Dodaj do ulubionych

a do jarocina sie ktos wybiera? n/t

10.07.09, 10:22
pzdr.
tb
Obserwuj wątek
    • sss9 Re: a do jarocina sie ktos wybiera? n/t 10.07.09, 15:24
      nie.

      pzdr.
      • kwiat_paproci Re: a do jarocina sie ktos wybiera? n/t 10.07.09, 16:11
        ja

        pzdr.
        • cze67 Re: a do jarocina sie ktos wybiera? n/t 10.07.09, 23:16
          Chętnie bym się wybrał, na Bad Brains w szczególności, a i po to, by odwiedzić
          to miasto po DWÓCH DEKADACH, przypomnieć i powspominać. Ale nie dam rady niestety.

          pzdr.
          • heinakuu Re: a do jarocina sie ktos wybiera? n/t 11.07.09, 12:09
            jadę, mam karnet, ale tylko na pierwszy i trzeci dzień. głównie dla nowego
            materiału Editorsów. i paru tam takich innych.
            do zobaczenia?
    • pszemcio1 Re: a do jarocina sie ktos wybiera? n/t 12.07.09, 20:44
      w tym roku do Jarocina jedzie się, by zobaczyć AC, ale jak się już
      widziało, to sie odpuszcza z racji braku czasu i innych letnich
      muzycznych priorytetów
    • heinakuu dzień 1. - 17.07. 18.07.09, 17:25
      nie zdążyłam na Persona Non Grata ani Rockaway. a szkoda, że zdążyłam na
      Kumka Olik. szkoda, że lepiej wyglądają na zdjęciach, aniżeli grają na
      żywo. sceniczne ich image też jest letni, jak szorty. sądziłam, że stroją
      instrumenty a to pierwszy kawałek był...

      Acid Drinkers
      byli miłym zakwaszeniem po tak mdłym występie. wprawdzie
      nudzili po trzydziestej minucie, ale się przynajmniej coś działo gitarowo.

      potem weszli Ignite, że niby strong and hard - i było ok. się poskakało,
      ale znudzili się szybciej niż Drinkersi. to był dobrze zapodany klasyczny
      hardcore kalifornijski (nie sprzeczam się o nazwy). lider Ignite Zoli Téglás, z
      koszulką czerwoną i orłem polskim na piersi, jest bardziej Węgrem niż
      Amerykaniem (można się było dowiedzieć) i ma naprawdę przyzwoity wokal. panowie
      biegali po scenie i choć wyszli usatysfakcjonowani, zostawiając szczęśliwie
      wymiętoszoną publiczność, to nie bisowali (i dobrze).

      a potem weszli Happysad(zi). się działo szaleństwo. dla mnie to czas na
      toaletę, ale przyznam, że podygałam tu i tam, bo to był najbardziej
      młodzieżowo-nieinwazyjny zespół jarociński tego dnia. miło wpadało w ucho, ale
      się też szybko znużyło. przyznać jednak muszę, że wokalista urokliwy, bo skromny
      jest. no, małym kosztem (spokój i wprawa na scenie), osiągnęli jednoznaczne
      panowanie nad publicznością. ale ale - to wszystko nic...

      po pół godzinie na scenie pojawili się długo oczekiwani weterani hardcore'u
      Bad Brains. stałam przy barierce, prawie vis a vis sceny i... bardzo
      żałowałam, że nie jestem upitym, stukilowym "fanem", bo wtedy mogłabym tu i
      ówdzie przywalić sąsiadom, którzy zrobili takie pogo... kiedy H. R. wyszedł na
      scenę widownia totalnie oszalała. on hipnotyzował. stał wyprostowany,
      uśmiechając się i wzrokiem ogarniając tłum, i milczał. kiedy się poruszał to
      jakby w ślimaczym reggae rytmie. był jak demiurg. współ-stworzył niezwykłe
      napięcie, podtrzymywane przez pozostałych muzyków, równie opanowanych i zimnych
      w graniu tego obłędnego punka przeplatanego niby balladowymi kawałkami
      reggae'owymi. dla mnie to największa rewelacja tego wieczoru, niespodziewana, bo
      i moje pojęcie o ich muzyce było raczej na sucho wyczytane, a nie na własne uszy
      doświadczone. pogujący absolutnie stracili poczucie rzeczywistości i...
      przyzwoitości. szarpaniu i obijaniu nie było końca. publiczność nie chciała
      pozwolić Bad Brainsom zejść ze sceny. agresja słowna rozkwitła. mimo
      pięciominutowego skandowania. zespół na scenę nie powrócił.

      czas oczekiwania na Editorsów upłynął mi na siedzeniu pod bramką i
      zagrzewaniu miejsca. na parę minut przed występem wszystko było gotowe, światła
      zgasły. wygłodniała publiczność wywoływała wilka z lasu, a wilk był tuż. a kiedy
      już na scenie to - w czerni, sztywni, chłodni. Editorsi właśnie skończyli pracę
      nad trzecim albumen, który wyjdzie pod koniec września. zaczęli nowym
      materiałem. Bardzo intrygującym, choć idą w kierunku obieranym obecnie przez
      wielu, żeby wspomnieć prekursorów Portishead, a potem Franz Ferdinand i
      rewelacyjne The Horrors. słychać więcej syntetyzatorów niż gitar. jest dużo dużo
      mroczniej. jest naprawdę zimno. i naprawdę dopiero teraz ci, którzy mówili o ich
      Joy Divisionowskich korzeniach, mogą się cieszyć ze słuszności skojarzenia. Tom
      Smith w pierwszych wyśpiewanych wersach brzmiał jak Ian. w ostatnich natomiast
      jak człowiek, który tracił głos... niestety, zespół zszedł ze sceny po
      czterdziestu pięciu minutach, pozostawiając publiczność lekko otumanioną - tak
      bardzo zaskoczoną. zagrali swoje najdynamiczniejsze kawałki. niestety zabrakło
      pereł z debiutu, w tym mojego faworyta "Fall". widziałam ich w Londynie, a wiele
      osób pewnie i na Openerze i w Wawie, więc... tym większe nienasycenie. widownia
      i tak pogo-szalała, ale coś nie grało od początku. dobre oświetlenie,
      nagłośnienie, ale Tom jakiś zbyt odległy i niekontaktowy.
      • nefil Re: dzień 1. - 17.07. 18.07.09, 17:51
        widziałam ich w Londynie, a wiele
        osób pewnie i na Openerze i w Wawie, więc... tym większe nienasycenie. widownia
        i tak pogo-szalała, ale coś nie grało od początku. dobre oświetlenie,
        nagłośnienie, ale Tom jakiś zbyt odległy i niekontaktowy.

        Na Openerze `08 też zawiedli. Odegrali, co mieli odegrać i uciekli na lotnisko.
      • cze67 Re: dzień 1. - 17.07. 18.07.09, 19:28
        Czytając Twój opis koncertu BBrainsów ciarki miałem normalnie! Strasznie żałuję,
        że nie mogłem ich zobaczyć.
      • cisnowiec Re: dzień 1. - 17.07. 18.07.09, 20:07
        dzień 1. opisany z rockowym pazurem. Masowy odbiorca domaga się więcej!
        • heinakuu Re: dzień 1. - 17.07. 18.07.09, 20:49
          a ja żałuję, że dzień 2. nie zostanie przeze mnie opisany - w pracy jestem... ale może coś sklecę z relacji siostry.

          jutro tam wracam, więc w poniedziałek będzie dzień 3.

          pozdrawiam
          • heinakuu dzień 3. - 19.07. 23.07.09, 12:37
            (spóźnione, ale zawsze)

            Piotr Stelmach, Przemek Gulda, Robert Sankowski, Tomek Waśko postanowili
            nagrodzić laurem Rotofobię. ten warszawski indie rock brzmiał nęcąco,
            kiedy szłam na skróty i się zgubiłam między blaszanymi dachami garaży, i dlatego
            nie trafiłam przed Dużą Scenę na czas. słychać było z oddali miłe rzężenie gitar
            i zimnofalowy bas i trochę modnych syntetyzatorów. wszystko grało. ten wybór nie
            był dla mnie zaskoczeniem, bo zdaje się, że Rotofobia, jako jedna z nielicznych
            kapel w konkursie młodych może pochwalić się składankowymi kawałkami i jakimś
            medialnym istnieniem. i jedyny "nowy" zespół, który słyszałam wcześniej.
            (nagroda wyniosła 3 tys. zł... zachęcające?)

            po nich na scenę wyszli zwycięzcy publiczności, panowie z Wrocławia zatytułowani
            Holden Avenue. no było trochę energii, ale marnowanej, bo
            męcząco-odtwórczej. takie Ignite i NIN. to, co przedstawili widać odpowiadało
            publiczności, która dała się poprowadzić kolejnemu zespołowi...

            Plagiat, o którym o dziwo gazetka festiwalowa milczy, okazał się liczną
            kapelą z sekcją dętą i po aktorsku pretensjonalną wokalistką o chorobliwej
            scenicznej żywości + krzyczącej zamiast śpiewającej. (czas na poranne piwo)
            niestety stopień mojego znudzenia był odwrotnie proporcjonalny do reakcji
            publiczności (czy nie każdy myśli, że ma dobry gust? hehe) - bawiła się
            świetnie. a to przecież tylko dobra mieszanka Pidżamy Porno ze Łzami.

            no a potem to popis pozytywnie aktorski dała Maria Peszek. oczywiście nie
            spodziewałam się muzyki, więc się nie zawiodłam. jarocińska publiczność po
            dziesięciu minutach przywykania, przywykła na tyle, że brawa gęstniały. słowem:
            piosenki z brzydkimi (hłe hłe) słowami trafiły pod właściwy adres (hmm...). pani
            Peszek ma wszystko świetnie opracowane: rekwizyty ma na przykład. razi to,
            owszem. ale popatrzeć ciekawie. spodziewać by się można klapy kompletnej, ale
            kompletnej pomyłki nie było, bo jakoś to zostało tak po rockowemu opakowane.
            koszula postawiona, okulary a la Elvis Presley u końca (!) swej kariery – nic to
            a jednak sprzedało się.

            to co nastąpiło później się nie mieściło w głowie. sennej po awarii Marii
            publiczności nie chciało się chyba wchłaniać tego przepozytywnego kuriozum
            scenicznego: The (International) Noise Conspiracy ze Szwecji. jednolite
            wdzianka kamizelkowe na gołych klatach jakoś mi nie pasowały po przeczytaniu
            wywiadu z wokalistą - się dowiedziałam, że to band zaangażowany, lewacki wręcz.
            a tu Mick Jagger + Freddie Mercury i wszystkie glam-rock-gwiazdy w jednej chudej
            postaci Dennisa Lyxzéna, który wyskakuje do publiki i wita się i uśmiecha i... w
            rytmie rzuca i łapie (!) mikrofon, tarza się i turla po scenie, staje na
            głośnikach i wkłada rękę w spodnie - superrr. czysty rock'n'roll - nie da się
            tego szaleństwa nazwać inaczej. T(I)NC zeszli zadowoleni z żywości reakcji
            publiczności, którą zdołali trochę rozkręcić. bisów nie było i to zdaje się
            głównie dlatego, że nie było wiadomo jak/co skandować... (a Olaf Deriglasoff się
            im zza kulis przysłuchiwał)

            mówili, że poczuli klimat starego Jarocina, ale czy ja wiem? Tomek Lipiński i
            TILT
            powinni uczyć się od starszych (?) i mądrzejszych - jak ze sceny zejść
            po tych 30 już latach. mdłościom nie było końca, kiedy leciał materiał jedynie
            w/w, bo z zapowiadanymi niespodziankami to inaczej. Brygada Kryzys, Izrael,
            Moskwa, Dzieci Kapitana Klossa - miały odżyć. dla mnie odżyła tylko Moskwa po
            wejściu "Gumoli" i coś jakby Brygada, ale tylko dzięki Brylewskim solówkom na
            gitarze. koncert poświęcony został pamięci Piotra Łazarkiewicza i za wyjątkowo
            udany pomysł uważam wyświetlanie fragmentów "Fali" równolegle z występami
            poszczególnych wykonawców. to dydaktycznie i historycznie pożyteczne, nie tylko
            dla porównania siwizn/łysin z lokami młodości. klimat wspomnieniowy był nie do
            uniknięcia (choć dla mnie to bardziej klimat do dyskusji się zrobił: co się
            teraz dzieje z Jarocinem, a co z jego legendą etc.).

            tłum oszalał na Kaziku grającym Na Żywo i niestety zupełnie nie
            wiem dlaczego. ale to klasyk i może nie godzi się kręcić nosem? nie da się
            ukryć, że koncert był zdecydowanie za długi, że tam w tym Kaziku Na Żywo nic nie
            ma ciekawego. ciężkie walenie, ciężkie poruszanie się niemłodego Kazimierza na
            scenie i "dominacja” dyszanego słowa, uwaliły moje uszy i musiałam zaczerpnąć
            sił nad herbatą, bo zimno już było od stania w trampkach mokrych i ciężkich od
            błota. ale dowiedziałam się, że Kaziki jeszcze mogą, jak chcą – o.

            i wtedy i wteedyyyy – i nie nagle, bo po długiej przerwie i zmianie
            scenografii, i wietrzeniu sceny... - nastał czas nowojorskiej awangardy tak
            zwanej. to był bardzo zamknięty, spójny koncert, dwa lub trzy razy przerwany
            słowem – miłym acz suchym – do słuchacza. zbitki dwóch/trzech kawałków
            następowały po sobie dość szybko, bez czasu na ochłonięcie. ale czasu na
            chłonięcie było sporo, bo utwory Animal Collective rozwijały się w formy
            rozedrgane i rozgadane. po dziesięciu minutach wgapiania się z otwartą paszczą
            na ogromnego balona uwieszonego u „sufitu” sceny – na którym wabiły projekcie
            jak bajki opowiadane kolorami – dostrzegłam gościa stojącego przede mną i
            obijającego się o koleżeństwo. był w transie. a że zaczęli "My Girl" z
            najnowszego Merriweather Post Pavilion to się także zabujałam raz i dwa aż –
            zalewitowałam. publika reagowała coraz żywiej. panowie w koszulkach Iron Maiden
            albo Metallica wykruszali się, więc lgnęłam bliżej i bliżej transu tworzonego
            przez tych Beach Boysów psychodeli. po rozczarowaniu Editorsami – nie!.. z
            niedosytu Animal Collective, publiczność po prostu gromadnie oszalała i z tego
            to podniecenia w sposób daleko bardziej natarczywy i żywy niż na BBrains,
            wzywała siły ludzkie do pomocy w przywołaniu kolektywu na scenę. i wyszedł dyr.
            Wiraszko i poszedł za scenę i wrócił z Geologiem i powiedział zdartym głosem
            (też krzyczał?) - że niestety...
            a potem bla bla bla do za rok.

            do za rok.
            • cisnowiec Re: dzień 3. - 19.07. 23.07.09, 17:55
              Dzięki, nie zawiodłem się. Człowieku - jeździj częściej na koncerty i pisz o
              nich, nawet z opóźnieniem!
      • z.x.c.v.b Re: dzień 1. - 17.07. 19.07.09, 16:57
        > nie zdążyłam na Persona Non Grata ani Rockaway. a szkoda, że zdążyłam na
        > Kumka Olik. szkoda, że lepiej wyglądają na zdjęciach, aniżeli grają na
        > żywo. sceniczne ich image też jest letni, jak szorty. sądziłam, że stroją
        > instrumenty a to pierwszy kawałek był...

        Może post nie na temat, ale nie będę zakładał specjalnie wątku.
        > Kumka Olik. szkoda, że lepiej wyglądają na zdjęciach, aniżeli grają
        z ciekawości wugooglałem ich zdjęcia www.go-ahead.pl/images/upload/kumka%20olik.jpg
        Chłopaki ubrane spontanicznie jak Tokio Hotel :D Nie znam ich zupełnie, ale proszę mi dać zgadnąć ich profesje:
        Pierwszy i drugi to gitarzysta i basista, obaj widoczni na scenie, więc muszą się czymś wyróżniać, jeden elegantszy niż Beatles, a drugi to luzak większy niż Joe Strummer. Trzeci to wokalista, chłopięca aparycja, w sam raz do kochania przez fanki, lekko niedbały, zupełnie niechcący wylazła mu spod koszulki klamra od paska. No a czwarty, to perkusista. i tak go nie widać zza bębnów to mu wystarczą długie pióra i skóra
        i jak? trafiłem z podziałem ról?

        Jeszcze raz przepraszam, że nie na temat ale ja nie znoszę sztuczności
        • cze67 Re: dzień 1. - 17.07. 19.07.09, 17:31
          Ale nuszki wszyscy mają takie same.
    • pytajnick Re: a do jarocina sie ktos wybiera? n/t 20.07.09, 10:13
      Zajrzałem do Wyborczej w poszukiwaniu relacji pod kątem AC. Relacja jest, na 2/3 strony, a w niej zdanie: "Festiwal zakończył koncert Animal Collective". Czyli że się odbył.
      • golek Re: a do jarocina sie ktos wybiera? n/t 21.07.09, 13:07
        bo artykul pisany byl pewnie w niedziele rano na kolanie ;-)

        dobra,czytam forum od poczatku, moze bym w koncu cos napisal...

        dzien pierwszy

        1. kumka olik
        z racji wyrobionej opini o ww zespole czas spedzilem w oczekiwaniu na wejscie,
        ale przyznac musze ze fajnie sie zrobilo na chwile gdy w polowie koncertu na
        scene dorosli zastąpili dzieciaków i jako Malarze i Żołnierze odegrali Po prostu
        pastelowe

        2, Acid Drinkers
        Zagrali bardzo wcześnie bo od 18-tej w ostro palącym słońcu.
        Koncert na pełnym luzie, zagrany z radością. Przyjęcie doskonałe - był bis / co
        jak sie okazało było ogromna rzadkościa na festiwalu /
        - fantastycznie zagrany Proud Mary i na koniec Always look on... ale w wersji
        oryginalnej, bo posłużył zespołowi jako skuteczny sposób by zejść ze sceny
        3. Ignite
        ot, typowy zespol z kaliforni grający punk/hard core. Bardzo rzetelnie zagrane z
        widoczna ochotą do gry. Wokalista duzo usiłował mówić po polsku,ale jak sie
        okazało pożniej - to Węgier był ;-)
        ciekawostka - cover sunday bloody sunday. bisów nie zanotowano
        4. Happysad
        z Happysad jest jak z dr Jeckylem i Mr. Hyde. Czyli jest coś co może się
        podobać, ale także wiele rzeczy które skutecznie zniechęcają. Z ostatniego
        koncertu, tak ze dwa lata temu wyszedlem nie mogąć znieśc pisku gimnazjalistek. ;-)
        I kiedy zapowiedziano Happysad ze sceny nagle taki pisk sie rozległ, co wprawilo
        mnie z pewne zdumienie, bo wydawało mi sie, że wcześniej tych młodych dziewczat
        nie widziałem. O dziwo nie poleciały żadne worki z czymstam / ale pluszowych
        misków na scenie tez nie zauważylem ;-D/
        Na czas koncertu nastapila prawie całkowita wymiana publiczności./ jedni pod
        scene, drudzy na browar i kiełbaski/
        Widać było ze zespol wyszedl na scene zestresowany, ale szybko okazało sie oto
        koncert jak jeden z wielu, bez sensacji i rewelacji ;-). Bis byl.
        5, bad Brains
        I znów wymiana publiki. A koncert? Ech.. Muzycznie rewelacja, wokalista owszem,
        świetnie sie prezentowal, ale głos to chyba zostawil w hotelu albo w domu.
        NIestety nie dalo sie za bardzo słyszeć co i jak spiewa, bardziej dobiegały mnie
        śpiewy wiernych fanow spod sceny. Duży niedosyt. / ale muzycznie doprawdy swietnie/
        bez bisa / mimo próśb i gróźb/
        6. Editors
        Po pierwszych 2-3 utworach skłonny byłem uwierzyć, że jestem na najlepszym
        koncercie tego festiwalu. Niestety z czasem wszystko zaczęło sie zlewać /
        naprawde, połowa utworów bramiala podobnie/ i zaczeło przeszkadzac jakies
        nastawienie muzyków, by wejśc, coś tam zagrać bez jakis emocji i zaangażowania i
        ulotnić sie na koniec. Pachniało odrabianiem pańszczyzny i koniec okazał sie
        bardzo szybki, wokalista tłumaczył sie problemami z głosem i po 40 minutach
        zespoł czmychnął ze sceny zostawiając lekko zdezorientowanych słuchaczy.

        dzien drugi
        1. Czesław Śpiewa
        dobry koncert, świetnie przyjęty przez publiczność, niestety krótki, bo cos koło
        35 minut. z ciekawostek - wyśpiewana Lola Janerki. No i przyszła burza i dość
        intensywny deszcz. Padało zasadniczo do rana.

        W ogóle w kwestii bisów to mam wrażenie że takowe zależały od pozwolenia
        "Szanownego" Kierownictwa Festiwalu. Bo czas, opźnienia, program....

        2. Automatic
        No starali sie chlopaki, ale słabiutko i płasko to jakoś wyszło. Ot, wyszli i
        zagrali.

        3. Myslovitz
        Tłumy pod scena, świetny koncert i równie dobra setlista. Długość... odśpiewana
        niemal w 100% przez publikę. Sympatyczne. Bez bisa, mimo ogromnego aplauzu.

        4. Armia
        Wybaczyć proszę, ale musiałem pójść do namiotu nieco sie przebrac i zagrzać.

        5. New Model Army
        Jako, że to jeden z moich ulubionych zespołów może być nieobiektywnie. Koncert
        dobry, choc widziałem lepsze. Zwracał uwagę dobór utworów. Sporo staroci z lat
        80 i 90tych. i 51 state odśpiewany przez Tomka Budzyńskiego. Po koncercie
        dłuuugie skandowanie i prośba o bis, niestety zapowiedziano kolejny zespół

        6 I AM X ...
        ... i rozległ się znajomy pisk dziewczęcy. Dało mi to na tyle do myslenia że
        uwakułowałem sie do namiotu

        Dzień trzeci

        1.Maria Peszek
        Czytałem opinie, o watpliwościach zwiazanych czy aby Peszek do jarocina pasuje.
        Udowodniła że pasuje i to fantastycznie. Publiki było duzo i bardzo sie
        podobało. Aplauz i bis. Z ciekawostek: własna wersja Meluzyny z Pana Kleksa

        2. International Noise Conspiracy
        Njawieksze zaskoczenie muzyczne na plus festiwalu. Bardzo dobry, żywiołowy
        koncert. Ja miałem skojarzenia z przełomem lat 60.70 i Rolling Stones. i widać
        było zaangażowanie zespołu i energie. Fajne.

        3.Tilt
        Cóż... ten, kto układał program był niespełna rozumu. 30 lecie zespołu Tilt wraz
        z gromadą zaproszonych gości miało trwać 70 minut.
        Wiec, na poczatek kilka szybkich Tiltowych / CzadKomandowych.../ utworów. Potem
        zaczęli się goście. Idea była taka, by pokazać wykonawców i piosenki z filmu
        Fala. Wiec pojawił się Paweł Gumola / Moskwa- Światła atomowe i Powietrza/, Olaf
        Deriglasoff / Dzieci Kapitana Klossa - Pieśń o bohaterze/, Izrael / Brylewski,
        Maleo i Kelner - See I&I / ale czemu akturat to?/ . Potem jeszcze pojawił sie
        Gogo Szulc /Boski wiatr/
        Potem było kilka starszych utworów z drugiej połowy lat 80tych / Runąl już
        ostatn i mur, Mówię ci, że, Rzeka miłości, morze radosci, ocean szczescia/. Na
        koniec wyszedł jeszcze raz Brylewski i wykonali ponad 10 min Centralę. i tyle.
        Czas minął. i tak oto na jubileuszowym koncercie Tiltu nie usłyszeliśmy
        chociażby Nie wierzę politykom czy Jeszcze będzie przepięknie. Szkoda. bisów brak

        4. Kazik Na Żywo
        To chyba był najbardziej wyczekiwany koncert festiwalu. Podobalo sie choc nie
        zachwycało. Ale to pewnie moja wina ;-) Ludziom się podobało.

        Było juz po północy, Animal Collective mieli wg planu godzine sie instalować,
        wieć mając w perspektywie pobudke o 6 rano...
        Wiec nie wypowiem jak wypadli, w każdym razie spać nie przeszkadzali ;-)


        z rzeczy ogolnych na plus: brak kolejki przy rejestracji na pole namiotowe / dwa
        lata temu bylo tego na dwie godziny /
        na minus: chmara fotografow zasłaniających scene - doliczyłem sie do pietnastego
        i dalej juz mi sie liczyc nie chciało - przed scena byl taki specjalny podest i
        kiedy ta cała banda tam staneła, widać było tylko głowy wykonawców.
        reasumując: jarocin chyba juz calkowicie wyzbyl sie mitu pankowego festiwalu, co
        pewnie bylo głównym zalożeniem Kierownictwa. Jeszcze dwa lata temu na koncercie
        Pogodno w strone Budynia leciały woreczki z piaskiem, a teraz Happysad zagral i
        nic sie nie stalo

        ot, i tyle.
        • heinakuu Re: a do jarocina sie ktos wybiera? n/t 23.07.09, 13:04
          1. o dniu 3. piszę wyżej

          2. warto i tu ogłosić dobrą nowinę
          www.go-ahead.pl/pl/koncerty,koncert,180,Poznan-Blue-Note.html
          7 października w poznańskim Blue Note zagrają The Drones
    • moore_ash Re: a do jarocina sie ktos wybiera? n/t 24.07.09, 17:45
      to teraz juz troche na spokojniej.

      wydaje mis sie, ze bylo mniej ludzi niz podczas dwoch poprzednich
      edycji. Organizatorzy spodziewali sie wiecej, pole namiotowe
      rozciagnieto wiec o spory kawalek, zagradzajac teren, ktory w latach
      poprzednich byl miejscem, gdzie mozna bylo wywalic sie kocyku z
      browarem i posluchac malej sceny. za to mala scena w tym roku
      umieszczona na autobusie, kapele wnoszace sprzet po stromych
      schodach na ten autobus, zenada. glosowalem na wilson square chociaz
      Artybishops bardzo mi sie podobalo.
      duza scena. w pierwszy dzien piekielny ukrop dal mi sie we znaki, w
      zwiazku z czym wiekszosc tego dnia przelazilem po polu koncertowym z
      karimata szukajac odrobiny cienia i kimajac podczas koncertow.
      zdecydowanie bez wiekszych emocji. acid drinkers zagrali przyjemnie
      ale nie jakos powalajaco, Ignite tez tak jak dla mnie kapela do piwa
      i kielbaski, aczkolwiek calkiem pozytywny i energetyczny koncert.
      Bad brains mnie zawiodl, moze sie nastawilem na zywa legende i bog
      wie co i troche sie rozczarowalem, trudno. Editorsow pzrespalem,
      chociaz pierwsze dwa numery bardzo mi sie podobaly:) (prosze mnie
      nie wyzywac od ignorantow:P)
      dzien 2: czeslaw, zajebisty koncert, ale ja mam jakis sentyment do
      jego zachowania sie na scenie, poczucia humoru i ogolnego jestestwa.
      Automatic ominalem, myslovitz niby wszystko ok, ale jakos mnie
      irytuje jak kapela z takim stazem nie wchodzi rowno w jakistam
      numer. ale moze sie uprzedzilem kiedys do nich, nei wiem. koncert
      wieczoru i koncert festiwalu dla mnie: Armia. fakt, ze znalem tylko
      Aquire, reszty w ogole, ale koncert zgrany, mocny, bez zadnego
      potkniecia z numerami plynnie przechodzacymi jeden w drugi,
      dopracowany i zapiety na ostatni guzik. troche sie zawiodlem nei
      slyszac np niezwyciezonego, ale i tak ciary mimo tego, ze bylem juz
      caly mokry bo pogoda zdecydowanie inna niz w pierswszy dzien. w
      zwiazku z przemoczeniem po armii udalismy sie do namiotu.
      niedziela: plagiat: fajny skapunkowy klimat. na codzien nie moglbym
      zbyt dlugo tego sluchac, ale w takim miejscu, w sloncu i z browarem
      fajnie sie czasem pobujac przy tego typu dzwiekach. peszek, o ile w
      radio mnie irytuje o tyle tutaj bardzo mi sie koncert podobal,
      zwlaszcza jezeli chodzi o sfere muzyczna. T(I)NC tez bez zachwytu,
      chociaz dzwieki ok. TILT. koncert na ktory w sumie czekalem i
      wszystko byloby ok gdyby nie historie co czwarty numer jak to "20
      lat temu poszlismy po wino bo pani w GSie dawala od tylu" jak dla
      mnie bzdurny pomysl, co sie czlowiek jakos muzykarozbujal to
      ochlonal podczas wspominek. bez sensu. fajnie bylo uslyszec ballade
      o bohaterze spiewana przez olafa np czy see I&I (tez nie wiem
      dlaczego akurat ten numer) ale ogolnie tez mnie jakos zbytnio nie
      porwal ten koncert. Kaziora widzialem tylko do polowy, bo musialem
      jechac i bardzo mi sie ta polowa podobala:)

      a potem juz tylko powrot, stluczka, lawet, policja i spoznienie do
      pracy:PPP

      pozdr.
      tb
      • moore_ash Re: a do jarocina sie ktos wybiera? ps 24.07.09, 17:49
        i jeszcze zapomnialem dodac, ze jakis pojeb wymysla zeby w osotni
        dzien, dgzei wiadomo, ze sporo ludzi musi pojechac do roboty
        organizowac koncerty do 2 w nocy a we wczesniejsze dni do 1...

        pzdr
        tb
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka