bardzo.porzadna.dziewczyna
10.11.12, 12:12
Postaram się ten wątek streścić jak mogę, chociaż problem mam złożony.
W skrócie - mam problem z motywacją do dalszego życia. Z wielu powodów.
Po pierwsze - kwestia wiary. Zostałam wychowana w pewnej mniejszości religijnej, dzisiaj uważam ją za sektę. Moja rodzina i ja z biegiem czasu nabyliśmy pewnej wiedzy na temat struktur i funkcjonowania tej społeczności, co spowodowało, że nie byliśmy w stanie dłużej w niej być. Jednakże dopóki w niej byłam wierzyłam, że życie tu na ziemi jest przejściowe, że kłopoty są przejściowe, że Bóg wkrótce zrobi porządek i potem już będzie świetnie. Dzisiaj skłaniam się raczej ku agnostycznym przekonaniom.
Po drugie - życie osobiste - miałam męża, jednakże podczas gdy ja przejrzałam na oczy w sprawie wiary, on się sfanatyzował jeszcze bardziej. Uczucia się przez to skończyły, z obu stron. Rozwiedliśmy się. Miałam konkretne plany na przyszłość, teraz nie mam nic. Dzieci nie mieliśmy - zatem rozstaliśmy się i koniec. Niby się spotykam z jakimś facetem ale on w miłość nie wierzy, związku nie chce, jak jesteśmy razem jest super i wiele razy udowodnił że można na nim polegać i jest przyjacielem no ale brakuje mi jakiegoś choćby minimalnego zapewnienia, że on chce ze mną być i że to będzie trwało.
Po trzecie - kwestia pracy. Mam dwa zawody - jeden artystyczny i to jest moja wielka pasja, drugi językowy, też zainteresowanie ale mniejsze. Uczę w szkole artystycznej - ale nadchodzą reformy, rząd chce oszczędzać, wszystko likwidować, reformować, zmieniać, ograniczać, ja jestem najmłodsza stażem i nie mam w pracy układów - martwię się co będzie. Poza tym dorabiam jako lektor w firmie organizującej zajęcia z języka w przedszkolu i zerówce. Pierwsza praca nigdy mnie nie męczy, uwielbiam ją i bardzo się w niej spełniam, druga niesamowicie pochłania mi czas (żeby te małe dzieci jakoś czymś zainteresować, drukuję, zgrywam, organizuję materiały, nad konspektem każdej lekcji długo siedzę) i wykańcza psychicznie i fizycznie. Poza tym kontakt z dziecmi - lubię dzieci i zawsze lubiłam ale czasem jest mi przykro na myśl, że swojego mieć prawdopodobnie nigdy nie będę. Ostatnio mam też problemy zdrowotne, właściwie od połowy września aż do teraz. To wszystko razem powoduje, że na myśl o kolejnych 40-50 latach czegoś takiego po prostu nie chce mi się żyć. Nic mi się nie chce. No bo po co, skoro na końcu i tak śmierć.
Boję się przyszłości związanej z pracą, że w końcu ją stracę, bo i tak tendencje są jakie są a nie mam już siły zdobywać kolejnego wykształcenia... Boję się samotności (tak, wiem, praca nad sobą żeby człowiek żył sam dla siebie a nie wartościował się związkiem - tu nie o to chodzi bo ja lubię spędzać czas sama ale boję się samotnej starości)...
W grudniu będą moje 30 urodziny a ja naprawdę nie mam już siły...