cze67
12.01.06, 10:03
Chodzi o muzykę nowopoznaną. Nie, że ładne, że zgrabnie zrobione, że fajnie
się słucha. Ale takie, że o ziemię rzuciło, zgnębiło, że zapłakaliście (na
zewnątrz, albo w głębi duszy).
Ja, siegając wzrokiem/uchem wstecz, skonstatowałem, że w ciągu jakiegoś
półtora roku wysłuchałem tylko dwóch nowopoznanych płyt, które takie we mnie
uczucia wzbudziły: "Grace" Jeffa Buckleya i "Powstanie Warszawskie" Lao Che.
Obie z zupełnie innych powodów: Buckley, niezwykle osobista, przejmująca,
bezkompromisowa muzyka, która zrobiła na mnie niemal takie wrażenie, jak
niegdyś "Colour Of Spring"; Lao Che - znakomicie opisana i przejmująco
wykonana wizja jednego z najważniejszych wydarzeń w historii Polski.
W sumie - mało tych "nowych" wzruszeń. Nadal najbardziej rzuca mnie o ziemię
to co znam od wielu lat, np. końcówka "Supper's Ready" Genesis...