hennessy.williams
23.05.06, 23:39
Będąc w Wiedniu wybrałem się na koncert Calexico. Najpierw zrobiło mi się
przykro, bo uświadomiłem sobie, że u nas na taką imprezę przyszłoby z 20 osób,
a tu widzę tłum ok. 3000 osób w wieku 18-60 lat. Sprzedali tyle biletów, że
musieli przenieść koncert na otwarte powietrze. Ludziska kulturalnie piją
piwo, w barku można kupić też tequilę, nikt się z nikim nie naparza, love &
PIS krótko mówiąc. Jako support wystąpiło Iron & Wine i mogę tylko powiedzieć,
że mnie oczarowali. Na scenie są znacznie lepsi niż na płytach. Grali ponad
pół godziny, nudzili niemiłosiernie, ale tak jak lubię. Właściwie wieczór mógł
się już skończyć. Ale nie.... Po krótkiej przerwie na scenę wyszedł koleś z
Meksyku (potem sprawdziłem, że nazywa się Salvador Duran) i jednosobowo
nogami, łapami i paszczą zrobił niezły Meksyk. Najbardziej zdziwiłem się, gdy
nagle obok mnie wyrósł facet z trąbką (z Calexico) i z publiczności mu
przygrywał. Potem na scenę wkroczyła reszta bandy i zagrała ciurkiem sporo
utworów z "Garden Ruins". Płytę znałem tak sobie, bo jeszcze się nie
nasłuchałem za dużo, ale koncert mi ją dobrze wbił do łba. Dalej były starsze
rzeczy i po 45 minutach... przerwa. Lekka kontestacja (czyt. hot dog z
kiełbasą) i scena zapełnia się szczelnie. Do Calexico dołączyło Iron & Wine i
poleciały numery z "In The Reins" oraz świetny cover "Wild Horses" Stonesów.
Do końca koncertu trwała już fiesta z tańcem publiki. Energii było tyle, że
poczułem się jak podczas karnawału w Rio - nie żebym był, ale w telewizji
widziałem :) Koniec.
I pozostaje zadać odwieczne pytanie:
Kiedy u nas zrobi się tak, że w ciągu jednego tygodnia będą w tym samym klubie
koncerty Cardigans i Calexico z Iron & Wine, a parę przecznic dalej Jasona
Colletta i Stars? Kiedy u nas publiczne radio zacznie grać (albo bardziej na
miejscu byłoby powiedzieć - przypomni sobie jak kiedyś grało) coś innego niż
papka z wielkich wytwórni? Kiedy prasa muzyczna przestanie przepisywać
materiały promocyjne wytwórni lub pisać recenzje na zamówienie reklamodawców,
tylko zacznie zachwycać się tym, co warte zachwytu, a rypać kaszanę?
Jak sobie pomyślę, że to wszystko zrobiło mi się przez jeden koncert, to chyba
następnym razem na wyjeździe będę tylko siedział w knajpie i pił piwo.