najbardziej nieprzyjemny punkt całego przedsięwzięcia. Tam, marznąc i moknąc na krawężniku w oczekiwani u na wejście do konsulatu, przekonaliśmy się jaka jest wyjściowa pozycja Polaka startującego w tamtym kierunku. Wielkie mocarstwo nie ma pomieszczenia dla swoich petentów, dokumenty oddaje się na ulicy. Ale Pani Konsul była bardzo uprzejma, od razu powiedziała, że wizę dostajemy. A my wystarczająco zdeterminowani (parki narodowe czekały) ,więc nie udało się nas zniechęcić.
Następnym krokiem była rezerwacja biletów. Najkorzystniejszą ofertę znaleźliśmy na opodo.de. Tu ciekawostka- opodo.pl nie pokazywała tych samych przelotów, mimo zadanych identycznych kryteriów wyszukiwania. Za trzy loty (MUC-LAX , LAX-JFK, JFK-MUC) z przesiadką w Madrycie, zapłaciliśmy 656€/osobę. Termin wyjazdu 14 maj do 1 czerwiec stał się więc nieodwołalny. Ponieważ przez pół roku dużo się może zdarzyć, zwłaszcza że należymy do grupy 50+, wykupiliśmy jeszcze ubezpieczenie od rezygnacji z lotu. Wylot z Monachium wybraliśmy ze względu na cenę i miejsce zamieszkania pozostałych uczestników wycieczki. Parking przy lotnisku kosztował 62€/3 tyg.
W styczniu wybraliśmy odpowiadające naszym potrzebom auto, duży ford ecoline zarejestrowany na 13 osób. Było nas 3 pary plus przez kilka dni siódma osoba, każdy z walizą, bagażem podręcznym, zgrzewką wody itd. Przejechaliśmy 6800 km, czasem w aucie jedliśmy, czasem ktoś musiał się zdrzemnąć. Miało być w miarę wygodnie i było. Zgłosiliśmy 3 kierowców, ale jechało na zmianę dwóch. Auto bez limitu kilometrów, miało pełne ubezpieczenie (przydało się- troszkę bok został obdarty), pełny bak bez konieczności zwrotu i wysokie zawieszenie, co okazało się ważne na szutrowych drogach. Nie zakładaliśmy jazdy po bezdrożach więc nie braliśmy terenówki. Wbrew pozorom takich dużych aut nie ma wiele, dlatego zapłaciliśmy już w styczniu. Całkowity koszt na parę w Dollar wyniósł 376€; przy odbieraniu i oddawaniu auta nie było żadnych problemów. Ale żarło jak smok- codziennie tankowanie; po podliczeniu 365$ na parę, przy koszcie benzyny średnio 3,7$ za galon.
Za logistykę odpowiadał mój brat, ja miałam być pilotem- przewodnikiem. W necie spędziłam mnóstwo czasu, ale żeby ogarnąć całość potrzebna była mi jednak papierowa mapa (Marco Polo)i przewodnik (Pascala). Z założenia nie był to wyjazd rekreacyjny, mieliśmy zobaczyć jak najwięcej, przespać każdą noc w motelu/hotelu, a odpocząć po powrocie. Decyzja, co zobaczyć a co odpuścić, nie była łatwa . Miesiąc przed wyjazdem osiągnęliśmy consensus, trasa była zaplanowana. Jak się później okazało, akceptacja uczestników wcale nie oznaczała, że plan przeczytali, a Ci co przeczytali, że zrozumieli… Ale to wyszło po kilku dniach, kiedy okazało się, że zamiast sączenia piwa w knajpie na plaży, oglądamy następne rude kamienie.
cdn.
Obserwuj wątek
    • malgosia-t-13 Re: Jak zdobywałam Dziki Zachód 23.06.11, 20:27
      A teraz po kolei
      14 maja, w sobotę rano startujemy z Monachium. Miejsca w samolocie rezerwowaliśmy dzień wcześniej przez Internet, ale odprawy do USA online zrobić nie można. Przesiadka w Madrycie. Lotnisko jest nowe i bardzo duże. Sprint i metro z jednego terminala na drugi zajęło ponad pół godziny. Iberia przepakowała nas z małego do dużego airbusa. Lot był spokojny, dużym łukiem gdzieś nad Kanadą. Dali kocyk, poduszeczkę, 3x jeść, płyny ,piwo i wino bez ograniczeń. Lądowanie w Los Angeles koło 18 miejscowego czasu, czyli taki długi dzień. Kontrola celna i paszportowa, mimo tłumów, poszła bardzo sprawnie. Dwa razy obwąchał nas piesek, a celnik zapytał tylko na ile przylecieliśmy i dał wizę na pół roku. Pierwsze zaskoczenie- na lotnisku wykładzina dywanowa zamiast posadzki. Podobnie było w hotelach i innych przybytkach, lubią takie niehigieniczne wykładziny. Ciągniemy toboły do bezpłatnego autobusu, który ma zawieźć nas do Dollara. Zanim się zorientowaliśmy który to, drzwi się zamknęły. I tu kolejne zdziwienie. Czarnoskóra Pani kierowca widząc nasze rozpaczliwe ruchy zatrzymała się, wysiadła i własnoręcznie pomogła zapakować walizy. Po drodze też ciekawostki. Światła stoją za skrzyżowaniem, a nie przed jak u nas. A na środku jezdni jest taki żółty pas, który służy do skręcania w lewo z obu kierunków. W wypożyczalni dali dokumenty i klucze- auto stoi otwarte na parkingu, możecie jechać. Niby proste, ale jak ktoś nie jeździ automatem to oswojenie potwora troszkę trwa. Nawigacji też chwilę trzeba poświęcić. Niektórzy już zgłodnieli, wiec jeszcze pierwszy Mc Donald. Motel Rodeway Inn w Grenadzie mieliśmy zarezerwowany. Nie polecam, zwykły burdelik, przy papierowych ścianach trudno znieść te odgłosy.
      15 maja, niedziela. Skoro świt tzw. śniadanie kontynentalne: lurowata kawa i taka sama herbata, sok, tosty z dżemem lub miodem, mleko z kolorowymi chrupkami i ciastka. Ponieważ dobra kawa była tylko w McDonaldzie, przezornie zabraliśmy mały czajnik i robiliśmy sobie zakupioną nescę dodając hotelowego mleka. Mimo, że padało, dla mojego męża niezbędnym rytuałem była kąpiel w oceanie. Fotki plażowe w deszczu i jedziemy do Hollywood. Pogoda zmieniła się szybko, więc Aleję Gwiazd , odciski dłoni i napis oglądaliśmy już w słońcu. Teraz kierunek Las Vegas, ale nie wstępujemy do miasta. Celem na dzisiaj jest Zion NP, a potem nocleg w Cedar City, czyli ok. 450 mil. Po drodze pustynia Mojawe i charakterystyczne drzewka Jozuego. Nie będziemy w Joshua NP, więc wybieramy ciekawsze eksponaty do zdjęć. Zachwycają nas proste po horyzont drogi i ogromne kolorowe ciężarówki. Opanowujemy sztukę fotografowania przez szybę, bo przecież nie możemy stawać co pół godziny. Tankowanie i jedzenie gdzieś na rogatkach LV. I pierwsza cenna tablica- wjechaliśmy do Nevady. Na wjeździe do parku kupujemy roczny karnet za 80$/auto, na naszą gromadę będzie tanio jak barszcz. Góry Syjonu w promieniach zachodzącego słońca piękne, prezentują się okazale, ale niczym nas nie zaskoczyły. Jak ktoś ma czas, może te widoki kontemplować długimi godzinami. Tunel jak tunel, szerokość mieliśmy odpowiednią i nie wnosiliśmy dodatkowej opłaty. Po parku jeździ bezpłatny autobus, można wsiadać i wysiadać na dowolnym przystanku. Już po zmroku nasz Motel 6 namierzyliśmy bez problemu. Niestety, ta sieć nie ma swojej knajpy. Jedzenie proponowali po drugiej stronie ulicy w Crystall Inn- za 15$ duża pizza z podwójnym kurczakiem miała 15 cm średnicy i 7 okruchów kurczaka. Głód zalaliśmy piwem bo jakoś nikt nie miał ochoty szukać następnej jadłodajni.
      16 maja, poniedziałek. Mamy przejechać malowniczą „12”, odwiedzić Bryce NP, zajrzeć do Capitol Reef NP i na nocleg dojechać gdzieś w okolice Moab. Znowu ponad 400 mil. Jest zimno, na szczytach śnieg. Po zrobieniu pierwszych zakupów w supermarkecie w Cedar ruszamy w górę, w stronę tego śniegu. Po drodze sarny, świstaki i coraz ładniejsze krajobrazy. Trochę cieplej i pierwsza atrakcja dwunastki- Red Canyon. Ale to nic w stosunku do Bryce. Podejście do pierwszego punktu widokowego i szczęki opadają. Jeżeli miałabym polecić tylko jeden park z tych, które widziałam to właśnie ten. Bardzo żałuję, że nasz harmonogram nie przewiduje zejścia na dół. Skrupulatnie obejrzeliśmy wszystkie punkty widokowe i odjechaliśmy z poczuciem niedosytu. Następne atrakcje trasy widokowej i następny park Capitol Reef NP. Po długim już siedzeniu w samochodzie decydujemy się na spacer do łuku skalnego Hickman Bridge. Po drodze kwitnące kaktusy i urocze kamienie. Do Moab docieramy po ciemku, zgubiliśmy jakąś godzinkę- zmiana czasu. Ruch tu duży i tłoczno. Bierzemy pierwszy wolny pokój, wspólny dla całej szóstki i padamy ze zmęczenia.
      17 maja, wtorek. Jest ciepło ale leje. Musimy cofnąć się 3 km do Arches NP. Na wjeździe do każdego parku otrzymujemy mapę-przewodnik w j. ang. i niem. Są to materiały dostępne na stronie internetowej parków. Czerwone kamienie dosłownie rozmazują się i robi się bardzo ślisko. Początkowo w deszczu, potem na sucho uwieczniamy kolejne głazy. Nawet w Grecji, która jest celem moich corocznych wakacyjnych wędrówek, nie widziałam dziennie tyle zachwycających kamieni! Plan na pozostałą część dnia- posiłek w mongolskiej knajpie i dotarcie do Mostu Rio Grande w Nowym Meksyku. Hotel rano bukowaliśmy przez internet. Oglądamy coraz skromniejsze rancza oraz coraz biedniejsze barakowozy i przyczepy Indian. Z Utah wjeżdżamy na chwilę do Colorado, a potem do Nowego Meksyku. Każda brama wjazdowa do rancza to małe dzieło sztuki. Fantazyjne napisy i ozdoby, niskie białe płotki ciągnące się kilometrami. Wśród rozpadających się baraków, co jakiś czas coś bardziej pomysłowego, np. ziemianki lub dom z puszek po napojach. Tam gdzie zabudowań więcej, przy drodze stoją rzędy skrzynek pocztowych ; każda inna, każda umocowana na swoim kołku. Rio Grande w tym miejscu to niewielka rzeczka. Most piękny może nie jest, ale stanąć tu to już coś. Słońce zachodzi, wieje zimny wiatr. Po drodze w Taos jest warte obejrzenia pueblo, niestety tak jak i inne mijane po drodze- już zamknięte. Nocleg w Comfort Inn Espanola. Przejechaliśmy następne 400 mil.
      cdn.
      • malgosia-t-13 Re: Jak zdobywałam Dziki Zachód 23.06.11, 20:30
        18maja, środa. Wg przewodnika w pobliżu jest rancho, które dzisiaj można zwiedzić. Niestety na miejscu okazuje się, że trzeba umawiać się wcześniej telefonicznie. Zwiedzamy Santa Fe. Miasteczko ładne. Budynki z rudej cegły adobe na tle zieleni i błękitu wyglądają malowniczo. Do tego handlujący koralikami Indianie, suszone papryczki i inne gadżety. Można trochę połazić. Zakupy symboliczne, bo wyroby sprzedawane przez Indian są drogie. Srebrne bransoletki, o które pytam, kosztują 350-450$. Z ulicznego straganu jemy lokalne przysmaki, dobre. Wyjechaliśmy z miasta i wpadliśmy na genialny pomysł: zamiast szukać ichniego skansenu udostępnionego do zwiedzania, zjedziemy z autostrady i pojedziemy do prawdziwej indiańskiej wioski, zrobimy zakupy, może trafi się jakaś knajpa, chyba nas nie oskalpują. Tak też zrobiliśmy. Wjechaliśmy na ogromny zakurzony plac w Santo Domingo Pueblo, część weszła do sklepu, reszta pstrykała wszystko co się dało. Właściciel sklepu pozwolił fotografować i sprzedał nam dwie stare tablice rejestracyjne. Wśród fotografowanych obiektów znalazł się komisariat policji i dom weteranów, chyba dlatego w ciągu kilku minut podjechali do nas panowie Indianie w mundurkach. Pokazali odznaki i poprosili o aparaty fotograficzne. Poświęciliśmy jeden, reszta trzymała sprzęt pod siedzeniem. Obejrzeli fotki i poprosili o opuszczenie terenu. Jednak my uznaliśmy, że nie musimy opuszczać ich najkrótsza drogą, tylko tak szybciutko pojedziemy jeszcze troszkę w głąb. Tam było więcej materiału do zdjęć i malowniczy kolorowy kościółek. I tym manewrem chyba bardzo panów z odznakami zdenerwowaliśmy, bo wzniecając tumany kurzu zbliżali się do nas na syrenie. Jeszcze raz poprosili o aparat, wykasowali zdjęcie kościoła i kazali się wynosić. Tym razem już najkrótszą drogą chcieliśmy do autostrady. Ponieważ ustawienie nawigacji trwało chwilę, panowie zniecierpliwili się, włączyli sygnały i wyprowadzili nas na autostradę, czekając aż się oddalimy. W ten sposób indiański epizod uznaliśmy za zakończony. Potem dowiedzieliśmy się, że Nowy Meksyk dla niektórych wypożyczalni samochodów to rejon o wysokim ryzyku i żądają wyższego ubezpieczenia. Jedziemy w kierunku Gallup w Arizonie. Po drodze mamy fragmenty legendarnej drogi 66. Zjeżdżamy na chwilę z autostrady, ale byle jaka nawierzchnia nie zachęca do kontynuowania tędy jazdy. Pogoda szybko się zmienia, bardzo wieje, z daleka obserwujemy trąby powietrzne, wjeżdżamy w burzę. Kierowcy narzekają, bo wiatr telepie naszym dość wysokim autem i ręce bolą od trzymania kierownicy, nie da się prowadzić jedną ręką. W Gallup wybieramy (bez wcześniejszej rezerwacji) amerykański motel EL Capitan jak z filmów, samochód stoi pod drzwiami. W recepcji dziewczyna z Indi, a nie Indianka. Kolacja w Pizza-hat, ale jaka! Średnia pizza za 9$ była posiłkiem na dwa podejscia. Do tego dobre piwo. I to wszystko przy route 66.
        19 maja, czwartek. Jedziemy do Canyon de Chelly NM. Jest coraz wyżej i coraz zimniej. W nocy spadł świeży śnieg. Po raz kolejny przydają się zimowe kurtki z kapturem. Do zwiedzania wybieramy część południową i mimo deszczu ze śniegiem zaliczamy kolejne punkty widokowe. Bardzo nam się tu podoba. Po Bryce i Arches to jeden z ładniejszych parków: jest własnością Indian ale wjazd bezpłatny. Jeżeli ktoś ma trochę czasu warto zejść na dół (na White House Ruin Trail nie potrzeba przewodnika) lub wykupić wycieczkę dżipem. Ze względu na paskudną pogodę rezygnujemy z drugiej części, Canyon del Muerto i udajemy się w stronę Monument Valley. Skrót Indian route prowadzi nas na kawkę i lody do Kayenty. Po drodze mieliśmy możliwość obserwować akcję indiańskiej karetki pogotowia. Matka, mieszkająca zapewne gdzieś daleko w pustynnym terenie, musiała wyjechać na drogę asfaltową i dopiero tam wsiadła z dzieckiem do karetki. Monumenty wbiły nas w ziemię. Jedziesz człowieku po równym, pustynnym terenie i nagle wyrastają ogromne brunatne skały. Jakby ktoś specjalnie ustawił je na naszej drodze. Malownicze i baaardzo fotogeniczne. Japońscy turyści wynajęli sobie Indianina do sesji zdjęciowej- ładnie wyglądał na tle tych kamieni. Zakończywszy rundkę szutrową drogą udajemy się na poszukiwanie noclegu w Page. Mamy zostać tu 2 dni. Jest Walmart i knajpy, możemy zaspokoić najbardziej przyziemne potrzeby. Trafił się nam znowu Motel 6. Wszystko byłoby ok ale nie we wszystkich motelach, tej i innych sieci, są czyste ręczniki i pościeli. Warto mieć swoje .
        20 maja, piątek. Dziś nie jedziemy daleko. Na wycieczkę do Kanionu Antylopy (31$/os) załapaliśmy się z marszu: po prostu o godz. 9 podjechaliśmy na parking nie rezerwując niczego wcześniej. Nikt z nas nie był tak ambitny żeby czekać ze statywem na promyk słońca, który wpadnie do dziury w samo południe. Zwiedziliśmy Upper Antelope C. i pomknęliśmy w stronę Jeziora Powell. Zdecydowaliśmy się na 2-godzinny rejs motorówką do Kanionu Nawajów. Fajnie się pływa ze świadomością, że to nie zbiornik Mietków tylko rzeka Kolorado. Zapłaciliśmy po 33$/osobę. Tu potrzebna była przyzwoita znajomość angielskiego, bo po pierwsze trzeba wysłuchać instrukcji obsługi łajby, a po drugie Amerykanie oszukują przy tankowaniu gazu, zażądali ok. 20$ za dużo. Teraz jeszcze oglądamy Glen Canyon Dam, a potem największa atrakcja tego dnia- Horseshoe Bend. Najlepszą niespodziankę mieli ci, którzy nie wiedzieli gdzie i po co idą. Dopiero po podejściu do zupełni e niezabezpieczonej krawędzi buzia się otwiera i nie chce zamknąć. Zachwytom nie było końca, sesja fotograficzna przedłużała się, bo każdy chciał zmieścić w kadrze całość. Bezsprzecznie miejsce cudowne, Było ciepło i niebiesko więc wszystko super się udało. Jeszcze zakupy trunków, chińska knajpa i można przyjąć pozycję horyzontalną.
        21 maja, sobota. Wcześnie rano opuszczamy Page i jedziemy w stronę Grand Canyon S. Rim. Auto zostawiamy na parkingu pod marketem i niebieską linią jedziemy do początku Hermits Road. Ponieważ czerwony autobus okazał się bardzo zatłoczony postanowiliśmy zrobić sobie krótki spacerek i wsiąść na następnym przystanku. GC jest rzeczywiście wielki i robi wrażenie . O to czy najładniejszy można się spierać. Udział w głosowaniu wezmę jak kiedyś będzie mi dane obejrzeć całość razem z północną krawędzią. Tym razem musieliśmy się zbierać aby jeszcze w promieniach zachodzącego słońca obejrzeć Sedonę, ponoć najładniej w Stanach położone miasto. Można tam szybko przemknąć autostradą ale my wybraliśmy malowniczą drogę 89A.. Kiedy wjeżdżaliśmy , słońce oświetlało rude skały. Piękne. Pojeździliśmy trochę po okolicy, obejrzeliśmy kościół w skale. Już po zmroku jedliśmy meksykańską kolację popijając Koroną z limetką. Jeszcze trzeba wrócić do Flagstaf na wcześniej zaklepany nocleg w American Best Value Inn. Nie zrealizowałam planowanego lotu helikopterem do GC, to moje pierwsze odstępstwo od założonego planu wycieczki. Okazało się, że z naszej szóstki jestem jedyną chętną. Reszta tchórzem podszyta lub skąpa? Nawet mąż nie stanął w głosowaniu po mojej stronie. Ale ja tu kiedyś wrócę!
        cdn.
        • malgosia-t-13 Re: Jak zdobywałam Dziki Zachód 23.06.11, 20:34
          22 maja,niedziela. Program niezbyt ambitny: mamy dojechać do LV i tam spędzić długi wieczór. Po drodze fragment route 66. Zjeżdżamy z autostrady między Seligman a Kingman. Fajne klimaty, szczególnie w Truxton. Szkoda tylko, że przydrożne knajpy, w których teoretycznie można by zjeść jakiś słuszny kawałek mięsa teraz pozamykane. Jeszcze nie sezon? Na tym odcinku wzdłuż drogi biegnie linia kolejowa. Czekamy z aparatami na pociąg. Ma 150 wagonów (policzone!) i napisy Santa Fe na lokomotywach. Jest też stara pozrywana linia telegraficzna na niskich drewnianych słupach. I całkiem współczesne Indian-shopy z chińskim badziewiem, które należy omijać. Na steki w końcu załapaliśmy się w Denys. W miarę zbliżania się do LV na drodze coraz więcej patroli policyjnych, zwłaszcza w okolicy miejsca strategicznego-Hoover Dam. Tyle betonu nie widziałam chyba nigdy i od razu myśl, czy aby teren nie jest aktywny sejsmicznie… Noclegi w Circus Circus mamy już zaklepane od tygodnia, niestety za 35$ nie jest to główny budynek tylko baraczki z boku. Za to podjechać można pod same drzwi i ręczniki czyste. Szybka kąpiel i w miasto. O tym, że kicz i tandeta wiedzą wszyscy. Ale i to raz w życiu można zobaczyć. Na ulicy trzeźwi i nienaćpani tylko chyba japońscy turyści w krótkich spodenkach i z aparatami w ręku. Modnym gadżetem jest 1-2 litrowy drink zawieszony na ramieniu z półmetrową rurką. Ostatecznie może być szklanka lub butelka w ręku. Zapamiętale fotografując naraziliśmy się kobiecie pracującej, bluzgała w jakimś obcym nam języku. Jest niedzielny wieczór i ruch jeszcze ogromny. Przejście na drugą stronę ulicy to cała wyprawa ruchomymi schodami lub windą i wiaduktem. Może i dobrze, bo można z góry popatrzeć na tę ”Sodomę i Gomorę”. Nie ma knajpek i ogródków na ulicy; wszystkie drogi prowadzą do kasyn. Przed Tesaure Island tłum. O 22 rozpoczyna się spektakl na wodzie . Pod Bellagio fontanny. Daliśmy radę maszerować do godziny 1. Potem w autobus i spać. Taksówkarz chciał zabrać tylko panów ale nie byli chętni…
          23 maja, poniedziałek. Część zostaje w hotelu, a „nawiedzeni”, do których ja się zaliczam gonią do Doliny Śmierci. Jak w każdym parku, te kila godzin to strasznie mało, ale i z tego się cieszę. Mimo, że to kilkanaście kilometrów krętą drogą pod górę, polecam punkt widokow Dantes Viev. Obłędny widok na Badwater na dole i Telescope Peac na wprost. Z dołu nie da się tak dobrze ocenić rozległości i głębokości terenu. Nie mieliśmy termometru, ale na pewno było powyżej 40 stopni. Grudę boraksu zabrałam i przywiozłam, podobnie jak kawałek skały, nie powiem z którego parku. Spotkaliśmy rodaków, którzy również podróżowali samodzielnie, tylko w odwrotnym niż my kierunku. Kilka punktów udało się zobaczyć, m.in. księżycowy krajobraz w Twenty Mule, Zabrskie, Drogę Artystów. Wracając, w poszukiwaniu knajpy, trafiliśmy na saloon obsadzony ogromnymi i kwitnącymi kaktusami- dla nas duża wartość fotograficzna, bo nie będziemy niestety w Saquaro NP. Wieczorem znowu marsz po hotelach, m.in. wnętrze Bellagio, na które wczoraj nie mieliśmy siły. Do kasyna chętnych nie było. Piętrowy autobus za 5$ i lulu.
          24maja,wtorek. Mój pierwotny plan to dojechać od południowego zachodu do Yosemite NP, zahaczając po drodze o sekwoje. Niestety musiałam ustąpić , bo niektórym droga od wschodu wydała się krótsza i szybciej miała nas doprowadzić do upragnionego San Francisco. Nie wzięliśmy tylko pod uwagę, że przełęcz Tioga o tej porze będzie jeszcze nieprzejezdna z powodu śniegu. Na powrót do południowego wejścia, gdzie kierował nas zagadnięty strażnik, nie było już szans. Droga miała być otwarta już na weekend. Obejrzeliśmy spore fragmenty pięknych gór Sierra Nevada, pobawiliśmy się na śniegu, ale zadowolona z tego nie byłam. Nocleg wypadł w Sacramento.
          25 maja, środa. W deszczu i mgle wjeżdżamy do SF. Nie na darmo swoją zmienną pogodę nazywają tu caprycha; zanim przejechaliśmy przez miasto na druga stronę do Golden Gate, zaświeciło słońce. Zarezerwowany dzień wcześniej hotel mieliśmy 15 min. pieszo od stacji kolejki linowej, która była naszą drugą atrakcją. Auto zostało na parkingu hotelowym a my udaliśmy się cable car w okolice portu i targu rybnego. Rybki jedliśmy, krabom robiliśmy zdjęcia, kilka $$ zostawiliśmy skośnookim ludzikom za tzw. pamiątki i widokówki. Trzej panowie w ramach przygotowań do jutrzejszej wycieczki nabyli jednakowe czapki z napisem Alkatraz. Kiedy nogi już w zad wchodziły wracaliśmy do hotelu. I to była bardzo pouczająca marszruta. O zmroku bowiem na ulice wypełzają, jak robactwo, czarnoskórzy ludzie; ścielą na chodniku kartony i kartonami się przykrywają. Potrzeby fizjologiczne załatwiają w tym samym miejscu. Jedzą to co udało się wyjąć w ciągu dnia z kubłów i ogromnych czarnych worów ze śmieciami, leżących na ulicy, zwłaszcza w okolicy knajp i sklepów. Tu śmieci nikt nie sortuje, resztki jedzenia i plastikowe naczynia lądują w tym samym worku. Każdy śmietnik to czyjś rewir, każdy dobrze pilnowany przed konkurencją. Takiego stanowiska pracy się nie opuszcza, nawet w celu oddania stolca. Facet, tym razem biały, spuszcza portki i bez pudła trafia do kubka po kawie. Parę metrów dalej patrol policji pilnuje wejścia do hotelu. Nikt nas nie zaczepiał bo byliśmy grupą, ale w pojedynkę chyba na taki spacer bym się nie wybrała.
          26 maja, czwartek. Kupić samą wycieczkę na Alkatraz bez wcześniejszej rezerwacji nie jest takie proste. Dwa pierwsze biura usiłują sprzedać pakiet ze zwiedzaniem miasta autobusem, oczywiście dwukrotnie droższy. Dopiero w trzecim sprawę załatwiamy. Mamy jeszcze czas na posiłek na targu rybnym. Wypływamy o 14, wrócić możemy dowolnym rejsem, najpóźniej o 17.30. Nie lubię takich miejsc, źle mi się kojarzą, ale panowie byli żywo zainteresowani kulisami ucieczki z Alkatraz. Po powrocie klucząc uliczkami szukamy zakrętów na Lombard str. W mieście nawigacja zdecydowanie się przydaje. Wieczorem jeszcze raz przejażdżka kolejką w kierunku portu. Nie możemy napatrzeć się na strome uliczki i znane z filmów stare budynki ze schodami ewakuacyjnymi na zewnątrz. Ładne miasto.
          cdn.
          • malgosia-t-13 Re: Jak zdobywałam Dziki Zachód 23.06.11, 20:37
            27 maja, piątek. Nasza pętla po zachodnim wybrzeżu ma się dzisiaj zamknąć, wracamy do Los Angeles. Chociaż przez chwilę musimy popatrzeć na ocean, a niektórzy- dokonać ablucji. Niestety „1” ciągle zamknięta i do Big Sur dojechać się nie da. Woda ma cudny błękitny kolor, fale rozbijają się o klify a nad nimi unosi się delikatna mgiełka. Objazd do „101” prowadzi krętą drogą przez góry. Mijamy tereny wojskowe i trafiamy do knajpy prowadzonej przez weterana wojny w Wietnamie i jego żonę Niemkę. Zanim kobieta przygotowała obiad, opowiedział nam historię swojej rodziny popartą zdjęciami w kolorze sepii. Jest piątkowe popołudnie i przed LA tworzą się korki. Na kąpiel zatrzymujemy się w Santa Monica. Nocleg blisko lotniska w Motel 6.
            28 maja, sobota. Rano hotelowy busik zawiózł nas na lotnisko. Do NY lecieliśmy liniami AA. Można się odprawić i zarezerwować miejsce online. Przed wyjazdem nie miałam tej informacji, ale nie płaciliśmy dodatkowo za bagaż; gdyby był to tylko lot krajowy płaci się 25$/sztuka do 23kg. Z lotniska zabiera nas znajoma, której nie widzieliśmy 20 lat. Jedziemy ponad godzinę na Long Island. Też ciekawe doświadczenie, zobaczymy z bliska jaki jest standard życia w amerykańskich domkach z elewacją z sidingu, które do tej pory oglądaliśmy tylko na filmach. Osiedle strzeżone, wjazd na kartę zbliżeniową. Soczyście zielone trawniki, służy im bardzo wilgotny klimat. Czysto. Domki nie są ogrodzone. Budowane z płyt pilśniowych tylko do 1-go piętra, bo ta licha konstrukcja więcej nie wytrzyma. A instalacja elektryczna w postaci plątaniny kabli leżącej na strychu to już mistrzostwo świata. Tak mieszka klasa średnia. My zostajemy tu na dwa noclegi.
            29 maja, niedziela. Dla nas dzień na zakupy. Nie zdecydowaliśmy się na odległy Woodbury Outlet. Uznaliśmy, że taaaką kasę damy radę wydać na miejscu. I słusznie, bo dobrze nam poszło. Resztę zostawiliśmy w Macys na Manhatanie.
            30 maja, poniedziałek. Memorial Day. Awansujemy i przenosimy się na 26 piętro 80-cio piętrowego apartamentowca na 37th St na Manhatanie. Za widok z takiego okna czynsz to ponad 2tys.$/miesiąc. My dostajemy gratis dwa ostatnie noclegi. Na dachu jest basen i taras, z którego jeszcze lepsza panorama. Dzisiaj w planie m.in. wycieczka statkiem do Statuy Wolności. Kolejka po bilety długa i okropnie gorąco. Wszyscy narzekamy na wilgotny nowojorski klimat, ubranie klei się do ciała. Co tam drobne niedogodności jak sen staje się jawą. Jeszcze rok temu nie sądziłam, że kiedyś tu stanę. I dzisiaj… dla mnie naprawdę Memorial Day. Dalej spacerkiem, a raczej sprintem po Manhatanie. Metro, Central Park, Roosevelt Island kolejką linową, Rockefeler Center, Union Squer, taxi, spać.
            31maja, wtorek. Powtórka z rozrywki . Jeszcze trochę sklepów w centrum, metro, most brooklyński, dzielnica chińska, dzielnica italiańska, metro, spać. Może to upał i zmęczenie ale jakoś tak żadnej magii nie doszukaliśmy się na 5 St Ave, 7 St Ave czy na Broadway’u. Ulice jak ulice, wszędzie czarne wory ze śmieciami, wyziewy z metra i klimatyzacji, morze ludzi chyba z całego świata. Zdecydowanie nie moje miejsce.
            1 czerwca, środa. Czas się zbierać. Pakujemy, ważymy i obserwujemy ludzi przylatujących do pracy helikopterami; na dole nad brzegiem rzeki jest lądowisko. Rozglądam się po mieszkaniu i brakuje mi, tak jak w hotelach i knajpach na zachodnim wybrzeżu, szczegółów, które by przyciągały wzrok. Nie chcę nikogo obrazić, ale „amerykańskie” to będzie znaczyło dla mnie takie trochę niechlujne, niedokończone, niedopracowane. Byle spełniało swoją rolę, reszta bez znaczenia. Praktyczne a nie estetyczne. Pozytywy też widzę. Ludzie życzliwi, uśmiechnięci, chętni do pomocy. Pracują osoby w różnym wieku i o różnym wyglądzie; nawet jeżeli tylko dlatego, że nie ma powszechnego systemu ubezpieczeń to zadziwiające jeżeli sekretarką w firmie jest starsza tęga pani a nie długonogie blond-dziewczę. Ludzie wykonują swoje obowiązki z prawdziwym zaangażowaniem. Policjant na skrzyżowaniu nie stoi za karę, tylko naprawdę usprawnia ruch. Gdy niepotrzebnie zapuściliśmy się w jednokierunkową drogę wyjazdową z Manhatanu, policjantka zatrzymała ruch na bardzo ruchliwej ulicy, wyprowadziła nas tyłem i parę minut tłumaczyła jak dojechać do parkingu. Kasjerka w supermarkecie wstanie i Twoje zakupy włoży do wózka. Jak poprosiliśmy o pomoc (mieliśmy np. problem z amerykańską kartą telefoniczną) przepraszając następnych klientów ,problem w salonie AT&T rozwiązali do końca. Czas się zbierać. W windzie zwracamy uwagę na przyciski- nie ma 13-go pietra. Na ulicy zatrzymujemy taksówkę combi- 4 osoby i 4 walizy. Nasz gospodarz poinstruował nas, że na lotnisko płacimy nie wg wskazań licznika, tylko maksymalną cenę 55$, w którą wliczona jest opłata za Brooklyn Br. W strefie bezcłowej kupujemy zapachy i tu jeszcze niespodzianka. Zapłaconych 100ml. perfum nie mogę zabrać ze sobą, pakują to do foliowego worka i oddają po okazaniu paragonu przed wejściem do samolotu. Na koniec Amerykanie przygotowali nam jeszcze jedną atrakcję. Przeprowadzali kontrolę antyterrorystyczną jakiegoś samolotu przed nami, ale zamiast wycofać go z kolejki do startu, zrobili korek składający się z kilkudziesięciu samolotów przed i za nami. Mieliśmy 70 min. opóźnienia i nie zdążyliśmy na przesiadkę w Madrycie. Iberia bilety przbukowała i dała talony na posiłek, ale 8 godz. w holu lotniska po nieprzespanej nocy, to nic przyjemnego. W Monachium Niemcy wyrywkowo kontrolowali kilka bagaży. Szczęśliwie nie trafiło na nas, bo bałam się o swoje kamienie.
            I tak wycieczkę zakończyliśmy. Koszt to 15 tys. zł/2 osoby za wszystko, oprócz zakupów do domu. Z tego za 13 noclegów (1x w 6, 1x w 4 i reszta dwójki) zapłaciliśmy 797$. Poziom satysfakcji wysoki. I co najważniejsze wracam bez kompleksów- jestem szczupła, dobrze się odżywiam, mieszkam w murowanym domu i w ogóle polska rzeczywistość nie wypada tak źle jak w porównaniu z niektórymi krajami europejskimi. W głowie mam „materiał” na jeszcze jedną taką amerykańską objazdówkę. Trochę fotek, których nie potrafię ułożyć po kolei fotoforum.gazeta.pl/a/59211.html
            • bmwracer Re: Jak zdobywałam Dziki Zachód 24.06.11, 02:26
              Whoww... Super sprawozdanie.....z przyjemnoscia poczytalem poniewaz od kilku lat prawie w kazde wakacje mamy gosci z Polski i robimy dosc podobna petle po Dzikim Zachodzie...w tym roky zrobilismy to jakies 2 tygodnie przed Wami.. i Yosemite "wzielismy" od zachodu heheheh... Tioga zostala otwarta dopiero 18 Czerwca...
              Nasi goscie maja ciut lepesz opinie koncowe byc moze dlatego ze nie zatrzymujemy sie w motelach z najnizej polki, nie zywimy w restaracjach z junkami....i poruszamy sie w mniejszym tempie...aha i jeszcze my zwykle pokrywamy koszty wycieczek :))) Tym razem w LV zatrzymalismy sie w Venetian, w ubieglym roky w Paris (mozna znalezc ceny podobne do Circus circus) a wiec im sie LV podobal stwierdzxili ze to "quite well made fake" Ale nie wiem co lepsze -na pewno mieliscie super przygode... my z zasady omijamy miejsca gdzie nie czyjemy sie bezpiecznie ale pewnie za to tracimy te czesc "przygody"
              Szkoda ze trafiliscie na zimno w Californi....bardzo nietypowe.
              A jesli chodzi o kompeleksy to nie wiem z jakiego powody mielibysmy (ci z jedej i z drugiej strony Atlanytku) je miec? My nie mamy ani w europie ani w Polsce?? Ale kazdy chwali swoje...USA jest to kraj ogromych przestrzeni i ogromnych kontrastow a wiec trudno porownywac z europa gdzie wszystko jest male i w miare podobne... i trzeba przyznac ze bardziej zadbane ....W koncy ameryke "zaczeli" niekoniecznie ludzie z najwyzszych klas ....
              No a z drugiej strony jest to inny kraj gdzie mieszkaja inni ludzie i maja nieco inne wartosci nic europejczycy...kraj gdzie jest wiele pozytywnych ale i wiele negatywnych rzeczy...
              Ludzie co prawda grubsi ale....niestety chyba i polacy tacy beda za kilkadziesiat lat..junk food swoje robi. Polacy sa szczupli dlatego ze sie nie przejadaja (jedzenie jest drogie?) i duzo sie ruszaja - w wiekszosci nie z wyboru....ale i to juz sie zmienia.. To prawda ze domu sa tu w wiekszosci z drewna i wileu preferuje parterowe ale czy to znaczy ze sa gorsze od murowanych ? jesli tak dlaczego? Ja osobiscie bezwzglednie prefeuje parterowy dom...a akble mam takie jakie chce - nie takie jakie mi pozwola pociagnac. Zreszta 60+% ludzi mieszka we wlasnych domach z wyboru i dlatego ze moga..... jakie tam one sa to zalezy od wlascicieli ale wlasne z duzym ogrodkiem... Moga je zamienic na wynajmowane...ale widocznie jest im tak dobrze..

              • malgosia-t-13 Re: Jak zdobywałam Dziki Zachód 24.06.11, 07:51
                Nie chodzi mi wcale o roztrząsanie wyższości takiego budownictwa nad innym. Gdyby to było dla mnie takie ważne, zamiast jechać na wycieczkę zainwestowałabym np. w płot, którego mi brakuje. A ludzie, z którymi miałam kontakt bardzo podkreślali to, że ktoś ma dom murowany a nie „jednorazowy”, dlatego tak napisałam. No i ciągle dla części, nawet młodych Polaków, Ameryka to ziemia obiecana. Osobiste obserwacje pomagają trzeźwo popatrzeć na sprawę.
                • bmwracer Re: Jak zdobywałam Dziki Zachód 24.06.11, 21:03
                  " A ludzie, z którymi miałam kontakt bardzo podkreślali to, że ktoś ma dom murowany a nie „jednorazowy” "

                  Sie jednak nie obejdzie bez przynajmniej odrobiny drwin..... no coz szkoda ale jesli to pomaga to rozgrzeszam..

                  Albo
                  "Osobiste obserwacje pomagają trzeźwo popatrzeć na sprawę."

                  sa jedynie osobistymi obserwacjami i powinny byc interpetowane jedynie jako opinie komentatora i jedynie o miejscach ktore opisujaca odwiedzila i zwrocila uwage na nie w przyslowiwym "przelocie".




                  (domy) "Budowane z płyt pilśniowych tylko do 1-go piętra, bo ta licha konstrukcja więcej nie wytrzyma. A instalacja elektryczna w postaci plątaniny kabli leżącej na strychu to już mistrzostwo świata. Tak mieszka klasa średnia. My zostajemy tu na dwa noclegi. "

                  Ciekawe czy to dlatego aby zobaczyc jak ludzie zyja czy tez moze dlatego ze bylo FREE ? a opis to nie "obrabianie D" tym co udzielili darmowego schronienia ale "Trzezwe spojrzenie na sprawe"... hm....

                  "Rozglądam się po mieszkaniu ( przypominam: na 26 pietrze 80-ci pietrowego apartamnetowca gdzie czynsz jest jedynek$2k/m) i brakuje mi, tak jak w hotelach i knajpach na zachodnim wybrzeżu, szczegółów, które by przyciągały wzrok. Nie chcę nikogo obrazić, ale „amerykańskie” to będzie znaczyło dla mnie takie trochę niechlujne, niedokończone, niedopracowane."

                  No tak, gdyby to byl apartamanet na minimum poziomie to kosztowalby min $5tys/miesiac ale byl free i do tego zostal "podsumowany"..


                  No a moze to ma pokazac ze "ameryka" to nie ziemia obiecana?

                  Na pewno nie ale Motel 6 to nie "Typowy" amerykanski motel, San Francisco i New York maja wspaniale i czyste dzielnice a jak sie mieszka w przyslowiwym dumpie to niestety trzeba ominac worki ze smieciami aby z tego wyjsc . Zaskoczylo mnie ze "dobra kawa była tylko w McDonaldzie" a stek w Denys ma jedynie wspolna nazwe z prawdziwym stekiem.... pisze to aby bron boze ktos nie pomyslal ze tak tu wlasnie zyje wiekszosc ludzi.... a komentaz
                  "kilka $$ zostawiliśmy skośnookim ludzikom za tzw. pamiątki i widokówki" jest nie tylko rasistowski ale niesmaczny.

                  Zastanawi mnie jeden fakt ze osoba podejrzewam wyksztalcona powyzej sredniej i zamozna powyzej sredniej - odwiedz kraj pierwszy raz , przletuje jak burza, powusza sie po miejscach gdzie zyje biedota, .. i ocenia to tak krytyczne....

                  Chyba jedynie aby rzeczywscie pozbyc sie wlasnych kompleksow...

                  Mogl to byc wspanialy opis podrozy i dla wielu moze jest poniewaz zostal w koncu napisany prze Rodaczke dla Rodakow na rodzimym portalu.

                  Szkoda jedynie ze zostawil troche "kwasnego smaku na jezyku i nieprzyjemnego zapachu po sobie".... ciekawe co pomysleliby Ci co uzyczyli darmowego lokum...?





                  lektury.nauka.pl/index.php/id=index/dept=76/cath=0/lekt_id=177


                  • starypierdola Poluzuj, kolego/kolezanko; zrelaksuj sie :) 24.06.11, 21:23
                    Zalozyl bym sie ze jak Ty gdzies jedziesz to tez ´zawyzasz¨ swoje rodzinne zwyczaje aby jakos sie dowartosciowac. Choc dobrze ze nie poprawiasz przekreconych nazw amerykanskich. To ostatnie doceniam.

                    Zamiast pouczac i wyjazniac, przeczytaj jeszcze raz i zrozumiej jak nas widza inni. To jest bardzo pouczajace. I ciesz sie ze kobieta sie cieszy i mile wspomina pobyt w USA. To troche niezwykle jak na to forum.

                    Rozluzniony SP
                    • bmwracer Re: Poluzuj, kolego/kolezanko; zrelaksuj sie :) 24.06.11, 21:58
                      Nie moj kolego jak jade to wiem gdzie jade i gdzie jestem i nie oceniam nic pochopnie poniewaz ja tu sie mowi:
                      " A little knowledge is a dangerous thing" which means: A small amount of knowledge can mislead people into thinking that they are more expert than they really are.

                      Dowartosciowywac sie nie musze i zawsze staram sie patrzec na spoleczenstwo z ich strony i znajdowac pozytywne rzeczy a "darowanemu koniowi w zeby sie nie powinno zagladac"?

                      A jadac do Polski nie oceniam "polski" na bazie zachowania pana Zdzisia co sie opil i nasiusial na klatce schodowej...


                      poczytalem to kilka razy i niestety im wiecej razy czytam tym wiecej rzeczy mnie wkurza...
                      widze to na kazdym kroku ze rzadko sie zdarza ( i to jest pozytywne bo sie zdarza) iz rodak powie cos pozytywnego ale dlaczego zaraz sie na tym lapie i dodaje 3x wiecej krytyki....
                      Kurde, przyslowiwe jajka daliby sobie ogolic aby dostac darmowe wizy i wszedzie i w spoleczenstwie i w narodzie kopiowanie ameryki jest nagminne......ale przeciez trzeba pokaza ze sie nie jest gorszym..i to w sposob taki ze obraza sie innych??? Ciekawe po co?

                      Fajnie ze ktos opisuje swoje wrazenia ale jak zwykle "to nie ja to oni" i zastanawima sie czy takie opisy to jedynie chec podzielenia sie wrazeniami ? Na pewno nie zachecenia innych do podobnych podrozy.
                      Ja doskonale rozumiem, ze ktos osczedza przez dlugi czas aby moc zobaczyc cos tam wiecej poza swoja zagroda....i chwala im za to...
                      Nazbieraja ile moga i aby cos zobaczyc musza robic kompromisy gdzie sie da...zdaje sobie ze nie kazdego stac na luksusowe hotele i restauracje... nie mam problemu - je gdzie chce, spi gdzie chce - jego sprawa i wybor..
                      Ale kiedy ktos przychodzi na moje podworko wchodzac od od strony stajni ( i jeszcze do tego po to aby sie za frajer przespac) i wlazi w G widziac w co wlazi i dlaczego to robi a potem skomili jak tu brudno i jak to smierdzi to mnie wnerwia i koniec... trzeba bylo wejsc bramka gdzie ludzie wchodza i patrzec pod nogi jak idzesz na farme...

                      Wyobrazam sobie ponad-przecietnie wyksztalconego i zasobnego amerykanina ktory pojechalby do PL aby zwiedzic ja za $100 PLN dziennnie co on by napisal........smrod brud i ubostwo.... a tak wcale nie jest. Czy to byloby fair?

                      No wiec autorce nalezy sie ogromny plus za dokladny opis ale jako ze to w koncu moj kraj, to mnie "tyknelo" poniewaz oczekiwalbym ze opinie tego typu beda ca najmniej okreslone w sposob wlasciwy do sytuacji...
                      Zdarzalo sie i nam zatrzymac w Motel 6 ale przeciez wszyscy znamy ich reklame "We will leave the lights ON for you" i wiemy co za tym idzie - aby karaluchy pouciekaly.....No wiec zatrzymujac sie tam nie oczekiwalem nic a kiedy byly czystem to bylem pozytywnie zaskoczony...

                      E tam..... czas na piwo ....


                          • starypierdola Nie gniewaj sie, ale .... 24.06.11, 22:55
                            ...Twoje wpisy wskazuja na osobe zakompleksiona i chcaca sie dowartosciowac.

                            Kobieta napisala co ONA widziala i czula, a Ty ja pouczasz co ona POWINNA BYLA widziec i czuc. No coz, kazdy prawdziwy Polak jest nauczycielem (ja pania naucze, ja pani pokaze!!!).

                            Moze jednal rozluznij sie? Czemu wylewac swoja zolc na ducha winna kobiete?

                            Dalej rozluzniony SP
                            • bmwracer Re: Nie gniewaj sie, ale .... 24.06.11, 23:33
                              skoro tak mowisz......to pewnie masz jakies ku temu podstawy...i pewnie jestes psychologiem...ale niech Ci bedzie ja na razie nikogo wiecej nie bede ocenial.

                              Ona napisala co czula wiec i ja napisalem co czuje.....
                              Nie w tym rzecz i nie o to chodzilo aby kogos uczyc czy obrazac....ale chyba przyznasz ze jak idziesz do restuaracji to nie tylko wazne co jest na talezu ale rownie a moze bardziej wazne jak to jest podane....


                              jak zgrzeszylem to mocno zaluje i przyjme pokute ......
                              pora skonczyc narzekanie....

                              Pewnie mam meski PMS.

                        • starypierdola A tobie, Jotek, znowu sie udalo:) 24.06.11, 23:06
                          No bo do Vermont nie dojechali. Tam by im sie dopiero oczy otworzyky! I musial bys im od nowa tlumaczyc ze u Was nie ma rownorzednych drog.

                          Sluchaj, w innej sprawie. To co Ty masz z tymi dealerami wspolnego? Ozeniles sie z corka jednego z nich?

                          Ciekawy i obserwujacy
                          SP
                  • malgosia-t-13 Re: Jak zdobywałam Dziki Zachód 25.06.11, 07:56
                    Musisz być bardzo nieszczęśliwym człowiekiem. Jeżeli to dla Ciebie rodzaj terapii- możesz każde zdanie rozebrać logicznie i gramatycznie, poprawić błędy. Nie jestem rasistką, o swoich spostrzeżeniach potrafię mówić wprost (i nikogo nie obraziłam), a w swoim środowisku nie jestem anonimowa- moją relację przeczyta kilkadziesiąt znających mnie osób. Nie będę cię przekonywać, że wiem co to hotel 5* i, że mogę wydać więcej. Lubię wchodzić „od stajni” bo więcej można zobaczyć; nie jeżdżę z biurami podróży. Mam satysfakcję, że tyle widziałam nie wydając fortuny i to właśnie chciałam przekazać. Moja opinia oczywiście jest subiektywna i dotyczy tego co dotknęłam w ciągu niespełna 3-tygodniowej podróży. Nie wątpię, że w Stanach są luksusowe dzielnice i dobre restauracje. Może zamiast wyzłośliwiać się za to, że kasę wydałeś a niewiele zobaczyłeś, napisz jak perfekcyjnie organizujesz swoje wycieczki. Naprawdę chętnie skorzystam z mądrej rady zanim przyjadę po raz drugi.
                    • bmwracer Re: Jak zdobywałam Dziki Zachód 25.06.11, 17:28
                      Widzisz, w tym kraju ucza ludzi aby zanim napisze sie czy powie cos negatywnego, najpierw probowac znalezc w kazdym wyapdku i sytuacji cos pozytywnego.... moze to powoduje ze ludzie sa do siebie bardziej uprzejmi?

                      A tu wyglada ze jesli ktos sie z nami nie zgadza to na pewno jest niedowartosciwany, zakompleksiony i bardzo nieszczesliwy?

                      No coz akceptuje punkt widzenia naszych gosci i absolutnei doceniam aspekty pozytywne lecz zamiast sie zachlystywac ocenami z ktorymi sie nie zgadzam wyrazam swoja opinie poniewaz kazdemu - i mnie rowniez zdarza sie wyrazac opinie zbyt pochopnie i zbyt ostro nie zdajac sobie sprawy co czuje ta druga strona..

                      Nie wiem czy Cie zasmuce czy rozwesele ale jestem czlowiekiem szczesliwym i spelnionym pod kazdym niemal wzgledem jednak to nie przeszkadza mi zaprotestowac kiedy ktos bedac gosciem przekracza swoje kometencje... wizyta w rezerwacie byla chyba dobrym przykladem - odwiedzalem wiele reezerwatow i jakos nigdzie nie potraktowano mnie jako nieproszonego goscia byc moze poniewaz nigdy nikogo nie ponizalem (zwalszcza tych co maja trudniej) ani nie traktowalem jak obiekt do interesuajcego zdjecia..


                      a reszte komentarzy zostawiam innym do analizy

                      • starypierdola I tu sie z Toba zgadzam w 100% 25.06.11, 18:11
                        Na kursie 'Public Relations' mnie uczyli, i do dzis pamietam, ze zanim cos krytykujeso powiniennes powiedziec DWIE dorre rzeczy. DWIE, obojetne jakie (Malgosiu, jakie Ty masz piekne oczy, i jaka lekka reke do pisania).

                        Tak robie (w zyciu) i bardzo mi to pomaga. NO ale nie na forum!! Tu sie mozna wyzyc.

                        A Malgosia, zgodnie z moja wyuczona zasada, powiedziala w koncu ze ctery dobre rzeczy. Co jest wyjatkowa rzadkoscia na tym Forum.

                        Wyuczony SP
            • Gość: robak Re: Jak zdobywałam Dziki Zachód IP: *.dsl.pltn13.pacbell.net 25.06.11, 22:42
              > Budowane z płyt pil
              > śniowych tylko do 1-go piętra, bo ta licha konstrukcja więcej nie wytrzyma. A i
              > nstalacja elektryczna w postaci plątaniny kabli leżącej na strychu to już mistr
              > zostwo świata. Tak mieszka klasa średnia.

              Oczywiscie ta srednia klasa mieszka "srednio" na duzo wiekszej powierzchni niz ta srednia klasa w Europie. Co do reszty twoich uwag to typowy przyklad ignorancji - kody budowlane w USA zaleza od ilosci pieter - jak potrzebujesz wiecej pieter to budujesz inaczej. A swoja droga to "licha" konstrukcja wytrzyma niezle trzesienie ziemi podczas gdy twoje europejskie solidne mury beda padaly jak pokruszony gips. No ale fajnie ze ci w Polsce swietnie i ze jestes dumna ze swoich cegiel - wiecej imigrantow z Polski nie jest potrzebna.
              • jot-23 Re: Jak zdobywałam Dziki Zachód 25.06.11, 23:34
                Gość portalu: robak napisał(a):

                >jestes dumna ze swoich cegiel - wiecej imigrantow z Polski nie jest potrzebna.

                z cegiel w bulbie buduje tylko "elita" - 90% nowych konstrukcji to nadmuchiwane betonowe pustaki pokrywane styropianem.
                • Gość: nawiedzony Re: Jak zdobywałam Dziki Zachód IP: *.cpe.net.cable.rogers.com 28.06.11, 04:59
                  > z cegiel w bulbie buduje tylko "elita" - 90% nowych konstrukcji to nadmuchiwane
                  > betonowe pustaki pokrywane styropianem.

                  a w materiale uzytym do zrobienia cegly dla elity, czy tez pustaka dla "pustaka" bulbonskiego jest cala Tablica Mendelejewa. Stad tez tylu " kresowych europejczykow" gdy sie na nich patrzy po zmroku wydziela roznego koloru swiatlo, ktore oni sobie tlumacza jako swieta aureole i pozniej zaczynaja chodzic na kolanach i wznosza swe oblicza z recami w strone dzwonow.
    • starypierdola Swietnie to opisals! Gratuluje:) 24.06.11, 00:56
      Jak wrocisz (jak piszesz) to skontaktuj sie ze mna. Oszczedzisz na zakwaterowaniu i utrzymaniu (jak bedziesz bez meza?). Mieszkam tu i stale jestem zachwycony 'kamieniami', ludzmi, krajobrazami ... i innymi rzeczami.....

      Przyjazny SP
        • starypierdola Sorry, man :) 24.06.11, 23:01
          Jak jestes chlop to poszukaj sobie baby. Moje preferencje sa zdecydowanie inne.

          I zwroc uwage ze ja ja zapraszam .... bez meza !! :). No a jak by co, to meza mozna zawsze zakwaterowac w Circus Circus. Nie przyjezdzie sprawdzic co i jak bo taksowka kosztuje $50 a publicznej komunikacji nie ma. Nawet jak by byla to bilet pewnie kosztowal by z $5 :)

          I sam widzisz jak to jest: byli i nie zauwazyli ze nie ma publicznej komunikacji! To by dopiero bylo narzekanie. Ale czemu ja mam ich za to krytykowac? Moze Ty im to wyjasnij?

          Zrelaksowany i cwany SP
          • bmwracer Re: Sorry, man :) 24.06.11, 23:40
            osobiscie na Jej miejscu poczulbym sie obrazony za Twoje komentarze ale jak widac z jej reakcji znowu sie pomylilem.......
            A w Tobie ani odrobiny ludzkosci - only business...

            • Gość: ben franklin Luzne impresje amerykanskie IP: *.phil.east.verizon.net 25.06.11, 05:31

              Interesujaco i informujaco napisana relacja. Uznanie dla autorki, ze chciala tak
              obszernie podzielic sie z nami swoimi wrazeniami.

              Przez moment mialem cichutka nadzieje, ze w interesujacym opisie podrozy po
              Stanach zabraknie stereotypowego lejtmotiwu "kupy smieci na ulicy". Odnosze
              wrazenie, ze z pewnych powodow wiekszosc opisujacych swoje podroze po
              amerykanskich miastach czuje sie spelniona jako podrozujacy reporterzy gdy
              taka kupe smieci znajda i opisza. Czuje sie w tym opisie ulge i familiarnosc.
              Byc moze gdyby Autorka z sentymentu do Beatlesow dotarla w okolice Dakoty
              opis miasta Nowy Jork bylby odrobine inny. Kup smieci jest tam mniej niz w okolicach
              Times Square.

              Opis taniego hotelu uwiecznil juz Bryan Adams w swojej piosence " Low life".
              Sniadania w takich hotelach sa odpowiednie. Amerykanie maja powiedzenie:
              "You get what you pay for". Widzenie Ameryki przez pryzmat takiego hotelu
              jest lekko wypaczone. W hotelach lepszych "niehigieniczna wykladzina" jest
              odkurzana codziennie i prana chemicznie raz w tygodniu.

              "...ale "amerykanskie" to bedzie znaczylo dla mnie troche niechlujne, niedokonczone,
              niedopracowane". Bardzo powierzchowna i krzywdzaca dla Ameryki opinia.
              Ta "niedokonczonosc" wczesniej zapoczatkowal Europejczyk Szubert. Zaczal pisac
              Symfonie (VIII) i nie dokonczyl. Mimo tego Europe lubie i nie uwazam jej za niedopracowana:)
              Punkt widzenia zalezy od punktu siedzenia/lezenia. Jest szansa, ze przy kolejnej wizycie
              w Stanach Autorka bedzie miala okazje zobaczyc Stany logistycznie dopracowane,
              czystsze i elegantsze. Takie tez istnieja. Serdeczne ich zobaczenia zycze.

              Las Vegas "o tym, ze kicz i tandeta wiedza wszyscy". Niepelne zmeczone uogolnienie.
              Sa tez niekiczowate miejsca w LV. W hotelu mozna obejrzec Moneta, Chagalla i innych.
              Mozna wypic wloskie espresso pod zmieniajaca koloryt pory dnia kopula na placu
              sw. Marka. Dla teskniacych za kuchnia europejska jest doskonala restauracja Picasso.

              W miare czesto zdarza mi sie pokazywac Rodakom odwiedzajacym Stany swoje miasto.
              Prosze tylko aby z ocena miasta poczekali trzy dni. Wowczas ocena traci powierzchownosc
              i nabiera glebi. Wskazuje im kierunek polnocnej dzielnicy miasta w ktorej raz bylem
              i nastepnym razem odwiedze gdy uzyskam pozwolenie zamontowania na dachu
              mojego samochodu karabinu maszynowego. Siedzimy tez w parku w ktorym wszyscy
              wlasciciele swoich psow zbieraja ich uwolnione czesci pokarmu. Chce aby mieli w miare
              wyposrodkowana opinie nie nachylajaca sie w kierunku ktoregos z biegunow.

              Bywa, ze odbieram ich z dworca Greyhound ktory przypomina mi troche Dworzec Centralny.
              Oba sa bez wykladziny. I bywa, ze odprowadzam ich na dworzec kolejowy ktory ma
              robiace wrazenie marmury i na perony zjezdza sie z czerwonego dywanu/wykladziny.

              Z przyjemnoscia zauwazam, ze podzielamy opinie, ze Amerykanie w wiekszosci to
              uprzejmi, zyczliwi i uczynni ludzie. Super, ze masz plany powrotu na kolejna wizyte.

              Z czerwcowym, upalnym (25 C) pozdrowieniem - ben f.
              • Gość: Hiacenty 66 Mala impresja turystyczna IP: *.cpe.net.cable.rogers.com 25.06.11, 09:50
                W tym roku zaplanowalem zwiedzic Europe. Zaczalem od Frankfurtu. Duzo samolotow, wielkie lotnisko, tylko strasznie smierdzi papierosami. Ludzie nawet niezle ubrani, ale malo uprzejmi. Bardzo duzo niedomytych turasow. Czulem sie jak w Stambule. Chcialem sie dostac do Paryza , ktory byl moim wlasciwym poczatkiem podrozy po Europie. Pociag z tych lepszych, szybkich, ale urzednik niemieckich kolei okazlal sie byc jakims cwaniaczkiem, co chcial mi wcisnac bilet z przesiadka gdzies pod Dreznem, za trzykrotnie wieksza cene. Musialem go lekko ustawic do pionu, wtedy zgrzecznial i juz w uklonach dostarczyl bilet taki jak sie patrzy, choc z oczu, to juz mu h... patrzylo. Ale co tam. Podroz koleja w miare wygodna, w miare szybka, choc pasazerowie strasznie glosni, japiac geba na caly wagon. W Paryzu wysiadlem na Gare Est. Pierwsze co mnie wrecz uderzylo to poczucie, ze jestem w jakims trzecim swiecie, gdy zobaczylem spacerujace po dworcu i kontrolujace kolorowych patrole wojskowe z bronia automatyczna. Przypomnialy mi sie czasy, jak w latach 60tych takie same patrole ruskich spacerowaly po ulicach jednego z polskich miast. Ale co tam, mysle sobie, jestem w Paryzewie, Europa na mnie czeka, wiec grzeje do wyjscia, na swierze powietrze, a tu druga kicha. Pociagam nosem, co jest? Smierdzi moczem. Mysle, moze kogos przycisnelo i popuscil w majty, bo nie mial na kibel i dalej nie bedzie capilo. Ale gdzie tam. Cala droge do hotelu czulem, jakbym przez szalet miejski szedl. O hotelu teraz nie bede pisal, bo juz sie wnerwilem. Zrobie to pozniej. Teraz ludzie. Bialego jak na lekarstwo, wszystko jakies takie jak po torturach - przypalane, a do tego halasliwe i udajace ze gdzies sie spieszy. Ach, mysle sobie co tam; Luwr, galerie, muzea, tylko ze wspominajac Europe, zawsze juz bedzie mnie przesladowal ten brod, smrod moczu i male ciasne hoteliki z odlazaca tapeta.
                Cdn.
                • Gość: Kris Re: Mala impresja turystyczna IP: *.altec.pl 25.06.11, 11:30
                  Trzeba było walić do Polski (bo to od 2004 też Europa) i to bez żadnych przesiadek we Frankfurcie (po cholerę to użeranie się ze szwabami i turasami). My Polacy mamy swoje linie narodowe LOT, które bezpośrednio przewiozą Cię do Polski. Czarnych tu jak na lekarstwo (zdrowa tkanka narodu, poznasz ją po ogolonych głowach, dba żeby spędzali wieczory w akademikach i nie wychodzili w miasto) , do autobusu czy tramwaju możesz wejść bez biletu (czasami są kontrole ale trzeba mieć pecha), dziewczyny są szczuplejsze (aczkolwiek postęp z USA powoli dociera i do nas). Nikt się do Ciebie na ulicy nie uśmiechnie, a na Twoja rozradowana gębę będą dziwnie patrzeć. Wystarczy jednak, że poczęstujesz miejscowego łykiem "Finlandii" a otworzy przed Tobą swoje serce i duszę. W rewanżu napijesz się bimbru i czymś zagryziesz. A potem na drugą nóżkę. Żadni uzbrojeni żołnierze nie chodzą z naładowaną bronią po ulicach, jedynie miła i uprzejma Straż Miejska może wsadzić za wycieraczkę mandacik za złe parkowanie. Reasumując, wybrałeś zły kierunek. To tu na wschodnich rubieżach EU jest kwintesencja Europy.
                  • starypierdola Jak Cie interesuja odlazace tapety .... 25.06.11, 18:23
                    ... to polecam hotel "Leningrad" (sic!) kolo Moulen Rouge (spelling?).

                    No ale bylem niedawno z Zamosciu i zatrzymalem sie w hotelu zaraz przy rynku (zapomnialem nazwy). PLN 350 za noc (stargowlaem z 600; mieli malo gosci) i byl calkiem przyjemny i wygodny. Taki jak w US za jakies $100/noc.

                    Wiec jest postep. Zaswiadczam na pismie.

                    Skrupulatny SP
              • starypierdola Ben, odwal sie od Las Vegas 25.06.11, 18:18
                Mieszkalem dlugo w Polsce, teraz w LV i poswiadczam (na pismie) ze nie ma zadnego porownania. Tak w stylu , w jakosci i cenie zycia.

                No jak sie ma wiecej czasu to po prostu raj. Gory: Spring Mountains stale maja ponad 4 m sniegu; dzisiaj!), Pustynie, Jeziora i tysiace atrakcji w granicach kilkukodzinnej jazdy.

                I moge tu zobaczyc czy pojsc na wystepy wszystkioch ktorzy sie licza; od Celine DIon do Whoopi Goldberg.

                Howgh!

                Rozdrazniony SP
      • Gość: ben franklin Las Vegas & Zamosc IP: *.phil.east.verizon.net 25.06.11, 19:51

        S-P,

        Prosze popraw sobie opadajace okulary. Ja Las Vegas lubie. Cytowalem tylko
        uprzedzona do LV autorke watku. Nie zauwazyles " ..."

        W Zamosciu bylem. Pobobalo mi sie. Pozegnanie z Afryka maja. W tym samym hotelu
        przy rynku spalem dwie noce. Senator sie nazywa. Widzialem Twoj wpis na scianie toalety
        w restauracji. Na lewo od pisuaru. Old F... (zamazane bylo) was here. I data:)

        Pozdrawiam - ben f.
        • starypierdola No przeciez wiem, ale ... 26.06.11, 01:11
          Staram sie rozwinac dyskusje i nie oberwac od Was, malkontentow, po nosie.

          Zamiast narzekac na ladnie napisane sprawozdanie, pouczacie kobiete jak by od tego zalezala Wasza przyszlosc.

          Proponuje zaproscie ja do siebie, ugosccie, wytlumaczcie co i jak. Wtedy ona to ponownie ladnie opisze wskazujac (same) zalety zabudowy drewnianej (jak na Podlasiu, ale tam grubsze bale), urakow hoteli za $500/dobe, i co tam jeszcze Was gryzie.

          No chyba ze Wy wszyscy dziadki z PRL. Boo Wasze wpisy wygladaja z grubsza tak:
          - wszystko wynaleziono najpierw w Zwiazku Radzieckim
          - Zwiazek Radziecki ma wszystko najwieksze
          - Zwiazek Radziecki ma wszystko najladniejsze
          - Zwiazek Radziecki ma wszystko najlepsze
          - Zwiazek Radziecki jest najbogatszy na swiecie
          ......
          - Na zwiazek Radziecki narzekac nie wolno.

          Milego weekendu zycze
          SP
      • jot-23 Re: Jak zdobywałam Dziki Zachód 11.07.11, 17:14
        hehe "kartonowe domy" ....

        domy nie sa z kartonu, tylko z OSB (glownie) - Oriented strand board - generalnie jest to o wiele "lepsza" (zdrowsza, tansza, praktyczniejsza) opcja niz wasze bulbonskie gazobetony+styropian
Inne wątki na temat:

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka