janusz_z_netu
03.09.13, 09:42
Zdecydowałem się na publikację pod własnym imieniem, proszę o pomoc:
***
To się ciągnie już od kilku lat, ten cały kryzys osobowości, choć gdybym miał się nad tym zastanowić, to już od urodzenia byłem jakiś nadwrażliwy na środowisko, bo od kiedy pamiętam czułem się niezrozumiany przez innych i wyobcowany. Tak też czuję się teraz. W sumie chciałbym pójść do jakiegoś psychiatry, ale po pierwsze szkoda mi pieniędzy, bo wątpię, żeby zainteresował się moimi problemami. Byłem kiedyś u szkolnego psychologa, zawiódł moje oczekiwania na całej linii. Po drugie obawiam się żółtych papierów. Nie chcę żeby dowiedział się o nich mój przyszły partner czy pracodawca. Niby zawsze miałem jakichś przyjaciół, chociaż nie wiem czy mogę ich tak nazwać skoro nie potrafię im opowiedzieć o moich problemach, nie zainteresowali by się nimi, nie potrafiliby zrozumieć mojego położenia, mają własne życie i własne problemy. Czuję się jak bezpański pies. Z powodu tego poczucia niezrozumienia zacząłem się izolować od ludzi, nie wychodzę z domu. Z ludźmi można rozmawiać tylko o przyziemnych sprawach, co mnie męczy. Kiedy staram się poruszyć jakieś istotne dla mnie kwestie druga osoba robi wielkie oczy, więc nie poruszam tego więcej. Nie mogę się wyżalić rodzinie, rodzice mają już wystarczająco dużo na głowie, poza tym nie chcę być jakimś ciężarem, ponieważ kilka razy mama zaobserwowała u mnie różne dziwne epizody, dla przykładu samookaleczanie i bardzo to nią wstrząsnęło. Mam to już za sobą, ale ukierunkowuję moją frustrację w papierosy. To za mało, dlatego ciągle czuję w środku narastający gniew oraz poczucie rozpaczy, kupiłem worek treningowy, ale to nie działa. Duszę to wszystko w sobie, przez co staję się zgorzkniały. Przeraża mnie to, bo jestem młodą
osobą. Nie potrafię żyć w związku, wszystkich od siebie odpycham bojąc się, że prędzej czy później zniszczę to jakąś głupotą, lub partner odkryje co we mnie siedzi. Poza tym nie potrafię im zaufać . Wątpię, by komukolwiek chciało się to znosić. Mam na myśli te wszystkie dni przepełnione zwątpieniem w sens czegokolwiek, kiedy zupełnie się nie odzywam i leżę brudny w łóżku, bo nie mam motywacji żeby wstać i się wykąpać, czy uczesać. Czuję się słabym ogniwem w społeczeństwie. Nie wiem skąd się biorą te wszystkie rozterki, tłumaczę to sobie tym, że w dzieciństwie tylko mama się mną zajmowała i brakowało mi ojca. Brakuje do tej pory, mamy bardzo złe kontakty, denerwuje mnie jego obojętność, a nawet pogarda wobec własnych dzieci. Kiedy koleżanka mi opowiada, ze ojciec jest dla niej wzorem, nie mogę w to uwierzyć. Mam ochotę wyć do księżyca z rozpaczy, że tak wielu rzeczy ta sytuacja mnie pozbawiła, najgorsze jest to zwątpienie w mężczyzn oraz brak pewności siebie. Nie czuję z jego strony żadnego wsparcia, tak jakby go nie było. Z jednej strony postrzegam siebie jako beznadziejną porażkę, właśnie przez nieumiejętność dopasowania się, a z drugiej jako kogoś wyjątkowego z powodu tego niezrozumienia. Z całym szacunkiem, ale czuję się żałośnie myśląc o tym, ze muszę się uciec do właśnie takich środków jak to forum, powinnam rozmawiać o tym z bliskimi. Ja staram się wysłuchiwać cudzych rozterek, niestety działa to w jedna stronę. Chcąc skłonić ku sobie ojca zacząłem się odchudzać i nie potrafię przestać, wydaje mi się ze kiedy będę chudy jak model wtedy wszystkie moje problemy znikną, co też wpływa na mnie strasznie, ponieważ nigdy nie dogonię moich wyobrażeń odnośnie własnego wyglądu, chciałbym być idealny, jest to jednak niemożliwe. Nie jestem brzydki, po prostu mam rozdmuchane oczekiwania. W partnerce szukam matki, jestem jak małe dziecko, które trzeba prowadzić za rączkę. Od zawsze byłem skłonny do introspekcji, jednak w tym momencie tracę rozsądek dyskutując z własną ideologią, nie wiem już co jest prawdą, a co nie, czy coś rzeczywiście się dzieje, czy może to sobie wmawiam. Skądś jednak musiało się wziąć to wszystko. Frustruje mnie to, że siedzi we mnie bardzo dużo, ale nie potrafię tego wyrazić. Kiedyś pisałem wiersze, robiłem własne filmy, jednak obecnie przestałem, bo czuję, że stać mnie na coś lepszego, jednak nie potrafię temu sprostać. Jestem zdystansowany, bardzo długo przekonuję się do jakiejś osoby. Nie umiem zapomnieć o tym wszystkim, choć wiem, że ludzie mają większe problemy. Siedzi mi to na sumieniu. Mam nadzieję, że kiedyś nadejdzie dzień wewnętrznej równowagi, że wszystkie te zmory zostawią mnie w spokoju, na tę chwilę jednak czuję, że coś jest nie tak i nie mam pomysłu co mogę z tym zrobić. Musiałem po prostu to z siebie wyrzucić. Czy ze mną rzeczywiście jest coś nie tak, czy po prostu lubię cierpieć?
Janusz