Dodaj do ulubionych

zmiana w zwiazku mizoginistycznym

IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.03.04, 10:17
Witajcie.Własnie jestem po lekturze ksiazki S.Forward na temat
mizoginizmu.Sama zyje w takim zwiazku od lat, dopiero niedawno uswiadomilam
sobie, ze cos jest nie tak.W zdiagnozowaniu problemu pomogła mi lektura, to
juz pierwszy krok ku wyzwoleniu.Zastanawiam sie natomiast, czy rzeczywiscie
stosujac rady autorów mozna taki zwiazek odmienic, czy komus sie udało, czy
raczej nic sie nie zmienia lub kobieta odchodzi, a moze to partner ja
zostawia, gdy ona zaczyna sie zmieniac.
Mam nadzieje, ze odezwie sie ktos, kto ma w tym doswiadczenie, bardzo na to
licze, bo nie wiem jakie sa szanse na zmiane zwiazku, a rozstanie mimo
wszystko przyszło by mi z ogromnym trudem, z róznych powodów.
Wątek zalozyłam takze na FK.
Obserwuj wątek
    • Gość: kaska Re: zmiana w zwiazku mizoginistycznym IP: *.crowley.pl 16.03.04, 11:33
      Zglaszam sie, jako ta, ktora tkwila w takim zwiazku przez 7 lat.
      A wlasciwie, to 6. Bo od roku jest inaczej.
      I zapewniam cie, ze zmiana jest mozliwa.
      Z tym, ze jest bardzo, bardzo trudna.
      Nie czytalam ksiazki, uswiadomila mi to dopiero moja choroba i psychoterapeuta.
      Mojemu mezowi uswiadomila to jego psychoterapeutka.
      Najpierw leczylismy sie osobno z chorych relacji, potem zaczelismy uzdrawiac
      zwiazek.
      Powiem ci, ze wlasciwie to ja bylam osoba, ktora czula najwiekszy opor przed
      zmiana. I chyba najwiekszy strach.
      Cale moje zycie bylo podporzadkowane mezowi, zylam jego sprawami, ewentualnie
      naszymi wspolnymi. Moich nie bylo...
      Istny koszmar.
      I wiekszosc na wlasne zyczenie.

      Na usprawiedliwienie mam tylko jedno: pochodze z rodziny patologicznej, mialam
      sakramencko trudne lata dojrzewania i mlodosc. Moja historia przypomina troche
      kiepski film, w ktorym az kipi od naglych zwrotow akcji.

      W kazdym razie, chcialm cie podtrzymac na duchu i powiedziec jedno: warto
      inwestowac i pracowac nad zwiazkiem. A praca jest bardzo ciezka. Ale efekty
      przechodza najsmielsze oczekiwania.
      Trzymam za ciebie i za was kciuki.
      • Gość: Ania Re: zmiana w zwiazku mizoginistycznym IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.03.04, 12:12
        Ciesze sie, ze sie odezwałas na moj apel:).
        Mam pytanie- jak zmusic partnera do terapii? Jak uswiadomic mu jej koniecznosc?
        On nie ma kompletnie poczucia winy, ze zachowuje sie niewłasciwie(normalne u
        mizoginisty).Na moje sugestie, ze potrzebna jest terapia, zmienia temat,
        wzrusza ramionami.Jest nam obydwojgu w tym zwiazku źle.Ciagle słysze, ze skoro
        tak, to sie rozejdzmy, wyprowadz sie, itd.Sek w tym, ze ja nie mam własciwie
        dokad sie wyprowadzic, a on o tym wie przeciez.Czy on tylkotak mówi, czy
        rzeczywiscie jest w stanie ze mnie zrezygnowac?Pare lat temu rzeczywiscie po
        awanturze spakowałam sie i wyprowadziłam.Oczywiscie zaraz po mnie
        przyjechal.Ale wtedy ja staralam sie, by nie psuc mu samopoczucia, dla swietego
        spokoju grałam, ze wszystko ok., byłam miła.Teraz juz sie zawziełam, nie
        spelniam oczekiwan, własciwie to unikam z nim od paru miesiecy kontaktów- podam
        obiad, wyprasuje koszule, ale to wszystko.Najbardziej boli go brak wspólzycia-
        od 3 miesiecy zero seksu, bo ja nie moge do tego sie zmusic.Zastanawiam sie,
        czy on po prostu juz nie szuka mojej nastepczyni i w razie czego nie wyrzuci
        mnie z domu wraz z dzieckiem? Nie mamy slubu, dom jest jego, ja nawet pracy
        teraz nie mam.
        Tak sie boje, ale jednoczesnie nie moge dalej zyc w takim napieciu i
        upokorzeniu.
        Sorry, ale musze sie wygadac, w realu nie bardzo mam do kogo.
        • Gość: kasia Re: zmiana w zwiazku mizoginistycznym IP: *.crowley.pl 17.03.04, 12:12
          Droga Aniu!
          Jesli pojdziesz na terapie sama, to nie przekresla to waszych szans na naprawe
          zwiazku! Czuje, ze z jakis powodow zalezy ci na naprawieniu tego, a nie
          odejsciu twoim, lub jego.
          Z jednej strony jestes uzalezniona finansowo od partnera - to zdarza sie dosc
          czesto w Polsce.
          Z drugiej, czuje, ze wolalabys, zeby wasze dziecko mialo pelna rodzine, z ojcem
          i matka.
          I, choc o tym nie piszesz, to mysle, ze jednak gdzies tam gleboko kochasz
          partnera...
          Partner nie chce isc na terapie, podobnie jak moj maz kiedys...
          Raczej go nie przekonasz. Ale mozesz zrobic cos innego. Sama idz na terapie. Ja
          tak zrobilam. I wiesz co sie stalo? Moj maz poczul sie zazdrosny o to, ze ja
          mam z kim pogadac na temat problemow. Poczul sie, w pewnym sensie osamotniony i
          tez postanowil isc na terapie. Zadzialalo to troche tak, jakby chcial mi
          pokazac, ze on tez ma z kim pogadac. Wiec mysle sobie, ze moze w waszym
          przypadku to tez podziala!
          I koniecznie idz na terapie do lekarza faceta. Wbrew pozorom to takze dziala na
          wyobraznie.

          Wiem, ze boisz sie, co sie stanie, jak ty zaczniesz sie zmieniac. To proste, on
          takze zacznie to dostrzegac. I pewnie boisz sie, jak zareaguje na zmiane, czy
          cie porzuci?
          Aniu, nie boj sie tego. Wydaje mi sie, ze twoje pojscie na terapie (niezaleznie
          od tego, czy partner pojdzie w twoje slady, czy nie) naprawi wasz zwiazek. Nie
          boj sie jakis wielkich, spektakularnych zmian. To sie tak nie dzieje. Wszystko
          trwa powoli. Ty nabierzesz sil, zeby uzdrowic zwiazek. A jak juz bedziesz
          silna, to zaczniesz zachowywac sie asertywnie. Jestem przekonana, ze znajdziesz
          prace, usamodzielnisz sie i twoj partner zacznie cie traktowac powaznie, z
          szacunkiem i jest wielce prawdopodobne, ze odzyje wasze uczucie.

          Co do seksu, to rozumiem, ze nie mozesz sie zmuszac. To jest twoja granica,
          ktorej nie umiesz przekroczyc. I nie warto robic nic na sile.
          W trakcie terapi takze ten aspekt zycia zacznie sie poprawiac.

          Zrobilas juz pierwszy krok. Przeczytalas ksiazke, ktora uswiadomila ci kilka
          rzeczy. Warto isc za ciosem, warto isc na terapie.
          Z tego, co piszesz, jestes osoba silna. Troche teraz zagubiona, ale nadal
          silna. Wierze, ze twoje pojscie na terapie pomoze waszej rodzinie. Ktos musi
          okazac sie silny i naprawic to, co zepsuliscie. Zacznij ty i nie boj sie.

          Warto zrobic to dla siebie, dla dziecka i dla partnera.
          Pozdrawiam i prosze napisz, co postanowilas.
          • Gość: Ania Re: zmiana w zwiazku mizoginistycznym IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.03.04, 19:19
            Dzieki wielkie Kasiu za słowa otuchy.
            Rzeczywiscie, nie chce na razie tego zwiazku konczyc, chce go zmienic.Wczytuje
            sie we wszystkie porady z tej ksiązki i cwicze.Chce skorzystac z profesjonalnej
            porady, moze ktos poleci kogos z Wrocławia?
            Poprzez sam fakt, ze wiem juz z czym walczyc, czuje sie wrecz radosna.Problem
            zostala okreslony, to duzy postep.Mam duze nadzieje na poprawe relacji.
            Pozdrawiam, Ania.
        • Gość: wacek Re: zmiana w zwiazku mizoginistycznym IP: 5.5R* / 217.153.50.* 20.03.04, 13:38
          > Mam pytanie- jak zmusic partnera do terapii? Jak uswiadomic mu jej
          koniecznosc? On nie ma kompletnie poczucia winy, ze zachowuje sie
          niewłasciwie(normalne u mizoginisty).Na moje sugestie, ze potrzebna jest
          terapia, zmienia temat, wzrusza ramionami.Jest nam obydwojgu w tym zwiazku
          źle.
          .. To skąd się wzięło dziecko ? O czym ty piszesz ?
          > Ciagle słysze, ze skoro tak, to sie rozejdzmy, wyprowadz sie, itd.Sek w tym,
          > ze ja nie mam własciwie dokad sie wyprowadzic, a on o tym wie przeciez.Czy on
          > tylkotak mówi, czy rzeczywiscie jest w stanie ze mnie zrezygnowac?Pare lat
          > temu rzeczywiscie po awanturze spakowałam sie i wyprowadziłam.Oczywiscie
          > zaraz po mnie przyjechal.Ale wtedy ja staralam sie, by nie psuc mu
          > samopoczucia, dla swietego spokoju grałam, ze wszystko ok., byłam miła.
          .. To byłas nieźle fałszywa. Czego ty włąściwie chcesz ? Mieć fochy a facet ma
          się czołgać ? Masz szczęście, że cię nie wyprowadził. Duży fart !
          > Teraz juz sie zawziełam, nie spelniam oczekiwan, własciwie to unikam z nim od
          > paru miesiecy kontaktów- podam obiad, wyprasuje koszule, ale to
          > wszystko.Najbardziej boli go brak wspólzycia-
          > od 3 miesiecy zero seksu, bo ja nie moge do tego sie zmusic.Zastanawiam sie,
          > czy on po prostu juz nie szuka mojej nastepczyni i w razie czego nie wyrzuci
          > mnie z domu wraz z dzieckiem? Nie mamy slubu, dom jest jego, ja nawet pracy
          > teraz nie mam.
          .. Coś ci się poplątało. Nagle wstrzemięźliwość ? Trzeba było wcześniej ...
          Mieszkasz z nim, w jego domu, masz z nim dziecko i nagle ci odbija. Fochy, jak
          on chce to cię pewnie głowa boli a jak znajdzie następną to pewnie będzie
          wredny ? Zastanó się przede wszystkim nad sobą i nie zatruwaj jemu i równiez
          sobie życia. Nie wiem skąd u bab taka jędzowatość się w pewnym momencie
          pojawia. Nagle się okazuje, że mąż/partner to jest najgorszy a byle głupek to
          jest to ... Jest w was taka przewrotność, że można przewidywać znaczny wzrost
          rozwodów,
          • Gość: Ania Re: zmiana w zwiazku mizoginistycznym IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.03.04, 01:21
            > .. To skąd się wzięło dziecko ? O czym ty piszesz ?

            Nie wiesz skad biorą sie dzieci? Z milosci mojej do niego przede
            wszystkim.Dziecko przyszło na swiat pare lat temu, oboje chcielismy.Wtedy bylam
            tak zakochana, ze nie widzialam ostrzegawczych sygnalow.Po awanturach plakałam,
            ale jak to bywa z ofiarami mizoginow, to ja czulam sie wszystkiemu winna,
            kompletne zero, doprowadzil mnie do utraty poczucia wartosci.Dałam mu z siebie
            wszystko, a on ciagle byl niezadowolony.Za malo sie staram, za czesto sie
            odzywam, za malo zazdrosna jestem, zbyt wymagajaca ponoc.A nature mam spokojną,
            jestem lubiana, zadna ze mnie hetera.
            Taki zwiazek porównywany jest do nalogu hazardzisty- chcesz skonczyc i nie
            mozesz.Uzasadnialam jego wybuchy, nielojalnosc, starałam sie przekonac siebie,
            ze nic złego sie nie dzieje, ze inni tez tak maja, w zwiazku jest czasem źle-
            jeden nazwie to głupota, drugi zaslepieniem.

            > .. To byłas nieźle fałszywa.

            Mysle, ze on bardzej, bo przez 2 lata mnie zdradzal, a potem plakal i
            przepraszal na kolanach- bo on tylko z litosci, ona samobojstwo popełnic
            chciala niby. A mi w tym samym czasie kazal przysiegac ze jestem wierna.Czy to
            nie jest chore?

            Czego ty włąściwie chcesz ? Mieć fochy a facet ma
            > się czołgać ? Masz szczęście, że cię nie wyprowadził. Duży fart !

            Czolgac? Nie, po prostu ma mnie nie bic i nie ublizac.Tylko tyle chce.Za duzo
            wymagam moze? Dla wyjasnienia- uderzyl mnie po raz pierwszy, gdy dziecko mialo
            8 miesiecy, wtedy zaczelo we mnie kielkowac przekonanie, ze z nim cos nie
            tak.Uderzył za calkowitą błahostke, bez powodu.

            > .. Coś ci się poplątało. Nagle wstrzemięźliwość ? Trzeba było wcześniej ...

            Nie nagle, to byl powolny proces.Kropla drazy skale, znasz to?

            > Mieszkasz z nim, w jego domu, masz z nim dziecko i nagle ci odbija.

            Odbija? Ja to nazywam opadnieciem klapek.
            To, ze wczesniej nie widzialam, jak bardzo mnie on pograza, "zawdzieczam"
            racjonalizacji- usprawiedliwiałam wszelkie jego wyczyny na rózne sposoby.No
            przeciez osoba, ktora tak zarliwie wszystkim wkolo opowiada jak bardzo mnie
            kocha, nie moze byc potworem.Tak to sobie tlumaczylam.Byl zestresowany, mial
            zly dzien, kazdemu moze sie zdarzyc.Ale to wszystko było usprawiedliwianiem
            jego nienormalnych, nieadekwatnych do sytuacji, zachowan.Ciezko jest sobie
            uswiadomic, ze ktos kogo kochamy, tak naprawde chce nas zniszczyc.Osoby bedace
            w zwiazku z mizoginem tak własnie sie zachowuja.Pamietaj, ze ja go bardzo
            kochalam, on na codzien, w przerwach pomiedzy swoimi wyskokami tez byl "do rany
            przyłoz".Poza tym, nie mialam nawet pojecia, ze istnieje cos takiego jak
            mizoginizm.
            Przejrzalam na oczy, gdy bliskie osoby otwarcie przyznaly, ze z nim jest cos
            nie tak, ze zachowuje sie irracjonalnie, wybucha, krzyczy, ubliza.A za chwile
            udaje, ze nic sie nie stalo i wszyscy przesadzaja, czepiają sie.Uniknac awantur
            mozna poprzez calkowite podporzadkowanie sie mu, posiadanie identycznego
            zdania,nie zadajac niewygodnych pytan.Dotarlo do mnie, dlaczego taz rzadko ktos
            nas odwiedza, dlaczego ma zatargi z siostra, matka , tesciowa, dlaczego nie
            potrafil wytrwac w zadnym ze swoich licznych zwiazków dłuzej?

            Fochy, jak
            > on chce to cię pewnie głowa boli a jak znajdzie następną to pewnie będzie
            > wredny ?

            Nie wykrecam sie bólem głowy, po prostu otwarcie mówie, ze nie dam rady
            uprawiac seksu po tym, jak wczoraj nazwal mnie zdzira, bo "zupa byla za
            slona".Nie jestem zdzira i nie pozwole sie tak traktowac, juz nie.
            Próbujesz mnie obwiniac za brak seksu.A to przeciez on spowodowal swoimi
            atakami na mnie taka sytuacje.To tak jakbys winil ofiare, ze nie chce byc mila
            dla jej kata.A moze wedlug ciebie ofiara swoim postepowaniem sprowokowala
            oprawce, moze jak niektorzy winisz np. zgwalcona kobiete za gwalt?(bo sama
            widac chciala).

            Zastanó się przede wszystkim nad sobą i nie zatruwaj jemu i równiez
            > sobie życia.

            Ty kompletnie nie rozumiesz o czym pisze.Przeciez wlasnie sie zastanawiam, po
            to ten watek.
            Moja wina jest to, ze na zbyt wiele pozwalałam , w imie milosci.Tłumaczyc moze
            mnie tylko młody wiek, on duzo starszy, z doswiadczeniem, ja bez.Teraz
            dojrzalam i widze wyraźnie, ze to jak on mnie traktuje nie jest
            normalne.Zreszta widza to wszyscy, ktorzy nas znaja jako tako.Tylko ja
            zauwazylam to późno.
            Dodatkowym bodzcem jest koniecznosc ochrony naszej córki.On juz zaczyna ja
            terroryzowac,nastawia ja przeciw mnie, ubliza mi w jej obecnosci.Dasa sie na
            male dziecko jakby sam mial 3 lata, a mala po raz kolejny w ciagu dnia
            pyta"tato, dlaczego sie na mnie gniewasz?"- ona nie wie, ja nie wiem, bo powodu
            zadnego, wie tylko on, czym dziecko nie zasluzylo tym razem na jego uwage i
            uczucie.I po 10 razy dziennie pyta ja "czy ty mnie kochasz?"- nie jest pewny
            uczuc dziecka.


            Nie wiem skąd u bab taka jędzowatość się w pewnym momencie
            > pojawia. Nagle się okazuje, że mąż/partner to jest najgorszy a byle głupek to
            > jest to ... Jest w was taka przewrotność, że można przewidywać znaczny wzrost
            > rozwodów,

            Gdybym tak uwazala, to juz szukalabym kogos w zamian.Daleka jestem od tego.Chce
            ratowac zwiazek, pod warunkiem , ze skonczy z psychicznym terrorem.
            Zapewne nie jest najgorszy, s ajeszcze sadysci, pedofile, roznej masci
            dewianci..Ale dobry nie jest.Co mi z tego, ze dzis przyniósł mi kwiatki, jak
            calkiem niedawno naublizal mi, rzucil talerzem, darł sie jak idiota, bo mialam
            inne niz on zdanie ? To jest powód do awantur?Do rzucania k..mi przy dziecku? W
            nosie mam te jego kwiatki, ja chce by traktowal mnie na codzien z szacunkiem i
            tyle.

            Czy powodem pobicia mnie na oczach dziecka moze byc omylkowe zabranie 2 par
            kluczy? To jest powód ? A czy w ogóle jest powód do bicia innego czlowieka,
            zwlaszcza tego, ktorego ponoc sie kocha? To normalne dla ciebie?
            • ta Re: zmiana w zwiazku mizoginistycznym 23.03.04, 19:13
              Długa droga przed Tobą, dobrze, że rozpoczęłaś wędrówkę :)
              Można zmienić tylko jednego człowieka na ziemi - siebie.
              Trzymam kciuki.
              Ta_
          • j_ar Re: zmiana w zwiazku mizoginistycznym 22.03.04, 09:43
            wacek wacek... no nic nie kumasz..
    • Gość: Marzenna Re: zmiana w zwiazku mizoginistycznym IP: 5.3.1R* / *.oracle.co.uk 17.03.04, 15:00
      A co to jest związek mizoginistyczny i jaki tytuł tej książki ?
      • Gość: Ania Re: zmiana w zwiazku mizoginistycznym IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.03.04, 19:14
        Pokrótce wyjasnie, choc to bardzo skomplikowane.Mizogin to mezczyzna, który ma
        w swojej podswiadomosci nienawisc do kobiet.Jako przyczyne autorka podaje
        niewłasciwe relacje z rodzicami w dziecinstwie.Nie moze bez kobiety zyc, co
        powoduje u niego podswiadomy lek przez porzuceniem, dlatego stara sie ja
        ubezwłasnowolnic, by czula sie nikim i nie miała sily go zostawic.Przejawia te
        nienawisc wobec swojej kobiety poprzez ciagle jej kontrolowanie, upokarzanie,
        czyli stosuje przemoc psychiczna, a z biegiem czasu posuwa sie do rekoczynów,
        choc niekoniecznie.Jednoczesnie cała wina za swoje złe samopoczucie,
        niezadowolenie zwala na kobiete, swojej winy nie widzi kompletnie, a co gorsza
        robi to w taki sposób, ze kobieta w swoja wine swiecie wierzy, mimo ze to on
        zachował sie karygodnie.Ciagle stara sie zmienic swoja partnerke, według niego
        ona musi spełniac wszystkie jego potrzeby, tylko wtedy jest wystarczajaco
        dobra.Nigdy nie bedzie zadowolony z jej milosci, bo zawsze wg niego ona za mało
        go kocha- niewykonalnym jest zadowolenie mizogina, bo trzeba by byc telepata,
        by odgadnac to, czego on oczekuje.
        W praktyce wyglada to tak, ze mizogin słownie upokarza, wyzywa, wysmiewa,
        wmawia kobiecie, ze bez niego nie istnieje, wybucha agresja w sytuacjach
        kompletnie nieuzasadnionych( np. ona stlukła szklanke, spóźniła sie, itd.)i co
        znamienne nie odczuwa zadnej przykrosci z powodu swojego niekontrolowanego
        wybuchu.On nie umie jej wspólczuc, nie przeprasza, jest przekonany, ze to ona
        go sprowokowala, choc obiektywnie jest inaczej.Złosci sie bez powodu,
        wyolbrzymia, robi z igły widły.
        Pomiedzy atakami gniewu potrafi byc kochajacy, czarujacy, wspanialy.
        A kobieta w takim zwiazku przezywa istna hustawke- nigdy nie wie, co bedzie
        przyczyna ataku na nia, coraz bardziej sie pogrąza.Jest to toksyczna sytuacja,
        w ktorej tkwi wiele kobiet, tylko ze wiekszosc jest nieswiadoma, ze jej facet
        to mizogin.
        Tak wyglada to w skrócie.

        "Dlaczego on nie kocha, a ona za nim szaleje" Susan Forward, Joan Torres
        • Gość: p Re: zmiana w zwiazku mizoginistycznym IP: *.szczecin.pl 19.03.04, 09:33
          Mam taką sytuacje w domu. Praktycznie co drugi dzień chlipie w poduszke z dwóch
          powodów równocześnie :1. że on jest niedobry, wredny i mnie krzywdzi. 2 Że
          jestem na tyle słaba, że daje sobą pomiatać, nie mam godności tłumacząc to
          miłością. Widze wady męża, jednocześnie podziwiam go za siłe, odwagę życia w
          każdej sytuacji etc. Kiedy odchodze - wracam. Jest mi cholernie żle i wystarczy
          jego " Myszeczko wracaj, będzie dobrze"..i wracam. On jest bardzo pewny
          siebie :"Nigdy mnie nie zostawisz" Raz mówi, że mnie b.kocha, by na drugi dziń
          stwierdzić, że chyba już nie..Całą moją energię poświęcam na myślenie w stylu :
          odejść? Kiedy? I co będzie dalej. A mam odpowiedzialną i prestiżową pracę,
          nadto talent artystyczny, który powinnam rozwijać, a złe samopoczucie tylko
          przeszkadza. Jestem w marazmie. Kiedyś byłam szczęśliwą, reralizującą marzenia
          i co najważniejsze - zrównoważoną kobietą. Teraz jestem podwójnie
          nieatrakcyjna : dla niego i dla siebie. I też staram sie zmienić swoje życie.
          Próbując określić swoje obawy, doszłam do wniosku, że boję się bólu związanego
          z rozstaniem i tego, że nigdy nikogo tak nie pokocham. Dodaję, że początki
          naszego związku były idealne. Takie jak powinny być. Po ślubie łupnęło..
          Sięgne po tę książke. Do psychologa nie pójdę. Po części, że nie jestem
          anonimowa w swoim mieście, niestety, i wstyd mi za swoje problemy. Mam 28 lat..
          • Gość: kaska Re: zmiana w zwiazku mizoginistycznym IP: *.crowley.pl 22.03.04, 17:18
            Jezu, ja tez nie jestem anonimowa w swoim miescie.
            Moze jedz do innego miasta?
            Dziewczyny z terapii tak robily, zadna nie byla stad!
            Dwa razy w tygodniu jezdzily po kilkaset kilosow, zeby byc na terapii i zyc,
            jak czlowiek, a nie jak niewolnik.
            • Gość: kasia2 Re: zmiana w zwiazku mizoginistycznym IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 23.03.04, 20:36
              • Gość: kasia2 Re: zmiana w zwiazku mizoginistycznym IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 23.03.04, 20:47
                Dziewczyny!

                Ja bylam w podobnym zwiazku. Takiego typa nie da sie zmienic, szkoda Waszego
                zycia. PO kilku latach hustawki emocjonalnej, wahania no bo przeciez jest
                dziecko, powiedzialam koniec i dopiero teraz czuje ze zyje. Nie dajcie sobie
                wmowic tego ze jestescie gorsze, beznadziejne itp i co wazniejsze nie ulegajcie
                zludzeniom ze on przeciez nie jest taki zly, bo ma lepsze chwile. Takie typki
                doskonale wiedza kiedy przesadzili i wtedy swoja czarujaca postawa potrafia
                mydlic oczy. Jesli nie zrobicie teraz czegos ze swoim zyciem po latach moze sie
                okazac ze staniecie sie sfrustrowanymi, zrzedliwymi, nieszczesliwymi kobietami
                zalujacymi ze nie mialyscie odwagi powiedziec 'stop'.
                Zycze odwagi i wytrwalosci.

                pozdrawiam
                • Gość: baba Re: zmiana w zwiazku mizoginistycznym IP: *.acn.waw.pl 24.03.04, 16:50

                  Aniu,
                  z wypowiedzi Twoich wynika, ze absolutnie dojrzalas do zmiany .
                  Wiesz w omawianej ksiazki, ze istnieje szansa, ze myzogin sie zmieni.Mala, ale
                  jest.
                  Moze to byc zmiana cudowna, jak w przypadku opisywanej pary policjantow, moze
                  polowiczna jak przyklad z matka kilkorga dzieci bedaca zona psychologa.
                  Nawet zmiana polowiczna bardzo ulatwila jej zycie, a odejsc nie mogla, bo nie
                  poradzilaby sobie sama.
                  Wiesz tez, ze masz w takim zwiazku wielka wladze- wieksza niz Twoj partner.
                  Wasza historia jako pary moze nie miec szczesliwego zakonczenia, ale na
                  pewno , choc po wielu cierpieniach, bedzie miala szczesliwe zakonczenie dla
                  Ciebie.I dla Twojego dziecka.
                  Zycze Ci wiele szczescia i wytrwalosci.
                  Polecam tez ksiazke tej samej autorki "Szantaz emocjonalny".
                  Pozdrawiam
                  • Gość: Mikolaj Re: zmiana w zwiazku mizoginistycznym IP: *.proxy.aol.com 24.03.04, 18:15
                    zaraz, zaraz, ale to Ty bylas w nim zakochana? A on wowczas byl cacy? nawet
                    jesli nie byl cacy?
                    Jak to sie stalo ze zaczal Cie bic? A dlaczego dotrwalas do takiej skrajnosci,
                    kiedy oboje macie sie juz dosyc, a jeszcze nie stac was na odpowiedzialny krok
                    rozstania? Czyzbyscie oboje szukali winnego? Dostalas sie w lapska wilkolaka?
                    trzeba uciekac gdzie pieprz rosnie, a nie czekac na zmilowanie Boze, a potem
                    byc wyrzucona przez okno. Wpierw sa znaki jednoznaczne choc nie fizycznie
                    okrutne, potem sytuacja sie gmatwa, nieporozumienia nawarstwiaja, i zaczyna byc
                    coraz niebezpieczniej. No tak, ale kto chcial posiadac tego chlopa za wszelka
                    cene? Trzeba bylo dokonac wlasciwego wgladu i ogladu. I zdecydowac czy to
                    czlowiek, czy tylko czlekoksztaltna bestia. Zawsze jest szansa odejscia zanim
                    zaczna sie dziac koszlki-opalki. Trzeba tylko sobie wyobrazic, co bedzie dalej.


                    a jak sie nazywa kobieta ktora podswiadomie nienawidzi mezczyzn?
                    • Gość: Ania Re: zmiana w zwiazku mizoginistycznym IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.03.04, 21:34
                      Nie wiem, czy ty orientujesz sie, na czym taki zwiazek polega, czym jest
                      racjonalizacja.Zachowywalam sie jak tysiace kobiet w podobnej sytuacji, nie
                      jestem wyjatkiem.Byłam o tyle dobra kandydatką na ofiare, iz jest to mój
                      pierwszy mezczyzna, poznalismy sie, gdy ja miałam 20 lat, on jest sporo
                      starszy.Bylam nieopierzonym kurczakiem, a on dojrzalym, doswiadczonym
                      facetem.Bardzo mi pomógl(ale nie finansowo, zeby nie było, ze polecialam na
                      kase), wyrwalam sie z domu, w ktorym rodzice byli akurat w trakcie rozwodu, ja
                      chcialam spokoju i miłosci, i mialam to.Co prawda chwilami w te milosc
                      watpiłam, ale najczesciej było bardzo dobrze.Co nie powiedzial bylo dla mnie
                      swiete, bo taki miał autorytet w moich oczach.Nasz zwiazek od poczatku nie mial
                      równowagi, najwazniejszy byl on, bo starszy, bo wiecej wie, wiecej umie.
                      Jesli juz sie na mnie zdenerwowal, to bylam przekonana, ze ma racje, nawet gdy
                      powód był błachy.Usprawiedliwiałam jego wyczyny, bo potrafil byc tak kochany, a
                      te złe chwile wypieralam z pamieci.Uwierz mi, ze to normalne w takim
                      zwiazku.To tak, jakbys pytał hazardzisty, dlaczego nie przestanie grac, tylko
                      sie pograza.Jest uzalezniony, a takie kobiety jak ja, takze sa uzaleznione od
                      takiego mezczyzny.Potrafi byc tak wspanialy, ze myslisz, iz to twoja prawdziwa
                      milosc, wiecej ci sie juz nie przydarzy, a jesli stopniowo doprowadza do utraty
                      przez ciebie poczucia wartosci, to juz jestes przekonany ze bez niego
                      zginiesz.Dlatego czlowiek latami kurczowo sie go trzyma, i albo sie z tego
                      otrzasnie, albo nie.
                      Byłam bardzo ulegla, podporzadkowana i to mu bardzo odpowiadalo.Zostalam
                      wychowana jak tysiace dziewczat, ze trzeba byc grzeczna, mila, dobra,
                      kobieca,to bardzo ulatwia mizoginowi zadanie.Bo przeciez taka subtelna osoba
                      nie bedzie przeciwnikiem w pyskówkach, raczej sie popłacze, niz nabluzga.I o to
                      mu chodzi.
                      Ale przeciez im jestem starsza tym inaczej patrze na swiat, dojrzalam
                      calkowicie po urodzeniu dziecka.I zaczelo denerwowac mnie, ze on coraz bardziej
                      stara sie mnie kontrolowac, coraz bardziej spycha mnie na margines, jest dla
                      mnie niesprawiedliwy, i co najwazniejsze, stara sie mnie niekiedy oczernic w
                      oczach dziecka.Zaczełam, jak to on mówi "stawiac sie", czyli po prostu wyrazac
                      własne zdanie.Przejrzalam na oczy.I to mu sie nie spodobało, dlatego w
                      desperacji, strachu przed utrata swojej pozycji zastosowal przemoc
                      fizyczna.Mizogin to nie sadysta ktory rozkoszuje sie przemoca, on bije bo jest
                      przerazony, ze sytuacja(kobieta) wymyka sie spod kontroli, i nie wie jak
                      inaczej ja znowu odzyskac przewage.On uwaza, ze jesli kobieta nie jest
                      calkowicie podporzadkowana to mu sie wymknie, i to go własnie przeraza, bo bez
                      kobiety nie moze zyc.

                      Ja nie wiem, czy oboje mamy dosyc. Ja mam, a po nim nie widac, by byl
                      nieszczesliwy.Ma zmienne fazy, raz jest super i nic nie stanowi problemu, a raz
                      byle błahostka wyprowadza go z równowagi.Ostatnio przeprowadzilam maly wywiad,
                      i widze ze on nie chce rozstania.To zreszta zrozumiale.
                      Ja wcale nie szukam winnego, ja chce wyjsc na prostą.Jesli uda mi sie zmienic
                      jego postepowanie(a jest to mozliwe) to bedzie to najlepszy scenariusz.Jesli
                      nie, to odejde.Ale wolałabym by jednak nam sie ulozylo.
                      Jego nalezy traktowac jak osobe chora, pod wzgledem emocjonalnym
                      ułomna.Moja "wina " była nieswiadomosc, ze istnieje cos takiego jak
                      mizoginizm, nie wiedzac dlaczego on sie tak zachowuje, źle reagowalam, przez co
                      sytuacja sie pogarszala.Pozwolilam mu na to, przyczynilam sie do eskalacji
                      negatywnych zachowan.Usprawiedliwieniem moze byc tylko strach przed
                      samotnoscia, porazka, strach niesamowity.
                      Juz tego strachu nie czuje, wiec moge nareszcie racjonalnie sie zachowywac, mam
                      przewage, ktorej do tej pory nie byłam swiadoma.

                      > a jak sie nazywa kobieta ktora podswiadomie nienawidzi mezczyzn?


                      Niestety nie wiem, jak nazywa sie taka kobieta.
                      • komandos57 [...] 24.03.04, 21:45
                        Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
                        • Gość: Ania Re: zastosuje sie do rady tu podanej, zulu netowy IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.03.04, 22:59
                          wiadomosci.wp.pl/wiadomosc.html?wid=5075665
                          • komandos57 Re:kobyla w realu 24.03.04, 23:02
                            Gość portalu: Ania napisał(a):

                            > wiadomosci.wp.pl/wiadomosc.html?wid=5075665
                            xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
                            kobylo realna
                      • Gość: bibelot Re: zmiana w zwiazku mizoginistycznym IP: *.proxy.aol.com 25.03.04, 08:30
                        bo partnerstwo to nie Bozyszcze, tylko szacunek dla wlasnej godnosci ludzkiej i
                        godnosci tego co ludzkie w partnerze, a nie chleptanie wszystkiego. Juz od
                        poczatku mialas problem 'dany' od rodzicow, wiec takiego sobie przyciagnelas
                        partnera w ktorym latwo bylo podlechtac egoizm. I nastepny bedzie taki sam,
                        predzej czy pozniej, jesli nie wyciagniesz odpowiedniej nauki z
                        doswiadczenia.Poddalas sie jego dominacji, czyli stworzylas sobie jego TYRANIE,
                        a nie ze on jest jakims misoginem (misogin powstaje pod wplywem doswiadczen
                        jakich doznaje mezczyzna od kobity dokladnie takich jakich Ty doswiadczasz od
                        niego. I w Tobie tez stworzony zostaje portrecik ogolny samca, ktory
                        przeniesiesz na nastepny zwiazek, w ktorym role sie odwroca.). Potrzebujesz
                        wyzwolenia nie dlatego ze on jest taki okrutny, tylko dlatego ze od lat
                        zaniedbywalas wlasne czlowieczenstwo i konsekwencje zaczynaja Cie dusic. Oboje
                        do psychiatry i psychoterapeuty. Takiego durnego raju na ziemi nie ma jakiego
                        oczekiwalas. Przyszly konsekwencje tych iluzji.
                        To Ty stworzylas mu iluzoryczna zlota klatke, w ktorej on urodzil potwora, i
                        zaprzecza sam sobie. Myslec, myslec, myslec. Dystansowac sie, bo niechciane
                        czyny beda nawarstwiac rany, krzywdy i gorycz, a nie bedzie czasu na refleksje
                        i zmiane. Oboje musicie sie zmienic. Nie boj sie, to sie nazywa apokalipsa.
                        • Gość: Ania Re: zmiana w zwiazku mizoginistycznym IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.03.04, 09:52
                          > a nie ze on jest jakims misoginem (misogin powstaje pod wplywem doswiadczen
                          > jakich doznaje mezczyzna od kobity dokladnie takich jakich Ty doswiadczasz od
                          > niego.

                          Jego matka tak wobec niego sie zachowywała, czyli wszystko jak dla mnie sie
                          zgadza- przeniósl te zachowania na kobiety.Bardzo mozliwe ze i jakas jego
                          partnerka wyzwoliła w nim demona, nie znam tych z dawnych lat , wobec mojej
                          poprzedniczki zachowywał sie identycznie jak w stosunku do mnie( o czym
                          dowiedzialam sie niestety, niedawno, gdy umówilam sie z nia na pogawedke).Nie
                          jestem zatem pierwsza, ktora tak traktowal.
                          Przyznaje, ze patrzac wstecz mam sobie wiele do zarzucenia, jednakze trudno w
                          wieku dwudziestu lat miec doswiadczenie pozwalające ocenic prawdziwe
                          sklonnosci faceta.Trudno tez wiedziec, jak powinien wygladac zdrowy zwiazek-
                          wzorca nie mialam.

                          Tak, masz duzo racji w tym co piszesz.
                          Sporo w tym mojej winy, choc jego wina wieksza.Wnioski juz wyciagnelam, wiec
                          mysle, ze mam spore sznse na pozytywne zmiany.
                          • Gość: bibelot Re: zmiana w zwiazku mizoginistycznym IP: *.proxy.aol.com 25.03.04, 16:12
                            to nie jest niczyja wina, tylko dalszy ciag edukacji i wychowywania poprzez
                            samo zycie. kazdy robi co moze.Twoi rodzice, jego, zrobili co mogli. Teraz jest
                            wasza kolej. Ktos, predzej czy pozniej musi przerwac to bledne kolo msciwosci i
                            odreagowan, i naprawde sie zmienic, azeby przyszlym pokoleniom zylo sie
                            bardziej po ludzku. Nie ma co sie zaslaniac przeszloscia. Nikt nie jest
                            doskonaly. Trzeba uczyc sie adaptowac do terazniejszosci. Miec odwage na
                            zmiane, na drastyczne czasem decyzje. Jesli chcesz ratowac zwiazek, to do
                            roboty, Jesli nie to uciekac natychmiast. Szkoda dziecka w takiej chorej
                            atmosferze uczyc tego samego. Twoj maz musi nauczyc sie szanowac milosc jaka
                            dostal, a Ty nie mozesz z siebie robic przedmiotu meskiego posiadania, co tez
                            wymaga sporego wysilku. Wiekszosc kobiet wynosi z domow ten wzorzec 'usypiania'
                            i 'tyranizowania' mezczyzny poprzez podlizywanie sie egoizmowi. Poza tym poza
                            wplywem srodowiska, kultury, rodzicow, sa jeszcze geny, poprzednie wcielenia
                            (obojetnie jak to zwac), a zatem nie rob z siebie takiego zupelnego
                            niewiniatka. Nie wszystko zalezy od wychowania. Wychowanie odkrywa rowniez
                            pewne predyspozycje, etc. Zreszta najczesciej to co sie u kogos krytykuje, jest
                            wyrazem wlasnego mniej lub bardziej utajonego problemu. Nie przypadkiem ktos
                            powiedzial iz najlepszym wyjmowaniem drzazgi z czyjegos oka jest zajmowanie sie
                            wyciaganiem belki z wlasnego.
                      • Gość: Dasia Re: zmiana w zwiazku mizoginistycznym IP: *.olsztyn.mm.pl 20.04.04, 18:25
                        Anno, nie wiem, ile masz lat, ja mam dziś 47. Czytam to, i płakać mi się chce -
                        za ciebie, za siebie, za to, co ciebie czeka. Mam za sobą prawie trzydzieści
                        lat takiego związku. Nie wiedziałam, że problem. który opisujesz to mizoginizm.
                        To znaczy - pojęcie znałam, ale nie wiedziałam, że to dotyczy także mojego
                        małżeństwa. Link do tej strony przysłała mi córka. I chyba już domyślasz się,
                        co moja 24 letnia córka mogła czuć przez te wszystkie lata, skoro usiłuje mi
                        pomóc w taki sposób...
                        Uciekaj, Aniu. Tego nie da się uratować. Nie ratuj siebie, tylko swoje
                        dziecko... Ja dziś już naprawdę nie mam gdzie uciec. Za dużo minęło lat. Jestem
                        dziś samotną, opuszczoną przez przyjaciół i rodzinę osobą. Przyjaciół
                        odstraszał mój mąż żywo i skutecznie, robiąc przy koleżankach awantury.
                        Rodzina - zarówno jego jak i moja odsunęła się, bo nie może go znieść dłużej
                        niż przez pół godziny. Mój mąż ma zawsze i we wszystkim rację. A jedynym
                        sposobem, aby przeżyć spokojnie dzień - to nie dać się niczym sprowokować. Ale
                        to raczej nie jest możliwe. Awantury są o źle ukrojony chleb (
                        krzywo!),zostawienie łyżki ziemniaków w garnku, odważenie się wypowiedzenia
                        swojego odmiennego zdania, zbyt wolne szukanie tego, czego on akurat
                        potrzebuje, zapomnienie o czymkolwiek. Nie jestem w stanie przewidzieć, co
                        stanie się powodem awantury za chwilę. Przy tym mąż ma dobrze płatną pracę -
                        moje pobory są mizerniutkie. Wszyscy ( mam dwoje dzieci) jesteśmy ciągle
                        szantażowani tym, że jeśli nie spełnimy żądań i oczekiwań męża, to fora ze
                        dwora. Milczę więc tak jak milczałam przez te wszystkie lata. Ale wiem, że
                        zrobiłam dzieciom ogromną krzywdę nie odchodząc w porę. Wtedy, gdy jeszcze
                        mogłam. Dziś dzieci unikają domu jak ognia. Przyjazd do domu traktują jak zło
                        konieczne, bo muszą mieć skądś pieniądze na studia. Gdyby było możliwe - nie
                        przyjeżdżałyby wcale. Ale ci, którzy obserwują nasz związek z daleka święcie są
                        przekonani, że mój mąż dla dzieci zdjąłby z siebie ostatnią koszulę. Oddałby
                        ostatnią kroplę krwi i ostatni grosz. Psa też można zagłaskać na śmierć, a bić
                        go smyczą za każde warknięcie.Moja córka boryka się dziś z emocjonalnymi
                        problemami w swoim związku. Panicznie boi się zaufać swojemu partnerowi -
                        usiłuje być niezależna do granic absurdu. Nie dać się podporządkować za wszelką
                        cenę - to hasło moich dzieci - obojga!!
                        Aniu- nie rób tego błędu, który ja popełniłam. Nie lecz tego, co się nie da
                        wyleczyć. Chyba, że chcesz patrzeć, jak twoja córka będzie psychicznie
                        maltretowana na twoich oczach. Mój mąż robił dokładnie to samo. mam zdjęcia -
                        bardzo stare, na których mój mąż siedzi nadąsany, a ja - młoda i naprawdę
                        śliczna dziewczyna - zaglądam mu w oczy, aby odgadnąć, o co znowu poszło, aby
                        przeprosić - jeszcze nie wiedząc za co...
                        Zamiast tego - spróbuj inwestować w siebie - zacznij teraz - od nauki języka,
                        jeśli to jest możliwe, od nauki pisania na komputerze, jeśli tego nie umiesz,
                        od nauki pływania... Wychodź z domu między ludzi. z dzieckiem. Nie zostawiaj
                        dziecka, bo cię go zdradzasz albo zaniedbujesz dziecko. Ale nie trać czasu -
                        zacznij od zaraz. Mam wrażenie, że jesteś młodą jeszcze osobą - nie trać
                        nadziei na ułożenie sobie życia. Nigdy nie jest za późno, aby zacząć od nowa,
                        jeśli ma się jakieś atuty w ręku - młodość, urodę, zawód, oparcie w rodzinie.
                        Ja już nie mam niczego z tych rzeczy. Ale też jeszcze nie straciłam nadziei.
                        Napisz proszę, że to zrozumiałaś, że odejdziesz - jak tylko uda ci się to
                        zrobić. Życzę ci tego z całego serca. Dasia-Alice
                        • Gość: krateczka Re: zmiana w zwiazku mizoginistycznym IP: *.net.autocom.pl 23.04.04, 09:39
                          Jakbyś opisywała mój związek. Dokładnie. Jego humory i awantury o nic, dla
                          zasady, bo musi odreagować, bo musi przerobic ze mna lekcję z przeszłości.
                          Tylko że ja to rozumiem i nie dam się. Mimo wszystko szkoda już się stała,
                          trzeba ja naprawić i lezy to w moich rękach.
                          Mąż miał chore relacje z matką, ojciec zmarł wcześnie. Źle wspomina matkę ale
                          jego stosunek do niej jest ambiwalentny - raz przebija przezeń niezrozumiała
                          dla mnie nienawiść (kiedyś nawet powiedział że jak będzie sie stąd wyprowadzał
                          to napaskudzi na jej grób, innym razem twierdzi że byłaby z niego i z jego
                          rodziny dumna, znalazłybysmy wspólny język, cieszyłaby się z mojej pracy nad
                          domem. Owa ambiwalencja przejawia sie w stosunku do wszystkiego. Pochwali za
                          cos a pięć minut później za to samo zgani. Wrzeszczy, awanturuje się, ubliża,
                          nawraca do przeszłości, nagina fakty o których nie wie, zmyśla, oskarża.
                          Jednocześnie w stosunku do obcych jest uprzedzająco uprzejmy jakby sie ich bał -
                          natomiast do nas, do rodziny "pozwala sobie" do przesady. Wylewa kubły pomyj w
                          domu. Rozumiem, czuje sie bezpiecznie i wydaje mu sie że wszystko mu wolno.
                          Jestem wychowana w spokojnej rodzinie, bez awantur, w moim poprzednim związku
                          nie było krzyków ale dobrze też nie dlatego sie rozwiodłam i ponownie sie
                          związałam wiele lat później. Byłam pewna że to ten jedyny, bardzo męża
                          kochałam - teraz sama nie wiem co czuję. Zraził mnie bardzo swoją postawą i
                          niezrozumieniem tego jak ważne dla mnie są moje dzieci z poprzedniego związku,
                          że to MOJE dzieci - często obwinia mnie o to że zrobiłabym dla nich wszystko a
                          to tak jakby obwiniac rybę że w wodzie pływa. Z drugiej strony nie chce mnie
                          stracić. Potrafi być kochający, dobry, hojny - ale ja mu nie wierzę bo w każdej
                          chwili może zmienić swoje nastawienie. Po prostu mu nie ufam w czymkolwiek.
                          Np teraz jestem w rodzinnym mieście muszę pozałatwiać sprawy spadkowe po
                          smierci mamy i on wie że dopóki tego nie załatwię i nie dopilnuję muszę być
                          tutaj, poza tym córka idzie na studia i mnie potrzebuje (juz raz jej ojciec a
                          moj były mąż ją zawiódł, ja nie mogę jej tego zrobić, nie mogę zostawic samej
                          kiedy mnie potrzebuje). Na początku podszedł do tego z pełnym zrozumieniem -
                          dzis przez telefon wymówki i pretensje jakbym mu cos nowego zakomunikowała.
                          Mogę przyjechac do domu tylko na 2 tygodnie bo mam terminy w sądzie i w
                          urzędach i on o tym wie ale czasem podchodzi do tych spraw tak jakby nie
                          rozumiał jakie są ważne. Obraza się jakby to było złośliwie przeciwko niemu.
                          Mam dość takiej postawy. Szczególnie ze najmłodszy syn został w domu, chodzi do
                          szkoły - nie wiem na jakie stresy jest narażony ale wiem też że ma bardzo dobrą
                          więź z mężem, sa sobie bardzo bliscy obydwoje. Mąz zachowuje sie jakby sam był
                          rozkapryszonym dzieckiem.
                          Jestem tutaj już miesiąc i odpoczęłam psychicznie, w domu jestem znerwicowana,
                          wciąż "na posterunku", czuwająca, próbująca dostrzec najlżejsze objawy
                          nadchodzącej awantury aby na czas móc zbudować umocnienia ochronne. To nie jest
                          życie. Byłam u terapeuty, mąz nie chce o tym słyszeć, z nim jest wszystko w
                          porządku tylko wszystkiemu winna jest sytuacja zewnętrzna, moje chore dziecko,
                          moja rodzina którą muszę odwiedzać, smierć mojej matki, praca, miejsce w którym
                          mieszkamy... Jeśli np. przeprowadzilibyśmy sie gdzie indziej, moje dzieci
                          zniknęłyby z naszego zycia (te sparsze bo z młodszym jest OK jak mówiłam),
                          znalazłby lepszą pracę, zmienilibysmy otoczenie to byłby naprawde szczęsliwy.
                          Wiem, że czujesz to co powiedziałam i jak to zajebiście brzmi.
                          Jestem osobą o sporej samoświadomości i wiem że szczęście nie znajduje się na
                          zewnątrz i nie jest uwarunkowane - szczęście jest w nas samych, to nasza
                          umiejętnośc cieszenia się tym co niesie zycie, codziennośc i ja tę umiejętnośc
                          posiadłam. Mój mąż - niestety. I nie potrafi przyjąć tego do wiadomości. Broni
                          się przed jakimkolwiek wgłebianiem w siebie - i chyba wiem dlaczego, bo to może
                          być bolesne. Jeśli boli - znaczy że jest choroba. Chorobę mozna zlokalizować i
                          leczyć. Tylko wtedy jest szansa.
                          Nie, ja już nasz związek przekreśliłam. Ratuję siebie i dzieci. Muszę z nim
                          zostać do konca roku - sprawy formalności które załatwiam a które nam ułatwią w
                          przyszłości zycie, mam tylko siebie i dzieci, nikogo więcej. Mam gdzie
                          mieszkać, dokąd wracać...
                          Przestałam wierzyć, że cokolwiek sie zmieni. On nie wykazuje najmniejszej
                          chęci, tendencji. Przed Bożym Narodzeniem zrobił mi potworna awanturę (ale ręki
                          na mnie nigdy nie podniósł - na mojego starszego syna który jest inwalidą tak i
                          wtedy gdy ja nie widziałam) nie wiadomo o co (o wszystko po prostu, nawet o
                          byłego męża z którym nie mam kontaktu od wielu lat), miałam wtedy jechac do
                          mojego rodzinnego domu. Wtedy zaczęłam poważnie myśleć o odejściu. Ale jak
                          wróciłam - błagał, płakał że wszystko będzie dobrze, że juz nie będzie sie
                          awanturował, że zrozumiał że to do niczego nie prowadzi, że jestem najlepszą
                          żoną, że się postara - i starał się 3 tygodnie! Dałam mu drugą szansę - juz
                          trzeciej nie dam.
                          Dziewczyny - jeśli wasz facet chce iśc na terapię, dociera do niego co mowicie,
                          co macie do powiedzenia - to rokuje jakieś nadzieje. Jeśli nie - niestety,
                          trzaba powoli acz boleśnie przygotowywac sie do odejścia i "zabezpieczać tyły".
                          To smutna prawda ale jedyna prawda. Właśnie przez to przechodzę. Na początku
                          sama myśl o tym bolała ale z wolna "prałam" sobie mózg tłumacząc że ratuję
                          siebie i dzieci, że to dla mojego dobra a on... Cóż, miał swoja szansę,
                          wiedział o tym, nie wykorzystał jej...
                          To bardzo przykre bo wiele nadziei, pracy w swój związek włożyłam i to nie jest
                          jakieś widzimisię że chcę odejśc bo "mi się znudziło". Opuszczam nasz wspania
                          ły, stworzony w dużej mierze przeze mnie dom bo nie jestem szczęśliwa, moje
                          dzieci nie są szczęśliwe i on tez nie jest szczęśliwy (gdyby był to by nie
                          robił awantur ani nie mał humorów bez wyraźnego powodu) - i już wszystkie
                          możliwości zostały wyczerpane.
                          Nie zarzucajcie mi ze mówie to pochopnie. Przemyślałam wszystko dokładnie. Ja
                          NAPRAWDE wszystkie możliwości wyczerpałam. Nie potrafie więcej zrobić a nie
                          będę poświęcać własnego spokoju i moich dzieci po to by być buforem człowieka
                          niezrównoważonego psychicznie. Mam jedno życie, moje dzieci też i nie chcę żeby
                          weszły w dorosłośc okaleczone psychicznie i co raz lądowały u terapeutów.
                  • Gość: Ania Re: zmiana w zwiazku mizoginistycznym IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.03.04, 21:38
                    Dziekuje za wsparcie, poszukam tej ksiazki.
                    Pozdrawiam, Ania.
            • Gość: p Re: zmiana w zwiazku mizoginistycznym IP: *.szczecin.pl 25.03.04, 08:24
              Najlepsze są najprostsze rozwiązania ;) Nie pomyslalam o tym.
    • natalenka Re: zmiana w zwiazku mizoginistycznym 02.04.04, 16:28
      Podnoszę ten wątek, bo bardzo mnie zainteresował.
    • witch-witch Re: zmiana w zwiazku mizoginistycznym 02.04.04, 17:41
      Wydaje mi sie ze dlugo taka relacja nie zmieni sie doputy kobiecie ciagle
      zalezy na tym aby nie stracic tego mezczyzny.
      Trzeba pracowac bardzo nad soba.
      Zwiazki z mizogina sa trudne i bardzo bolesne a to dlatego, ze najczesciej
      podswiadomie boja sie oni kobiet i reaguja z nienawiscia na kazdy samodzielny
      ruch z wyzwolenia sie spod takiej relacji. Gdy kobieta zmienia sie przestaje
      sie bac utraty tego zwiazku i faceta, zadaje sobie pytanie : "po co mi on"."Czy
      jest w nim cos co warte jest bycia razem z nim". Wtedy to najczesciej czlowiek
      uswiadamia sobie, ze jest na tyle zdolny i pelen ogromu zalet, ze szczescie
      moze znalezc po za zwiazkiem z takim facetem.I wtedy zmienia sie najszybciej
      sytucja zyciowa kobiety i mezczyzna albo odchodzi albo tez sie sam zmienia na
      kozysc.
      Mysle, ze rady Susan F sa bardzo dobre, kobieta musi stawiaci to w pierwszym
      miejscu na siebie . Stawianie na siebie i na swoja emocjonalna samodzielnosc
      jest dobre w kazdym zwiazku, a zwlaszcza dla dzieci, ktore nie musza widziec
      przemocy emocjonalnej ojca nad matka.

      Pozdrowienia i trzymam kciuki.
    • Gość: miserabell Re: zmiana w zwiazku mizoginistycznym IP: *.iscnet.pl 18.04.04, 20:54
      Ja rowniez zyje w takim zwiazku, ale powoli udaje mi sie zmienic cos na lepsze.
      to jest mozliwe, ale wymaga ogromnej sily. Pozdrawiam.
      • katja Re: zmiana w zwiazku mizoginistycznym 21.04.04, 17:21
        Zylam w takim zwiazku 2 lata , z poczatku bylo cudownie a potem cos sie nie
        zgadzalo , nie wiedzialm wtedy ,ze chodzi o mizoginizm...to bardzo trudne
        dostrzec na poczatku . Pochodze z rodziny inteligenckiej z duzego miasta i po
        prostu stawialam sprawy konkretnie i jasno, nie dalam sie "przydupic" i on po
        prostu nagle mnie zostawil bez slowa! Nawet sie nie pozegnal! Wzial sobie wdowe
        ze wsi bez srodkow do zycia,nie moglam pojac o co chodzi, niby mnie tak
        strasznie kochal! Ale teraz rozumiem, teraz ona jest jego nastepna ofiara, mnie
        nie udalo mu sie "ujarzmic".
        Skontaktowalam sie z jego byla zona i jej opowiadanie jest odbiciem historii
        Ani. Duzo mi to pomoglo w zrozumieniu dlaczego mnie rzucil.
        Minelo 8 miesiecy , z poczatku strasznie rozpaczalam , tesknilam etc..on przez
        ten czas bawil sie swietnie z nowa narzeczona. To mnie zaskoczylo i dlatego
        zaczelam szukac informacji wsrod osob , ktore go wczesnie znaly...czulam , ze
        cos sie nie zgadza. I pomalu , pomalu z rozmow i urywkow opowiadan wyrosl obraz
        mojego narzeczonego, po prostu mizoginista, co potwierdza jego caly okres
        dorastania w niepelnej i troche dziwnej rodzinie, latanej.
        Mysle ,ze trudno cos zmienic w takim czlowieku, ja nie bylam ulegla ,
        zachowywalam sie naturalnie i czulam sie dowartosciowana, samodzielna , wesola,
        bylo nam dobrze razem sexualnie a jednak nie mogl sie dostosowac, bal sie
        mnie , byl zazdrosny o spojrzenia facetow w supermarkecie ha ha etc
        Oczywiscie wtedy tego nie rozumialam , nie wiedzialam ze mam do czynienia ze
        skrzywionym emocjonalnie mezczyzna. Ale trudno, jestem bogatsza o jedno
        doswiadczenie , mimo , ze brak mi go jak byl w tej dobrej "fazie" naszego
        zwiazku.
    • Gość: ilonka Re: i co z tego? IP: *.media4.pl 23.04.04, 18:46
      (sory za "enter")

      Tak narzekacie na taka fizyczna przemoc. A ja tak czytam wasze posty, czytam, i
      dochodze do wniosku ze mam to samo. dokladnie to co powiedziala ania, tyle ze
      bez tortur fizycznych i bez awantur. Czynnikiem, ktory mnie najbardziej boli
      jest to ze za kazdym razem odchodzi. - Co bym dop niego nie powiedziala -
      odchodzi. A ja tkwie w nim zakochana po uszy i zawsze to samo pytanie - co ja
      zle zrobilam? Co zle powiedzialam? Dlaczego tak bardzo mnie nienawidzi?
      To tak trwa 2 lata. 2 lata w ktorych jak zaczynam rozmowe to on ja konczy.
      Potem przychodzi znowu - a ja niewiem co sie stalo. Przypisuje sobie najgorsze
      rzeczy mimo ze wiem ze tak nie jest. Ja naprawde az taka zla nie jestem!
      Inni mowia ze jestem fajna. Nie, to nie rzecz chwalenia sie tylko ze przez tego
      faceta czuje sie tak bezwartosciowa ze....
      Tylko ze to raczej kwestia psychiki, nie bije mnie ani nic.
      Daje mu tyle, a on.... nie wiem co mam robic.
      • katja Re: i co z tego? 24.04.04, 01:29
        Bardzo charakterystyczne to co powiedzialas "ze on konczyl twoja napoczeta
        rozmowe" hmmm..poznaje to, gdy zaczynalam cos mowic on mi szybko wchodzil w tok
        slow , tak jakby konczyl moje mysli, i ja tracilam watek i wychodzilo po jego
        mysli.
        Poniewaz nigdy sie z tym nie spotkalam , bylam zaskoczona i oszolomiona , to
        trudno wytlumaczyc jak sie tego nie przezylo.
        Teraz dopiero rozumie jaka wladze mial nademna , czy raczej probowal mnie juz
        pomalu "ujarzmic"
        • Gość: ilonka hej ;)) IP: *.media4.pl 27.04.04, 18:51
          co to znaczy ujarzmic?
          Chyba wiesz o co mi chodzi. Najgorsze jest to ze trudno przekonac go do
          rozmowy - takiej normalnej - choc czeka na odpowiedz ale i tak jakby nie jest
          nia zainteresowany - tzn przyjmuje jakby wszystko? Sama niewiem.
          Jak w takim razie sie z nim porozumiewalas?
          Znasz go jeszcze?
          Ja go bardzo kocham i bardzo trudno by bylo mi odejsc, ale milosc bez tej
          podstawy jaka jest rozmowa.......
          A niewiesz gdzie mozna o tym poczytac? o co mu tak naprawde chodzi?
          Czy to kwestia inteligencji, czy jak?
    • Gość: mania Re: zmiana w zwiazku mizoginistycznym IP: *.dialup.mindspring.com 24.04.04, 02:53
      Boze, jakie to dziwne, wszystko to, o czym przeczytalam tutaj przypomina mi
      moja matke i jej stosunek do mnie. Jak to nazwac, co to jest?
      • Gość: Bebb Re: zmiana w zwiazku mizoginistycznym IP: *.bredband.comhem.se 24.04.04, 22:22
        Mysle ,ze tak samo, sa matki tyranki ktore nienawidza swoich dzieci, bo sie ich
        boja , ze je przerastaje intelektualnie albo w inny sposob
        • quin26 Re: zmiana w zwiazku mizoginistycznym 27.04.04, 11:06
          przecież to jest moje życie???????? czy to znaczy że nie tylko ja mam taki
          problem, ile kobiet jest w takich związkach????
    • quin26 Re: zmiana w zwiazku mizoginistycznym 28.04.04, 11:37
      czytała to wszystko, i jak z mojej "bajki" mam ogromną prośbę czy ktoś, kto
      czytał tą książkę mógłby napisać podstawowe rady dla osoby żyjącej w takim
      związku???
      bardzo was proszę.... może to pomoże mi w uleczeniu czegoś co już prawie nie
      istnieje???
      chodzi o ogół: czy olewać, krzyczeć,przytulać się , dowartościowywać jego itp.

      Będę wdzięczna i podejrzewam że nie tylko ja
      • Gość: Alea Droga quin26 IP: *.icpnet.pl 29.04.04, 13:50
        Trudno o dobrą radę, wszystko na dłuższą metę szwankuje. Rób WSZYSTKO co
        wzmocni Ciebie, to przede wszystkim. Będzie Ci łatwiej nabrać dystansu.
        Moim zdaniem taki związek = żaden związek. Im wczesniej człowiek sobie to
        uswiadmomi tym lepiej.
        To nie związek ale pułapka dla skrzywdzonych lub skrzywionych w młodym wieku
        osób. Dwie ofiary /sorry za mocne słowa/ z których jedna przyjmuje rolę kata
        nad drugą stroną. Zależność jest tak bliska i tak chora że każdy ruch w stronę
        wyzwolenia z tego przyjmowany jest z agresją i depresją /kat/ lub depresją albo
        nawet autoagresją /ofiara/. Trudno nawet powiedzieć, że któraś ze stron
        odpowiada za fiasko. Taki związek jest skutkiem przyciągania się osób, które
        nie potrafią być szczęśliwe, często nawet nie potrafią kochać. Tego się nie da
        uleczyć, mozna tylko troszkę załagodzić ale problem pozostanie na zawsze.
        Ratunek to spotkanie osoby "nieobciążonej" i powolne leczenie urazów z
        dzieciństwa.
        Pozdrawiam bardzo, bardzo serdecznie i życzę dużo odwagi- A.
        • Gość: baba Re: Droga quin26 IP: *.acn.waw.pl 29.04.04, 14:49

          Najlepiej zdobadz i przeczytaj te ksiazke, bo aczkolwiek Alea dobrze ujela sens
          przeslania Susan Forward, to w ksiazce sa zawarte konkretne TECHNIKI jak
          zmienic sposob myslenia o sobie i swoim zwiazku- sa to instrukcje
          wykorzystywane przez nia w wieloletniej praktyce terapeutycznej.
          Sa to sposoby naprawde proste, wymagajace tylko czasu i determinacji,
          przystosowane dla potrzeb osob, ktore z jakichs przyczyn nie moga korzystac z
          pomocy bezposredniej.Autorka podaje tez mnostwo przykladow, historii osob w
          podobnych sytuacjach, ktorym udalo sie osiagnac sukces, choc niestety
          najczesciej za cene przerwania zwiazku.
          Chetnie przeslalabym Ci te ksiazke gdybym ja miala,jestem jednak pewna, ze
          znajdziesz ja w jakims antykwariacie.
          Pozdrawiam i owocnych poszukiwan.
        • glassempire Re: Droga quin26 02.05.04, 19:45
          Wlasnie na innym topiku opowiadam o zwiazku w ktorym obie strony sa
          nieszczesliwe (moze lepiej powiedziec ze nie sa szczesliwe, nie lubie tak
          kategorycznego okreslenia) i tkwia w tej chorej zaleznosci.
          Kobieta chce odejsc widzac, zdajac sobie sprawe z tego ze jej partner jest
          oporny na komunikacje, slucha tylko siebie, nie dociera do niego ze inni maja
          swoje potrzeby i moga byc calkiem rozni od jego wyobrazen.
          Jest psychicznym tyranem w rodzinie. Jesli rzeczy dzieja sie po jego mysli to
          dla swietego spokoju bo ona i dzieci maja juz dosc awantur o nic.
          Modla sie zeby nie zrobil czegos zle bo znow bedzie ich wszystkich o to obwinial
          (o to co sam zrobil) i znow awantura.
          Wszyscy sa znerwicowani i tylko czekaja na okazje zeby sie wyniesc z tamtego
          miejsca - oczywiscie nie jest to latwe bo szkola, rodzina, praca, zobowiazania...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka