joseph80
07.07.04, 20:23
Witam,
Mam niesamowitą chęć podzielić się z Wami moimi wrażeniami z koncertu Yes,
który odbył się 7 czerwca w Sali Kongresowej. Długo żyłem emocjami związanymi
z tym niesamowitym spektaklem, ale teraz gdy już doszedłem do siebie, mogę na
spokojnie opisać ten koncert. Zarówno przed, jak i po koncercie miało miejsce
kilka bardzo dla mnie miłych zdarzeń np. Spotkanie z zespołem:), ale nie będę
tutaj ich opisywał. Wróćmy zatem do samego koncertu.
Pierwsza sprawa która się rzuciła w oczy po wejściu na salę, dużo mniej osób
niż w zeszłym roku, na szczęście w miarę upływu czasu sala zaczęła się
zapełniać, co nie zmienia faktu, że była zapełniona w najlepszym wypadku w
80%. Nie zapominajmy jednak, że to był poniedziałek, a w Warszawie są
STRASZNE problemy by się w nocy wydobyć z tego miasta (w tym miejscu
pozdrowienia dla PKP, za brak pociągów). Niestety na polski koncert
przyjechała tylko część scenografii, specjalnie zaprojektowanej przez Rogera
Dean`a na tę trasę. I tak oczy fanów od pierwszych chwil cieszył widok
jakiejś potężnej ośmiornicy, która swoimi mackami całkowicie obejmowała i
zasłaniała perkusję White`a. W czasie gdy z głośników dobiegły mnie pierwsze
delikatne dźwięki „Firebird Suite” Stravinskiego, utworu który otwiera niemal
każdy występ grupy, gdy cześć widowni jeszcze sobie beztrosko rozmawiała, ta
gigantyczna „ośmiornica” zaczęła powoli unosić się do góry, powoli
rozchylając swoje macki;). Po chwili wyszli wszyscy muzycy, już pierwsze
wrażenie było bardzo pozytywne, byli jacyś wyluzowani, pełni pozytywnej
energii, uśmiechający się, i tak gdy kończyły się ostatnie takty Firebird
Suite, zespół uderzył z grubej rury, na pierwszy ogień zagrali „Going For The
One”. Mnie w tym momencie ogarnął dreszcz emocji i wzruszenia, że już 3 raz
mam okazję podziwiać mój ulubiony zespół na żywo. Pierwszy utwór wspaniale
sprawdził się w roli „otwieracza”, niestety brzmienie było lekko rozmyte, i w
ogóle jakieś dziwne, na szczęście od utworu nr 2 wszystko było na najwyższym
wspaniale, inżynier dźwięku poprawił wszystkie niedociągnięcia. No a samo
G4F1, wspaniale, że miałem okazję usłyszeć jeden z moich ulubionych utworów
Yes na zywo, co prawda był zagrany wolniej niż na studyjnej płycie, ale nie
zapominajmy, że członkowie zespołu to już prawie 60-latkowie. Drugi utwór
rozpoczął się od potężnej solówki White`a (no może mini solówki), która
trwała ok. 30 sekund, a w której to po raz pierwszy użył swej nowej zabawki,
mianowicie Robo-Kicks. Czyli dużych kotłów które były rozmieszczone wokół
zasadniczej części perkusji, a które były elektronicznie sprzężone ze stopą
bębna basowego, i przy użyciu siłowników dudniły aż miło:) , a dodatkowego
efektu dodawał fakt, że uderzały one asynchronicznie!! Ta mini solówka
zrobiła na mnie ogromne wrażenie, mimo, że znałem całą set listę na pamięć w
tamtym momencie nie mogłem sobie przypomnieć, jakiego utworu przedsmakiem
jest ta solówka, i tak wyłoniły się pierwsze dźwięki Sweet Dreams,
najstarszego utworu zagranego tamtego wieczoru. Wersja wyśmienita, myślę, że
trwająca ponad 6 minut. Przede wszystkim dużo mocniejsza i bardziej
dynamiczna niż oryginał, a wspaniałe popisy solowe Howe`a i Wakemana
spowodowały, że studyjną wersję Sweet Dreams odbieram jako dalece
niedoskonałą. Oczywiście gwoli ścisłości dodam, że Anderson był jak zwykle w
niesamowitej wokalnej formie, i odnieść można wrażenie, że zarówno jego jak i
jego głosu, czas się nie ima;). Kolejnym utworem był utwór I`ve Seen All Good
People, zagrany na dużym luzie i z dużą radością. Podczas trwania utworu w
pewnym momencie zgasło światło, i zostały tylko trzy reflektory. To zdarzenie
oczywiście było niezamierzone, Anderson zaczął nawoływać i machać do Ricka,
którego w ogóle nie było widać, zresztą tak jak i Alana (swiatła były
skierowane na Jona, Chrisa i Steve`a) , zespołowi nie zaszkodziło to w
perfekcyjnym wykonaniu tego utworu, jeszcze można dodać, że Howe w pewnym
momencie (tuż po zgaśnięciu świateł) podszedł do mikrofonu i zaczął wołać
chyba obsługę techniczną, a w tym czasie Anderson dalej śpiewał. O właśnie,
przypomniało mi się, że wokal Steve`a był głośno zmiksowany, zazwyczaj chórki
są lekko wyciszone w porównaniu do głównego wokalisty, a tu Steve`a było
głośno słychać, na pewno głośniej od wokalu Chrisa. Kolejnym utworem był Mind
Drive, a właściwie pierwsza jego część. Wspaniałym przeżyciem było usłyszeć
ten utwór na żywo, wypadł chyba bardziej przekonująco niż studyjny
odpowiednik, niesamowite brzmienie basu, niemal rozdzierające powietrze w
Sali Kongresowej. Myślę, że ta pierwsza część miała ok. 6 – 8 minut.
Zakończenie tej części było poprzedzone kilkoma liniami wokalnymi i
melodycznymi, których nie znajdziemy na wersji oryginalnej. Utwór zaczął się
powoli wyciszać a publiczność usłyszała dźwięki wiatru. Ja już wiedziałem, że
to South Side Of The Sky, co skwitowałem krzycząc ile sił w gardle ten tytuł,
w chwilę później pierwsze dźwięki instrumentów zabrzmiały z niewyobrażalną
siłą. To był bez wątpienia jeden z najwspanialszych momentów koncertu. Ten
utwór ma niesamowitą siłę, którą dopiero ukazuje wersja koncertowa. W
pięknej, lirycznej, środkowej części utworu, w której słuchać fortepian
Wakemana, facet siedzący przede mną głośno powiedział: to jest niesamowite!!!
I to chyba jest najlepsza recenzja tego utworu, jak i całego koncertu. Lecz
prawdziwa muzyczna uczta zaczęła się w ostatniej, improwizowanej części
utworu, patent zastosowany już w czasie zeszłorocznej trasy. Czyli wymiana
solówek miedzy Wakemanem i Howem, tyle tylko, że zdecydowania dłuższa niż w
zeszłym roku. Rick podczas tych pojedynków ze Stevem po raz pierwszy zagrał
na legendarnym Moogu, brzmienie na żywo tego instrumentu jest zabójcze;), te
zabawy i solówki trwały ok. 3 minut, w tym czasie reszta zespołu grała w tle
jeden motyw, tworząc piękny podkład, Jon grał na akustyku wspomagając
rytmicznie Squire`a. Jeśli już jesteśmy przy roli Jona jako muzyka, jest ona
nieoceniona dla muzyki Yes. Jego umiejętności nie są może imponujące, ale
potrafi wspaniale ozdobić i urozmaicić tło, grając na gitarach, klawiszach, i
niezliczonej ilości instrumentów perkusyjnych. Po tym utworze Kongresówka
całkowicie oszalała, wszyscy zgotowali niesamowitą owację na stojąco. I być
może właśnie dlatego, kolejny utwór Turn Of The Century wypadł jakoś tak
blado, wg mnie. Może to właśnie efekt tej energii i siły poprzedniego utworu.
Turn of The Century to utwór delikatny, nastrojowy, a ja jakoś nie mogłem
wciągnąć się w ten klimat. Może lepszym pomysłem była by zamiana kolejnością
tych dwóch, wspomnianych wcześniej, utworów. Następnie zespół zagrał drugą
część Mind Drive, nieco krótszą niż pierwsza. Nie jestem pewien, ale zdaje mi
się, że niektóre momenty studyjnej wersji Mind Drive zostały pominięte. Po
tym wspaniałym utworze zespół zakomunikował, że zagra jeszcze jeden utwór, a
następnie uda się na krótką przerwę, na ciastko i herbatę. A po chwili
usłyszeliśmy pierwsze dźwięki Yours Is No Disgrace. Kolejny utwór z którego
obecności byłem bardzo zadowolony. Wersja mocno zmieniona w stosunku do
oryginału, zdecydowanie bardziej rozimprowizowana, Howe miał tu kilka
momentów w których uraczył nas wyśmienitymi solówkami. W gruncie rzeczy
wersja podobna do tej która znajduje się na House of Yes, ale nieco dłuższa.
I tak doszliśmy do przerwy;), która trwała ok. 20 minut, i która pozwoliła
nieco uspokoić emocje i przygotować się na dalszą część tego wspaniałego
show. W czasie przerwy obsługa trasy przygotowała akustyczne instrumenty,
wniesiony został fortepian dla Rycha, mały zestaw dla White`a. Pierwszy się
pojawił Rick, który miał króciutki popis solowy, z którego wyłonił się The
Meeting. Tylko Jon i Rick, niesamowity urok, klimat i piękno. Na szczęście
taki