charmaine
15.09.04, 12:34
Wydaje Ci się, że życie przedszkolaka jest beztroskie? Jesteś w dużym
błędzie...
Dzień pierwszy
..dzisiaj znów mama zaprowadziła mnie do przedszkola, chociaż całą drogę
musiała mnie ciągnąć. Czy ci dorośli naprawdę nie mogą zrozumieć, że człowiek
czasami pragnie odpocząć od tego wrzasku i ciężkiej harówki. Na przykład
wczoraj przez cały dzień robiliśmy błoto na podwórku, przez co dzisiaj czułem
się wykończony. Ba, ale co to kogo obchodzi. Jak się ma prawie pięć lat to
już się jest poważnym człowiekiem, a starzy traktują mnie ciągle jak
dzieciaka. Jak sikam w majtki to wcale nie znaczy że jestem dziecko! Po
prostu czasami nie zdążę dobiec do kibla. No ale dosyć tych narzekań. Nie
było ostatecznie tak źle, najpierw z młodym Gałązką rzucaliśmy klockami w
dziewczyny. Ten kto trafił w głowę dostawał premię. Wygrałbym, ale te głupie
dziewuchy w ogóle nie znają się na sporcie: od razu poleciały na skargę do
pani. Całe szczęście że zaraz szliśmy na obiad, bo w tym kącie chyba bym z
nudów umarł. Po obiedzie pani pokazała nam alfabet. No ku***sko zajebista
sprawa. Można sobie wszystko zapisać i potem nic nie trzeba pamiętać. W
praktyce jednak okazało się że wcale nie jest to takie genialne., Pani
pokazała nam literę to ją sobie zapisałem, no a skoro zapisałem to mogłem ją
zapomnieć, tyle tylko że jak już zapomniałem to nie wiedziałem co zapisałem.
Popieprzone to wszystko...
Dzień drugi
..wczoraj mama znów zawiozła mnie w wózku do przedszkola. Dobra by z niej
była baba, tylko ma słabe przyspieszenie pod górke. Młody Gałązka się chwali,
że jego mama jak się spieszy, to wyprzedza nawet rowerowców. Co tam. Gruby
Artur ma jeszcze gorzej. On już musi chodzić do przedszkola piechotą. Gruby
Artur jest zresztą całkiem głupi. Przez całe dnie nic nie robi tylko zagląda
dziewczynom pod sukienki. Naprawdę nie wiem, co w tym ciekawego. Jak kiedyś
zajrzałem cioci Basi to zobaczyłem tylko majtki. A pod nie już nie
zaglądałem. Zresztą jak kiedyś wujek Boguś próbował zajrzeć to dostał od
cioci po pysku. Tata mówi że jak się ludzie biją to zawsze chodzi o
pieniądze. Dziwne miejsce na przechowywanie portfela. No dobra, muszę kończyć
bo idzie pani, żeby zabrać mnie z kąta...
Dzień trzeci
..i znowu siedzę w przedszkolu jak ten palant, a za oknem śliczna pogoda.
Już bym tak nie narzekał, żeby chociaż pani pozwoliła nam na 5 minut wyjść,
ale NIE!!! Na podwórku jest błoto i się utaplamy. Mnie się do tej pory
zdawało że to zaleta. Mieszać błoto mogę godzinami, chyba politykiem zostanę
bo ostatnio słyszałem jak ktoś mówił, że cała ta polityka to niezłe błoto.
Politykiem to bym chciał zostać jeszcze z jednego powodu. Mama mówiła, że
oni cały dzień nic nie robią tylko pierdzą w stołek, a mają z tego kupę
forsy. Jako że ostatnio moje kieszonkowe uległo nadspodziewanemu zamrożeniu z
okazji wylania do kibla mamy perfum żeby z
butelki zrobić psikawkę, postanowiłem z chłopakami trochę podreperować swój
budżet. Młody Gałązka przyniósł stołek, Gruby Artur i ja objedliśmy się
fasolówy i umówiliśmy się u Grzesia Klapidupy. Pierdzieliśmy w ten stołek
cały dzień, a jedyne cośmy zarobili, to Gruby Artur w tyłek od swojej mamy bo
tak się nadął że walnął bąka z kleksem. Forsy też żadnej nie dostaliśmy,
tylko Grzesio przez tydzień musiał wietrzyć pokój bo się tam wejść nie
dało. To chyba jednak tylko politycy tak potrafią. My mamy jeszcze za mało
wprawy. Swoją drogą to w tym sejmie musi być niezły smród, jak tyle polityków
w jednym miejscu. Zresztą co jakiś czas słychać że jest jakaś śmierdząca
sprawa i że rozszedł się smród. Sie chłopaki poświęcają.... No dobra, dość
tego leżakowania, trzeba się trochę pobawić...
Dzień czwarty
Życie młodego człowieka jest naprawdę ciężkie. Zawsze można dostać w tyłek,
nawet jak się jest niewinnym. Inna sprawa że trochę winny byłem, ale to był
nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Było to tak: tata był w pracy a mama wyszła
gdzieś po zakupy. Przyszedł do mnie młody Gałązka,Gruby Artur i Maniek zwany
Letkim (zupełnie nie wiem dlaczego). Bawiliśmy się w kuchni w faraona, i
mieliśmy zrobić mumię. Nikt nie chciał się zgłosić więc wybraliśmy na mumię
Mańka. Maniek nie protestował,
bo on jeszcze nie bardzo umie mówić. Owijaliśmy go taśmą samoprzylepną, aż
tu nagle,gdy już byliśmy w połowie Maniek zaczął się drzeć "mamatijakupaja".
Mówił to zawsze wtedy kiedy chciał kupę, no to go zaczęliśmy rozwijać. Tyle
że ta taśma jakoś nie bardzo chciała go puścić. Gałązka wymyślił, że skoro
nie możemy uwolnić go całego to chociaż rozkleimy mu spodnie i
zaniesiemy do kibla żeby zrobił swoje. Tyle, że jak już zdjąłem Mańkowi gacie
to on nagle zaczął. Nie zdążylibyśmy go donieść do kibla więc wstawiliśmy go
do zlewu. Ja złapałem za szklankę i podstawiłem ją przed
niego żeby nie zasikał mamie garnków a Gruby Artur łapał klocki. No i pech
chciał, że jeden mu wypadł i wleciał wprost do grochówki która stała na
kuchni. Próbowaliśmy go wyłowić sitkiem do herbaty, ale się nie udało, chyba
sie rozpuścił. Myślałem że to będzie najgorsze, ale nie, tata zjadł i nawet
się nie skrzywił. Wkurzył się o co innego: Artur po wszystkim wytarł ręce w
ścierkę. Nie wiedziałem co z nią zrobić więc wrzuciłem ją do kibla i
spuściłem wodę. W tym momencie sedes zamienił się w wulkan. Chciałem go
trochę przetkać, najpierw ręką, potem szczoteczką do zębów mamy, ale nic nie
pomogło. No to nawrzucaliśmy tam papieru żeby nie było widać ścierki i
wróciliśmy do kuchni pełni nadziei że tata i mama nic nie zauważą. Niestety,
cud się nie zdarzył. Następnym razem zacznę od pochowania mamie i tacie
wszystkich pasków do spodni...
Dzień piąty
Dziś od samego rana postanowiłem być dobrym człowiekiem. Chciałem zrobić coś
dla ludzkości. Jako że najbliższa ludzkość to moja mama i tata, postanowiłem
im zrobić śniadanie. Kroić chleba jeszcze nie umiem, do patelni nie dosięgam,
ale coś jednak zrobić trzeba. Pogrzebałem w szafkach i znalazłem kisiel
malinowy. Nie bardzo wiedziałem jak się to robi więc poleciałem do młodego
Gałązki, bo ten kujon już się trochę nauczył czytać i mógł przeczytać
instrukcję. Okazało się że wystarczy do kubka wsypać trzy czubate łyżki cukru
i to co jest w torebce, a potem zalać wrzącą wodą. Z wodą bym sobie poradził,
ale przekopałem cały dom i okazało się że nigdzie nie ma ani jednej czubatej
łyżki. Inna sprawa że ja nawet nie wiem jak taka czubata łyżka wygląda, więc
dałem sobie spokój. Swoją dobroć przeniosłem na obiad. Chciałem trochę pomóc
mamie. Mama powiedziała że na obiad będą ryby i mogę jej pomagać obtaczać te
ryby w mące. Wszystko szło super dopóki nie wrócił z pracy tata. Strasznie
się gdzieś spieszył i powiedział że jeść nie będzie. To po to ja się tak dla
tej ludzkości męczę? Ze złości aż mi łzy napłynęły do oczu i zakręciło mnie w
nosie. Tata właśnie podszedł w swoim nowym garniturze żeby pożegnać się z
mamą, a ja w tym momencie kichnąłem: prosto w talerz z mąką! Chyba pobiłem
rekord szybkości w zamykaniu się w łazience, bo tato ostatnio to coś nerwowy,
a jak się zdenerwuje to bardzo szybko biega. No cóż, nie opłaca się
poświęcać, nikt tego nie ceni...
Dzień szósty
Chyba muszę zmienić swój stosunek do Grubego Artura. Okazał się bardzo mądrym
człowiekiem. Zaczęło się od tego jak młodemu Gałązce zaklinowało się gówno w
tyłku. Siedział w kiblu z pół godziny i gdyby mu mama nie pomogła widelcem to
chyba by tam siedział do śmierci. No właśnie, teraz już wiem jak wygląda
usrana śmierć o której tyle się słyszy od dorosłych.
Tak mi się wydaje że to musi być straszna choroba i dużo ludzi na nią zapada.
Kiedyś jak mi się udało spinaczem otworzyć taty biurko to nawet widziałem
kasetę na której chyba były sfilmowane przypadki tej choroby, bo na okładce
były jakieś panie z tak porozciąganymi otworami w tyłkach, że to co Gałązka
zrobił to był mały pikuś w porównaniu z tym co one musiały pr