nnn999
24.01.05, 15:51
Mam 40 lat, bardzo ladna 38-letnia zone i 10-letnia corke, na zewnatrz zycie
ukladalo sie calkiem ladnie, dom pod miastem, samochody, wakacje za granica 2-
3 razy w roku, psy, kot..., dziadkowie w poblizu, spokojne, zamozne choc
bardzo pracowite zycie. Nam nie ukladalo sie od poczatku, choc ogromna praca
i checia jakos latalismy rany. roznilismy sie tak wieloma rzeczami, sposobem
spedzania wolnego czasu, temperamentem seksualnym, charakterem, wlasciwie
mijalismy sie w domu - prowadzac go jednak jak dobrze funkcjonujaca firme.
Wlasciwie nie nauczylismy sie rozmawiac ze soba przez te wszystkie lata (choc
mam poczucie, ze wiele razy probowalem). Zona od poczatku miala zupelnie inny
temperament seksualny - "czesto bolala ja głowa", często odmawiała tak ze
czułem się natrętem. Stawało się to dla mnie torturą,bo byłem wierny, a ona
ma piękne (ma je nadal!), kuszące ciało (zajrzyjcie do muzeum Kapitolińskiego
w Rzymie - jest tam taka rzeźba...). Bardzo wcześnie zasypiała, wieczorem
przychodziłem do niej - ale gdy całowałem ją lub po prostu wyciągałem jej
gazetę z ręki i gasiłem lampę nocną - złościła się. Chodziłem sfrustrowany.
Zły. Zdarzały mi się okazje, aby ją zdradzić, ale nie myślałem wówczas nigdy
że warto. Żona miewała napady niepohamowanej wściekłości. Zaczęliśmy się
kłócić. Krzyczeliśmy razem na naszą małą córeczkę. Mimo to czas sie toczyl a
bylo i wiele dobrych chwil. Oboje robilismy kariery (tak nie calkiem duże ale
i nie calkiem male). Zona nie chciala moec kolejnego dziecka - bala sie o
swoje zdrowie - teraz mysle ze to dbrze - choc ja bardzochcialem i o to tez
sie spieralismy. Kilka lat potem żona mnie zdradziła - lub udała zdradę -
jak mówi sama - poszliśmy na zupełnie nieudaną terapię, ja w jej trakcie
zgodziłem się na wszystko - zacząłem udawać, że wszystko jest w porządku,
czekałem aż coś się na prawdę zmieni. Usmiechalismy sie do Siebie i oddalali
wszystkie problemy, nie rozmawiając. Na narty wyjeżdżałem sam albo z
córeczką. Napady złości (i chyba depresji ?) żony wróciły - wysłałem ją do
psychologa - pomagało ale tylko na jakiś czas. Nie prosiłem żony abyśmy ze
sobą sypiali, mimo ze pragnąłem jej ogromnie, czekałem. Okazało się, że jej
własny zegar to mniej więcej raz na 3-4 tygodnie. Zacząłem spędzać czas w
internecie, oglądając pornografię, umawiając się na czacie i nie przychodząc
później na randki. Trochęjak w samotności w sieci. Ale zacząłem szukać. Mając
poczucie ogromnej samotności zakochałem się bezrozumnie w byłej narkomance,
teraz alkoholiczce - do niczego nie doszło a ja na szczęście otrząsnąłem się
z tego. Wieczorami moja żona zasypiała w łóżku przed telewizorem (a gdy nie
spała, prosiła bym kładłsię do niego tak by jej nie zasłaniać), a ja
pracowałem albo częściej siedziałem w sieci. Jakiś czas temu spotkałem
dziewczynę, z którą potrafiłem rozmawiać, która była dla mnie czuła i dobra,
potrafiłem jej dawać siebie i dostawałem od niej czułość dobroć spokój i
miłość. Odszedłem od żony, wyprowadziłem się z domu. Rozpoczęło się dla mnie
piekło, moja żona zaczęła mówić córce, że odszedłem bo się zużyła, że jej nie
kocham, moja mama zaczęła bać się że żona odetnie ją od możliwości spotykania
się z ukochaną wnuczką, a ja zacząłem strasznie tęsknić za córką, za swoim
domem, za tyloma dobrymi rzeczami, które w ciągu wielu lat tam przeżyłem (bo
przecież piszę tylko o tych złych, a było wiele wspólnych wakacji, śniadań,
śpiewania piosenek przy gitarze, a żona to cała moja młodość - znamy się od
naszego 17 roku życia). Od tego czasu mineło wiele miesięcy - nic sie nie
zmieniło - mieszkam z dziewczyna do ktorej odszedlem, mam wszystko -jej
dobroc, spokoj, wspolnie spedzany czas, zainteresowania. a jednak nie daje
sobie rady z wyrzutami sumienia - zdradzilem, opuscilem zone i dziecko - i
choc nie wiem jak wrocic i nie wiem do czego - zmienilo sie tylko na gorsze,
a proby porozumienia z zona, na ktore potrafilem sie odwazyc ne zostaly
przyjete - to czuje sie coraz bardziej samotny i zrozpaczony.
Nie zaluje, że odszedlem - od czasu odejscia mam znacznie lepszy kontakt z
corka - zrozumiałem, że przelewałem na nią wszystkie swoje niespełnione
życiowe marzenia. Żałuję, że nie potrafiłem wrócić. Żałuję, że nie wiem jak
orozumieć się ze swoją żoną, jak mieć nadzieję, że coś się jeszcze zmienić
może. Spędzam czas na rozmowach u psychoterapeutów. Inadal nie wiem jak
powinienem poprowadzić swoje małżeństwo od początku , tak aby nie stało się
torturą dla nas obojga. Gdy myślę racjonalnie - w dzień nie widzę podstaw do
powrotu, ale nocą tęsknię za swoją żoną (choć nie wiem za czym?), i chcę
wracać (doczego?). I mieszkam z kobietą pełną miłości i spokoju a chcę wrócić
do miejsca, które było dla mnie torturą. I nie rozumiem. I nie wiem. Będę
miał dziecko. Urodzi się latem. Zawsze pragnąłem mieć jeszcze dwoje dzieci.I
nie potrafię się cieszyć. I powinienem poprosić o rozwód - i nie chcę. Chcę
spróbować naprawić moje małeństwo - i nie wiem jak. A z resztą na to pewnie
jest już za późno... A moja opieka, troska i miłość należy się także i mojemu
obecnemu domowi.