Gość: Lucy
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
21.09.04, 21:10
Zaczeło się jak w bajce. Był moją bratnia duszą, on moją. Moja stany to istna
sinusoida - w dół i w górę. Jego był stały. Ciągle na dole. Kiedy mi było źle
i rozmawiałam z nim, to płakałam. Kiedy było dobrze, próbowałam jakoś pomóc.
Zresztą zawsze próbowałam. Dzisiaj dowiedziałam się, że zdiagnozowano u niego
depresje. Chodzi na terapię. Zawsze potem pisze mi o tym. Jedno zdanie, nigdy
więcej. Musze zadwać pytania, żeby dowiedzieć się więcej, ale chyba go to nie
denerwuje. Czasem rozmawiamy 4 godziny, czasem - tak jak jak dziś - 4 minuty.
Zawsze zostaje we mnie ten niepokój, wewnętrzny ból. Bo nie mogę być obok. Bo
jestem 6 godzi ndrogi od niego.
Chciałabym być koło niego, chwycić za ręke, wysłuchać siedząc obok. Po prostu
trwać. A nie mogę. Zniosłabym wszystko, nawet te straszne kryzysy. Ale nie
mogę. Gdzie znaleźć w tym wszystkim sens?