Dodaj do ulubionych

plusy i minusy

19.08.07, 00:49
Zdecydowalem juz dawno, ze tu miejsca nie zagrzeje. Montrealu nie znosze. W
przyszlym roku wracam na stare smiecie do Vancouver.

Ale glowe daje, ze wielu z was lubi to miasto. (Chyba to mozliwe... ??? :)
Podzielcie sie wiec uwagami na temat plusow i minusow Montrealu. Co tu
lubicie, co czyni to miasto wyjatkowym w pozytywny sposob, a czego tu nie
znosicie i nie potraficie zaakceptowac?
Obserwuj wątek
    • pas47 Re: plusy i minusy 19.08.07, 17:30
      To chyba ty powinnienes powiedziec czego tak bardzo tu nie lubisz...
      ja uwazam ze Montreal zyje swoim zyciem, lubie knajpki na St-Denis,
      artystow w starym Porcie, spracery na Mont-Royal, mieszanke
      kulturowa (a nie tylko chinczykow jak w Vancouver), francuski, moich
      znajomych, imprezy w miescie, wypady za miasto... itd. ale mysle ze
      chyba najwazniejsze to jakich sie ma znajomych i z kim sie spedza
      ten czas, poza najbliza rodzina.
      • corrina Re: plusy i minusy 20.08.07, 01:12
        hejka ja tez mieszkalam w bc zaraz po moim przyjezdzie do kanady,no
        i po skonczeniu kursu angielskiego w piatek juz w poniedzialek
        wyladowalam w montrealu ,tutaj jestem jak ryba w wodzie ale to
        prawda zalezy tez od twojego stylu zycia,rodziny,przyjaciol,poczkaj
        jeszcze troche,zawsze troche trwa aklimatyzacja
    • roseanne Re: plusy i minusy 20.08.07, 01:30
      bylam wczoraj na Jean Talon - zachwycilam ise niepomiernie - czegos takiego
      brakowalo mi od dobrych kilku lat
      te kosze jablek i pomidorow

      sklepiki, do ktorych moge podejcs
      dzwony - jakos mnie pozytywnie nastrajaja
      tereny do spacerow, ogolnie
      basen pod domem, gdzie dla dzieci wstep od lat 8

      no ale ja tu dopiero od wtorku.... co bedzie dalej to sie zobaczy

      jak na razie w porownaniu z amerykanskimi suburbiami to niebo :p



      jeszcze pare spraw na liscie do zalatwienia, zanim przyjdzie kolej na net, wiec
      do nastepnego postukania
    • ag.ni Re: plusy i minusy 20.08.07, 03:50
      Zaczne od minusow, jest ich mniej:
      brak kultury kierowcow
      beznadziejne oznakowania
      dziury w ulicach,wieczne naprawy i wieczne korki
      ludzie palacy na ulicy/w miejscach publicznych
      kolejki do lekarzy specjalistow
      duzo brudasow...takich co rzucaja smieci po ulicy, nie wiedza co to
      woda i mydlo, spluwaja prosto pod nogi...

      Plusy.... wszystko pozostale:))))))
      a tak powaznie to:
      specyficzna atmosfera, kafejki, restauracje, festiwale (Jazz)
      mieszanka miedzynarodowa=specyficzna atmosfera, kazdy czuje sie jak
      u siebie
      filmy nie tylko amerykanskie
      komunikacja miejska
      wymieniony juz stary port
      ulica St-Laurent w dzien i w nocy
      ulica Mont-Royal
      no i najwazniejsze;) czyli wszystko zwiazane z jedzeniem czyli
      jedyne prawdziwe bagle na St-Viateur, Adonis - libanski supermarket
      na Sauve Ouest, francuskie piekarnie (Patisserie Belge, Premiere
      Moisson, Au Pain D'ore)
      Jean-talon i Atwater market itp

      Wlasciwie to moglabym jeszcze dlugo kontynuowac, ale mi sie nie
      chce :)...W sumie nie to ladne co ladne ale co sie komu podoba.


      PS wlasnie wrocilam z kiermaszu czyli z Oki:)...dzisiaj cudo, jak
      dojachalismy okolo 10 to bylo moze 30 samochodow...



    • ag.ni chris-joe 21.08.07, 22:47
      Tak z niezdrowej ciekawosci sie zapytam....dlaczego az tak bardzo
      nie lubisz Montrealu?
    • chris-joe Re: plusy i minusy 25.08.07, 11:02
      Punkt widzenia Montrealu –jak i wszystkiego zreszta na tym padole- zalezy od
      punktu siedzenia. A ja –przyznaje- jestem rozpuszczony po 15 latach w
      Vancouver. Moje standarty i oczekiwania zostaly uksztaltowane przez normy
      Zachodniego Wybrzeza.

      Do Montrealu rzucila mnie zadza Nowego. Dobijalem czterdziestki. Potrzebowalem
      dramatycznej zmiany scenerii, chcialem sie uczyc francuskiego, liznac
      Wschodniego Wybrzeza. Umknac nudzie i lekkiemu zblazowaniu konca mlodosci,
      ktorej znaczna czesc spedzilem w Vancouver.

      Jechalem w slepo, miasta nie znalem wcale. Wabil mnie mit Montrealu-
      “europejskiej enklawy” w Ameryce Polnocnej, jego polozenie geograficzne-
      bliskosc Europy i wielkich miast Wschodniego Wybrzeza: Toronto, Boston, Nowy
      Jork. W pracy zlozylem podanie o transfer.

      Po wyjsciu z montrealskiego lotniska zaskoczyli mnie troche jego umundurowani
      pracownicy glosno rzucajacy tabernacami lolo i rechoczacy w kupie. Jednak to,
      co w Vancouver uchodziloby za karygodny brak profesjonalizmu, odbieralem jako
      romanski luz, laissez-faire.
      W drodze z lotniska do centrum usilowalem nie widziec niekonczacego sie pasma
      ruder Lachine, pozniej zas szkaradnej i sypiacej sie petli autostrad.
      Na tydzien zamieszkalem w hotelu. Moje rzeczy i kot mialy dotrzec za kilka dni.
      Rozpoczalem poszukiwanie mieszkania. Byl koniec sierpnia, duchota jakiej dotad
      doswiadczylem tylko w pld-wsch Azji i wlasnie sie dowiedzialem o dziwacznym
      zwyczaju przeprowadzek 1 lipca. Wszystkie komorki byly juz zajete. Nastepny
      tydzien uplynal mi na goraczkowych poszukiwaniach mieszkania w nieznanym mi
      miescie, nie znajac jezyka. Wreszcie sie udalo- zamieszkalem przy
      Ste-Catherine, w village gai.

      Square St-Louis, Le Vieux Port, Rue St-Jacques i St-Paul. Koscioly! Ja
      uwielbiam koscioly, wiec montrealskie koscioly natychmiast mnie podbily. Gdy
      bily dzwony, dzwonilem do Vancouver z balkonu, by sie chwalic ich dzwiekiem mym
      Vancouverczykom. Knajp pelno, wszystkie pelne, zabawa-na-sto-dwa!
      Podobala mi sie topografia miasta, calkiem inna niz typowe polnocnoamerykanskie
      centrum + suburbia.
      Godzinami sie wloczylem po miescie. Ogladalem cmentarze. Ja uwielbiam cmentarze!

      Miesiac miodowy trwal okolo roku. Me entuzjastyczne telefony do Vancouver i do
      Polski stawaly sie stopniowo coraz rzadsze i coraz mniej entuzjastyczne.
      Proces “legalizacji” mego pobytu, czyli zdobywania wszystkich lokalnych
      dokumentow okazywal sie koszmarem. To, co w BC zalatwialo sie latwo, mile,
      uprzejmie i z usmiechem po obu stronach- tu bylo niekonczaca sie wojna na nerwy.
      Indolencja, nieprzejmosc, badz zwykla zlosliwosc lokalnej biurokracji
      przenosila mnie do PRLu.

      Powoli zaczalem dostrzegac, ze pocztowkowa ulica St-Denis, to –gdy przyjrzec sie
      z bliska- zespol lekko podmalowanych, sypiacych sie, bezwstydnie zaniedbanych
      ruder. Coraz bardziej zaczal mnie irytowac brud ulic, wszechobecnosc smiecia,
      agresywnosc i arogancja.
      Zaczalem sie lapac na tym, ze przestalem odrozniac wiekszosc montrealskich
      dzielnic, ze Lachine, Plateau, Montreal Est czy Nord- czyli przytlaczajaca
      wiekszosc miasta- to ten sam dwupietrowy budynek, z tymi samymi rozklekotanymi
      schodami, z tym samym kurnikiem-komorka na tylnej galerii pomnozony przez
      tysiace. Tu i owdzie zas te same bloki mieszkalne z lat 50. lub 60. w stanie
      kompletnego upadku. Zaczalem widziec niepokojacy brak nowej –i ciekawej-
      architektury.

      Doskwieral mi bardzo brak prawdziwej biblioteki. Prowincja, miasto, ktore
      nieustannie wykrzykuje o koniecznosci kultywowania swej odrebnej kultury
      szarpnelo sie wreszcie na nowoczesna biblioteke ledwo dwa lata temu. Jako grubo
      ostatnie znaczace miasto kraju!

      KOMUNIKACJA MIEJSKA teoretycznie rozbudowana i funkcjonalna. Metro jednak w
      stanie nienaruszonym od poczecia, bez wlasciwie zadnej modernizacji. Stacje
      lepkie od brudu, czesto najzwyczajniej zarzygane, zdarza sie ludzki kal...
      Smiec, puszki, butelki, resztki jedzenia wszedy. Bezdomni badz pijacy wiecznie
      zalegajacy na lawkach. Czasem ktos pali szluga w kacie. Wagony jeszcze gorsze.
      Podlogi lepkie od wielodniowych zaschnietych napojow rozlanych badz rzuconych
      przez pasazerow. Tacki po pizzy, zaschniete plastry pizzy, bananowe obierki,
      gazety. Jezdze pierwszym metrem dnia na zielonej linii- stacja Beri zasmiecona
      po pachy, wagony takie jak opisalem powyzej. Wniosek: taboru ni stacji sie noca
      nie myje, puszcza sie pociag w stanie z dnia (tygodnia) poprzedniego!

      Codziennie przerwane kursowania metra na przynajmniej jednej linii. Na co
      drugiej stacji przynajmniej jedne schody ruchome- nieruchome. Wejscia na stacje
      bronia ciezkie zelazne odrzwia, ktore by otworzyc trzeba silnego chlopa.
      Zwyczaju przytrzymania drzwi dla tych z tylu- nie ma. Ja przytrzymuje zawsze.
      W ciagu 6 lat mieszkania w Montrealu, uslyszalem “merci” moze ze trzy razy.
      Wiele stacji jest wiecznie zalewanych woda gruntowa. Od dekad rosnie plesn i
      grzyb. Stacja Beaudry od grubo ponad roku jest “czesciowo niefunkcjonalna”.
      Przez pierwszy rok dwukrotnie zmieniano wywieszki z planowana data ukonczenia
      robot. Ostatnio wywieszki dyskretnie usunieto... Ekip zadnych tam nie widuje.
      Czasem mignie robol z petem zwiasajacym z wargi. I znika.

      Wynalazek dyspenserow biletow do Montrealu nie dotarl (podrozuje sporo i do dzis
      innego takiego metra nie znalazlem)- mamy za to znudzonych (badz nieobecnych)
      etaznych w swych kanciapach.
      Jednak security brak. W Montrealskim metrze mozna byc spokojnie zaciukanym i
      uplyna godziny nim fakt ten zostanie odkryty. Kilkakrotnie juz korzystalem z
      systemu alarmowego na stacjach i w wagonach. Tu wiec przestroga: w przypadku
      zagrozenia bierz nogi za pas i nie licz na ochrone.
      Ostatni skandal ze skatowana kobieta NA OCZACH nowo utworzonych (i juz chyba
      odwolanych) ochroniarzy jest case in point.
      Instaluje sie jednak kamery. Wreszcie. W roku 2007. Kiedy naprawde zaczna
      dzialac- nikt nie wie. Czy ktos z tu obecnych zna inne metro bez kamer? Jednak
      wladze miasta, czy STM, juz w zeszlym roku oglosily dumne i zadowolone z
      siebie, ze montrealskie metro jest w pelni przygotowane na ewentualnosc
      zagrozenia terrorystycznego. Czy ktos z was nie usmial sie przy tym po pachy?

      Dzis zas w naszym pieknym miescie odkryto zagrozenie zawalenia sie tunelu metra
      w najbardziej newralgicznym punkcie. Zamknieto srodmiejska czesc linii
      zielonej. Miedzy dwiema glownymi stacjami przesiadkowymi Lionel-Groulx i Beri...
      Cos pominalem?

      Autobusy.
      Od czego by tu zaczac... To, ze sa to bodaj najdrozsze autobusy w Am.Pln.
      przemilcze, zreszta nikt by sie tego i tak nie domyslil. (Bo MUSZA byc z QC, w
      QC zas uczciwy i otwarty przetarg nie istnieje. To, ze miedzy innymi z tego
      tytulu wykrwawionego STM nie stac juz na nic innego, to detal).

      By wejsc do autobusu, trzeba sie przepchac, badz odczekac, bo w Mtl nie ma
      zwyczaju wsiadania przodem, zas wysiadania tylem (w Vancouver i wielu innych
      miastach jest to zwyczaj rygorystycznie egzekwowany). Przy najblizszej okazji
      zwroccie uwage, jak pasazerowie z tylu autobusu pedza nagle i sie przepychaja
      OBOK drzwi tylnych do drzwi przednich. Z przodu autobusu zawsze gromadzi sie
      tlumek. Oczywiscie wsiasc mozna tylko z przodu, wiec wsiadanie zwyczajowo jest
      pod prad.
      Kierowca niemal zawsze ma radio przy kierownicy obowiazkowo umilajace czas
      podroznym transmisja meczu lub lista przebojow. (Widzieliscie cos takiego
      gdziekolwiek indziej na polnoc od Meksyku?).
      Czesto do tego rozmawia przez komorke. (Widzieliscie cos takiego gdziekolwiek
      indziej na polnoc od Meksyku?).
      Czystosc autobusow taka jak w metrze.
      Niedawno zwrocilem uwage pewnemu panu, ktory wyrzucal przez okno kubek po kawie
      przy kompletnej obojetnosci wspolpasazerow (przynajmniej nie upchnal go pod
      siedzenie, jak to robi wiekszosc Montrealczykow, czyli jednak dbal o czystosc
      otoczenia).
      • chris-joe Re: plusy i minusy 2 25.08.07, 11:04
        Pan mnie opiendolil, zebym zajal sie swoimi sprawami tabernac va chier lolo.
        Wspolpasazerowie wreszcie zmierzyli wzrokiem- mnie (“A ten paniczyk skad?”).
        Nie bede sie zbytnio czepial, wiec nie wspomne o tym, ze pasazer z kubkiem kawy
        (zadnym napojem, badz zarciem zreszta) w takim Vancouver do autobusu wpuszczony
        nie bedzie.

        Czy o kompletnie zdemolowanych wiatach autobusowych mam wspominac? I o tym, ze
        tona w smieciach? Nie, nie wspomne.

        RUCH ZMOTORYZOWANY
        Jeden z przedmowcow wspomnial/a tu o “braku kultury kierowcow”. Mozna to i tak
        eufemistycznie nazwac. Dla mnie z Zach. Wybrzeza zas to najzwyczajniejsze
        barbarzynstwo. To samo dotyczy pieszych i rowerzystow. Reguly jazdy/parkowania
        sa tu jedynie gruuuubo przesadzona sugestia.
        Z poczatku wydzwanialem na policje, do wladz miasta. Ale tam mnie zbywano, badz
        smiano sie pod wasem, ze to taki urok, ze nic sie nie da zrobic, ze sa bardzo
        zajeci wazniejszymi sprawami (jakimi?), ze tak, ze zapisza, zanotuja...
        Pojazdami zaparkowanymi przez chodnik, krzywo, blizej srodka jezdni niz
        chodnika, na rogu, na przystanku itp. w takim Vancouver ni miasto, ni policja
        sie nie zajmuja. Jest cos takiego, jak towing companies, ktore maja koncesje na
        poszczegolne rewiry miasta. Wszedzie sa znaki z telefonami firm
        odpowiedzialnymi za ten wlasnie rewir. Lawety kursuja jak rekiny, bo w tym jest
        ich byznes. Zle zaparkowany pojazd znika z ulicy w ciagu kilku minut, zas jego
        wlasciciel wie po znakach, gdzie sie zglosic, by odebrac swoj pojazd po
        uiszczeniu kary i oplaty. Efekt? Pojazdy zaparkowane jak ta lala, lad i
        porzadek, miasto zarabia na koncesjach i mandatach, rekiny na oplatach.
        W Montrealu? Beztroskie laissez-fair, kompletna bezkarnosc, miasto skomle z
        braku budzetu. Taki czar i urok.

        Anegdotka: niedawno obserwowalismy z balkonu scenke przy Ste-Catherine. Przy
        skrzyzowaniu skuter zaparkowany nielegalnie, bez tablicy rejestracyjnej.
        Pojawia sie policyjny radiowoz i dwa czerwone auta miasta. Radiowoz blokuje pol
        St-Catherine, auta miasta pol przecznicy. Cala trojka oglada skuter, obwachuje,
        wymienia uwagi, konsultuje, maca. Ale widac, ze skonfudowani. Bo jak wypisac
        mandat, skoro tablicy brak? Trwa to ze 40 minut! Wreszcie wszyscy rezygnuja,
        za trudny orzech, nie wiadomo jak to rozebrac. Na trzech pozostalych rogach
        skrzyzowania zas trzy kolejne samochody zaparkowane kompletnie nielegalnie. My
        to widzimy. Zapedzona przez skuter w kozi rog wladza nie widzi. Pakuja sie w
        swe samochody. Odjezdzaja. Skuter zostaje triumfujacy. Jak i trzy wozy
        bezczelnie zaparkowane pod nosem wladzy na winklach, wpoprzek pasow dla pieszych.
        Czar i urok? Laissez-fair? Kwestia interpretacji. Dla mnie to kwintesencja
        Montrealu, jego nieudolnosci, niewydolnosci, indolencji, amatorszczyzny. Upadku.

        Porzuce jednak temat ruchu kolowego Montrealu, bo to latwy i oczywisty cel.

        By przez chwile tylko wspomniec o drogach. Nah! Tez zbyt oczywiste. Ale znow
        opowiem krotka anegdotke.
        Jedziemy do Vermont. Droga –jak wszyscy wiemy- skandaliczna. W jakiejs wsi juz
        przy granicy staje sie jednak niemal niemozliwa. Zatrzymujemy sie, by cos tam
        kupic. Przy okazji pytamy, co z ta droga? -“Aaach! To juz tak lolo od dawna.
        Ale klimat tu ciezki, panie, lolo- upaly i mrozy. Wszystko lolo peka. Nie ma
        na to rady”. Po 20 minutach przekraczamy granice. Lolo. Dramatyczna zmiana
        klimatu. No, tak, jestesmy juz bardziej na poludnie.
        Dodam, ze podobna zmiana klimatu wystepuje niemal dokladnie wzdluz granicy z
        Ontario. Global warming tuz tuz, I guess.

        INFRASTRUKTURA
        Kolejny latwy cel (podrzuccie, prosze, jakis trudniejszy temat...)
        Miasto sie sypie i wali. Drogi padaja, wiadukty spadaja na lby, tunele metra
        groza zawaleniem. Rury pekaja. Ledwo cos nowego sie buduje. Na okraglo
        zalepia sie dziury. Latem wszedzie ekipy budowlano-remontowe. Miasto na wpol
        sparalizowane, bo co drugi piedz jezdni jest znow rozkopywany. Na mojej
        Ste-Catherine, po sasiedzku, co roku rozpruwaja te same trzy kawalki szosy. By
        znowu cos tam skleic, wymienic, zalatac. Grupka typowych lokalnych roboli.
        Jeden cos tam dlubie, czterech sie gapi. Kazdy z petem w pysku. Tabernaki sie
        sypia obficie. (Widzieliscie cos takiego gdziekolwiek indziej na zachod od
        Ukrainy?). Niemal zadnego zabezpieczenia dla ruchu pieszo-kolowego. Moze jakis
        pomaranczowy czubek postawia. Czasem. Montreal nie zna instytucji flag person.
        Glupi wynalazek tete-caree!
        Obok ktos naprawia cos przy depaneurze. Na srodku chodnika pila tarczowa na
        pelnych obrotach, robol nawet bez gogli. Ste-Cath! Piesi bez zmruzenia oka
        obchodza pile. Znow naiwnie zwracam uwage, ze niebezpiecznie... Znow zostaje
        opiendolony. Robol groznie macha rura tuz przy mojej twarzy, ze va chier.
        Dzwonie na policje. “Tak, juz mielismy zazalenie. Wiemy, ze sa wulgarni”.
        Tyle. Sprawa zalatwiona.

        Dwie przecznice dalej rusztowanie przed budynkiem. Znow brak zabezpieczenia dla
        pieszych. Kolejny robol lata jakis tynk. Na rusztowaniu, ze 3 metry nad
        ziemia, obok robola jego synek (znajomy? krewny?), okolo 7-8 lat. Miesza
        robolowi zaprawe. Ale sie znowu czepiam. Sa wakacje. Przynajmniej robol nie
        zostawil synka samego w domu. (Widzieliscie cos takiego gdziekolwiek indziej na
        zachod od Ukrainy? Ja, przewrazliwiony paniczyk z Zach. Wybrzeza, dostrzegam
        cos takiego niemal codziennie. Wy juz moze nie.)

        LUDZIE! Czyli najwazniejszy element miasta. Nie tam grupka znajomych i
        przyjaciol, ktorych sie udalo znalezc. Fajnych ludzi da sie skumplowac i w
        Timbuktu i w Tuktoyaktuk. Ale ci nieznajomi, anonimowi, tlumni, na jezdni,
        ulicy, w sklepie, w urzedzie, w autubusie.

        W Montrealu przeraza mnie zwyczajowe, obojetne, oczywiste i niekwestionowane
        smiecenie, ogolny brak kultury, to plucie, charkanie, wszechobecne przeklinanie.
        Brak poszanowania dla wspolnej przestrzeni.
        Ten wszechobecny –cialem badz/i dusza- lumpenproletariat. Zdziadowienie.
        Rzesze bum’ow z brudnymi kucykami wlosow. I znow charkanie, odlewanie sie po
        murach, czy scianach metra.
        Oraz te “klasy wyzsze”. Zrobione na “stare pieniadze” Florydy i Nowej Anglii.
        Jakis dziwaczny neo-feudalizm. Te urzedniczki i urzedasy z obowiazkowym
        wykrochmalonym wlosem w najmodniejsze na Florydzie pasemka. I szmaty niby z
        Paryza. A jednak nie z Paryza...
        Roznica miedzy West Coast a Montrealem? Tam jest naprawde kupa forsy, lecz im
        jestes bogatszy, tym bardziej zacierasz slady swego dostatku; tu podkreslanie
        “dorobienia sie” –vrai ou faux- jest de rigeur.


        Zagadka1: Co sie stanie, jesli przecietny Vancouverczyk zwroci uwage innemu
        przecietnemu Vancouverczykowi, ktory rzucil smiec na ulice/zle zaparkowal itp.
        ze ten rzucil smiec na ulice/zle zaparkowal itp. Odpowiedz:
        najprzypuszczalniej ten, ktoremu sie zwrocilo uwage przeprosi, ze rzeczywiscie,
        ma pan/i racje, bylem zamyslony/bezmyslny. Sorry, you are right.
        Zagadka2: Co sie stanie, gdy podobna uwage zwroci przecietny Montrealczyk innemu
        przecietnemu Montrealczykowi? You see my point, don’t you?

        Przeprowadzilem taki eksperyment wielokrotnie. W Montrealu dwa razy musialem
        normalnie, fizycznie uciekac! O byciu jedynie obrzuconym obelgami nie bede sie
        rozpowiadal.
        Montrealczycy sa egoistami. Kazdy jest panem i nic ci do niego. C’est moi le
        boss! Poczucie wspolnoty wlasciwie nie istnieje. Przynajmniej w tym znaczeniu,
        w jakim funkcjonuje ono w Kanadzie anglo, a na pewno na Zachodnim Wybrzezu.
        Wspolnoty, w ktorej wszyscy uczestniczymy dla wspolnej korzysci, gdzie dzielimy
        przestrzen publiczna dla wspolnego pozytku. Gdzie wszyscy godzimy sie na
        kompromis. Tu kompromisu nie ma.
        Smieci przed moim domem? To miasto ma sie tym zajac. Za to place podatki. A
        ze miasto jest kompletnie i skandalicznie nieudolne, to juz problem miast
        • chris-joe Re: plusy i minusy 3 25.08.07, 11:05
          Smieci przed moim domem? To miasto ma sie tym zajac. Za to place podatki. A
          ze miasto jest kompletnie i skandalicznie nieudolne, to juz problem miasta, a
          nie smieci przed moim domem! Z czasem te smieci przed domami dostrzegaja juz
          tylko nie-Montrealczycy. Montrealczycy nie wiedza o czym mowa. Czepianie sie!
          Porownajcie chocby ogrodki przed domami Montrealu. (W miescie, nie w banlieues.
          I nie w dzielnicach upper-middle class.) Te zasyfione najczesciej naleza do pur
          laine, “rdzennych” Montrealczykow. Te dopieszczone (chocby i kiczowato) i
          wyszlauhowane kazdego letniego poranka- z pewnoscia naleza do Wlochow,
          Portugalczykow, Grekow.

          Oczywiscie, na drodze, za kierownica, kazdy Montrealczyk jest juz pelna geba
          Montrealczykiem. Arogancja i egoizm montrealskich kierowcow nie zna etniczncyh
          podzialow.

          I jeszcze inna rzecz laczy wszystkich Montrealczykow: Kompletny i absolutny
          brak krytycznego spojrzenia na swoje miasto.
          Jesli w Vancouver skrytykujesz Vancouver, typowy Vancouverczyk spedzi z toba pol
          dnia przy kawie dorzucajac argumentow do twej krytyki (mimo, ze Vancouver we
          wszystkich notowaniach najlepszych miast swiata do zamieszkania od lat plasuje
          sie miedzy 1 a 3 miejscem); jesli skrytykujesz Toronto, Torontonczyk to po
          prostu oleje i dyskretnie zmieni temat, bo Torontonczyka nie bardzo obchodzi, co
          inni mysla o Toronto (w rankingach miast swiata Toronto plasuje sie zwykle okolo
          20tki); jesli zas skrytykujesz Montreal, Montrealczyk cie zbluzga i kaze sie
          wynosic tam, skad przybyles (Montreal plasuje sie w okolicach 30tki).


          I mecza mnie wymowki, ze miasto nie ma pieniedzy. –Skasujcie forse od kazdego
          zle zaparkowanego samochodu, a Montreal bedzie mial budzetowa nadwyzke w ciagu
          tygodnia.

          Mecza mnie takze standartowe zachwyty nad wyjatkowscia montrealskich festiwali
          (“la ville des festivals”). Czy ci zachwycajacy sie kiedykolwiek wychyneli nosa
          poza Montreal? Poza Quebec?
          Przejrzyjcie kalendarium festivali w Vancouver, w Toronto. Przy czym festiwal
          filmowy Montrealu juz sie doszczetnie skompromitowal i w ciagu ledwie paru lat
          przeszedl klka transmutacji, by ocalic swe istnienie w atmosferze typowych dla
          tego miasta skandali, pomowien, rozbic i podzialow. Na skale miedzynarodowa
          liczy sie jedynie festiwal torontonski, zas nieglosny, lecz bardzo rzetelny
          festiwal vancouverski juz od kilku lat bodaj jest powazniej traktowany, niz
          tutejszy.

          Tu jednak musze wspomniec o kolejnym –chyba najbardziej kardynalnym- grzechu
          Montrealu. Z ktorego poprzedni grzech –grzech bezkrytycyzmu- czerpie swe
          korzenie. Jest to grzech ksenofobii, zamkniecia sie na swiat zewnetrzny, na
          swiat poza Qubeckiem.
          Tu wszystko jest o QC, w QC, przez QC, dla QC, z QC. Poza QC jest czarna dziura.
          Mnie sie wydawalo, gdy mieszkalem w BC, ze bylem geograficznie odciety od reszty
          swiata (California jedynie, Hawaje i Azja, czasem Alberta). I ze tu do niej
          dolacze. Dolaczylem o tyle o ile. Jezdze w miare czesto do NYC, Nowej Anglii,
          Toronto. Jednak te wyjazdy sa w atmosferze ucieczki raczej, niz wycieczki. By
          zaczerpnac oddechu. By stwierdzic, ze jest jednak swiat poza Quebeckiem. I to
          tuz tuz.
          (I ze ludzie jednak potrafia byc uprzejmi i szanuja najbardziej elementarne
          prawa drogi i chodnika).

          Okazalo sie, ze za Gorami Skalistymi bylem jednak blizej Swiata. Tam i Francja
          byla ciekawa, i Toronto. Tu Francja to snoby mowiace przez “szpare w tylkach”,
          Toronto zas darzy sie absolutnie obsesyjna i chorobliwa nienawiscia. O
          Vancouver mowi sie, jak za nacisnieciem guzika: drogo, deszcz, Chinczycy.
          (Drogo? Ja smiem twierdzic, ze to nie Vancouver, Calgary i Toronto sa drogie,
          lecz ze Montreal jest tani... Ciekawe jakie sa ku temu powody?... Gdybym mial
          zas odebrac “Chinczykow” jako obelge- a nie odbieram, choc taka jest intencja te
          “obelge” wypowiadajacych- to czym mialbym sie odwdzieczyc? “Polnocna Afryka”?)
          Quebekczycy sa bodaj najmniej mobilna spolecznoscia Am. Pln. Ich lek przed
          reszta kontynentu i jej jezykiem dawno juz przekroczyl granice “realnego
          zagrozenia”. To nie kultura quebecka obumiera na anglojezycznym kontynencie,
          lecz obumiera anglojezyczna mniejszosc w (a raczej: NA) quebeckiej prowincji.
          “Ochrona jezyka” wybija powoli, lecz systematycznie, jednych z historycznych
          “ojcow zalozycieli” miasta i prowincji. Angielskie szkolnictwo jest w
          majestacie prawa wykrwawiane, angielskie biblioteki sa pozbawiane finansowania,
          jedna po drugiej. Znajomosc angielskiego wsrod quebeckiej mlodziezy jest
          gorsza, niz w Islandii, Skandynawii, czy Holandii. Ja nie mowie o zmuszaniu
          Quebekczykow do mowienia po angielsku, mowie o pozbawianiu ich narzedzia
          przetrwania i mozliwosci sukcesu.

          Widzialem raz na Manhattanie taka grupke facetow, fatalnie ubrana, w kupie na
          laweczce, niesmialo i spode lba ogladajacych swiat. Pomyslalem: kurna, pewnie
          malomiasteczkowi Polacy, co wlasnie dobili na dorobek na Greenpoint.
          Podszedlem, co by dyskretnie podsluchac: Osti tabernac lolo...
          Dla mnie to kwintesencja Montrealu, QC nr. 2.

          Swiat Quebecku jest maly, zamkniety, ograniczony i pelen kompleksow. Montreal,
          niestety, jest jedynie tego epitomia.
          Stolice niektorych krajow postkomunistycznych wkrotce dogonia i przegonia to
          miasto wygladem, stylem, preznoscia, otwarciem na swiat. 15-20 lat po upadku
          komunizmu. Montreal zas nadal nie potrafi sie pozbierac po “katastrofie”
          exodusu pierwszego referendum sprzed 30 lat. Nadal nie potrafi sie odnalezc po
          tym, jak ruch transatlantycki przeniosl sie nad Pacyfik.

          Wlodarze tego miasta, od dekad, niezaleznie z ktorej partii pochodza, nie maja
          zadnych pomyslow, zadnej wizji. Ciagna to miasto za pomoca scotch tape,
          band-aid, crazy glue i obietnic.

          Spojrzcie na Vancouver, Calgary, Toronto. Wpadnijcie tam raz na pol roku, raz
          na rok. Nie poznacie tych miast. Po czym wroccie do Montrealu. By jak ja
          powiedziec, jak za kazdym razem mowie gdy tu wracam z wycieczki, badz wyprawy:
          What a dump.
          • tuszek32 Re: plusy i minusy -Chris-joe 25.08.07, 20:18
            I taki wlasnie jest nasz kochany Montreal i wszyscy jego
            mieszkancy.I dlatego tez wszycy do niego wracaja, ma cos takiego w
            sobie ...............................................................
            .Pozdrawiam syckich a chris -joe zapraszam na piwo do pub-u w tym
            Montrealu o ktorym to on tak duuuuuuuuzo napisal.A moze szybciej sie
            wszyscy spotkamy w Montrealu przy jakims PIWKU he???? Macie jakies
            propozycje??Bo ja mam jedna Pub na St-Jaques kolo Super C "PJ" sie
            nazywa maja duuuzy taras.Czasem po pracy na kfilke mozna
            wpasc.Polecam zajebiste skrzydelka tam maja.

            Dajcie znac moze cosik wymyslimy 3majta sie syccy





            L'échangeur Turcot
            • sylwek07 Re: plusy i minusy -Chris-joe 25.08.07, 21:08
              tuszek32 faktycznie trzeba chris-joe zaprosic :)
              bawcie sie dobrze :)
              • roseanne Re: plusy i minusy -Chris-joe 27.08.07, 19:44
                to ja sie telefonicznie zglosze do Tuszka i moze by tak cos na labor weekend?
                neta wciaz nie mam , tylko starbucks ratuje morale


                znalazlam jeden minus - dostaje korespondencje sadowa bywszego lokatora i to ja
                mam udowodnic, ze nie jestem wielbladem!!!!
    • pas47 druga strona medalu 26.08.07, 15:13
      hej chris-joe,
      w takich superlatywach piszesz o Vancouver ze gdybym nie wiedziala
      ze wszystko ma swoja druga strone medalu to pewnie jutro bym sie
      spakowala. Chyba zabraklo troche obiektywizmu w Twoim opisie, bo
      kazdemu miastu mozna przypiac czarna latke czy to Warszawa, Montreal
      lub Vancouver. Nie ma idealnego miejsca na ziemi, a wszedzie lepiej
      gdzie nas akurat nie ma. Tak z ciekawosci, co Ci sie w takim razie
      nie podobalo w Vancouver?
      • chris-joe Re: druga strona medalu 26.08.07, 17:49
        Deszcz. Naprawde. Miedzy pazdziernikiem/listopadem a marcem/kwietniem
        wlasciwie nie ma slonca, tylko ta nieustanna vancouverska mrzawka. BC jest
        brazowo-buro-zielone przez 4-5 miesiecy w roku. (Zielone, bo trawa nie znika,
        no i przewazaja tez drzewa iglaste).
        W Lower Mainland, gdzie lezy Vancouver, sa wlasciwie tylko dwie pory roku: pora
        deszczowa i pora sloneczna.
        Pora deszczowa jest jednak ciepla, srednia temperatura zimowa to jakies 6-8
        stopni na plusie. Niektorzy Vancouverczycy nosza krotkie majtki przez caly rok.
        (W Montrealu musialem zaczac od skompletowania zimowej odziezy; w Vancouver
        odziez zimowa to parasol :)

        Niektorym ta szara mrzawka zwisa, inni jednak najzwyczajniej psychicznie nie
        daja sobie z nia rady, zapadaja w depresje, musza uciekac. Sa oczywiscie i
        tacy, ktorym deszcz sluzy, badz jest mi obojetny.
        Mi przez wiekszosc tam pobytu deszcz zbytnio nie dokuczal, dopiero gdy zaczalem
        przebakiwac, ze potrzebuje zmiany (a ta potrzeba zmiany wynikala raczej z
        powodow subiektywnych), deszcz zaczal sluzyc jako glowna wymowka.
        Zaczalem sie tez wowczas czepiac owej slynnej West Coast uprzejmosci, ze wszyscy
        tacy nudni w swych nieustannych usmiechach, w tych swoich "How are you", ze nie
        mozna sie nawet z kims po ludzku poklocic :)

        Obecnie wielu narzeka tam na daleko posunieta gentryfikacje miasta. Mieszkalne
        srodmiescie rzeczywiscie staje sie osiagalne tylko dla bogatych. Gdy bylem tam
        w maju po dwuletniej przerwie (by pokazac miasto memu partnerowi) i po raz
        pierwszy od 2001 roku spedzilem tam caly tydzien jako turysta- nie poznawalem
        Vancouveru!
        Srodmiescie to wlasciwie jedno wielkie luksusowe condominium ze szkla. Kazde
        mieszkanko to pare milionow. Forsa kapie.

        Z drugiej strony moj partner (i ja tez) pial nad nieustanna uprzejmoscia luda,
        nad kultura ulicy, czystoscia. On normalnie piszczal z niedowierzania! A ja
        wreszcie czulem sie jak w domu :)
        Jazda samochodem zdawala sie byc relaksujacym cwiczeniem zen.

        Miasto jest rozkopane, bo zbliza sie olimpiada, buduje sie nowa linie Sky
        Train'u do lotniska (daje glowe, ze cala ta linie skoncza, nim w Montrealu
        naprawia schody ruchome na stacji Beaudry), mimo to zastepczy ruch kolowy,
        objazdy sa ledwo odczuwalna niedogodnoscia ulatwiana i sterowana przez
        wszechobecne, usmiechniete flag persons.

        Sky Train czysciutki i nowoczesny, jak w jakims Singapurze.
        Pas47, to naprawde jest inny swiat, jak orzekl moj partner, inna kultura, inna
        cywilizacja.

        Czepiac to ja sie moge miast jak Vancouver, w Montrealu zas odwrotnie- musze sie
        wysilac, by wylowic pozytywy.
        Zwykle uliczne nieuprzejmosci i awantury spotykaja mnie tu codziennie tak
        czesto, jak w Vancouver w ciagu calych 15 lat.

        Gdybym przybyl do Montrealu prosto z PRL, badz bezposrodnio z Grecji, gdzie
        mieszkalem przez 2 lata przed przyjazdem do Kanady, pewnie by mi sie Montreal
        spodobal, pewnie bym sie tu zasymilowal i dzis stukalbym sie w czolo nad jakims
        madrala z Vancouveru wybrzydzajacym kaprysnie nad Montrealem. A gdybym
        odwiedzil odlegly Vancouver, powiedzialbym pewnie:
        "Ladne miasto, ale w domu, w Montrealu, jednak najlepiej. Tu wszystko jakies
        takie wychuchane, dopucowane, sztuczne i plastikowe. Eeee, to nie dla ludzi!"

        I zabawne jest to, ze w Grecji zamierzalem emigrowac wlasnie do Montrealu.
        Jednak ze wzgledu na bardziej skomplikowana, dwustopniowa procedure emigracyjna,
        zdecydowalem sie na Vancouver z mysla, ze do QC dobije pozniej. I wreszcie
        dobilem. Juz jako anglo, a square head. Czyli znacznie za pozno.
        Bo dla tego square head'a przestawienie sie na realia montrealskie to dluuuuuga
        droga w dol.

        Tak oto imigracyjny system Quebec'u utracil lokalnego patriote, a dorobil sie
        zacieklego wroga Montrealu. Life, eh? :)))
        .
    • kotorybka Hi hi hi... 26.08.07, 20:30
      Musze sie pryznac, ze niezle mnie robawiles tym swoim traktatem...

      Zgadzam sie z wiekszoscia tego co napisales. Mnie tez Montreal
      czesto wkurza. No coz, gdzies trzeba mieszkac... A z wlasnego
      doswiadczenia wiem, ze kazde miejsce ma swoje plusy i minusy -
      czasem niestety trzeba nauczyc sie przymykac oczy na te drugie...
      Czlowiek zawsze wtedy jest szczesliwszy.

      ;-)
      • chris-joe Re: Hi hi hi... 26.08.07, 21:00
        Usilowalem w ciagu ostatnich szesciu lat walczyc z tymi minusami, je ignorowac,
        nie dostrzegac, poprawiac. Nie wychodzi. A zyc z nimi nie potrafie.
        Wiec musze sie salwowac ucieczka- dla zdrowia psychicznego i ratowania
        nadwyrezonych tu nerwow. Przynajmniej znam miejsce, ktore mnie ukoi :)
        • kotorybka Re: Hi hi hi... 27.08.07, 20:22
          No to szkoda ze Montreal cie straci...
          Jesli nie mozesz tu zyc, to trzeba wracac tam gdzie cie ciagnie.
          Przynajmniej masz takie miejsce - good luck!
          • sylwek07 Re: Hi hi hi... 27.08.07, 21:16
            To moze chrisa zaprosicie na spotkanie nastepne?:)
            Tuszek szykuj piwo :)
    • sylwek07 Re: plusy i minusy 26.08.07, 22:26
      chris-joe to super ze znalazles swoje miejsce.zycze Ci powodzenia w
      BC oraz zdrowia :)

      a co do metra to jezdzilem linia niebieska i pomaranczowa oraz zolta
      i dalo sie jakos jezdzic ;-)
    • chris-joe Re: plusy i minusy 16.10.07, 18:24
      O! W ramach mej antymontrealskiej krucjaty zapodaje ciekawy tekst:
      www.cyberpresse.ca/article/20071015/CPACTUALITES/710150665/1019/CPACTUALITES
    • chris-joe Re: plusy i minusy 23.05.08, 19:54
      Rok 2008: STM wprowadza automaty biletowe na stacjach metra! (Jako bodajze
      ostatnie miasto bez automatow w rozwinietym -i pewnie nierozwinietym tez- swiecie.)

      Domyslam sie, ze za pare miesiecy polowa z nich bedzie juz "hors service", jak
      polowa schodow ruchomych w montrealskim systemie metra :)))
      • roseanne Re: plusy i minusy 24.05.08, 15:29
        poczekamy, zobaczymy...


        ciekawe jak to bedzie z placeniem, czy bedzie opcja na karte kredytowa
        bo w najzyklejszej Pharmaplus tylko gotowka za bileciki

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka