Gość: Lea
IP: *.unregistered.formus.pl
06.07.01, 10:37
"Pearl harbour" widziałam na pokazie przedpremierowym, więc miałam czas
przemyśleć sobie zanim pokazały sie pierwsze recenzje. Dziś czytam je i widzę,
że znów idę pod prąd.
Że kicz, że oklepane, że patetyczne... itd. Suchej nitki nie zostawili krytycy
na tym filmie.
A mnie się podobał tak, jak żaden w ostatnim czasie.
Zastanawiam sie, dlaczego tak się wypieramy najprostszych tęsknot i marzeń. Nie
wierzę, że pokazane po prostu, jak dla dzieci bohaterstwo dwu młodych lotników
nikomu oprócz mnie nie przypadło do serca.
Krytycy hurtem potepiają amerykańskość takich filmów. Ale prawda jest taka, że
potrzebujemy bohaterów, wzniosłych love story, byle podanych w estetyczny
sposób. A poza tym co jest złego w patosie?
Kino europejskie pokazuje świat jakim on jest + krzywe zwierciadło i grzebanie
w duszy. Amerykanie pokazują marzenia o świecie. I chwała jednym i drugim.
Doskonale się uzupełniają.
Polecam "Pearl Harbour" wszystkim, którzy chcą na chwilę wrócić do dziecięcych
marzeń o bohaterstwie. I niech nikt mi nie mówi, że takich nie miał.