frank_76
22.02.08, 11:17
To był mój czwarty i piaty koncert The Cure. Naprawdę nie ma drugiej
takiej międzynarodowo znanej kapeli, która ma takie podejście do
swoich koncertów. Podczas dwóch koncertów, które trwały po 3 bite
godziny, chłopaki odegrali łącznie 73 piosenki, na które złożyło się
48 różnych utworów z prawie wszystkich płyt zespołu. To praktycznie
ćwierć całego repertuaru The Cure rozciągniętego na przestrzeni
ostatnich 30 lat! Olbrzymi szacunek!
Grali swoje zbalansowane, przekrojowe sety żywiołowo, energetycznie,
z pełnym zaangażowaniem - a przy tym piekielnie precyzyjnie. Robert
w wyjątkowo wysokiej formie i wokalnej i scenicznej – zrelaksowany,
uśmiechnięty, pewny swego. Porl Thompson, któremu gitara robi i za
gitarę i za klawikord, wyczynia cuda i imponuje wyglądem a la Pokrak
z „Pulp Fiction” :) Gallup jak zwykle nadaje wszystkiemu odpowiedni
ton swoim huczącym basem, a i Jasonowi Cooperowi WRESZCIE należą się
olbrzymie słowa uznania za znakomitą, urozmaiconą, finezyjną grę na
bębnach.
Mógłbym pisać długo jeszcze o swoich wrażeniach, poszczególnych
utworach i magicznych momentach, ale tego i tak prawie nikt nie
przeczyta. Tym bardziej w czasach youtube’a, na których można
znaleźć np. takie kąski:
pl.youtube.com/watch?v=xjxfUbfC4dM&feature=related
Ci panowie po prostu odmawiają starzenia się, grają z wigorem, który
powinien zawstydzać większość o połowę młodszych wykonawców. Może i
oni nie nagrywają ostatnio najlepszych płyt (najbliższa, dwupłytowa,
prawdopodobnie w czerwcu), ale koncertowo są obecnie mistrzami
świata.
Kto nie był, niech żałuje. Nawet nie-fani, bo obcowanie z The Cure w
takiej formie to dla każdego miłośnika muzyki rockowej niesamowita
uczta.