zawszeczarna79
28.07.10, 17:46
Rok temu poznałam kogoś. Kilka razy poszliśmy na kawe. Po prostu znajomi. W
pewnym momencie zaczeło mi na nim zależeć bardziej niż na koledze więc
zaczęłam go unikać. Nie odbierałam telefonów. Nie odpisywałam na smsy, maile.
Nie chciałam związków bo sama mam za sobą jeden nieudany z którego mam 2
dzieci. On cały czas próbował się spotkać. Dla świętego spokoju umówiłam się
na tą nieszczęsną kawę. Pogadaliśmy. W związku z moją pracą On stał się moim
klientem (doradztwo finansowe). Załatwiałam mu kredyt przez co częściej sie
spotykaliśmy. Nie wiem kiedy, ale zauważyłam że zaczynamy się do siebie
zbliżać. Niby niewinne pocałunki. łapanie za ręke.
Stwierdziłam że muszę mu powiedzieć o swoich obawach itd. siedzieliśmy kilka
godzin rozmawiają czego każde z nas chce, czego się boi. postanowiliśmy
spróbować być razem. Wydawało mi się że się udało. Wychodziliśmy razem dość
często. Jeździliśmy na wycieczki. dzieliliśmy się swoimi problemami.
rozmawialiśmy o swoich uczuciach. dzieci go zaakceptowały - czego się bardzo bał.
On też jest facetem po przejściach, ma za sobą nieudany związek.
Wszystko zapowiadało się wprost cudownie. żyliśmy razem ale w dwóch różnych
domach. Planowaliśmy wspólne zamieszkanie, ślub, może dziecko.
Wszystko było ok do wczoraj. Był jakiś nieobecny. daleki.
powiedział że odezwały się w nim lęki z przeszłości (nieudany związek), że
ktoś mu powiedział żeby dobrze przemyślał związek z kobietą z dziećmi itd. Był
kiedyś bardzo zraniony co spowodowało że nie potrafi pokochać całym sobą. ja
to zaakceptowałam. I tak wiem że mnie kochał, może nie całym sobą ale dużą
częścią siebie. wiem że mu zależało. na to wszystko składało się wiele
drobnych rzeczy, gestów, słów.
wczoraj poprosił mnie żebym mu dała tydzień na poukładanie sobie tego
wszystkiego w głowie.
tyle że ja nie rozumiem co on sobie tam ma układać? mnie? dzieci? kompletnie
nie wiem o co chodzi. najgorsze w tym wszystkim jest to, że ja, jak inni
twierdzą silna kobieta, zrozumiałam ile On dla mnie znaczy. że nie potrafie
bez niego żyć i się uśmiechać.
dałam mu tydzień bo nie chce go stracić. Liczę na to że wszystko sie ułoży i
będzie tak jak do tej pory. z drugiej zaś strony boję się że usłysze że on nie
da rady, nie chce, nie może, nie umie.
Jedyne co teraz czuję to ogromny ból przez który prawie nie śpie, nie jem. jak
tylko zostaje 5 minut w pustym pokoju to od razu po policzkach spływają mi łzy.
Myślałam że mogę mieć normalny dom, mężczyznę, rodzinę, dzieci. Uwierzyłam w
to co wydawało mi się takie odległe biorąc pod uwagę moją sytuację.
A dzisiaj? nie wiem w co wierzyć.
POzostał ból i żal że coś sie skończyło bezpowrotnie. Niby mam nadzieje że
wszystko się ułoży, że on zrozumie że chce być ze mną, a z drugiej obawiam się
że to będzie koniec czegoś pięknego.
troche się rozpisałam ale musiałam to z siebie wyrzucić a nie mam nawet z kim
o tym porozmawiać.