ru4d2
08.09.06, 02:49
wlasnie sie przeprowadzamy, wiec niezbednym bylo zrobic przeglad rzeczy
godnych i niegodnych naszego dalszego towarzystwa. zbedna elektronika,
ksiazakami, plytami, filmami zajeli sie sasiedzi i najblizsi znajomi, ale
ciuchow, mimo, ze to czesto drogie designerskie i prawie nienoszone rzeczy,
oferowac nie smielismy. a! damy bardziej potrzebujacym, pomyslelismy i
zaczelismy dzwonic po najblizszych punktach salvation army. zdziwienie nasze
bylo ogromne, kiedy okazalo sie, ze zadna z obdzwonionych placowek nie
wyrazila najmniejszego zainteresowania trzema duzymi worami przyzwoitej,
prawie nowej i nieskazitelnie czystej odziezy (jedynie pani na bronxie byla
zainteresowana, ale kiedy sie dowiedziala, ze my to nie jej juryzdykcja,
rozlozyla rece). sadzilismy, ze moze fakt, ze nie jestesmy w stanie dowiesc
tego sami w dane miejsce jest przyczyna takiego stanowiska biurokracji
salvationoarmijnego, ale nie. punkt na rogu naszej ulicy, rowniez odeslal nas
z kwitkiem. niestety my to nie pierwszy przypadek. znajomy przeprowadzajacy
sie chcial oddac czesc swoich mebli, tez bez powodzenia. jego meble zginely w
czelusciach jednej ze smieciarek, co rano okrazajacych miasto. nasze ciuchy
pewnie podziela ich los.
pozostaje nam tylko sadzic, ze salvation army w pozyskiwaniu datkow dla
potrzebujacych przyjelo juz wylacznie technike "co łaska" wyciagajac lape
zbrojna w metalowa puszke, tylko przed swietami, tylko pod dyzymi sklepami.
a moze maja takie przykazanie z gory? <rs>