Dodaj do ulubionych

Fredzio...cd.

13.07.04, 13:17
Dla podtrzymania tematu cd
„7.06. 1998
Dalsza jazda lasami, przeważnie drogami samochodowymi lub bezpłatnymi
autostradami.
Wzruszyła mnie ogromna tablica ostrzegająca, że za chwilę będzie ostatni
zjazd przed płatną autostradą. Mimo skomplikowanej drogi nie błądzimy,
korzystając ze znakomitej interpretacji drogowskazów, dokonywanej na
bieżąco przez Wojtka, pilotującego z mapą Michelina na kolanach. Chatteau-la-
Busiere nie dało się obejrzeć nawet z zewnątrz, bo chcieli za wstęp do
całości po 35 FrF, a wnętrza (muzeum wędkarstwa czy myśliwstwa) nas nie
interesowały. Pojechaliśmy więc do Sully-sur-Loire, oglądamy z
zewnątrz, dostępny do oglądania z każdej strony, bo stoi na wodzie, a
dookoła wiedzie ścieżka i droga, w tym przez most zwodzony.
Baniaste wieże, surowe mury, rzecz bardzo malownicza i romantyczna.
Pijemy w kawiarni doskonałą café au lait i to tanią bo po 12,50, dalej w
drogę do St.Benoit-sur-Loire, katedra ogromna, biorąc szczególnie pod
uwagę, że to XII wiek, a pierwociny pochodzą chyba z wieku VII.
Apsyda o sklepieniu beczkowym (chyba jednak właściwa nazwa to
kolebkowe) na nim kolorowa mozaika, nawa - sklepienie krzyżowe (chyba
to już gotyk), wspaniałe krypty romańskie pod bazyliką. W kościele grób
jednego z tych królów nie pochowanych w St.Denis. Całość z białego
kamienia - przepiękna. W krypcie kuferek z relikwiami św. Benedykta
(ok.r.600?) czyli St.Benoit, a w prezbiterium bardzo stara mozaika
(bizantyjska) na podłodze. I jeszcze karolińskie oratorium de Germiny-des-
Pres (VII wiek): apsyda to najstarsza część - właściwie rotunda
pierwotnie otoczona czterema mniejszymi, do tego później dostawiona nawa,
też stareńka. Cały dzień nasycony więc wspaniałościami.
08.06
Orlean: cały zastawiony samochodami, ale udaje nam się zaparkować
pod placem z pomnikiem Joanny d'Arc, ruszamy w poszukiwaniu katedry,
drogę wskazuje nam panienka z IT, katedra w rusztowaniach ale i tak
imponująca, szczególnie koronkowe korony wież. W środku-jak to w katedrze.
Wiele drobnych ulic, krętych i czasami wąskich sprawia wrażenie,
że jesteśmy w małym miasteczku, a to miasto olbrzymie i bogate. W sklepie
Heleny Rubinstein wąchamy wystawione do wąchania perfumy, spacerujemy
dość długo, wreszcie w dalszą drogę.
Kilkakrotnie przekraczamy w tym dniu Loarę, uzupełniając kolekcję
zamków. Zamek Meung-sur-Loire (prywatny) w małym, bardzo schludnie
wyglądającym miasteczku, sprawiającym wrażenie wymarłego, tak cichym i
pustym, ale w zamku, z zewnątrz wspaniale warownym i dostojnym, właśnie za
chwilę ma się rozpocząć tura zwiedzania z przewodnikiem, a jest co
godzinę, bo tyle akurat zwiedzanie trwa. Płacimy za bilety i tu
zaskoczenie: kasjerka pyta nas o narodowość i wręcza dwa oprawione w
plastyk, szczegółowe (4 strony maszynopisu) opisy zwiedzania po polsku i
to napisane bezbłędnie. Zamek bardzo ciekawy, zwiedza się logiczny ciąg
pomieszczeń od salonów i sypialni po kuchnie, piwnice win i lochy dla
skazańców, sale tortur, w tym loch w którym przebywał skazany na śmierć
Franciszek Villon, zresztą podobno, jako jedyny wyszedł z tego lochu
żywy, po interwencji biskupa, czy księcia. Zwiedzanie nieoczekiwanie ciekawe,
choć ekspozycja broni zawiera też np. rurę panzerfausta, czy też bazooki, co
wygląda trochę na żart. Wokół zamku nieco zdziczały ogród, obok dobrze
zachowane ruiny kaplicy i romański kościół. Po ogrodzie poważnie chodzi
śliczny osiołek, przypominam sobie, że w kieszeni mam kostkę cukru,
kładę ją na brzegu tarasu, ale osiołkowi niewygodnie, więc pyskiem
pokazuje, żeby ją położyć na niższym schodku, gdy to robię, dmuchnięciem
zdmuchuje kurz i zjada cukier.
Chodzimy po pustych ulicach miasteczka, szukając miejsca, gdzie daliby
nam kawy, ale nawet restauracja zamknięta, wreszcie jest Bar-Tabac,
maleńki, ale bardzo typowy, sprawiający wrażenie, że nic w nim nie
zmieniano od chwili powstania, gdzieś w XIX w., kawa dobra, jak zawsze.
Clery-Saint-Andrée, bazylika romańska, wewnątrz sarkofag Ludwika
XI, a więc z francuskich królów pozostał nam do odwiedzenia tylko
Karol Wielki w Aachen.
Beaugency z Châtteau-de-Dunois, niewielki, z muzeum, którego nie
zwiedzamy, obok wieża, a raczej jej szkielet i dostojny romański, nieduży
kościół.
Tour; bez trudu trafiamy na podziemny parking, szukamy katedry,
Wojtek dowiaduje się jak do niej dojść w chwili, gdy nagle ją widzimy.
Fasada zatyka dech w piersiach, w jaki sposób wykonano tak misterną
koronkę z kamienia?. Katedra niesymetryczna, przypory są po lewej, po
prawej nie, szczegóły zdobień na fasadzie też inne nad obu portalami i na
wieżach. Wnętrze niezbyt porywające. Spacer po mieście, zakupy na
kolację; okazuje się, że ED był rzeczywiście tani - tu w supermarché
sałatki dwa razy droższe, ale za to można płacić kartą, więc mniej boli i
jazda do Chatelrault. Obiad z cydrem w pokoju po czym rezerwujemy F1 w St.
Nazaire. 57 km."
Obserwuj wątek
      • francja4 Re: Fredzio...cd. 15.07.04, 12:14

        10.06.1998 Poitiers
        Tylko Futuroskop, drogo, ale płacimy kartą. Teren wspaniały, budowle
        przedziwne: kula "wystająca" z sześcianu, skomplikowany kryształ, rury jak
        organy, ściana wodna, srebrna kula, wszystko olbrzymie. Najpierw zwiedzamy
        pawilon Futuroskopu, gdzie ogląda się głównie galerię hologramów,
        niektóre bardzo ciekawe, "zdjęcia" precjozów ze skarbca carów
        sprawiają wrażenie oryginałów. Omnimax- najpierw wpuszczono nas, po
        wystaniu się w długiej kolejce, zresztą kolejki są do wszystkich tutejszych
        atrakcji, nie wiem co tu się wobec tego dzieje w sezonie, a więc
        wpuszczono nas do dużej sali, gdzie usiedliśmy przed długim poziomym
        ekranem, a miał być ogromny i półkulisty. Po dłuższej chwili wśród
        hałasujących szkolnych wycieczek różnych narodowości (koło nas akurat
        hiszpańskiej), Wojtek wyraził przypuszczenie, że to tylko poczekalnia i
        zaraz poproszą nas do właściwej sali, co uznaliśmy za żart, ale wtedy
        wyświetlono krótki film o historii kina i ekranów kinowych i - poproszono do
        sali powyżej, ogromnej, o stromej widowni z fotelami „lotniczymi” i ekranem
        na całą ścianę i sufit, czyli pół kuli. Wyświetlono film o wspólnym locie
        wahadłowca z Mirem. Wrażenia silne, szczególnie zdjęcia startu rakiet i z
        przestrzeni kosmicznej, jednakże razi trochę zakrzywienie obrazu, rakieta
        wygląda w pewnej chwili na wygiętą.
        W Le-Cinema-en-Relief dostajemy polaryzacyjne okulary - efekt stereoskopowy
        wyraźny, ale jakoś nie zachwyca. Za to Cinemax to już pełna bomba, ekran o
        powierzchni 640 m2 zajmuje całą ścianę olbrzymiej i wysokiej sali, film o
        Alasce i jej zwierzętach - różne niedźwiedzie, łosie, karibu, wilki, ryby -
        widoki z lotu ptaka, chociaż bez stereoskopii, sprawiają wyraźnie przestrzenne
        wrażenie.
        Le 360: na dziewięciu ekranach rozmieszczonych dookoła kolistej sali
        wyświetlany jest film o rejsie żaglowych katamaranów po morzach Europy.
        Ogląda się na stojąco, można zatem patrzeć w dowolnym kierunku, a do
        trzymania się służą specjalne barierki, wrażenie bowiem takie, że chociaż
        to nie 3D i nie kino dynamiczne, to wydaje się, że podłoga się kołysze i gdyby
        to dłużej trwało, to choroba morska murowana.
        Le Gyrotour to wznoszący się na grubym maszcie obwarzanek, wewnątrz
        którego siedzących kilkadziesiąt osób ogląda z góry teren Futuroskopu -
        zabawa krótka, ale zabawna.
        Le Solido - długie oczekiwanie w rozwrzeszczanej kolejce w barierkowym
        labiryncie, znowu wprowadza nas do sali-poczekalni, gdzie po dalszych
        kilkunastu minutach wyświetla się film o stereoskopii, poczem wpuszczają do
        większej sali, podobnej do tej z Omnimaxa, ale chyba jeszcze większej.
        Projekcja filmu podwodnego; ryby, kraby, falujące rośliny, rekiny; tu
        efekt stereoskopowy wspaniały; ławice ryb wpływają na salę i tylko
        dziw, że nie spadają na głowy lub nieoczekiwanie wypływają z za ucha.
        Le Cinema Dynamique- świetna zabawa - najpierw instruują jak siedzieć,
        gdzie trzymać ręce, gdzie położyć ew. bagaż itd. potem od przodu zapadają
        poduszkowate barierki unieruchamiające w fotelu, a na ekranie rusza film
        przedstawiający jazdę "kolejką górską" typu rolercoaster przez labirynt
        strachu. Szarpie , podrzuca, wiatr rozwiewa włosy, spada się w dół,
        wylatuje w górę. Trwa to zaś akurat tak długo, że jest wesoło, a jeszcze
        nie męczy. Rezygnujemy z Pavillon Vienne, bo beznadziejnie długa kolejka i
        tuż przed końcem imprez bierzemy udział w grach w Cine-Jeu. Sala
        podzielona na dwie drużyny rozgrywa tu gry typu telewizyjnego sterując
        kierowaniem w kierunku ekranu czerwoną lub zieloną stroną otrzymanej przy
        wejściu plakietki. Takie sobie.
        W międzyczasie wypiliśmy kawę i zjedliśmy na ławeczce kanapki.
        Obejrzeliśmy chyba tylko 2/3 wszystkich atrakcji, a byliśmy cały dzień. Po
        drodze jeszcze zakupy i obiad w hotelu. 289 km.
        10.06
        Wracamy nieco w stronę Loary, żeby zwiedzić Abbaye* de Fontevraud,
        które przegapiliśmy poprzednio. Całość w remoncie, najwyraźniej bardzo
        dogłębnym, ale widać, że dobrze zachowana, chociaż po Rewolucji było tu
        więzienie. Duże, mniej malowniczo położone, niż opactwa cysterskie w
        Burgundii. Kościół odnowiony do fasady romańskiej, wewnątrz groby
        Plantagenetów, w tym Ryszarda Lwie Serce, dwa ogromne dormitoria i dwa
        refektarze, bo był tu klasztor...koedukacyjny. Najosobliwsza XII wieczna
        romańska kuchnia w kształcie rotundy z wieloma szpiczastymi kominami na
        obwodzie, każdemu odpowiada wewnątrz wnęka z paleniskiem. Niewielki
        ogród w miejscu średniowiecznych upraw ziół leczniczych.
        Od Fontevraud do Saumur najpierw wzdłuż starorzecza, potem brzegiem
        Loary, na lewo od drogi w odległości kilkudziesięciu metrów wapienne
        urwiska z grotami troglodytów i współczesnymi domami - jaskiniami i
        wyglądających jak jaskinie ze względu na rodzaj budulca i przyleganie do ścian
        urwiska.
        Saumur urocze (jak zwykle) z tym, że położone na tym urwisku nad Loarą,
        zamek typu bajkowego- w remoncie - wygląda na zupełnie niedostępną
        fortecę, ze względu na to urwisko. Kawę pijemy w ogródku kawiarni na
        niewielkim , przytulnym, wielokątnym placyku pod akacjami. Dalej wzdłuż
        drogi liczne reklamy win, winnic i składów win. Zatrzymujemy się w airé-
        de-repos, co prawda stoi tam autobus z wrzeszczącymi dziećmi, ale są stoły i
        ławeczki - jemy lunch.
        Cunault - Duży romański kościół Notre Dame - zwracam uwagę, że iglica
        wieży nie jest pokryta dachówką, ani innym pokryciem, ale ma stromy,
        kamienny dach, potem widzimy to częściej. Oryginalny portal: nad wejściem
        do kościoła tylko pojedyncza postać z dwoma aniołami po bokach. We wnętrzu
        resztki zachowanej miejscami polichromii, niektóre w postaci płaszczyzn
        przypominających naklejone na kolumnach plakaty. Za Cunault jedziemy
        gęsto zaludnionym krajem, prawie cały czas teren zabudowany, miasteczko
        za miasteczkiem, aż do Angers, którego stara część jest, nawet jak na Francję,
        urzekająco piękna, sporo domów o konstrukcji szkieletowej ** z
        wysterczającymi coraz bardziej kolejnymi piętrami. Dochodzimy do zamku:
        ponure mury, niewysokie pękate baszty, w murach działobitnie, głęboka fosa,
        most zwodzony. Wnętrza nie zwiedzamy, a gdy wychodzimy zaczyna padać coraz
        intensywniej, aby się skryć przed deszczem, nie bez wahania wchodzimy więc do
        sklepu o charakterze antykwariatu, specjalizującego się w starych wyrobach
        cynowych. Oglądamy piękne misy, dzbany, sztućce itp., gdy zabieramy się do
        wyjścia, bo przestało padać, uprzejma pani zza lady informuje nas, że na
        piętrze jest cześć muzealna, wchodzimy po stromych gotyckich schodach i na
        jednym piętrze widzimy znów zbiory pięknych wyrobów metalowych, jeszcze
        wyżej odrestaurowaną pracownię metaloplastyczną, z czego wynika, że sklep
        jest kontynuacją wielowiekowej pracowni. Za podziemny parking (trzy piętra-950
        miejsc!) płacimy tylko 6 FrF i jedziemy poprzez kolejne przelotne ulewy do
        St.Nazaire, po drodze zakupy w Super U. 326 km.
        ---------------------------
        *
        10.06.1998 Poitiers
        Tylko Futuroskop, drogo, ale płacimy kartą. Teren wspaniały,
        budowle przedziwne: kula "wystająca" z sześcianu, skomplikowany
        kryształ, rury jak organy, ściana wodna, srebrna kula, wszystko
        olbrzymie. Najpierw zwiedzamy pawilon Futuroskopu, gdzie ogląda
        się głównie galerię hologramów, niektóre bardzo ciekawe,
        "zdjęcia" precjozów ze skarbca carów sprawiają wrażenie
        oryginałów.
        Omnimax- najpierw wpuszczono nas, po wystaniu się w długiej
        kolejce, zresztą kolejki są do wszystkich tutejszych atrakcji,
        nie wiem co tu się wobec tego dzieje w sezonie, a więc
          • aseretka Re: Fredzio...cd. 16.07.04, 08:34
            Można było. Nawet przed 1998 też. Ja co prawda zawsze operowałam Mastercard,
            ale brat miał tylko Maestro. Nie wszędzie była ona honorowana i zdarzało się,
            że musiałam za niego płacić, jak np. w Formule 1.
          • francja4 Re: Fredzio...cd. 16.07.04, 10:03
            Już w 1996 r. (nie wiem jak było wcześniej) płaciłem kartą Visa Classic (wydaną
            przez PKO BP) w Niemczech, Francji, Hiszpanii i Włoszech. W Polsce wtedy chyba
            w ogóle nie było jeszcze bankomatów, a tylko nieliczne sklepy obsługiwały karty
            bankowe („na żelazku”)
            Tu cytat z notatek 1996:
            "...głębiej w Niemczech gnamy, nigdy poniżej setki. Stacje benzynowe,
            przeważnie ze sklepem i barem, co kilkadziesiąt kilometrów; po pierwszym
            tankowaniu, z ... pewną taką nieśmiałością, wręczam kasjerowi moją Visę, on
            wtyka ją w jakąś maszynę i po chwili podaje rachunek do podpisania: czuję, że
            jestem Europejczykiem!"
            Pozdrowienia F.
            • vojager29 Re: Fredzio...cd. 16.07.04, 10:45
              to tylko tak dla pewnosci: pomimo, ze polski zloty nie byl jeszcze wowczas
              wymienialny !!! przyjmowali na zachodzie karte w zlotowkach a nie chcieli nawet
              w PKO BP Warszawa, przyjac zachodniej karty Visa w dewizach, dlatego mnie to
              dziwi (mam od wielu lat Visa Kart zachodniego banku, respektowana na calym
              swiecie)
              • vojager29 Re: Fredzio...cd. 16.07.04, 10:53
                to bylo tylko tak na marginesie
                relacje sa o´key, czyta sie z zainteresowaniem, dzieki
                mam tylko male zastrzezenia, czasami jestes zbyt krytyczny np. w stylu, luwr mi
                sie nie podoba - luwr jako budynek czy zawartosc ?
                pozdrawiam, na 10 dni sie zamykam, mam tydzien urlopu
                • francja4 Fredzio...cd. 16.07.04, 19:43
                  Dawno zauważyłem, że zwiedzając, w ciągu +/- trzech tygodni, powiedzmy połowę
                  (co dopiero całość) tak pięknego i pełnego zabytków kraju jak Francja,
                  przekracza się możliwości percepcji i zapamiętania widzianych rzeczy, dlatego
                  przestałem przywiązywać wagę do tego, żeby zwiedzić coś „dokładnie” – w czasie
                  jaki mam do dyspozycji jest to nierealne. W rezultacie pozostają mi często w
                  zwiedzonych miejscach „białe plamy” i konieczność powrotu do raz już poznanych
                  miejsc. I tak Paryż 4 razy, Perpignan 3 razy itp. Są miejsca natomiast miejsca,
                  które pomimo ewidentnego obejrzenia po łebkach nie kuszą mnie do powrotu (…a bo
                  mi się nie podobały: przykład – Wersal, Rzym (!), Madryt (po za Prado –
                  zresztą muzea to oddzielny temat). Inne uwiodły mnie dożywotnio: Neapol,
                  Saragossa, Generalife (uwaga:Alhambra mniej!) i wiele innych. A przytaczane tu
                  notatki z podróży są skrajnie subiektywne i bałaganiarskie, nie pisałem ich do
                  publikacji, ale traktowałem jako „pamięć zewnętrzną’ i komentarz do zdjęć,
                  których kilkaset przywożę z każdej podróży. A ha, czy napisałem, że Luwr...?…-
                  miałem na myśli Wersal. Luwr jest OK, ale za obszerny, za dużo w nim cudów, to
                  ogłusza i powoduje stępienie wrażeń. Ale bardzo chętnie czytałbym komentarze (i
                  ew. uzupełnienia, polemiki, a nawet szyderstwa, do tych notatek, tak że twoje
                  uwagi dały mi satysfakcję: nie tylko ktoś je czyta, ale i analizuje!
                  Pozdrowienia.
                    • francja4 Re: Fredzio...cd. 17.07.04, 22:27
                      Tegochyba nie byBo?
                      11.06.1998
                      " Wracamy nieco w stronę Loary, żeby zwiedzić Abbaye de Fontevraud,
                      które przegapiliśmy poprzednio. Całość w remoncie, najwyraźniej bardzo
                      dogłębnym, ale widać, że dobrze zachowane, chociaż po Rewolucji było tu
                      więzienie. Duże, mniej malowniczo położone, niż opactwa cysterskie w
                      Burgundii. Kościół odnowiony do fasady romańskiej, wewnątrz groby
                      Plantagenetów, w tym Ryszarda Lwie Serce, dwa ogromne dormitoria i dwa
                      refektarze, bo był tu klasztor...koedukacyjny. Najosobliwsza XII wieczna
                      romańska kuchnia w kształcie rotundy z wieloma szpiczastymi kominami na
                      obwodzie, każdemu odpowiada wewnątrz wnęka z paleniskiem. Niewielki
                      ogród w miejscu średniowiecznych upraw ziół leczniczych.
                      Od Fontevraud do Saumur najpierw wzdłuż starorzecza, potem brzegiem
                      Loary, na lewo od drogi w odległości kilkudziesięciu metrów wapienne
                      urwiska z grotami troglodytów i współczesnymi domami - jaskiniami i
                      wyglądających jak jaskinie ze względu na rodzaj budulca i przyleganie do ścian
                      urwiska.
                      Saumur urocze (jak zwykle) z tym, że położone na tym urwisku nad Loarą,
                      zamek typu bajkowego- w remoncie - wygląda na zupełnie niedostępną
                      fortecę, ze względu na to urwisko. Kawę pijemy w ogródku kawiarni na
                      uroczym, wielokątnym placyku pod akacjami. Dalej wzdłuż drogi liczne
                      reklamy win, winnic i składów win. Zatrzymujemy się w airé-de-repas, co
                      prawda stoi tam autobus z wrzeszczącymi dziećmi, ale są stoły i ławeczki -
                      jemy lunch.
                      Cunault - Duży romański kościół Notre Dame - zwracam uwagę, że iglica wieży
                      nie jest pokryta dachówką, ani innym pokryciem, ale ma stromy, kamienny
                      dach, potem widzimy to częściej. Oryginalny portal: nad wejściem do
                      kościoła pojedyncza postać z dwoma aniołami po bokach. We wnętrzu
                      resztki zachowanej miejscami polichromii, niektóre w postaci
                      płaszczyzn przypominających naklejone na kolumnach plakaty. Za Cunault
                      jedziemy gęsto zaludnionym krajem, prawie cały czas teren zabudowany,
                      miasteczko za miasteczkiem, aż do Angers, którego stara część jest, nawet jak
                      na Francję, urzekająco piękna, sporo domów o konstrukcji szkieletowej z
                      wysterczającymi coraz bardziej poszczególnymi piętrami. Dochodzimy do
                      zamku: ponure mury, niewysokie pękate baszty, w murach działobitnie, głęboka
                      fosa, most zwodzony. Wnętrza nie zwiedzamy, a gdy wychodzimy zaczyna padać
                      coraz intensywniej, nie bez wahania wchodzimy więc do sklepu o charakterze
                      antykwariatu, specjalizującego się w starych wyrobach cynowych. Oglądamy piękne
                      misy, dzbany, sztućce itp., gdy zabieramy się do wyjścia, bo przestało
                      padać, uprzejma pani zza lady informuje nas, że na piętrze jest cześć
                      muzealna, wchodzimy po stromych gotyckich schodach i na jednym piętrze
                      widzimy znów zbiory pięknych wyrobów metalowych, a jeszcze wyżej odrestaurowaną
                      pracownię metaloplastyczną, z czego wynika, że sklep jest kontynuacją
                      wielowiekowej pracowni. Za podziemny parking (trzy piętra-950 miejsc!) płacimy
                      tylko 6 FrF i jedziemy poprzez kolejne przelotne ulewy do St.Nazaire, po
                      drodze zakupy w Super U. 326 km."
                      Dalszy ciąg tej podróży był (jest) pod „Bretania”, potem była Belgia i
                      Holandia.

                      • aseretka Re: Fredzio...cd. 19.07.04, 08:36
                        Oj było, było... ) Troszkę wyżej pod datą 15.07.2004r. Ale nie szkodzi. Masz
                        prawo się zgubić w tym gąszczu swoich arcyciekawych notatek.
                        Czekamy na ciąg dalszy.
                              • foolproof Re: Fredzio...cd ?. 20.07.04, 18:32
                                Midi-Pyrénées>Limousin
                                17.09.1996 Po drodze: Moissac : katedra z XI-XII/XV, a więc romańsko-gotycka,
                                wyraźnie widać gotycką nad- i rozbudowę, ogromna romańska pojedyncza nawa,
                                potem dodatki gotyckie, brak witraży, obok piękny wirydarz. W mieście też jest
                                co oglądać, a niektóre ulice mają podwójne nazwy np. Rue Desmazels= Carriera
                                dels Masels (po jakiemu to?) itp.
                                Lauzerte : zjechaliśmy tam zupełnie przypadkowo, na zasadzie "jakie ładne
                                miasteczko, tam w górze, zjeżdżamy?"; ciasno upakowane domki gotyckie, kryte
                                dachówką klasztorną, strome uliczki, skróty schodkami, piękny rynek, na nim
                                duża kafeteria "La Luzerte" w stylu lat '20, ściany w lustrach, bilardy,
                                stoliki marmurowe z żeliwnymi nogami, po kawiarni spaceruje beztroski kotek.
                                Pijemy café au lait 3*11 F. Po zajrzeniu do przewodnika okazuje się, że to
                                jedna z najbardziej typowych bastid, czyli feudalnych nadań - miasteczko i
                                twierdza.
                                Sarlat -katedra gotycka, grube kolumny, wnętrze surowe, witraże, ładne
                                organy. Żółto-beżowo-miodowe kamienne domy, zaułki, schodki, kościoły,
                                knajpki (drogie), w sumie oszałamiające stare miasto. Kupujemy lokalną
                                specjalność: touron - pyszne nugaty w różnych smakach, drogie(63 F), ale
                                nadzwyczajne. Muzeum samochodów, ale zaglądamy tylko przez drzwi: ogromna hala
                                pełna błyszczących staroci. Górską drogą (jak wszędzie) do Rocamadour- nad
                                głęboką doliną wisi, najzupełniej dosłownie, zamek, klasztor i kościół. Poniżej
                                wparte w skałę miasteczko, dojazd do góry kolejką linowo-szynową. Wjeżdżamy bez
                                biletów, bo wsiedliśmy na stacji pośredniej, wychodząc z parkingu. Melduję to
                                konduktorowi ("Monsieur, nous n'avons pas des billets"*), każe wsiadać i na
                                górze wskazuje na kasę. Wojtek przytomnie mówi, że lepiej najpierw zwiedzić, a
                                potem zapłacić tylko za zjazd, gdy idziemy w kierunku sanktuarium olśniewa nas,
                                że na dół można zejść piechotą, co robimy. Automat biletowy na galerię widokową
                                obdarowuje nas 1 F, zwracając w ten sposób zgubionego na granicy. Widok
                                wspaniały i dziwny: dobre 100 m pionowo w dół poniżej dachy miasteczka,
                                rozległa dolina szerokości ok. 1 km z urwistymi brzegami, widok niesamowity. W
                                sanktuarium cudowny posąg Czarnej Madonny-niewielka gotycka rzeźba. Wbrew
                                pozorom nie jest to już miejsce kultu (a było- chyba jeden etapów pielgrzymki
                                do Santiago da Compostela), ale wyraźnie turystyczna miejscowość.
                                * Moje francuskie cytaty wynikają 1°. ze snobizmu, 2°. ze zdumienia skąd mi
                                się to bierze: języka francuskiego nie znam...
      • francja4 Re: Fredzio...cd. 28.07.04, 13:08
        S'il vous plait:
        "17.09.1996
        Do Cahors dojeżdżamy we mgle i po ciemku: w F1 complet, szukamy innego hotelu,
        owszem są takie, ale wszędzie drogo, wreszcie zawracamy do zauważonego
        poprzednio chambre d'hoté: pokój ze śniadaniem w gospodarstwie rolnym za 275 F -
        bierzemy. Ładny pokój, chyba w przerobionym zabudowaniu gospodarczym, grand
        lit + łóżko piętrowe, zamiast okna oszklone drzwi + drewniane drzwi zewnętrzne.
        Łazienka (bez drzwi) z ogromną wanną i tuszem, WC, umywalka, gorąca woda. Rano
        déjeuner : kawa, chrupka bagietka (może odświeżana), ciepłe croissanty, masło,
        dżem. Wyjazd o 9.00.
        18.09
        Jedziemy najpierw do F1 w Cahors, rezerwujemy pokój w F1, robimy zakupy w
        pobliskim supemarché i w drogę w doliny rzek Lot i Célé. Rano mgliście, potem
        pogoda mętna, ale ciepło, potem upał, potem trochę kropi, znowu słońce. A po
        drodze:
        Luzech - nad rz. Lot, małe strome uliczki szerokości ~1,5 m, schodki,
        przejścia, rozlatująca się cokolwiek ceglana chapelle z XII w., domy dosłownie
        wciśnięte w skały, miasto w pętli Lot, wjazd tylko z jednej strony. W
        średniowiecznym domu na kilku poziomach biuro informacji turystycznej,
        wystawa starych fotografii i wykopalisk, kamienne noże sprzed 8000 lat, podobne
        sprzedają w całych kolekcjach w sklepach z pamiątkami. Uprzejma panienka,
        władająca biegle angielskim, poleca nam resztki gallo-rzymskich zabudowań na
        górze nad miastem. W nieco nowszej części miasta targ: jarzyny, owoce, sery,
        wędliny, mięso, różne drobiazgi. Kupuję pomidory i interesujący świeży
        bryndzowaty serek za 9 F, zapominam odebrać resztę, sprzedająca dogania mnie na
        końcu targu z monetą w ręku. Jedziemy do tych pozostałości, wąziutka dróżka
        (ale asfalt bez zarzutu), szczęściem nikt nią oprócz nas nie jedzie, w jednym
        miejscu, dla zmieszczenia się w zakręcie, trzeba cofnąć samochód. Na szczycie
        góry kilka ławek ze starych podkładów kolejowych i ślady resztek murów.
        Urządzamy biwak (lunch), trochę spacerujemy, podziwiamy z urwiska ogromną
        panoramę zakrętów rz. Lot i rozległe winnice. Jest też coś na kształt stacji
        przekaźnikowej TV.
        Puy-l'Eveque - miasteczko itd., bardzo stare i niezwykle piekne, mieliśmy tu
        kończyć, ale panienka w tutejszym IT namawia nas na zamek Bonaquil, 15 km
        dalej, jedziemy stromą wąską dróżką, pełną Anglików. Zamek: średniowieczna
        twierdza, częściowo w ruinie, wyrastająca ze skały i w nią wrośnięta, oprowadza
        bardzo gadatliwa przewodniczka. Wracamy do Cahors: ładne miasto, na starówce
        wąskie uliczki, przesmyki itd., fontanny, nad skalistym łożyskiem wartkiej
        rzeki warowny most Pont Valentré, pełen średniowiecznego wdzięku. Powrót do F1
        w Cahors (dobrze, że rezerwowaliśmy, bo o 19.30 hotel complet), kolacja w
        pokoju: chleb (taki bagietkowaty, ale pain, nie baguette) z wędliną, wino
        Châtteaux Le Fore (Cahors) za 12 F, herbata.
        19.09 czwartek Biegłą francuszczyzną za pośrednictwem panienki z recepcji (no…
        w każdym razie zrozumiała o co mi chodzi) rezerwuję F1 w Périgeux."
        • vojager29 Re: Fredzio...cd. 28.07.04, 14:28
          cieszy mnie, ze tak to przyjales, dzieki
          pisz dalej, czyta sie naprawde z zainteresowaniem
          w wielu miejscach bylem ale, ze nigdy nie robie notatek a pamiec jest zawodna
          mile sobie wspominal czytajac twoje opisy
          no i nie kazdy ma dar do przekazania wrazen na papierze
        • aseretka Re: Fredzio...cd. 28.07.04, 20:21
          Popieram vojagera29. Miło się nie tylko czyta, ale i wspomina. :) A tak na
          marginesie... 1996 to były jeszcze czasy, gdzie nie dało się rezerwować
          noclegów w Formule 1 przez net. Albo trzeba było telefonicznie ( ale do tego
          potrzebny był dobry fracuski ), albo trzeba było liczyć na łut szczęścia, ze
          będą wolne pokoje. Teraz jest o niebo wygodniej. :)
          • francja4 Tu Fredzio.... 29.07.04, 16:22
            Dokładnie tak było, na szczęście mam w rodzinie biegłego „francuza”, który
            rezerwował mi pierwsze dni, potem załatwiałem kolejne noclegi za pośrednictwem
            recepcjonisty. Teraz jest o tyle … gorzej, że przez internet rezerwuję całą
            trasę, co zmniejsza możliwości jej zmian itp., ale też rozpęd już nie taki..
            No, ale wygoda jest.
            No i :
            „22.09.1996
            Wyjazd z Cahors do Périgeux doliną Dordogne. Samotny na skale zamek Montfort,
            potem La Roque-Gageac, miodowe, ochrowe miasteczko na i pod ścianą skalną,
            pełne zieleni, w tym palm i innych roślin egzotycznych, kościółek, dużo drogich
            restauracji.
            Beynac -zamek XI-XIV w., zachowany w całości, w trakcie renowacji.
            Miasteczko "górne" wiszące na skałach, znów prześlicznie miodowe - śliczne
            do obrzydliwości, widok z zamku na dolną część miasta pionowo w dół. Idziemy
            na obiad do restauracji, zamawiamy plât du jour: Roti de Porc aux Pruneux,
            Frites (b. dobra pieczeń ze wspaniałymi śliwkami (...właściwie to znany
            nam „schab po .. polsku”) i wspaniałymi frytkami)+ chleb+ karafka lodowatej
            wody 3*40 F, potem kawa.
            Domme- widok na Dordonię, jak ją poufale nazywamy: zawój rzeki, góry w tle,
            ogromna panorama, po za tym miasteczko, zamek, wąskie uliczki itd., tutejszych
            grot nie zwiedzamy, podobno jest ich kilkaset kilometrów. Lokalna specjalność
            crocant - ciasteczka, coś w rodzaju bezów z orzechami, nie warte 26 F. Po
            drodze nadal domy w skałach, pod nimi, na nich, obok itd. Zakupy u Leclerca,
            piechotą z F1 ok.1 km : piwo, wino chleb, sałatka grecka, cebula, jogurt,
            mleko.”
            F.
              • foolproof Tu Fredzio, tu Fredzio.... 31.07.04, 12:44
                Na życzenie mogły by być fotografie. Pozdrowienia/Fredzio
                Cd.:
                "09 Wyjazd o 9.30
                Falista droga. Azay-le-Rideau: zamek nad Indre et Loire, chyba nad samą Indre:
                pałac z wnętrzami, gobeliny, przepiękne skrzynie. W drodze jemy obiad w miłym
                airé-de-repos (to takie bardziej rozbudowane parkingi w zieleni z ławeczkami,
                stołami, koszami na śmieci): hiszpański jeszcze tuńczyk w oleju, bagietka,
                herbata, hiszpańskie figi.
                Villandry: Pałac (przy wejściu ktoś nam ni stąd, ni zowąd powiedział nam "dzień
                dobry"), zdumiewający ogród, geometryczne wzory z wielobarwnych warzyw -
                papryki, różnych odmian i kolorów kapusty, brokułów, buraków (te są
                najładniejsze). Drzewka owocowe wys. ok. 40-70 cm obwieszone olbrzymimi
                jabłkami i gruszkami, pomidory duże i małe, żywopłoty, obok olbrzymia grzęda
                krzewów przystrzyżonych w fantazyjne wzory; ukradkiem zjadamy znalezione grono
                winogron rosnących na pergoli, trochę przemycam w kieszeni dla Wojtka, który
                dla oszczędności (bo już to zwiedzał) z poświęceniem czeka na nas przed
                zamkiem, podziwiając wspaniałego Bentleya zaparkowanego wśród innych zwykłych
                aut.
                Ussé: oglądamy z zewnątrz: „zamek Śpiącej Królewny” - rzeczywiście tak
                wygląda.
                Chinon: średniowieczna twierdza, ponoć najbardziej typowa z wszystkich
                francuskich, związana z Joanną d'Arc, która tu rozpoznała Delfina i zaczęła
                swoją drogę do zwycięstwa, pełno pamiątek. Potężna forteca dość zrujnowana,
                bastiony, donżony, kazamaty, lochy, patrzymy z murów zamku na miasto u stóp.
                Ściany domów jednolicie szarawe, dachy jednolicie czarne, łupkowe, wykończone
                na szczycie czerwonymi gąsiorami lub gorzej wyglądającą blachą. W miasteczku
                pijemy kawę, bufetowa ma ciotkę Polkę, pyta czy przyjechaliśmy tu z powodu
                wizyty papieża.
                W Blois, szukając naszego F1, objechaliśmy miasto w koło i dwukrotnie
                przejeżdżaliśmy Loarę, (jechaliśmy jej brzegiem od Tours), tu romantycznie
                rozlaną, z piaszczystymi brzegami, wysepkami i łachami piasku."
                • aseretka Re: Tu Fredzio, tu Fredzio.... 02.08.04, 08:59
                  > Na życzenie mogły by być fotografie. Pozdrowienia/Fredzio
                  No włąśnie. Szkoda, że na forum nie można wklejać fotek. Takie relacje na pewno
                  byłyby barwniejsze i bardziej "unaocznione". A może można je tu jakoś
                  wstawiać...?
                  • francja4 Re: Tu Fredzio, tu Fredzio.... 06.08.04, 16:35
                    Dla potrzymania więdnącego wątku:
                    "24.09.1996
                    Objazd zamków: trochę błądzimy, potem:
                    Chaumont-sur-Loire: zamek typu bajkowego z czynnym mostem zwodzonym i takąż
                    kładką, wnętrza, gobeliny, meble, Diana de Poitiers, o której pełno w każdym
                    zamku - na portrecie - ładna, toaleta dla zwiedzających z napisem nad
                    wejściem "1557". Widok z góry na wspomnianą romantyczną Loarę (rozlana, łachy,
                    nierówne brzegi). W parku (duży, w stylu angielskim), gdzie czekamy na
                    zwiedzanie stajni, dziwne "świerki" o koronie w kształcie dębu z konarami
                    rozchodzącymi się poziomo i wyrastającymi z nich pionowymi gałęziami, liczne
                    kasztany. Stajnie (XIX w.): boksy dla koni z emaliowanymi żłobami i miskami na
                    wodę, boki wyłożone wojłokami. Niektóre boksy okratowane lub zupełnie
                    oddzielone. Końska kuchnia z miedzianymi kotłami i centralną ciepłą wodą (sześć
                    rur z kurkami rozchodzi się z jednego węzła). W kuchni wisi zabytkowa lampa
                    elektryczna (łukowa). Wozownia, w niej trzy wozy, jeden w kształcie dyliżansu.
                    Długo czekaliśmy na wejście, potem, już niepotrzebnie, na wyjście, bo wydawało
                    się, że drzwi są zamknięte, a były otwarte, ale starożytny zamek, na dodatek z
                    zatrzaskiem, otwierał się odwrotnie.
                    Cheverny: przyjeżdżamy w czasie przerwy, więc jemy śniadanie na parkingu. Park
                    wokół zamku do zdumienia wypielęgnowany, równiutko ostrzyżone trawniki, ścieżki
                    wysypane kamyczkami, jak gdyby świeżo wymytymi. Zamek prywatny, wychuchane
                    wnętrza, bardzo sympatyczny i, jak to nazywam, przyjazny zamek. Dają nam
                    folderki po polsku - bezbłędne. Pod zamkiem stoi polski jelcz.
                    Chambord: do miasteczka wjeżdża się przez bramę w ogrodzeniu przez las, potem
                    park, tłumy, znowu wielu Anglików. Pałac z zewnątrz fantastyczny, wnętrza
                    przerażają kubaturą niższych pięter, wręcz odpychając swym ogromem,
                    najładniejsze są tarasy na górze: labirynt wieżyczek, kopuł i kominów, na
                    dodatek ozdobionych figurami i herbami. Wstęp kosztował 2* 45 F+6 F parking. W
                    rozległych ogrodach prywatny WC za 2 F - a w zamku był gratuit. Po powrocie do
                    Blois zliczamy wydatki płacone Visą i wychodzi, że wydaliśmy nieco powyżej 3000
                    zł - nie jest źle. Kolacja: podwójna zupka czyli właściwie makaron w rosole,
                    chleb z salami i mortadelą, vin rose "Baron de Vairac" za 5.70 F"

                      • francja4 Re: Tu Fredzio, tu Fredzio.... 08.08.04, 11:28
                        Dla potrzymania tematu:
                        „ 25.09.1996
                        Wyjazd z Blois na zwiedzanie o 10.00. W nocy lało, rano mży, od południa pogoda.
                        Amboise: zamek z kategorii przyjaznych, na urwisku nad miastem,
                        oryginalna "klatka schodowa" dla koni, przepiękna gotycka kaplica, w której
                        podobno pochowany jest Leonardo da Vinci. Miasteczko prześliczne, Loara nieco
                        wezbrana, szumi pod mostami i wokół Ile d'Or, idziemy na kawę, kawiarnia "La
                        Petite Marquise" elegancka, senna, pusta, kusimy się na eklery z czekoladą i
                        glassée, podają na talerzach z nożem i widelcem - doskonałe, mleko podane
                        oddzielnie w dzbanuszku. Oddalamy się nieco od Loary, wreszcie kawałek
                        płaskiej drogi, kukurydza, słoneczniki, rżyska, czasem winnice.
                        Chenonceau: zamek przyjemny ("przyjazny"), wnętrza przepiękne, nie takie hale,
                        jak w Ambois, aleja strzelistych platanów o szerokości czteropasmowej drogi,
                        zamek prywatny, podobno dochodowy. Powrót do Blois. Jedziemy na centre ville i
                        zwiedzamy zamek królewski Blois, jedyny raz korzystając (bo tu jest) ze zniżki
                        dla "60+" ( =2*10F ). Zamek w różnych stylach, mocno niesymetryczny, w części
                        muzeum sztuk pięknych: gobeliny, obrazy (w tym jeden Breughel Aksamitny),
                        zbiory starych zamków do drzwi, kluczy, klamek, rygli.”


                    • aseretka Re: Tu Fredzio, tu Fredzio.... 08.08.04, 12:37
                      Mam pytanie. Jak udało wam się zapłacić karta w Chambord? Nie pamiętam
                      dokładnie roku, ale mniej więcej było to w tym samym czasie ( może 1997 ).
                      Zabrakło nam wtedy kilku franków, żeby wykupić bilety dla 10 osób, a kartą nie
                      można było w kasie zapłacić. Co śmieszniejsze można było zapłacić karta na
                      przystani za przejażdźkę łódką, karta można było też płacić w okolicznych
                      sklepikach za pamiątki, ale żeby wykupić bilet do wnętrz zamku trzeba było mieć
                      gotówkę. Wiem, w pobliżu był bankomat, ale ja nie mając pamięci do cyferek nie
                      pamiętałam pin-u. Tak więc Chambord było jedynym zamkiem, którego wnętrz nie
                      zwiedziliśmy.
                      • francja4 Re: Tu Fredzio, tu Fredzio, Fredzio....... 08.08.04, 17:28
                        Prawdę mówiąc nie pamiętam jak wtedy płaciliśmy za bilety wstępu (1996 r.), ale
                        potem nigdy nie było kłopotów z posługiwaniem się kartą bankową (Visa Classic),
                        po za pewnymi wyjątkami, być może już nie aktualnymi (np. w marketach ED =
                        Eurodiscount). W zeszłym roku w Austrii natrafialiśmy na sklepy, które
                        akceptowały tylko karty wydane przez austriackie banki, sieć hoteli Oecotel
                        przyjmuje tylko gotówkę itp., podobnie zdarzało się we Włoszech. We Francji
                        nie było takich kłopotów.
                        Pozdrowienia
                        Fredzio
                          • francja4 Re: Tu Fredzio, tu Fredzio, Fredzio....... 09.08.04, 10:49
                            Oczywiście gotówka może być zawsze konieczna np. w zeszłym roku na granicy
                            francusko-szwajcarskiej musiałem pokazać (!) posiadane pieniądze, karty bankowe
                            całkowicie zlekceważono, ale też kiedyś na granicy francusko –hiszpańskiej za
                            króciutki odcinek autostrady z rozpędu zapłaciłem kartą, co przyjęto, choć było
                            do zapłacenia równowartość ...~ 2 zł.
                            Fredzio
                            • aseretka Re: Tu Fredzio, tu Fredzio, Fredzio....... 10.08.04, 09:56
                              > Oczywiście gotówka może być zawsze konieczna np. w zeszłym roku na granicy
                              > francusko-szwajcarskiej musiałem pokazać (!) posiadane pieniądze

                              Jeszcze nigdy mi się to nie zdarzyło przy przekraczaniu granicy ze Szwajcaria.
                              raz tylko nas zatrzymano na chwilę i sprawdzono paszporty.
                              Ale gotówki tez mamy trochę zawsze ze sobą. Jednak z regóły są to jakieś drobne
                              kwoty, na wypadek braku możliwości zapłacenia kartą.
                              wtedy w Chambord zabrakło nam kilkunastu franków na zakup biletów dla
                              wszystkich. A zamek był ostatnim, który mieliśmy zwiedzac. Ale miło było
                              pospacerować i po ogrodach, tudzież zrobić kilka zdjęć na tle zamku.
                              • francja4 Re: Tu Fredzio, tu Fredzio, Fredzio....... 10.08.04, 16:22
                                Napisałem „francusko-szwajcarskiej”, a to była szwajcarsko-francuska i to
                                Francuzi byli tacy paskudni, a na dodatek uporczywie pytali co mamy do oclenia
                                (… ?... zegarki firmy Patek Philippe, czy dzwonki krowie?). Zaś przy pierwszym
                                przekraczaniu granicy niemiecko-szwajcarskiej Szwajcarzy poprosili o: wszystkie
                                trzy paszporty, dowód rejestracyjny samochodu i prawo jazdy kierującego, po
                                czym wszystko to zabrali do swojej budy, a przy aucie postawili
                                funkcjonariusza, aby nas pilnował, po chwili oddali dokumenty i życzyli miłej
                                jazdy. Przy ponownym wjeździe do Szwajcarii (z Włoch) na granicy machnięto nam
                                ręką. Ale nie masz to jako bywało w Mostiskach…
                                Fredzio
                                    • francja4 Tu Fredzio..."do Aseretki" 12.08.04, 09:44
                                      "„Czy foto doszło (w formacie JPG)?”
                                      Z przerażeniem stwierdziłem, że pomieszałem tu dwie wyprawy jedna z września
                                      1996, a drugą z czerwca 1998, na dodatek nie wiem już co tu zamieściłem, a co
                                      nie. Spróbuje to uporządkować, ale to potrwa. Narazie to (bylo?):

                                      "15.06.1998
                                      Pogoda pochmurna i chłodna, ale przez cały dzień prawie nie padało, po
                                      za paroma kroplami i ulewą wieczorem. Nawet było trochę słońca. Rano do
                                      Rennes drogami jak opisane poprzednio. Katedra św.Piotra, bogato zdobiona,
                                      z przepięknym stropem. Prezbiterium ma ściany pokryte ciemną boazerią
                                      drewnianą na całej wysokości. Piękna drewniana rzeźbiona ambona. Stare
                                      miasto, jak zwykle, ładne, wiele pięknych domów, niektóre stare, wyglądają,
                                      jak nowo zbudowane, nie wiadomo, czy to doskonała rekonstrukcja, czy
                                      doskonała konserwacja. Kościół St.Germain w stylu gotyku bretońskiego.
                                      Oczywiście gotyk bretoński zapewne nie istnieje, ale dla porządku ustaliłem
                                      sobie taką nazwę dla odmiany gotyku taką właśnie, jak w tym St.Germain:
                                      podwójna wieża-dzwonnica z oknami i obok niższy "minaret", budynek z
                                      zewnątrz gotycki, ale bez przypór, ze stromym dachem, a wewnątrz drewniane
                                      beczkowate lub, jak tu , wyraźnie łódkowate, nawet czasem z zaznaczonymi
                                      wręgami, stępką i belkami rozporowymi. I w transepcie lub/i w
                                      prezbiterium "bretoński" witraż, złożony z różnej ilości obrazków, tutaj 24
                                      obrazkowy, umieszczonych obok siebie, czym różni się to od komiksu w
                                      St.Chapelle.
                                      Vitre- miasto, jak wiele tu, na stoku wzgórza, niepraw-
                                      dopodobnie piękne i wypielęgnowane, szczególnie śliczne kolorowe domy
                                      szkieletowe. Chyba najładniejsza starówka ze wszystkich widzianych. I
                                      do tego zamek-twierdza, dobrze zachowany, zawiera m.in. merostwo i urząd
                                      stanu cywilnego. W bistro kawa z mlekiem (okazuje się, że może być mała
                                      kawa z mlekiem, tu po 6.50).
                                      Fougéres -ogromny zamek obronny, częściowo w ruinie (jedna z nich,
                                      środkowego donżonu pochodzi(ruina!) - z XII wieku), 13 wież na wysokiej
                                      stromej skale, obszerna przestrzeń wewnątrz murów; ciekawy młyn wodny z
                                      szeregowo ustawionymi czterema kołami, do każdego doprowadzony oddzielny
                                      kanał z drewna. Widok z zamku na miasto i na zamek z położonych na
                                      przeciwległym stoku ogrodów miejskich- niezwykły, sprawia wrażenie, że
                                      miasto zbudowano na stokach i dnie kamieniołomu lub w kraterze wulkanu.
                                      Ulice, po których trochę błądzimy, nieprawdopodobnie strome. Kościół
                                      St.Sulpice klasycznie bretoński czyli podwójna wieża itp. z tym, że strop
                                      (też "bretoński") w prezbiterium bogato malowany; w enclosach wewnątrz
                                      kościołów zwracały uwagę jaskrawe kolory figur i ornamentów, może tu
                                      wszystkie ściany i stropy były malowane?
                                      Dalsza droga do Caen przez urozmaicony kraj, pagórki coraz wyższe,
                                      zupełnie karkołomne podjazdy i zjazdy, wreszcie regularne
                                      serpentyny. Dużo zagajników i lasów, mało pól uprawnych, ale, gdy
                                      są, wyglądają jakby były codziennie sprzątane. Jadę, jak zwykle 90-100,
                                      wszystkim innym się śpieszy, co przestało być zabawne, gdy dwóch szaleńców
                                      usiłowało nas wyprzedzić na zakręcie równocześnie z lewej i prawej. Bez
                                      kłopotów, choć wydawało nam znowu, że błądzimy, trafiamy do naszego F1,
                                      który po chwili jest complet. Podobnie na jutro jest w Boulogne-sur-Mer, z
                                      Abbeville nie ma połączenia, rezerwujemy Dieppe. 230 km."
                                        • foolproof Tu Fredzio..."do Aseretki" (i nie tylko) 13.08.04, 12:22
                                          Do foto (przy okazji korekta) la nie le
                                          (1997) "Potem jedziemy do Vaison-la-Romaine: klasztor i kościół romański,
                                          zbudowany na resztkach rzymskich, w odsłoniętych częściowo fundamentach
                                          widoczne szczątki kolumn, uroczy mały wirydarz z malutkim ogródkiem pośrodku.
                                          Całe miasto jak zwykle: wąziutkie uliczki, bardzo kręte, dużo restauracji, na
                                          niewielkim placyku chyba z dziesięć, jedna obok drugiej, wszystkie z
                                          ocienionymi ogródkami, po rzymskim moście przechodzimy do jeszcze piękniejszego
                                          i starszego chyba Haute Ville na stromym stoku wzgórza, a więc ulice jeszcze
                                          bardziej kręte i wąskie, do tego strome, na nich też restauracje, karkołomne
                                          schodki, skróty i przejścia, pełno źródełek - studzienek i małych fontann z
                                          których czerpię wodę dla przetarcia czoła i karku, bo upał prowansalski. Na
                                          szczycie wzgórza spore ruiny zamku spod których, odpoczywając po wspinaczce,
                                          podziwiamy rozległe widoki na okoliczne wzgórza. Idziemy na obiad do jednej z
                                          restauracji na ryneczku, zamawiamy plat du jour: cotteaux de agnées, czy jakoś
                                          tak, w ziołach prowansalskich, co okazuje się dość anemicznymi żeberkami
                                          jagnięcymi ze smakowitym purée kartoflano-pomidorowym, dostajemy do tego
                                          karafkę z lodowatej wody, po chwili prosimy o następną. W czasie obiadu wszyscy
                                          gapią się na ogromny ekran telewizyjny na którym leci właśnie pogrzeb Diany."
                                              • francja4 Re: Tu Fredzio..."do Aseretki" (i nie tylko) 17.08.04, 13:53
                                                Zapisków (także „francuskich”) jest jeszcze sporo:
                                                „16.06.1998
                                                Caen to duże miasto. Ogromny kościół St.Etienne z galeriami nad nawami
                                                bocznymi, wygląda mi na piękny strzelisty gotyk, ale to podobno lokalna
                                                odmiana stylu romańskiego, chyba, że zaszła jakaś pomyłka- przecież ma
                                                sklepienia krzyżowe, okna ostrołukowe i przypory. Obok zabudowania, chyba
                                                poklasztorne, bo było tu opactwo, mieszczą różne instytucje w tym Hotel de
                                                Ville. Z jakąś wycieczką zabieramy się na zwiedzanie ogromnej sali na
                                                parterze, co ponoć kosztuje 10 franków.
                                                Kościół St.Saveur - dwunawowy, wygląda, jak dwa stojące obok
                                                siebie kościoły bez wewnętrznej ściany. Nawy różnią się
                                                sklepieniami: lewa ma drewniane beczkowate, z belkami
                                                rozporowymi przechodzącymi w takież prawej, ale ta ma budowę
                                                łódkowatą, w połowie długości nawy przechodzące w kamienne
                                                krzyżowe. Witraże ładne, ale nowoczesne.
                                                Katedra odbudowana po dużych zniszczeniach wojennych, o czym
                                                mówią fotografie, bo na oko tego nie widać, zdumiewa wysokością
                                                sklepienia, bogato zdobione rzeźbami prezbiterium, z gęsto
                                                żebrowanym stropem kamiennym, duża rozeta.
                                                Naprzeciw zamek, a raczej jego ruiny i część wież, na które
                                                można wchodzić. W obrębie murów nowoczesny gmach Muzeum Sztuk
                                                Pięknych, doskonale wkomponowany w obrys murów - można go po
                                                prostu nie zauważyć. Jest jeszcze tutaj park, ogród, kościół
                                                St.Georges, obok jeszcze coś starego, jakby baptyserium, a pod
                                                tym wszystkim - podziemny parking.
                                                Droga nadal wzgórzami zupełnie, jak w Wogezach, jedziemy do
                                                Honfleur: miasto znowu urocze, bardzo malownicze, o zachowanym
                                                średniowiecznym kształcie, nieregularna sieć wąskich uliczek,
                                                jak zwykle same sklepy z pamiątkami, wyrobami artystycznymi i
                                                restauracjami. Ogromny drewniany kościół dwunawowy, jedna nawa
                                                wyraźnie wyższa, obie z sufitami łódkowatymi, a co ciekawe okna
                                                stylizowane na gotyckie (czy był drewniany gotyk?). W samym
                                                środku miasta obszerny port jachtowy.
                                                Rouen -katedra ogromna, i jak inne - w remoncie, przy tym tak
                                                wciśnięta między domy, że ze względu na rozmiary, nie mieści się
                                                w celowniku aparatu nawet przy ogniskowej 35 mm . Gdy szukamy
                                                wobec tego odpowiedniej pocztówki, okazuje się, że był to nie
                                                tylko nasz problem - nie ma takiej, na której mieściłaby się cała
                                                fasada. Katedra sprawia mimo to wrażenie mniejszej niż w
                                                Strassbourgu, ale też bajecznie zdobna. Wewnątrz posąg nagrobny
                                                Ryszarda Lwie Serce kryje właśnie to serce. Jeszcze spacer
                                                ulicami, piękne domy o szkieletowej budowie i kościół St. Maclou,
                                                klasyczny gotyk płomienisty, rzeczywiście kamienne zdobienia
                                                przypominają płomienie, szaleństwo kamiennych dekoracji.
                                                Podobnie ozdobne wnętrze, szczególnie piękne schody wiodące na
                                                chór. I jeszcze ciekawostka: po lewej stronie fasady stoją
                                                kamienne aniołki i spokojnie sobie siusiają.
                                                W drodze do Dieppe, po zjechaniu z głównej drogi na zakupy,
                                                trochę błądzimy, ale dojeżdżamy w porę, aby zdąży11ć zarezerwować
                                                nocleg w Dunkierce. 258 km.”


      • francja4 Re: Fredzio...cd. 19.08.04, 15:50
        Jeśli tak, to proszę:
        „17.06.1998
        Malowniczymi, krętymi drogami jedziemy na Cap Griz-Nez,
        potem na Cap Blanc-Nez, oba to wysunięte w morze półwyspy o
        wysokich kamiennych brzegach. Chłodno, wieje silny wiatr. Wokół
        znowu liczne opuszczone bunkry i stanowiska artyleryjskie. Z Cap
        Blanc-Nez wyraźnie widać na horyzoncie - BIAŁE SKAŁY Albionu -
        czyli kolejny hasłowy cel wyprawy możemy uznać za wykonany.
        Lunch zjadamy w przydrożnym airé-de-repos, ale niezbyt
        komfortowo, bo wiatr jest tak silny, że przewraca kubki na
        stole. Dojazd do F1 w Dunkierce bez problemów, po drodze i w
        hotelu wydajemy ostatnie franki w bilonie; jutro Belgia. 321 km.“




        • francja4 : Fredzio...cdn. 21.08.04, 15:50
          Cały ten zbiór opisów podróży po Francji AD 1998 szczęśliwie dobiegł końca.
          Przypominam, że są to swobodne notatki wrażeń z podróży i razem z ok. 400
          fotografiami mają charakter pamięci zewnętrznej (natłok wrażeń uniemożliwia
          zapamiętanie co i gdzie było). Stąd są one bałaganiarskie, niedokładne i czasem
          mogą sprawiać wrażenie naiwnych lub prowokacyjnych („…w Paryżu najbardziej
          podobało mi się metro” itp.), ale są autentyczne. Planując trasę kolejnych
          wycieczek wyznaczam ich cele hasłowo, to co powyżej - to było:” Na koniec
          świata” (bo był w planie przyl. Finisterre), z podhasłami: „Paryż N” (bo po raz
          kolejny), "Dokończenie Loary” (a gdzie tam da się to dokończyć – 200 zamków, w
          tym 80 do zwiedzania!), „Białe skały Albionu” (z nad brzegów Kanału – na
          horyzoncie) i „Bene” (czyli Benelux bez Luxemburga). (Oczywiście takich opisów
          mam więcej (z Francji i innych krajów), ale obecnie muszę mieć trochę czasu na
          dopracowanie trasy tegorocznej, właśnie „dokończeniowej”: Marche, Toskania,
          Prowansja (od 04.09). Jak dobrze pójdzie sprawozdanie (na życzenie) w
          październiku.
          Życzcie nam Szerokiej Drogi.
          Fredzio
          • petromin Re: : Fredzio...cdn. 22.08.04, 15:11
            Ja też od 4 do 11. 09. będę w Prowansji to może się gdzieś na trasie
            spotakamy. Ja będę podróżował małym bordowo-czerwonym Tico. Myślę że drugiego
            takiego w tym czasie tam nie zobaczysz. A jak zobaczysz to pewnie będzie mój.
            • aseretka Re: : Fredzio...cdn. 23.08.04, 08:44
              Ja też odliczam dni do wyjazdu. Pięć, cztery, trzy, dwa jeden ... Byle do
              piątku.
              Jakby co, to patrzcie na czerwoną megankę i grafitową neksię z rejestracjami
              łódzkimi.
              Szerokej drogi.
            • francja4 Re: : Fredzio 23.08.04, 14:48
              Niestety, w Prowansji będę dopiero po 18.września (podróż rozpoczynam od
              Adriatyku, a przez Francję i Niemcy będę wracał). Pozdrowienia, szerokiej drogi
              i wielu miłych wrażeń. Fredzio
Inne wątki na temat:

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka