Dodaj do ulubionych

7.VI.2004-Sala Kongresowa - YES

07.07.04, 20:23
Witam,
Mam niesamowitą chęć podzielić się z Wami moimi wrażeniami z koncertu Yes,
który odbył się 7 czerwca w Sali Kongresowej. Długo żyłem emocjami związanymi
z tym niesamowitym spektaklem, ale teraz gdy już doszedłem do siebie, mogę na
spokojnie opisać ten koncert. Zarówno przed, jak i po koncercie miało miejsce
kilka bardzo dla mnie miłych zdarzeń np. Spotkanie z zespołem:), ale nie będę
tutaj ich opisywał. Wróćmy zatem do samego koncertu.

Pierwsza sprawa która się rzuciła w oczy po wejściu na salę, dużo mniej osób
niż w zeszłym roku, na szczęście w miarę upływu czasu sala zaczęła się
zapełniać, co nie zmienia faktu, że była zapełniona w najlepszym wypadku w
80%. Nie zapominajmy jednak, że to był poniedziałek, a w Warszawie są
STRASZNE problemy by się w nocy wydobyć z tego miasta (w tym miejscu
pozdrowienia dla PKP, za brak pociągów). Niestety na polski koncert
przyjechała tylko część scenografii, specjalnie zaprojektowanej przez Rogera
Dean`a na tę trasę. I tak oczy fanów od pierwszych chwil cieszył widok
jakiejś potężnej ośmiornicy, która swoimi mackami całkowicie obejmowała i
zasłaniała perkusję White`a. W czasie gdy z głośników dobiegły mnie pierwsze
delikatne dźwięki „Firebird Suite” Stravinskiego, utworu który otwiera niemal
każdy występ grupy, gdy cześć widowni jeszcze sobie beztrosko rozmawiała, ta
gigantyczna „ośmiornica” zaczęła powoli unosić się do góry, powoli
rozchylając swoje macki;). Po chwili wyszli wszyscy muzycy, już pierwsze
wrażenie było bardzo pozytywne, byli jacyś wyluzowani, pełni pozytywnej
energii, uśmiechający się, i tak gdy kończyły się ostatnie takty Firebird
Suite, zespół uderzył z grubej rury, na pierwszy ogień zagrali „Going For The
One”. Mnie w tym momencie ogarnął dreszcz emocji i wzruszenia, że już 3 raz
mam okazję podziwiać mój ulubiony zespół na żywo. Pierwszy utwór wspaniale
sprawdził się w roli „otwieracza”, niestety brzmienie było lekko rozmyte, i w
ogóle jakieś dziwne, na szczęście od utworu nr 2 wszystko było na najwyższym
wspaniale, inżynier dźwięku poprawił wszystkie niedociągnięcia. No a samo
G4F1, wspaniale, że miałem okazję usłyszeć jeden z moich ulubionych utworów
Yes na zywo, co prawda był zagrany wolniej niż na studyjnej płycie, ale nie
zapominajmy, że członkowie zespołu to już prawie 60-latkowie. Drugi utwór
rozpoczął się od potężnej solówki White`a (no może mini solówki), która
trwała ok. 30 sekund, a w której to po raz pierwszy użył swej nowej zabawki,
mianowicie Robo-Kicks. Czyli dużych kotłów które były rozmieszczone wokół
zasadniczej części perkusji, a które były elektronicznie sprzężone ze stopą
bębna basowego, i przy użyciu siłowników dudniły aż miło:) , a dodatkowego
efektu dodawał fakt, że uderzały one asynchronicznie!! Ta mini solówka
zrobiła na mnie ogromne wrażenie, mimo, że znałem całą set listę na pamięć w
tamtym momencie nie mogłem sobie przypomnieć, jakiego utworu przedsmakiem
jest ta solówka, i tak wyłoniły się pierwsze dźwięki Sweet Dreams,
najstarszego utworu zagranego tamtego wieczoru. Wersja wyśmienita, myślę, że
trwająca ponad 6 minut. Przede wszystkim dużo mocniejsza i bardziej
dynamiczna niż oryginał, a wspaniałe popisy solowe Howe`a i Wakemana
spowodowały, że studyjną wersję Sweet Dreams odbieram jako dalece
niedoskonałą. Oczywiście gwoli ścisłości dodam, że Anderson był jak zwykle w
niesamowitej wokalnej formie, i odnieść można wrażenie, że zarówno jego jak i
jego głosu, czas się nie ima;). Kolejnym utworem był utwór I`ve Seen All Good
People, zagrany na dużym luzie i z dużą radością. Podczas trwania utworu w
pewnym momencie zgasło światło, i zostały tylko trzy reflektory. To zdarzenie
oczywiście było niezamierzone, Anderson zaczął nawoływać i machać do Ricka,
którego w ogóle nie było widać, zresztą tak jak i Alana (swiatła były
skierowane na Jona, Chrisa i Steve`a) , zespołowi nie zaszkodziło to w
perfekcyjnym wykonaniu tego utworu, jeszcze można dodać, że Howe w pewnym
momencie (tuż po zgaśnięciu świateł) podszedł do mikrofonu i zaczął wołać
chyba obsługę techniczną, a w tym czasie Anderson dalej śpiewał. O właśnie,
przypomniało mi się, że wokal Steve`a był głośno zmiksowany, zazwyczaj chórki
są lekko wyciszone w porównaniu do głównego wokalisty, a tu Steve`a było
głośno słychać, na pewno głośniej od wokalu Chrisa. Kolejnym utworem był Mind
Drive, a właściwie pierwsza jego część. Wspaniałym przeżyciem było usłyszeć
ten utwór na żywo, wypadł chyba bardziej przekonująco niż studyjny
odpowiednik, niesamowite brzmienie basu, niemal rozdzierające powietrze w
Sali Kongresowej. Myślę, że ta pierwsza część miała ok. 6 – 8 minut.
Zakończenie tej części było poprzedzone kilkoma liniami wokalnymi i
melodycznymi, których nie znajdziemy na wersji oryginalnej. Utwór zaczął się
powoli wyciszać a publiczność usłyszała dźwięki wiatru. Ja już wiedziałem, że
to South Side Of The Sky, co skwitowałem krzycząc ile sił w gardle ten tytuł,
w chwilę później pierwsze dźwięki instrumentów zabrzmiały z niewyobrażalną
siłą. To był bez wątpienia jeden z najwspanialszych momentów koncertu. Ten
utwór ma niesamowitą siłę, którą dopiero ukazuje wersja koncertowa. W
pięknej, lirycznej, środkowej części utworu, w której słuchać fortepian
Wakemana, facet siedzący przede mną głośno powiedział: to jest niesamowite!!!
I to chyba jest najlepsza recenzja tego utworu, jak i całego koncertu. Lecz
prawdziwa muzyczna uczta zaczęła się w ostatniej, improwizowanej części
utworu, patent zastosowany już w czasie zeszłorocznej trasy. Czyli wymiana
solówek miedzy Wakemanem i Howem, tyle tylko, że zdecydowania dłuższa niż w
zeszłym roku. Rick podczas tych pojedynków ze Stevem po raz pierwszy zagrał
na legendarnym Moogu, brzmienie na żywo tego instrumentu jest zabójcze;), te
zabawy i solówki trwały ok. 3 minut, w tym czasie reszta zespołu grała w tle
jeden motyw, tworząc piękny podkład, Jon grał na akustyku wspomagając
rytmicznie Squire`a. Jeśli już jesteśmy przy roli Jona jako muzyka, jest ona
nieoceniona dla muzyki Yes. Jego umiejętności nie są może imponujące, ale
potrafi wspaniale ozdobić i urozmaicić tło, grając na gitarach, klawiszach, i
niezliczonej ilości instrumentów perkusyjnych. Po tym utworze Kongresówka
całkowicie oszalała, wszyscy zgotowali niesamowitą owację na stojąco. I być
może właśnie dlatego, kolejny utwór Turn Of The Century wypadł jakoś tak
blado, wg mnie. Może to właśnie efekt tej energii i siły poprzedniego utworu.
Turn of The Century to utwór delikatny, nastrojowy, a ja jakoś nie mogłem
wciągnąć się w ten klimat. Może lepszym pomysłem była by zamiana kolejnością
tych dwóch, wspomnianych wcześniej, utworów. Następnie zespół zagrał drugą
część Mind Drive, nieco krótszą niż pierwsza. Nie jestem pewien, ale zdaje mi
się, że niektóre momenty studyjnej wersji Mind Drive zostały pominięte. Po
tym wspaniałym utworze zespół zakomunikował, że zagra jeszcze jeden utwór, a
następnie uda się na krótką przerwę, na ciastko i herbatę. A po chwili
usłyszeliśmy pierwsze dźwięki Yours Is No Disgrace. Kolejny utwór z którego
obecności byłem bardzo zadowolony. Wersja mocno zmieniona w stosunku do
oryginału, zdecydowanie bardziej rozimprowizowana, Howe miał tu kilka
momentów w których uraczył nas wyśmienitymi solówkami. W gruncie rzeczy
wersja podobna do tej która znajduje się na House of Yes, ale nieco dłuższa.
I tak doszliśmy do przerwy;), która trwała ok. 20 minut, i która pozwoliła
nieco uspokoić emocje i przygotować się na dalszą część tego wspaniałego
show. W czasie przerwy obsługa trasy przygotowała akustyczne instrumenty,
wniesiony został fortepian dla Rycha, mały zestaw dla White`a. Pierwszy się
pojawił Rick, który miał króciutki popis solowy, z którego wyłonił się The
Meeting. Tylko Jon i Rick, niesamowity urok, klimat i piękno. Na szczęście
taki
Obserwuj wątek
    • joseph80 7.VI.2004-Sala Kongresowa - YES part II 07.07.04, 20:27
      ech do diaska;) nie zmieściło się wszystko w jednym wpisie.
      Zatem dalszy ciąg:


      Tylko Jon i Rick, niesamowity urok, klimat i piękno. Na szczęście taki „domowy”
      klimat utrzymał się przez cały akustyczny set. Tu mogliśmy się przekonać o tym
      jakimi gadułami i jak wyluzowanymi ludźmi są członkowie Yes. Usłyszeliśmy kilka
      zabawnych anegdot i oczywiście dużo porządnej muzyki. Zespół w tym secie zagrał
      Long Distance Runaround, Wonderus Stories (przepiękna wersja), piękny Time Is
      Time, Bluesową wersję Roundabout, Show Me (jaka szkoda, że ten utwór jeszcze
      nie został oficjalnie wydany) i bardzo fajną wersję Owner Of A Lonely Heart .
      White udowodnił, że potrafi grać również delikatnie i z wyczuciem, nie tylko
      młócić rockowo;) . Steve zagrał Second Initial w czasie którego został
      zniesiony akustyczny sprzęt, i tak usłyszeliśmy pierwsze dźwięki Rhythm Of
      Love. Obawiałem się tego utworu, nie należy on do moich ulubionych, ale Yes
      pokazał jak wspaniale można go zagrać. Jon podczas utworu zbiegł po schodkach i
      kilka wersów śpiewał biegając między fanami. Trzeba obiektywnie przyznać, że
      podczas tej wycieczki w publiczność to raczej krzyczał niż śpiewał;), ale na
      ten fakt mało kto zwracał uwagę, ponieważ cała publiczność strasznie się tym
      podnieciła i niemal szalała z radości;). W tym utworze Steve zagrał bardzo
      ciekawą solówkę, nadając kolorytu temu utworowi, podobnie poczynił Rick, i
      dzięki temu wersja ta wydłużyła się o kilka minut w porównaniu do wersji z BG.
      And You And I, kolejny utwór, kolejny którego nie mogło zabraknąć. Brak mi słów
      by opisać piękno utworu i to co przeżywałem, gdy zespół grał AYAI. Wersja
      tradycyjnie z dodaną partią na harmonijce ustnej w wykonaniu Squire`a w części
      The Preacher The Teacher. Utwór ten miał jeszcze dodatkowe smaczki, np. dziwny
      powtarzający się dźwięk, którego do tej pory nigdy nie słyszałem w żadnej
      wersji utworu. I co ciekawe nie zauważyłem kto odpowiadał za ten dźwięk (sorry
      ale naprawdę nie mogę nawet spróbować go opisać, był dziwny a zarazem śmieszny,
      i co jakiś czas się powtarzał;), podejrzewam, że mógł go generować White na
      elektronicznych bębnach, lub Wakeman, ale nie jestem pewien. W ostatnich
      sekundach Wakeman też zagrał kilka bardzo fajnych i ciekawych dźwięków, ot taki
      smaczek;). Kolejny utwór Ritual, wielka muzyczna podróż trwająca ok. 30 min na
      koncertach. I o ile utwór zrobił na mnie piorunujące wrażenie na trasie
      Yessymphonic, tym razem jednak tak nie było. I nie wiem za bardzo dlaczego,
      może uprzedziłem się do niego gdzieś w podświadomości, w końcu tak bardzo
      chciałem usłyszeć na żywo Revealing Science of God, z tej samej płyty co
      Ritual. Nie oznacza to jednak, że utwór był wykonany źle, w żadnym wypadku.
      Wysoki poziom jak zwykle. W środkowej części solowe popisy Squire`a
      spowodowały, że serce mocniej zaczęło mi bić, jego dialog z Wakemanem. W jednej
      z części po raz kolejny Alan odpalił Robo Kicks. Trzeba przyznać, że trochę ten
      wynalazek niewykorzystany został. Może ze 3 minuty w ciągu całego koncertu. Ale
      z drugiej strony to wielka siła tych bębnów do innych utworów w żadnym wypadku
      by nie pasowała. I po Ritual pierwsze zejście ze sceny zespołu. Po chwili
      dużego aplauzu zespół się pojawił jeszcze raz, nawet za długo nie trzeba było
      na niego czekać, i zagrał Starship Trooper, utwór wspaniale spisujący się w
      roli zamykającego koncert. Szkoda tylko, że druga, ta bardziej luźna część nie
      była tak długa jak np. na Keys To Ascension, ale i tak było świetnie, każdy z
      muzyków miał krótki popis swoich możliwości. Tak po ok. 3 godzinach koncert się
      zakończył. Był to bezapelacyjnie najlepszy koncert Yes na jakim byłem. Nie
      oznacza to jednak, że muzycy wystrzegli się błędów każdy z nich miał jakieś
      mniejsze, bądź większe potknięcia, ale przecież nie są automatami bezdusznie
      odgrywającymi muzykę. To co w muzyce Yes najważniejsze czyli klimat, emocje,
      magię dostałem w pełnym wymiarze. A też co ważne Yes jest jedynym chyba
      zespołem potrafiącym tak zaczarować publiczność, stworzyć tak unikalną
      atmosferę. Jon ma rewelacyjny kontakt z publicznością, jakiego mógłby mu
      pozazdrościć każdy muzyk. Jeśli przyjadą za rok, również zjawię się w
      Warszawie. Ale mam nadzieję, że zjawią się na trasie, która będzie promowała
      ich nową płytę. Na pocieszenie, dla tych co byli, i dla tych co nie byli, a
      żałują;), w tym roku ma wyjść koncertowe DVD z trasy 35 lecia.

      pzdr
      Jos
      • cze67 Re: 7.VI.2004-Sala Kongresowa - YES part II 07.07.04, 22:13
        Aleś mi, jos, narobił smaka na obejrzenie Yesów a akcji. Do czego i tak pewnie,
        chyba że przyjadą do Gdańska, nie dojdzie...
        • foxy21 Re: 7.VI.2004-Sala Kongresowa - YES part II 07.07.04, 22:27
          I ja tam bylam...
          Koncert swietny, tym bardziej, ze moj pierwszy.
          • martolka Re: 7.VI.2004-Sala Kongresowa - YES part II 08.07.04, 11:22
            ja też zazdroszczę i następnym razem pójdę :-)

            a tym czasem poproszę o te pominięte, a niemniej interesujące, fragmenty:
            >Zarówno przed, jak i po koncercie miało miejsce kilka bardzo dla mnie miłych
            >zdarzeń np. Spotkanie z zespołem:), ale nie będę tutaj ich opisywał.
            ;-)
            • joseph80 Re: 7.VI.2004-Sala Kongresowa - YES part II 08.07.04, 19:32
              martolka napisała:

              > ja też zazdroszczę i następnym razem pójdę :-)


              No mam nadzieję:D,


              > a tym czasem poproszę o te pominięte, a niemniej interesujące, fragmenty


              Ech, te fragmenty najwyżej wyślę Tobie na Priva, jak tak bardzo jesteś
              zainteresowana:)

              pzdr
              Jos
              • cze67 Re: 7.VI.2004-Sala Kongresowa - YES part II 08.07.04, 19:36
                joseph80 napisał:

                > Ech, te fragmenty najwyżej wyślę Tobie na Priva, jak tak bardzo jesteś
                > zainteresowana:)

                JA TEŻ jestem zainteresowany!
                • joseph80 Re: 7.VI.2004-Sala Kongresowa - YES part II 08.07.04, 19:38
                  cze67 napisał:


                  > JA TEŻ jestem zainteresowany!

                  och shit, na razie jestem zbyt weksploatowany wczorajszym tekstem:D, z czasem
                  może coś tu dopiszę:)


                • foxy21 Re: ja tez chce joseph!! 08.07.04, 19:38

                  • joseph80 Re: ja tez chce joseph!! 08.07.04, 19:42
                    Spoko. Jutro tu wklepię co się wydarzyło PO koncercie:D, ale nie oczekujcie
                    niesamowitych sensacji:D
                    • joseph80 Ciąg dalszy historii...;) 09.07.04, 13:14
                      No to lecimy dalej, tym razem z opisem zdarzeń pokoncertowych. Być może
                      niechcący wzbudziłem w Was zbyt wielkie zainteresowanie i oczekiwanie;), ale
                      trudno.

                      Gdy większość mieszkańców stolicy udała się do domów w celu odpoczynku, część
                      największych zapaleńców, w tym ja i mój kolega, zostaliśmy w okolicach PkiN. Ja
                      już miałem zeszłoroczne doświadczenia i wiedziałem, że zespół wcześniej lub
                      później będzie musiał opuścić Salę Kongresową :D. Dlatego poprosiliśmy
                      strażnika, czy nie moglibyśmy poczekać pod wyjściem (tym dla personelu,
                      organizatorów itp.). Strażnik nie widział problemów i po chwili znaleźliśmy się
                      w okolicach, rzeczonego już, wyjścia. Tu już stała spora grupka fanów (tak ok.
                      20 – 30). Ale tu pojawili się „profesjonalyści” z ochrony w stylowych żółtych,
                      odblaskowych kamizelkach. Na zdjęciach, które zrobiłem, widać nazwę tej firmy,
                      ale nie zamierzam robić jej jakiejkolwiek reklamy. Zatem ci strażnicy
                      moralności i ładu, dali nam od razu do zrozumienia, że mamy wypierdalać poza
                      bramę. Wypchnęli nas, i nie przyjmowali do siebie jakiegokolwiek tłumaczenia i
                      argumentów. Nadmienię, że w zeszłym roku, gdy ochroniarzami była jakaś inna
                      firma (panowie byli w gajerach), nie było takich problemów, i oni umożliwili
                      nam bezpośredni kontakt z zespołem. No ale w tym roku nie było tak różowo,
                      wszyscy staliśmy za bramą, oczekując na wyjście zespołu, poleciało kilka
                      śmiesznych zdań pod adresem profesjonalnej firmy;). Dobrze, że wszyscy
                      czekający mieli dobry humor, co niektórzy nawet chcieli wziąć autografy od pań
                      obsługujących koncert, które wychodziły przez bramę, dodam, że brama
                      niemiłosiernie skrzypiała przy każdym jej otwieraniu przez rzeczonego strażnika
                      z teksasu :D. No ale po jakimś czasie, myślę, że ok. 0.5h. pierwszy wyszedł
                      Howe, potwierdzając to, że raczej nie podróżuje razem z resztą zespołu:). Miał
                      wyśmienity humor, w zeszłym roku wyglądał na zmęczonego, w tym nic z tych
                      rzeczy. Posłuchał w spokoju i z uśmiechem komplementów od fanów, równocześnie
                      rozdając wszystkim autografy. Śmiał się i pytał się nas, kto nas zamknął w
                      więzieniu;), zadał też jakąś zagadkę ?!?, ale niestety nikt nie potrafił mu na
                      nią odpowiedzieć, być może nie wszyscy słyszeli, a ja jej nie zrozumiałem. Tak
                      czy inaczej, rozwaliło mnie to. Wykonałem kilka zdjęć Steveowi (z bardzo małej
                      odległości, i w dodatku z lampą), który w ogóle nie protestował, już sobie
                      wyobrażam co by zrobił Fripp w takiej sytuacji:D. Kolejnymi muzykami którzy
                      podeszli do nas byli White i Wakeman, też wszystkim chętnym rozdali autografy.
                      Spytałem się Alana kiedy możemy oczekiwać nowej płyty. Odpowiedział, że ma
                      nadzieję, że jak najszybciej, prawdopodobnie w przyszłym roku. Pogratulowałem
                      mu świetnej gry i akustycznego setu. I dostałem od niego 3 (!!!) autografy:D,
                      gdy raz mi się podpisał, po pewnym czasie złożył mi drugi autograf (ja czekałem
                      na Ricka:), i powiedziałem Alanowi, że już mam jeden, chyba nie usłyszał. Po
                      pewnym czasie, gdy mówiłem, że już mam dwa jego autografy, on już był w połowie
                      wypisywania trzeciego:D, i chyba dopiero wtedy zauważył, swoje dwa poprzednie.
                      Nigdy nie zapomnę jego wyrazu twarzy, jego miny, kiedy to zauważył:D. Rysio
                      szybko podpisał się wszystkim i odszedł. Następnie podbiegł Jon, ale jedyne
                      czym nas obdarował to tzw. piątka, za chwilę odbiegł pod samochód. I ostatni
                      pojawił się Squire, jak zwykle trochę wstawiony. Od niego też dostałem 2
                      autografy:D, a jak nie oszczędzał się. Na moje pytanie, kiedy pojawi się nowa
                      płyta. Odpowiedział w swoim stylu: A któż to wie... Ktoś zadał mu pytanie gdzie
                      jest Jon. Chris odpowiedział: sam chciałbym to wiedzieć... i to już od 30
                      lat;) . I tak skończyło się krótkie spotkanie z za krat. Na szczęście mam
                      pamiątki w postaci zdjęć. W zeszłym roku popisałem się brakiem inteligencji i
                      nie zabrałem aparatu, ale teraz to nadrobiłem. Jeśli chcecie zobaczyć kilka
                      najciekawszych zdjęć to dajcie mi znać na priv, z chęcią wyśle. Później udałem
                      się na dworzec centralny. Pociąg wg rozpiski był o 1.40, ale oczywiście spóźnił
                      się około dwóch godzin. I tak zamiast być po 8.00 we Wrocławiu, byłem po 10.00
                      (i ledwo zdążyłem na egzaminy, które tego dnia miałem;).

                      Pzdr
                      Jos
                      • cze67 Re: Ciąg dalszy historii...;) 09.07.04, 13:27
                        Jos, moglbys mi zdjecia wrzucic na gazetowa poczte? Bylbym wdzieczny.
                        • joseph80 Re: Ciąg dalszy historii...;) 09.07.04, 14:12
                          cze67 napisał:

                          > Jos, moglbys mi zdjecia wrzucic na gazetowa poczte? Bylbym wdzieczny.

                          Już wysłałem,

                          pzdr
                          Jos
                          • cze67 Re: Ciąg dalszy historii...;) 09.07.04, 14:31
                            joseph80 napisał:

                            > Już wysłałem,

                            Dzieki. Ale ten Howe chudy!
                            A Sqiure gruby...
                            • joseph80 Squire 09.07.04, 17:22
                              cze67 napisał:



                              > Dzieki. Ale ten Howe chudy!
                              > A Sqiure gruby...


                              Nie no Squire gruby?!?!? Owszem spasiony to on był maksymalnie, ale w zeszłym
                              roku:D. Teraz wyglądał całkiem normalnie, uwzględniając zeszły rok oczywiscie:D

                              pzdr
                              Jos
                        • martolka Re: Ciąg dalszy historii...;) 09.07.04, 14:22
                          nie muszę chyba pisać, ze ja też chcę, znaczy poproszę :-)

                          Jak to miło poczytać recenzję napisaną przez takiego zapaleńca Yesowego. Miałam
                          rację, część druga sprawozdania też była bardzo ciekawa.
                          A w co bym Jon ubrany? ;-)

                          >dał też jakąś zagadkę ?!?, ale niestety nikt nie potrafił mu na
                          >nią odpowiedzieć, być może nie wszyscy słyszeli, a ja jej nie zrozumiałem. Tak
                          >czy inaczej, rozwaliło mnie to.

                          Rozwalił Cię brak znajomości angielskiego, znaczy? I bardzo dobrze! :-) Marsz
                          do nauki! :-)))
                          • joseph80 Re: Ciąg dalszy historii...;) 09.07.04, 17:20
                            martolka napisała:

                            > nie muszę chyba pisać, ze ja też chcę, znaczy poproszę :-)


                            Już wysłałem:)


                            > A w co bym Jon ubrany? ;-)


                            Jon był ubrany bardzo elekgancko. Właściwie pierwszy raz od jakiegoś czasu,
                            wszyscy członkowie zespołu wyglądali porządnie. W czasie koncertu niektórzy
                            przebierali się po 3 razy:). Jon był ubrany niemal galowo, to był prawie
                            garnitur:D, całkowite przciwieństwo seledynowego dresiku z zeszłego roku.



                            > >dał też jakąś zagadkę ?!?, ale niestety nikt nie potrafił mu na
                            > >nią odpowiedzieć, być może nie wszyscy słyszeli, a ja jej nie zrozumiałem.
                            > Tak
                            > >czy inaczej, rozwaliło mnie to.
                            >
                            > Rozwalił Cię brak znajomości angielskiego, znaczy? I bardzo dobrze! :-) Marsz
                            > do nauki! :-)))

                            Spoko:), ale na usprawiedliwienie mam to, że nikt wtedy nie odpowiedział. A
                            rozwaliło mnie to, że zadał to pytanie, powtórzył chyba 2 razy i nikt nie
                            potrafił na nie odpowiedzieć, to była normala zagadka:D.

                            pzdr
                            Jos
                            • peternurek1 Re: Ciąg dalszy historii...;) 14.07.04, 00:45
                              a ja mógłbym prosić?
                              :)
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka