Jestem niby od poniedziałku


- ale jakoby mnie jeszcze nie bylo- tyle
ganiania poza domkiem- a w domku tak padnięta....
ale po kolei....
Dziewczyny- DZIĘKUJĘ!!!!!!! Za troskę....za wsparcie...za ciepłe myśli....Za
odwiedzinki Marzek...za rozmowe z Peri....jejku....cialko pokrywa sie gęsią
skórką na samą myśl- jakie jestescie cudowne....
Wyszłam z hospitala z antybiotykami...i reżimem dbania- oszczędzania...ze
skierowaniami do labolatorium....wróciłam na fenoterol- ale jeszcze organizm
nie zaskoczył- i chyba nie zauważa- że jest wspomagany- brzuszek jest teraz
cały czas twardy- ( za twardy- jak wyrokował gin)..i co jakis czas spina się
w mniejszą piłkę- ale nie zbyt boleśnie...
Szpital...hmmmmm- warunki europejskie- klimatyzacja, telefon, łazienka,
smaczne posiłki podane w estetycznych pojemnikach
termosowych....estetycznie....i przemily personel.....tylko....jak ktoś zdaje
sie na lekarzy- to w ferrorze swoich zajęć oni troche przemykają jak duszki-
z usmiechem- mio...milo...a ja miałam tę świadomosć- że pomoc , którą mi
oferowano- jest nieskuteczna....ale po interwencji- trzeba rozmawiac,
rozmawiac...rozmawiać- zmieniono terapię....
W tym szpitalu zaciekawiło mnie....UWAGA- rodzacych nie było wcale
mało...przybywało dzieci- a wcale nie było słychać kiedy te porody się
spelniają....żadnych jęków...żadnych podniesionych głosów personelu...żadnego
krzyku....sale przedporodowe ...sale porodowe- pełne- ale bez dźwięku

....To
dobrze świadczy o opiece nad rodzącymi.....rodza sobie cicho...i
uśmiechnięte

Mój Artuś ma 857 g.....cieszyłam sie- że duży....a tu dziewczyna z sali- z
identycznym czasem ciaży- przelicytowała mnie na 1300........no...miała
robione te usg w 3 dni później...och........no tak...musimy rosnąc- ja w
brzuszek- Artus w ciałko.... wód mam niby zbyt mało...tłumaczyłam- że to
rodzinne- i wpisano- na pograniczu- ale napakowano mnie kroplówkami
nawadniajacymi.....piję przecież dużo- na nereczki

...więc Artusiowi powinno
to wystarczyć....
W poniedziałek rzuciłam sie do sklepu- by cokolwiek dokupić maluszkowi- boje
sie- że jak znowu mnie zamkną na leczeniu zamkniętym- to musze widziec i
wiedziec- jaki stan ubranek i akcesoriów jest...poniedziałek...wtorek...to
zakupy....wczoraj Arti kupił nawet wózek....
Zakupy robione b. chaotycznie- misz-masz....
No i.....Arti jest chory- wirusowe cos tam...Marzek!!!! Czy aby na Ciebie to
nie przeszło?......i mnie sie z noska leje- nieżytowy ból głowy...gorące
gardło....ech.......jem cytryny i miód....
i myślę..że to CUD...że Was tu mam- jutro zostanę sama w domku- tzn z
WAMI.....i będę sie nacieszać powrotem....
To nie słodzenie....bez Was byłoby TRUDNIEJ....i to w skali trudnosci
nazywałoby sie to- trudno- nie-do-zniesienia..
Pozdrawiam.......
Kochane jestescie!