comamterazzrobic
26.12.10, 17:38
Nie wiem jak to się stało.
Nie wiem czy wszystko pamiętam.
Przed świętami mieliśmy kiepski czas. Sporo do zrobienia, czasu mało. Oboje nerwowi.
Nerwy towarzyszą nam od początku naszej znajomości.
Zawsze łatwo było nas wyprowadzić z równowagi. W czasie narzeczeństwa ciągle ze sobą zrywaliśmy, by po krótkim czasie wrócić.
Uzależniłem się od niej.
Nie wyobrażam sobie życia bez niej.
Potem były studia. Potem pierwsze prace. Małżeństwo.
...i zaczęło być jeszcze gorzej.
Pojawiły się plany kupna mieszkania.
W końcu pojawiło się i mieszkanie.
Wydawało mi się, że teraz będzie z górki, ale tak nie było.
Kłótnie częstsze. Chyba gorsze.
Gorsze, bo Ona zaczęła bardzo mnie poniżać.
Ciągle powtarzała, że to koniec, że chce rozwodu, że mam wypie***ać z tego mieszkania, że mieszkanie zabiera ona...
Żeby zarobić na mieszkanie musiałem parę razy wyjechać z kraju. Pracowałem nielegalnie, więc nie udowodnię, że pieniądze na jego zakup pochodzą ode mnie.
Ona natomiast jest nieźle-zarabiającym urzędnikiem wyższego szczebla administracji państwowej, więc jej dochody są lepiej udokumentowane.
...w każdym bądź razie:
- nie było chyba tygodnia, żebym nie słyszał, że mam się wynosić.
Wcześniej kilka razy pakowałem swoje rzeczy i wyprowadzałem się. Po kilku dniach dzwoniła i wracałem.
Twierdziła, że nie może żyć beze mnie, że jak jest nerwach to mówi różne rzeczy tylko po to by mnie bardziej zdenerwować.
Trochę to rozumiem.
...trochę jednak nie.
Jestem niedawno zmieniłem pracę. Na razie nie zarabiam kokosów. Powiedzmy że moja pensja stanowi około połowy jej zarobków.
Tak, wiem, to odrobinę kiepsko wygląda.
W pracy jestem lubiany i wkrótce będę awansował, z czym wiąże się też lepsza wypłata.
Nie mniej jednak moja wcześniejsza praca to był niewypał.
Dużo by mówić, ale ogólnie za dużo nie zarobiłem, chyba nawet dołożyłem do tego wszystkiego.
Podczas kłótni moja żona argumentuje (taaaaa... argumentuje) że to ona nas utrzymuje, że z mojej pensji byśmy się nie utrzymali (bzdura), że mój ostatni rok to pasmo porażek i tak dalej.
Boli.
Trochę racji ma, ale.... nie całą.
Wcześniejsza praca co prawda niezbyt opłacalna, ale dzięki niej wiele sie nauczyłem, czego owoce zbieram teraz (jestem naprawdę dobry w tym co robię, a szkoleń praktycznie jeszcze nie odbyłem w nowej pracy żadnych).