Dodaj do ulubionych

porzucona....jak sie pozbierać......?

    • rtz.rtz Re: porzucona....jak sie pozbierać......? 22.02.06, 12:35
      150 wpisów na pół roku, sukces:-)
    • leeloo2002 Re: porzucona....jak sie pozbierać......? 22.02.06, 19:23
      Tylko nie szukaj w sobie winy. nie dobijaj sie. Nie wierze w przyjazn "po" i
      tekst "zostanmy przyjaciolmi" uwazam za durny i wkurzajacy. Oczywiscie nie
      musisz byc jego wrogiem, ale podczas gdy on moze traktowac to rzeczywiscie jak
      przyjazn dla Ciebie bedzie to chore doswiadczenie bo bedziesz podswiadomie
      liczyla na cos wiecej i zyla namiastka tego co wczesniej.
      Najlepiej calkowicie zrezygnuj ze spotkan.
      Wyznaje wczesniej juz tu wyznawana teorie, ze widocznie "tak mialo byc".
      Teraz sobie spokojnie pozyj, wycisz sie i uwierz, ze wzystko co najpiekniejsze
      przed Toba
      • caprissa Re: porzucona....jak sie pozbierać......? 22.02.06, 19:31
        no niedokonca tak. ja nie wiem czemu, ale zawsze ci co sa winni szukaj w sobie
        wszytskiego tylko nie winy. A ci co sa niewinni własnie sobie wine przypisuja.
        Poza tym wina lezy tam gdzie lezy, u kazdej pary gdzie indziej. U jednej jets
        po obu stronach, u drugeij po jednej itd.
        czy tak mialo byc - to dziecinne, nic nie miało byc bo relacje sa wynikiem
        czegos, my mamy wpływ na to jak bedzie. Jak np drazni mnie jego spoznianie to
        mowie mu o tym. Ale jak widze, ze nic z tego, a on tak fajnie zartuje na temat
        tego, to widac, ze ta wada nie stanowi dla nas przeszkody, niby dzieli a łaczy -
        smiejemy, nabijamy sie z tego. Znałam zone co nabiajala sie z meza - pewnie
        wstał i wbiegu ubiera kapcie, a my czekalismy. I jak przyszedł to ona takimi
        radosnymi oczyma go powitała. Pasta zakrecona smiała sie czy powedrowała za
        Toba itd.
      • agnes05 Re: porzucona....jak sie pozbierać......? 22.02.06, 21:44
        Jejciu dziewczyny!!!
        Jak zakładałam ten wątek nie myślałam ze zostanie tak długo aktualny...Dziękuje
        dziewczynie która go odszukała:)
        Ciesze sie ze tylu Wam to pomogło...mnie też.
        Bardzo.
        Ten czas po był najgorszym w moim życiu...gdybym nie chwytała sie każdej deski
        ratunku która mi wpadnie do głowy,ciężko by było....
        hmm...jeśli chodzi o mnie to wiele sie zdarzyło.Ten czas minął jak kroki milowe,
        nie rozmawiałam z tamtą osobą,chociaż ona chciała do mnie przyjeżdzać itd.Teraz
        zaczełam rozmawiać-takie koleżeńskie rozmowy na necie.Myślałam ze już nic nie
        czuje...zabiło gwałtowniej serce:/Przyłapałam sie na tym ze sie denerwuje-a
        powinnam być zimna i oziębła hmm..
        Ale najważniejsza spraWA!!! Mam chłopaka...!
        Tak też jestem w szoku.Facet jest cudowny,taki szczery i tak dobry...kiedy
        powiedziałam-ze jestem po związku ze sie zawiodłam i ze potrzebuje
        czasu,powiedział ze poczeka...teraz sie samo toczy,chodzimy 2 miesiące.
        Jest taki zakochany..moje przyjaciółki mówią ze to wielki skarb..
        Tylko ja mam problemy...tańcze z Nim..leci piosenka kojarząca mi sie z
        tamtym...i chce mi sie płakać...nie czuje tego...
        Czy to dlatego ze jest za wcześnie?
        Jestem teraz z tym i żyje nadzieją ze sie przekonam...
        A tamten...wysłał mi wiersz na walentynki...:(
        • alpha01 no prosze.......szczesliwa suczysko 22.02.06, 21:46
          agnes05 napisała:
          gdybym nie chwytała sie każdej deski
          > ratunku która mi wpadnie do głowy,ciężko by było...


          > A tamten...wysłał mi wiersz na walentynki...:(

          xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
          wiersz dfoastala owa nieszczesnica na walentynki....a ode mnie gumowy ogor i
          klap z buta w siedzisko.
        • agnes05 Re: porzucona....jak sie pozbierać......? 22.02.06, 21:54
          Słowem...minęło dużo czasu..jestem tak daleko od tamtej osoby..ale chciałabym
          go zobaczyć...ma inną...ja mam innego...
          Ranie tego z kim jestem!!!Najbardziej tego nie chce ale nie wiem co mam
          robić,każdy krok mnie pogrąża,odezwanie sie tamtego obudziło skrywane uczucia!!
          Czy można WYBIC klina klinem??
          Zycie tak sie potoczyło...mam skarb,WIEM ze takiego faceta już nie
          spotkam..albo będzie ciężko!!Ale nie potrafie Go docenić,a myśle o kretynie,o
          tym,którego pół roku na żywo nie widziałam...O tym który mnie porzucił..i tak
          bardzo zranił ze zastanawiam sie czy już zawsze nie będe umiała tworzyć
          normalnych związków?
          • magdalenav Re: porzucona....jak sie pozbierać......? 23.02.06, 01:13
            Cześć dziewczyny,
            ale mnie ucieszyłyście, tyle wpisów. Czuję się jakbym po latach spotkała stare
            przyjaciółki. Najbardziej cieszę się, że odezwałaś się Ty, Agnes. Teraz mogę Ci
            raz jeszcze podziękować za ten wątek. Może uratowałaś mi życie. Ty i cała
            reszta i tych płaczących, i tych wylewających nam kubły zimnej wody na głowy.
            Dzięki. To bardzo ważne, gdy można pogadać z kimś kto rozumie o czym się chce
            powiedzieć. Mnie najwyraźniej pomogło. Nie jest dobrze, ale powolutku budzę się
            do życia. Może coś jeszcze z tego będzie.
            Hurtem odpowiem:
            rtz.rtz. - 150 wpisów to nie sukces, to tragedia.
            leeloo - masz rację o przyjaźni nie ma mowy, straciłam zaufanie, nie wiem co
            musiałby zrobić, żeby wróciło.
            caprissa - z tym poczuciem winy trafiłaś w dziesiątkę, ale ja po analizie
            swoich zachowań wiem, że to nie moja wina. A jeśli była to w jakimś stopniu
            moja wina to i tak nic nieusprawiedliwia jego zachowania, tzn. sposobu w jaki
            mnie porzucił.
            kobbieta - dwóch wrociło? dzięki za nadzieję, bo wciąż się łudzę, że może...
            jednak...
            tygrysku - walcz ze sobą, nie wracaj do tego toksycznego związku, tak sądzę.

            Ewa, cieszę się z Twoich słów, że może to przeżycie przyniesie jakiś pozytywny
            skutek. Ja wiem, że się zmieniłam, wciąż się zmieniam po tym przeżyciu. Ale czy
            te zmiany będą dla mnie lepsze. Nie potrafię odnaleźć tamtej osoby, jaką byłam.
            Jaka będę...? I jeszcze o przebaczeniu. Tak, to pewnie uzdrawia, ale ja jestem
            na takim etapie, że ulgę przyniosłyby mi choćby jakieś rękoczyny. Zresztą
            jestem w takiej huśtawce uczuć i nastrojów, że samej mi się trudno w tym
            połapać.
            Agnes, bardzo się cieszę, że spotkałaś kogoś wartościowego. Że nie jesteś sama.
            Ja próbowałam, ale nie potrafię. Może jeszcze nie potrafię, może nigdy nie
            odważę się na coś trwalszego. Ale doskonale rozumiem Twoje rozterki, tęsknotę.
            Wciąż kochamy... taka jest chyba prawda. Ale czy ryzyko powrotu do dawnego
            związku nie jest zbyt duże.
            Przepraszam, że sie tak rozgadałam, ale nie mogę się po prostu nacieszyć
            odzewem. Myślałam, że nikt się nie odezwie.
            Sorki, za skróty myślowe, ale chciałam króciutko choćby pogadac z każdą z Was.
            Myślę, że jeszcze pogadamy.
            • timeaa Re: porzucona....jak sie pozbierać......? 23.02.06, 19:27
              ja niestety dopiero teraz natknelam sie na ten watek, szkoda, ze tak pozno....
              Rowniez borykam sie z podobnym problemem, ale duuuuzo dluzej i powoli trace
              nadzieje, ze to kiedykolwiek minie....
              Byla wielka rozpacz, lzy i wszystko inne stracilo sens. Dlugo nie moglam sie
              pozbierac, nie spalam po nocach, nie jadlam, stawalam sie cieniem czlowieka.
              Nie potrafilam zapomniec, nie bylo dnia, zebym nie myslala o Nim.
              Tez zaproponowal, abysmy zostali przyjaciolmi. Kazdy kontak z Nim zabijal mnie,
              ale jednak nie potrafilam tego urwac, bo wciaz mialam nadzieje, ze moze jeszcze
              bedzie szansa.... Popadalam w obled. Probowalam stawac na nogi, byc silna, ale
              wystarczyl jeden sygnal z Jego strony, a wracal stan emocjonalny, jakby to bylo
              wczoraj. Pozniej probowalam zapomniec w inny sposob..... Pojawiali sie kolejni
              mezczyzni, a ja nie potrafilam sie zaangazowac w zaden zwiazek. Z kazdym
              kolejnym uswiadamialam sobie, jak bardzo mi go brakuje. Dzis jestem sama. Nie
              potrafie zwiazac sie z nikim innym. Nie wiem, moze jeszcze za wczesnie, ale po
              prostu dzis nie umiem :-(
              • magdalenav Re: porzucona....jak sie pozbierać......? 23.02.06, 20:07
                Cześć Timeaa,
                po przeczytaniu Twoich słów jedyne co mi przyszło do głowy to chęć użycia
                mocniejszego słowa.
                Czemu to nam się zdarzyło? Jesteśmy jakieś gorsze? Nie wiem - głupsze? Aż tak
                bardzo uzależniamy się od mężczyzn?
                Ktoś tu napisał, że taki stan, okres swoistej "żałoby", może trwać trzy
                miesiące no, może kilka więcej. Ja nie mogę sobie z tym poradzić już od dwu
                lat. Jak widzę nie jestem osamotniona. Przeżyłam to samo: bezsenność, utratę
                wagi, pełną paletę emocji, łzy, rozpacz... Dziś nie mam ochoty na życie.
                Różnica między nami: nie szukam towarzystwa mężczyzn, próbowałam - raz. Może to
                nie była odpowiednia chwila, może nieodpowiedni facet. Trwało chwilkę i nie
                chcę tego kontynuować. Ja, która kocham się kochać, uwielbiam seks i tak jak
                każda "baba" chciałabym mieć przy sobie swojego mężczyznę nie szukam ich
                towarzystwa, przestali mnie interesować. Gdzieś w głębi duszy pragnę tylko
                jego, a jednocześnie wszystko mi mówi, że to niemożliwe.
                Strasznie nas pokiereszowało... Co dalej... ?
              • agnes05 Re: porzucona....jak sie pozbierać......? 23.02.06, 20:29
                timeaa..tak mi przykro:(
                Jak czytam Twoją wypowiedz to tak jakby była o mnie...:(
                Mam nadzieje ze pomoże Ci moja poprzednia wypowiedz.
                Poradzisz sobie zobaczysz...
                Człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego,jaki jest silny:)
                Walcz o siebie!!
                Wiem ze zawsze będzie ta drzazga w sercu..bo też ją nosze:/
                Kontakty z nim rozdrapują rany,więc najlepiej je ograniczać,albo skończyć
                wogóle.
                Gdy sie ostatnio odezwał...znów wszystko we mnie rozbudził..
                zaczełam sie zastanawiać jak teraz wygląda...i cicho marzyć..ze może go spotkam
                kiedyś?
                Ta nadzieja wystarczyła,aby zakłuło gdy dowiedziałam sie ze kogoś ma.
                Tyle razy mnie zranił...właśnie czymś takim...kiedy zaczynam
                zapominać...układam sobie życie...on sie pojawia i rozpieprza wszystko.
                A potem rani na nowo.
                Z bólem zostaje sama...
                Damy rade przetrwamy to!!!Same czy w związkach...będziemy kiedyś w życiu
                szczęśliwe!!Najważniejsze ,by nauczyć sie egoizmu tak właśnie egoizmu!!
                Tego czego mi zwylke brakuje.Trzeba myśleć o swoim dobrze i tym sie kierować:)
                Pozdrawiam i dużo słońca
                • alpha01 wypucuj pazdziocha,szkapo.Minie jak po peralginie 23.02.06, 20:35
                  agnes05 napisała:
                  Trzeba myśleć o swoim dobrze i tym sie kierować:)
                  > Pozdrawiam i dużo słońca

                  xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
                  a to to typowy strzal z pazdziocha
                  • caprissa Re: wypucuj pazdziocha,szkapo.Minie jak po peralg 23.02.06, 20:48
                    zcyli trzebna przestac robic se nadzieje jak facet od poczatku mowił ze ceni i
                    wsjo.
                    • alpha01 wypucuj pazdziocha,szkapo.Minie jak po peralginie 23.02.06, 20:54
                      caprissa napisała:

                      > zcyli trzebna przestac robic se nadzieje jak facet od poczatku mowił ze ceni
                      i
                      > wsjo.

                      xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

                      no i po co to...raz kolejny,wyskrob ty sobie z pazdziocha bo cuchniesz
                • caprissa Re: porzucona....jak sie pozbierać......? 23.02.06, 20:41
                  Kobieto Ty sie saa ranisz. On zyje swoim zyciem a to Ty raczje z samotnosci
                  znow wzbudzasz sobie emocje. To nie miłosc. Poza tym to uklocie zazdrosci ze
                  kogos ma od dawn miał. Tylko Ty nie chciałas to przyjac do wiadomosci. gdyby
                  tak było juz bys nie raniła siebie rozdrapujac rany co sama sobie zadałas.
              • caprissa Re: porzucona....jak sie pozbierać......? 23.02.06, 20:44
                Jest za wczesnie. to daltego. Poza tym same sobie odpowiadcie - To wy same
                DAJECIE sobie nadzieje jets wolny zatem moze ze mna bedzie a facet od 2 lat
                mowił, ze nie kocha, lubi ceni to wsjo. Same sobie rany zadajecie. Zostawcie
                ich juz w spokoju:)
            • agnes05 Re: porzucona....jak sie pozbierać......? 23.02.06, 20:17
              Czesć wszystkim:)
              Dzięki magdalenav za te ciepłe słowa..
              Założyłam ten wątek...by porozmawiać z kimś z innego otoczenia,by
              odetchnąć...móc sie wygadać i pozbyć jakoś tego bólu który mnie rozrywał od
              środka...nie wiem jak mi sie ta stronka nawineła,jakoś czysto przypadkiem i to
              w bardzo "sprzyjających"okolicznościach.
              Musze powiedzieć ze strasznie mi pomogliście,ten wątek dodałam do Ulubionych i
              dużo sie nim kierowałam...np odrzucajac Jego prośby o spotkania,przyjażń...
              To nadal boli,masz racje nadal kochamy...
              W tym czasie sięgnałam też po dużo książek psychologicznych,które przyniosły
              ukojenie.I musze powiedzieć to co wyczytałam:
              --ten czas,samotności jest najważnieszym czasem w życiu.Póżniej jak znajdziemy
              już kogoś,nigdy nie będziemy miały czasu na tyle przemyśleń ,na tyle
              samodoskonaleń siebie.Ten czas jest nam dany i możemy go bardzo dobrze
              spożytkować,aby wyjść z niego mądrzejsze o pewne doświadczenia,mocniejsze.
              To także czas walki o swoje potrzeby,o odzyskanie radości życia.
              --rozpocząć kolejny związek można tylko wtedy,gdy pokocha sie siebie spowrotem.
              Gdy odzyska sie chęć zycia.I nie można już dopuścić do takiej styuacji,do
              której dopuściłam(i wiele z Was pewnie także)iz "uzależniamy sie "od
              partnera.To on podnosi nam samoocene,bez niego nie umiemy żyć..póżniej on nas
              perfidnie porzucaa my nie mamy sił by sie dzwignąć:/
              Chcac-niechcąc wyszłam z tej okropnej sytuacji silniejsza,teraz smieje sie i
              moge żyć...wcześniej musiałam walczyć o to by sie śmiać..
              Krótko po rozstaniu zdałam egzamin ,z którym wcześniej bardzo sie
              męczyłam.Zrobiłam to dla siebie.
              Tego Wam życze dziewczyny!Wykorzystajcie ten PRZEJSCIOWY czas dla
              siebie,bądzcie dla siebie dobre(czemu nie jeść normalnie,czemu sie nie
              rozpieszczać?Nie zmienić fryzury nie kupić czegoś fajnego?)pełniajcie marzenia
              i pokażcie im ze umiecie bez nich życ!!
              I najważniejsze.Zmieńcie swoje nastawienie.Jeśli o Was nie dbają,krzywdzą
              Was..znajdą sie tacy ktorzy Was docenią!!A ci pożałują tego co robili...
              Liczycie sie WY!!!

    • alpha01 a tu...zdziry sfora utwierdzaja sie w idiotyzmie 23.02.06, 20:18
      tak od switu do rana....kapsko swedzi....na forym,pazdzioch tylni zapchany...na
      forum.A nie przetkac se to palcem obu tych padziochow?
      • magdalenav Re: a tu...zdziry sfora utwierdzaja sie w idiotyz 24.02.06, 01:03
        Wszystko się zgadza Agnes. Jeśli jeszcze żyjemy to się pozbieramy. Jedne po
        kilku tygodniach, innym zajmie to więcej czasu. Każdy dzień to kolejne
        przemyślenia i wnioski, ja wciąż analizuję, odkrywam na nowo różne niuanse
        naszej znajomości w kontekście tego co się stało. Jedno z dominujących uczuć to
        poczucie ztraconego czasu. Tych kilkanaście lat, które z nim przeżyłam to dla
        mnie czas zmarnowany, nie potrafię przywołać jednego dobrego wspomnienia. Bo to
        było oszustwo. Byłam tylko zabawką. Zabawka sie znudziła, odkrył chłopczyk nowe
        zabaweczki, więc stara zabawka out, do kosza. Ot, wszystko.
        Też dużo czytałam. Między innymi o róznicach między nami i mężczyznami.
        Niestety są ogromne. To stąd biorą się nasze problemy. My widzimy w nich
        dorosłych, odpowiedzialnych ludzi, a to nie ludzie, to mężczyźni czyli zupełnie
        inny gatunek człowieka. Wiecie, że różnimy się 5% genotypu? To jest taka
        różnica, jak między czlowiekiem a szympansem. Oczywiście na korzyść kobiet :-)
        • timeaa tak... poczucie straconego czasu.... 24.02.06, 11:40
          Dziewczyny dziekuje Wam za wypowiedzi, to naprawde bardzo pomaga....
          Tez wciaz to rozdrapuje, analizuje, moze juz coraz rzadziej, ale jednak....
          I rowniez czasami dopada mnie poczucie straconego czasu, ale nie tego, ktory
          spedzilismy razem, ale bardziej tego teraz. Ten mozolny trud odbudowywania
          rownowagi.... Niektorzy potrafia szybciej otrzasnac sie, zamknac za soba drzwi
          calkowicie. Niestety nie naleze do nich. Pozostaje mi jedynie cieszyc sie, ze
          ten czas, to tez odkrycie mnie samej, jaka naprawde jestem, jak przezywam, jak
          reaguje, bo okazuje sie, ze wcale nie jestem taka silna, jak kiedys myslalam, ze
          jestem bardziej sentymentalna...., bo niestety oprocz tych wnioskow, w tym
          czasie nie zrobilam za wiele dla siebie. Ja taka kiedys "ulozona", z programem
          na zycie wytrwale dazylam do wybranego celu....i ten cel gdzies sie zagubil.
          Stracilam tyle czasu...
          Tak, chyba bardzo uzalezniam sie od mezczyzn, tylko nie bylam tego do konca
          swiadoma..., ale taka juz moja natura, ze jak juz sie w cos zaangazuje to cala
          soba, jak kocham to bez pamieci, ze w koncu sama sie zatracam.... I jak dochodzi
          do takich sytuacji, kiedy ktos odchodzi, to nie potrafie dalej zyc....
          Dzis pracuje nad tym. Sa chwile, kiedy jest lepiej, kiedy wydaje mi sie, ze mam
          to juz wszystko za soba, ze zaczyna sie nowy rozdzial, a potem przychodzi jakas
          mala chwila slabosci, jakis sygnal z przeszlosci i znow dopada mnie smutek.
          Nienawidze tej hustawki nastrojow....
          Ale chce wierzyc, ze to minie, ze bede jeszcze kiedys szczesliwa! Bo kiedys do
          cholery to musi sie skonczyc! I przyjdzie i dla mnie dobry czas!
          Cierpliwosc, to to czego mi teraz potrzeba najbardziej.

          Dziewczyny trzymam kciuki, aby dla nas wszystkich zaswiecilo slonko! :-)
          • tygrysek27 Nie dają spokoju... 24.02.06, 15:43
            timeaa, tak się uśmiechnęłam pod nosem czytając ciebie... miałam wrażenie
            jakbyś skalkowała moje uczucia/odczucia. Też kiedyś byłam pełną życia,
            usmiechniętą dziewczyną, zawsze do przodu, z wiarą i jakimś zapałem na życie. A
            teraz - oklapły smutny babiszon co pali faję za fają.

            Dzisiaj wiecie co mi napisał: "obiecałem...ale tak cholernie trudno nie myślec o
            Tobie!.Przepraszam"
            I moją jutrzejsza rankdę szlag strzelił. Tak jak któraś z Was napisała -
            poukładam sobie pomalutku, wydaje się że wszystko jest w miarę dobrze i
            wystarczy jeden sms, telefon od niego i ......
            A przeciez tak się szarpaliśmy bez sensu w tym związku.

            Mijają 4 miesiące. Bardzo tęsknię, cholernie. Teraz już idę w zaparte, uparłam
            się jak nigdy w życiu. Muszę wytrwać.

            P.S. Do tego trace pracę :( zajefajnie , co? Pozdrawiam
            • magdalenav Re: Nie dają spokoju... 24.02.06, 23:18
              Jakbym czytała o sobie, Timea. Miałam podobne odczucie jak Tygrysek po
              przeczytaniu Twoich słów.
              Poczucie straconego czasu, bo te lata z nim spędzone, gdy wydawało mi się, że
              jest tak dobrze okazały się ułudą. Dla niego to nic nie znaczyło, choć
              codziennie słyszałam, jaka jestem ważna i jak mnie kocha. To było nic. Przez te
              lata dla mnie najważniejszy był on. Dla niego ja byłam tylko dodatkiem do jego
              wspaniałego życia. On poszedł dalej, robi karierę. Mnie zostawił właściwie w
              dniu, w którym straciłam pracę. Cios za ciosem. Nawet go nie interesuje czy
              żyję, jak sobie radzę. Nic. Tak niektórzy ludzie porzucają swoje psy. Mylę się?
              Więc kim dla niego byłam? Jak mam mysleć dobrze o tych wspólnych dniach, które
              rozpłynęły się jak mydlana bańka.
              Poczucie straconego czasu to również te miesiące bez niego, kiedy załamana
              traciłam cenne chwile rycząc po kątach, kiedy nie miałam siły podjąć żadnej
              decyzji, kiedy miotałam się szukając pracy, bo zdychałam z głodu. I gdzie mój
              macho był wtedy?
              Huśtawka nastrojów trwa wciąż od wybuchów płaczu, poprzez chwile marazmu i
              depresji, po kolejne próby na zasadzie nie dam się to jest moje życie muszę z
              nim coś zrobić, żeby go dalej nie marnować. I tak, jak ty Tygrysku, faja za
              fają. Myślę, że nie pomaga Ci to, że się kontaktujecie. To jak ciągłe
              rozdrapywanie rany. Nie zagoi się w ten sposób. My ostatni raz rozmawialiśmy
              przez telefon ponad pół roku temu, potem było kilka przypadkowych spotkań, ale
              już bez rozmów. Ja postanowiłam sobie, że już nie będę podejmowała prób
              kontaktu. I tak myśle o nim bezustannie, choć jestem pewna, że on już o mnie
              nie myśli.
              Wiecie co jest dla mnie najtrudniejsze? Powroty do domu. Był czas, że
              zaczynałam płakać już na schodach. Teraz zdarza mi się to coraz rzadziej, ale
              wciąż jest to trudny moment. Czasem wracam, siadam w przedpokoju i nie wiem co
              mam ze sobą zrobić w pustym mieszkaniu, wiedząc, że mam przed sobą samotny
              wieczór z milczącym telefonem.
              Znów się rozgadałam...wybaczcie, ale to mi chyba najbardziej pomaga. Trzymajcie
              się :-)
              • timeaa Re: Nie dają spokoju... 25.02.06, 11:56
                Magda, ja mialam podobna sytuacje! - rozniez w tym samym czasie stracilam prace!
                Wlasciwie to nie wiem juz, co bylo pierwsze.... W kazdym razie, gdy powiedzialam
                mu o stracie pracy, on juz wiedzial, ze chce wszystko zakonczyc....
                Zero taktu i wyczucia sytuacji - nie zwlekal, prosto z mostu oznajmil mi w tym
                samym dniu swoja decyzje. Wtedy tego nie rozmumialam, ludzilam sie, ze to takie
                chwilowe jego kaprysy.... Jednak powoli zaczelo do mnie docierac, jak z dnia na
                dzien urwal sie kontak. Nie bylo telefonow, smsow, wspolnych wieczorow i nocy,
                nie bylo rozmow przy kolacji, wspolnych zakupow..... Z dnia na dzien wszystko
                sie zmienilo.
                Dlatego doskonale rozumiem, co musialas czuc wtedy....
                Ja probowalam sie mobilizowac do szukania nowej pracy, ale brak mi bylo zaciecia
                do czagokolwiek. Przerazala mnie jednak mysl o siedzeniu w domu samotnie i
                bezczynnie, nikomu niepotrzebna zupelnie. Dlatego zadowolilam sie byle pierwsza
                napotkana oferta.... I tak jest do dzis, czuje sie niespelniona, bo brak mi bylo
                sil, aby podjac wtedy jakiekolwiek inne kroki.
                I rowniez nienawidze powrotow do domu. Staram sie spedzac tam jak najmniej
                czasu.... I jest to przykre, bo kiedys bardzo to lubilam. Lubilam krzatac sie po
                mieszkaniu, urzadzac, przestawiac, gotowac...., ale wszystko dla kogos.
                Oberwalam bardzo po glowie. Dzis juz wiem, ze nie wolno tak bardzo uzalezniac
                sie od ludzi. Mam nadziej, ze nigdy wiecej nie popelnie takiego bledu.

                ....tez potrzebuje sie wygadac, to pomaga.

                Trzymajcie sie!
                • magdalenav Re: faceci to nieodpowiedzialne gnojki 26.02.06, 00:23
                  Zajrzałam tu znów. Planowałam zrobic sobie przerwę, bo może przynudzam tymi
                  swoimi wynurzeniami, ale ...
                  Wiesz Timea dlaczego zostałyśmy porzucone? Bo nasi faceci to nieodpowiedzialne
                  gnojki. Sytuacja ich przerosła i dali nogę. Gdy dostałam wypowiedzenie, a stało
                  się to nagle, pierwszą moją reakcją był telefon do mojego ukochanego. Myślę, że
                  w tym samym momencie skończyła się nasza wieloletnia znajomość. W tym dniu już
                  nie miałam z nim kontaktu. Spotkaliśmy się dopiero po kilku dniach, bo po co
                  miał się spieszyć. Nawet mnie nie przytulił. Skończyła sie też ochota na seks.
                  Nie pomógł mi w niczym, nawet ze mną nie porozmawiał o tej sytuacji. Przestał
                  się mną interesować. Coraz rzadsze spotkania, coraz mniej telefonów, aż
                  któregoś dnia zamilkł. A ja szalałam... Nawet nie miał odwagi powiedzieć mi że
                  to koniec. I musiałam sobie radzić sama, choć czułam się dokładnie tak jak Ty.
                  Zaczęłam robić jakieś cokolwiek, byle co. Myślę, że gdyby tylko ze mną był,
                  wspomógł w tych trudnych chwilach, przytulił podjęłabym bardziej racjonalne
                  decyzje. Nie musiałby mi nic "załatwiać". Ale nie, jednego dnia cios -
                  zwolnienie z pracy - następnego dnia drugi cios, tym razem bardziej celny: w
                  samo serce. Dokładnie wiem co czujesz, jaki to ból.
                  Nie wiem czy zauważyłyście, ale takie historie zdarzają się bardzo często. Na
                  przykład: udane małżeństwo, rodzi im sie dziecko. Okazuje się, że jest
                  niepełnosprawne. I co robi Facet? Odchodzi w siną dal. Itp. Przykładów jest
                  cała masa.
                  A my Timea trafiłyśmy na takich właśnie dupków. Nie są nas warci. Ale to tak
                  boli...
    • hedgehunter Jestem facetem 27.02.06, 10:10
      i to, co tu przeczytałem wywołało rumieniec wstydu na mojej twarzy. Niestety
      drogie panie coraz bardziej zaczynam wierzyć, że my faceci jesteśmy z jakiegoś
      gorszego materiału zrobieni. Obserwuje moich kolegów i znajomych płci męskiej i
      faktycznie coś w tym jest, że mężczyzni nie potrafią sprostać pewnym sytuacjom,
      są tchórzami i zwyczajnie dupkami. Mam kumpla, którego zawsze szanowałem, bo
      wydawał się w porządku, grzeczny wobec kobiet, uprzejmy, z kręgosłupem
      moralnym. Ostatnio zostawił swoją kobietę, świetną babkę. Powód? Najpierw
      podawał jakieś banalne wyjaśnienia dopiero jak pogadalismy tak szczerze wyszło
      szydło z worka. Jego kobieta nie mogła znależć pracy, wpadła z tego powodu w
      depresję a on - człowiek sukcesu - szybciutko wycofał się ze związku i zerwał z
      nią wszelkie kontakty.
      Zastanawiałem się skąd u dzisiejszych facetów takie zachowania i dochodze do
      wniosku, że to przde wszystkim brak wzorca męskiego w rodzinie. Mamusie
      zakochane w swoich synkach, wychwalajace ich pod niebiosa i tatusiowie, których
      nie ma bo odeszli albo prowadzą podwójne życie. Dlatego przy wyborze partnerów
      poobserwujcie stosunki jakie panują w rodzinie faceta. Tam gdzie ojciec jest
      nieodpowiedzialny albo nie ma go wcale tam spotkacie w wiekszości
      mieczakowatych gosci anie facetów z prawdziwego zdarzenia.
      • andzia353 Re: Jestem facetem 27.02.06, 10:53
        ja również dodam coś od siebie, mój chłopak zostawił mnie w momencie, gdy
        miałam duże problemy w pracy i jemu się wypłakiwałam licząc na słowa otuchy,
        oczywiście pocieszał- ale zaraz odszedł do innej...
    • rtz.rtz Re: porzucona....jak sie pozbierać......? 27.02.06, 10:58
      Czy my wszyscy adminko musimy wiedzieć, że mąż Cię w czerwcu kopnął w tyłek? I
      czy do dziś musimy to przeżywać czytając Twój wymęczony wątek?:-)
      • tygrysek27 Re: porzucona....jak sie pozbierać......? 27.02.06, 11:29
        A propos tematu pracy...

        Mój ex miał zawsze wątki do mojej pracy - a co to w ogóle za firma, jak można
        tak mało zarabiać, że niby nie mam ambicji, że powinnam założyć własną firmę itp.

        Nadmienię że pracę na państwowej posadce załatwiła mu mama co oczywiście i tak
        było poniżej jego ambicji ponieważ z zawodu jest dyrektorem ..... swoje
        frustracje przelewał na mnie i tyle. Wiem że gdy go zostawiłam miał jakiś wyskok
        w pracy i poważną rozmowę z dyrektorem który kazał mu wziąc d..ę w troki bo
        inaczej się pożegnają.

        Facet niczego w życiu nie docenia, dopiero jak to straci. Przykre.

        • timeaa Re: porzucona....jak sie pozbierać......? 27.02.06, 13:04
          Miałam tu już nie zaglądać, żeby nie smęcić, ale pokuszę się jeszcze o jedną uwagę.
          Ja generalnie uchodzę za kobietę „twardą”, wytrwałą w działaniu.... Bardzo dużo
          zainwestowałam w wykształcenie i zawsze ważne było dla mnie, aby się rozwijać
          dalej. Stawiałam sobie zawsze wysokie wymagania i cały czas podążałam obraną
          ścieżką. Pracę zmieniałam czasami sama, gdy czułam, że zatrzymałam się w
          miejscu. Zdarzały się też sytuacje, kiedy pracę traciłam, ale nigdy nie
          traktowałam tego w kategoriach katastrofy. Wierzyłam bowiem, że czeka na mnie
          coś lepszego, że to znak, aby pomyśleć o czymś innym. Wszystko miało swój sens,
          ale tylko dlatego, że miałam kogoś, kto tak naprawdę nadawał sens każdemu mojemu
          działaniu.
          Nie jestem stworzona do życia sama dla siebie. Lubię się dzielić radościami, mam
          potrzebę dzielić się tez smutkami, bo w głębi duszy jestem delikatną, wrażliwą
          kobietą i mam swoje słabości, którym potrzebuję dać czasami ujście. I mimo tych
          wszystkich cech, które życie we mnie wykształciło; zaradność, samodzielność etc.
          potrzebuję jak każda inna kobieta wsparcia i męskiego ramienia.....,
          ale z całą pewnością nie jestem marudą, psychicznym obciążeniem, miewam swoje
          przemyślenia, wątpliwości, z którymi się dzielę, bo chyba na tym między innymi
          polega wspolne życie i bycie razem....
          Dlatego już nie wiem, czego oczekują meżczyźni i chyba już nie chce tego
          rozumiec......

          • mathias_sammer Re: porzucona....jak sie pozbierać......? 27.02.06, 13:08
            Tylko tyle, zebys byl soba. Reszta jakos sie ulozy.

            Powodzenia!

            M.S.
            • nattashaa Re: porzucona....jak sie pozbierać......? 27.02.06, 13:11
              Znow uzbierasz 400 wpisow w ciagu kilku lat:) Najlepsze sa dobranoc, dojrzalosc
              i samotnosc. Mathias, coz za sukces:)
            • nattashaa Re: porzucona....jak sie pozbierać......? 27.02.06, 13:11
              Znow uzbierasz 400 wpisow w ciagu kilku lat:) Najlepsze sa dobranoc, dojrzalosc
              i samotnosc. Mathias, coz za sukces:)
            • timeaa Re: porzucona....jak sie pozbierać......? 27.02.06, 13:26
              zawsze jestem sobą
              zawsze naturalna i szczera
              serce na dłoni....

              Wiec nie jest to dobra rada, bo ludzie to tylko wykorzystują....

              Życie mnie bardzo zweryfikowało, oj jak bardzo....

              Teraz będzie tylko lepiej :-)
              • magdalenav Re: porzucona....jak sie pozbierać......? 28.02.06, 00:12
                Ciągnie nas tu, Timeaa, co? Tak tylko zajrzałam, a tu znów kilka wpisów. To
                zasługa Agnes, że znalazłyśmy takie miejsce. Ale masz rację dość tych smęceń.
                Choć pewnie jeszcze tu zajrzę. Może ja będę mogła komuś pomoć?
                Podobnie jak Ty, Timeao, jestem, a może byłam energiczną kobietką. Też
                zmieniałam pracę kilka razy. Ze dwa razy byłam, co prawda krótko, na zasiłku.
                Nie boję się zmian. Ale tym razem było inaczej. Wiesz dlaczego. Powolutku budzę
                się do życia, ale chyba juz nie odnajdę tamtej siebie. W facetach widzę tylko
                egocentryzm, poczucie wyższości nad "babami" i chyba podobnie jak Ty nie mam
                ochoty zastanawiać się nad tym czego chcą. Nie chcę być sama, ale nie wiem czy
                będę w stanie jeszcze komus zaufać. Strasznie mną tąpnęło, to jakieś
                nieodwracalne zmiany w psychice. Czy na lepsze dla mnie? Nie wiem.

                Miło Hedgehunter, że wpadłeś na te nasze babskie "pogaduchy". Mniej miło, że
                masz podobne spostrzeżenia. Więc to prawda. A już myślałam, że popadam w jakiś
                obłęd.
                Faceci to gnojki, może za wyjątkiem Hedgehuntera :-)
                Trzymajcie się dziewczyny. Obyście na swej drodze spotykały tylko prawdziwych
                mężczyzn. :-)
                • tygrysek27 czuje się jak kupa 28.02.06, 10:37
                  znajomi widzieli go z nową dziewczyną
                  wiedziałam że kogoś ma, że próbuje z kimś choć cały czas pisze do mnie że tęskni

                  PO CO ON TO ROBI?

                  Boże jak mi jest obleśnie po tym ....że go widzieli z nową......popłakałam się
                  głupia...... jutro spotykam się ze swoim facetem ale nie umiem się z tego
                  cieszyć - chciałabym zasnąc i nie myśleć, dziewczyny co robić
    • annaryzak76 Re: porzucona....jak sie pozbierać......? 28.02.06, 12:49
      "..Gdy los obedrze nas z piór sensu życia
      połamie skrzydła wolności i radości
      czujemy się jakby wszyscy odeszli
      jakbyśmy zostali sami.. pośrodku mroku i ciszy..
      wśród własnych krzyków i łez..
      lecz nie zapominajmy o tym, co nadal mamy
      o ludziach co nadal nas kochają potrzebują
      o miejscach wciąż na nas czekających
      i o tym ile jeszcze pięknych rzeczy się wydarzy
      ile lotów wśród błękitów i promieni słońca
      więc każdego ranka spróbujmy choć na chwilkę
      unieść się w górę
      oderwać od ziemi, zatopić w wolności
      gdy skrzydła nas wciąż bolą
      nie bójmy się poprosić o pomoc
      jeśli będziemy czegoś naprawdę pragnąć
      osiągniemy to wcześniej niż się spodziewaliśmy
      A więc odkurzmy nasze szydła z pyłów bolesnych wspomnień
      nabierzmy wiatru nadziei
      poczujmy ciepło promyka wiary i wzbijmy się wysoko
      wysoko w błękicie zatopmy nasze ręce
      otulmy chmury marzeń
      i z podniesioną głową lećmy ku słońcu
      naszemu największemu marzeniu.."

      trzymaj się, dasz radę..
      Ania
      • magdalenav Re: porzucona....jak sie pozbierać......? 16.03.06, 00:36
        Piękny wiersz, Aniu, dzięki.
        Szukałam i szukam pomocy wszędzie, również w lekturze. A to fragment artykułu o
        rozstaniach, może coś którejś z Was pomogą te przemyślenia psychologa:
        Pożegnania są jednym z najbardziej traumatycznych i trudnych doświadczeń,
        również, dlatego, że tracimy zdolność widzenia przyszłości. Zerwanie więzi to
        moment, kiedy nasze życie zamiera, gwał-townie się urywa. Istnieją wtedy tylko
        dwie perspektywy: przeszła i obecna. Rozpacz upośledza postrze-ganie czasu. Nie
        widzimy jutra, nie widzimy przyszłości. Każda minuta jest nasączona cierpieniem.
        Roz-stanie jak pasożyt żywi się dniem dzisiejszym. Nie chce przeminąć stać się
        wspomnieniem. Rozrasta się w nas, obdarza negatywną mocą. Powoduje smutek, żal,
        bezradność i wściekłość. Napady płaczu, paniki, bezradności, depresji.
        Amputujemy siebie ze związku, a to boli. Jest to ból fantomowy. Trudny do
        ukoje-nia, ponieważ boli to, czego już nie ma. Nie ma „nas dwojga”. Jesteśmy już
        osobne, oddzielone, pojedyn-cze. Poczuciu odrzucenia i krzywdy towarzyszy
        bezsilność i wyobcowanie, a także świadomość braku przynależności. Jego już nie
        ma, ale jest pełno śladów po nim, znaków miłości, rekwizytów dawnego życia.
        Świat wydaje się nam nagle chłodny, obcy i niebezpieczny. Nie możemy już stąpać
        po wydepta-nych ścieżkach, bo ich już nie ma. We własnej skórze czujemy się jak
        cudzoziemka we wrogim kraju.
        Pod pancerzem lęku
        Rozstanie pozbawia nas kontaktu z naszą wewnętrzną mocą, która popycha na do
        przodu, spra-wia, że mamy siłę stawiać czoło przeciwnościom losu i podejmować
        nowe wyzwania. Żyjemy jak za szklaną szybą, która ledwo przepuszcza światło. W
        miejsce: „Byłam kochana i kochałam” stale powraca myśl: „Jestem porzucona,
        niekochana, gorsza”.
        Tymczasem rozstanie to rodzaj zmiany. Bywa, że zmiany, której nie chciałyśmy.
        Albo takiej,
        z którą nie możemy się pogodzić. Być może odeszłyśmy, bo każda wersja życia bez
        niego wydawała się lepsza. Nie przeczuwałyśmy, że mimo to będzie tak bolało. A
        jednak każde zerwanie niesie ze sobą obietnicę nowego. W każdym zmierzchu
        związku tkwi już zalążek następnego.
        To banalne stwierdzenie tak trudno dopasować do swojego losu. Każda zmiana
        zawiera w sobie wielką energię. Ale jakże często nie chcemy jej odkryć i
        wykorzystać. Boimy się nowego. Istnieje w nas silne zakorzeniony, niemalże
        biologiczny strach przed zmianą. To on tworzy ochronny pancerz, by roz-tropnie i
        bezpiecznie przeżywać swoje życie. Ale równocześnie zbyt silny lęk przed nowym
        upośledza, wstrzymuje i ogranicza. Czyż nie myślimy podświadomie: „Lepszy stary
        ból w złym związku niż lęk przed niewiadomym”? Rozstania chodzą po ludziach.
        Problemem nie jest sam fakt zakończenia związku, ale sposób, w jaki sobie z tym
        radzimy. Czasami odchodzenie trwa i trwa. Nosimy je w sercu przez całe życie.
        Zawsze na własne życzenie. Ta druga osoba nie może być za to obarczana. To my
        nie umiemy się pożegnać, nie ona.
        Pożegnać pożegnanie
        Rozstanie nie zawsze jest porażką. Decyzja o zerwaniu i jej konsekwentna
        realizacja to wielki sukces, kiedy byliśmy w złym, destrukcyjnym związku.
        Odejście to wielka próba naszego męstwa. Od-wagi, którą każda z nas ma w sobie,
        tylko czasem ja poskramia. Niezależnie od naszego temperamentu dobrze jest
        działać niespiesznie i rozważnie. Takie rozstanie pomaga zamknąć miłość na trzy
        spusty
        i wyjść ze związku z poczuciem, że dokonałyśmy właściwego wyboru. Trudno z dnia
        na dzień wycofać mocne uczucia, skoro tyle czasu krzątałyśmy się, by cementować
        tę relację. Nieraz trzeba kilofa, by prze-rwać ten betonowy związek. To ciężka
        praca, która angażuje umysł, serce i całą naszą duchowość. Nie wystarczy
        spakować walizki. Pożegnanie zaczyna się tak naprawdę dopiero po odejściu.
        Niezależnie od scenariusza każde rozstanie ma swoją dynamikę. Najpierw jest czas
        na prywatne trzęsienie ziemi. Trudno, musimy przeżyć ten uczuciowy kataklizm.
        Płaczmy, wygadujmy się przyja-znym duszom. Nawet plotkujmy na drania i wypijmy
        wszystkie nalewki. Dajmy poszaleć hormonom
        i demonom. Wbrew ludowym porzekadłom tłumienie złości szkodzi bardziej urodzie
        niż jej ujawnianie. W tym trudnym czasie lubimy dokładać sobie cierpienia.
        Rozpamiętujemy. Zadręczamy się pytaniami: „Co by było gdyby?”, „Jak mogłam tego
        nie zauważyć?”. Poszukujemy winy w sobie. Myślimy życze-niowo: jeszcze się uda”,
        „jeszcze nie wszystko stracone”. Francoise Dolto, znakomita francuska
        psycho-analityczna napisała, że z cierpieniem się nie walczy, cierpienie się
        przeżywa. Podobnie z rozstaniem. Każde boli, musi boleć. Nie ma rady,
        przeżyjemy. Od dzieciństwa co i raz życie nas pobolewa. Kiedy już nasze serce
        się wycierpi, wykrzyczy i zmęczy, zaczniemy odczuwać opór przeciw życiu na pół
        gwizdka. Mina cierpiętnicy pogłębia zmarszczki nie tylko na twarzy, ale i na
        duszy. Czas na lifting emocji. Prze-cież czeka nas jeszcze tyle romansów albo po
        prostu miłych wycieczek do kina. Ta niezgoda na ciągłe bycie płaczką na
        pogrzebie własnego związku jest przełomowa. Zmusza do wyjścia z własnego cienia.
        Wzbudza naturalne siły do walki z poczuciem opuszczenia. Ważne jest również
        przekonanie, że wszystko to, czego się boimy, wyzwala od rutyny, budzi do nowego
        sposobu myślenia i odczuwania świata. Trau-matyczne wydarzenie jest początkiem
        odradzania się. Choć w to nie wierzymy, na pewno tego doświad-czymy. Człowiek
        podlega mądrym prawom przyrody. Jak drzewo obrasta nowymi pędami, po odcięciu
        starych. Rozstanie uczy życia na nowo. Zmieniona rzeczywistość wymaga, bowiem
        nowych zachowań zarówno praktycznych, związanych z rozwodem, podziałem majątku,
        mieszkania, jak i emocjonalnych, związanych z byciem samemu. Nowe wyzwania
        kierują naszą energię na praktyczne działanie. Chociaż trudno się wstaje i
        zawsze lewą nogą, potem jest coraz lepiej. Codzienna krzątanina, wszędobylstwo
        pomagają odwrócić uwagę serca od samego siebie. W tym samooczyszczeniu po
        związku nie pozwólmy, aby miłość przerodziła się w nienawiść. Ale nie dopuśćmy
        również, by pozostała miłością. Mądre rozsta-nie to nie tylko pożegnanie z
        konkretnym mężczyzną., ale również z naszymi tęsknotami, oczekiwaniami i
        marzeniami, które go dotyczyły. Zakłada akceptację straty i umiejętność
        definitywnego odejścia ze związku. To również akceptacja naturalnej konsekwencji
        zdarzeń: „Skoro nie jest ze mną, to może być
        z inną, może być nawet ogromnie szczęśliwy, mieć córkę, złotą klamkę, trzy
        samochody i kanarka”. Oczywiście najbardziej chcemy, żeby drań żałował, czołgał
        się na kolanach i błagał, by mógł wrócić. Ale zdrowiej i bardziej praktycznie
        jest nie czekać na takie wyśnione drobiny satysfakcji.

        • ona781 Re: porzucona....jak sie pozbierać......? 16.03.06, 09:34
          magdaleno, dzięki za ten artykuł. Dokładnie tak jest. Zostawil mnie i plakalam
          dlugo. Zastanawiam sie do dnia dzisijeszego, dlaczego? Nie umialam sama podjac
          decyzji i tobilam wszystko, zeby on ja w koncu podjal. A jak podjął - to
          poczułam sie fatalnie. Chyba za to, w jakis sposób to zrobil - napisał maila,
          żebym więcej sie z nim nie kontaktowała. Było mi tak zle w tym zwiazku, a czemu
          tak bolalo to rozstanie? Przez sposob, w jaki ono nastapilo? CZasami pobolewa
          do dnia dzisiejszego...
          • nattasshaa Re: porzucona....jak sie pozbierać......? 16.03.06, 09:36
            ARTYKUL? Dziewczyno naucz sie moze podstawowych pojęć:)
            • mio.mio Re: porzucona....jak sie pozbierać......? 16.03.06, 09:42
              Natasza, zaczynasz przeginac.
              • nattasshaa Re: porzucona....jak sie pozbierać......? 16.03.06, 09:45
                W jaki sposob. Ten tekst to żaden artykuł tylko grafomania.
                • ona781 Re: porzucona....jak sie pozbierać......? 16.03.06, 09:53
                  nataszo, ale Ciebie nikt nie pyta o zdanie. A poza tym chyba nie na tym to
                  polega, zeby sobie wzajemnie dokopywac
                  • nattasshaa Re: porzucona....jak sie pozbierać......? 16.03.06, 09:54
                    Moja sprawa
                    • magdalenav Re: porzucona....jak sie pozbierać......? 16.03.06, 22:26
                      Może i grafomania, choć ja tak nie uważam. Ale jeśli którejś dziewczynie
                      cokolwiek pomoże, poukłada, to niech sobie będzie i grafomania. Nattassho jest
                      prosty sposób na unikanie grafomańskich tekstów - nie czytaj!
    • mao10 [...] 28.02.06, 21:03
      Post niedostępny ze względu na naruszenie prawa lub regulaminu.
      • nnniet .......... 19.03.06, 21:07
        witam. przedwczoraj przyszła kolej na mnie :(
        • magdalenav Re: .......... 29.03.06, 01:13
          Witaj smutku :( Jak dojrzejesz do rozmowy to zajrzyj tutaj i się wygadaj. Mnie
          pomogło. Trzymaj się...
          • agnes05 Re: .......... 01.04.06, 12:27

            magdalenav napisała:

            > Witaj smutku :( Jak dojrzejesz do rozmowy to zajrzyj tutaj i się wygadaj. Mnie
            > pomogło. Trzymaj się...
            Mnie też troche pomogło.Wszystko sie liczy co zrobisz dla siebie.
            Ciężko sie wyleczyć...Nie wiem ile czasu ma upłynąć...Dalej mi ciężko...on
            jest szczęsliwy z inną...
            Rozstałam sie z tym facetem co teraz z Nim chodziłam...za wcześnie na związki:(
            Radze Wam też nie zaczynajcie nowych jeśli nie poskładałyście przeszłości!!
            • magdalenav Re: .......... 07.04.06, 00:38
              Dobra rada, Agnes. W jakims momencie swojej rozpaczy spróbowałam nowego, może
              nie związku, kontaktu raczej. Próba udowodnienia sobie, że moge kogoś
              zainteresować, że ktoś mnie chce? To był błąd. Nie miałam temu człowiekowi nic
              do zaoferowania. Błąd na szczęście bez nastepstw, bo jak szybko zaczęłam tak
              szybko skońcyłam. Właściwie nic się nie stało. Ale to wydarzenie uświadomiło
              mi, że muszę najpierw odnaleźć siebie, niezależnie od tego jak długo to będzie
              trwało. "poskładać się" w jedną całość, odbudować swoje zniszczone "ja",
              poczucie wartości. Może wtedy nie będę musiała niczego robić na siłę, ze
              strachu czy rozpaczy czy Bóg wie z czego. Teraz dojrzewam powoli do
              świadomości, że to moje koszmarne przeżycie sprawiło, że gdy spotkam na swojej
              drodze właściwego człowieka to na pewno będę wiedziała, że to ten.
              • zielone_marzenie Re: .......... 03.07.06, 13:47
                smutny wątek..czytam go i boli. Rozumiem wszystkie emocje, które wami miotają.
                Trudno w okresie bólu mysleć racjonalnie, więc robimy rzeczy, których później żałujemy. Prosimy o rozmowy, ratujemy coś, czego zazwyczaj ratowac się nie da. Czytam tutaj,żeby być silnym i nie robić tego i tamtego..a dlaczego?? Jestem przeciez człowiekiem, mam uczucia, emocje, nie jestem ze stali, nie jest mi łatwo przejśc do porządku dziennego z rozpaczą, smutkiem , bólem..nie jest mi latwo podnosic sie po raz klejny z tego samego poziomu.
                Czytałam gdzieś, że żałoba po rozstaniu trwa ok pół roku. Od nas też zalezy czy ją wydłużymy, czy tez nie. Postaram się nie rozpamietywać, analizować..Nie jest łatwo i nie będzie, mam nadzieję, że gdzies jest mój Anioł Stróz i nie pozwli mi zatracić się w rozpaczy
    • hellena8 Re: porzucona....jak sie pozbierać......? 03.07.06, 14:14
      Wszystko przemija, i to też.
    • kiki2222 Re: porzucona....jak sie pozbierać......? 05.07.06, 14:08
      Do agnes PRZECZYTAJ,

      mogłabym napisać ze czuję to samo, a może nawet i gorzej bo mój facet
      (narzeczony) zostawił mnie na 2,56 miesiąca przed ślubem. To jest dopiero
      histroria. To samo było u mnie zero awantur, a potem jednego dnia'on już tak
      nie może" i się rozstańcy i zostańmy przyjaciółmi. Mineło od tego czasu prawie
      2 miesiące, wyprowadziłąm się od niego, Na początku było tragicznie, płącz,
      analizowanie, i branie winy wyłącznie na siebie, pytałąm się ludzi jego
      znajomych co aj takiego zrobiłąm? i nie usłyszałąm od nikogo złego zdania na
      swój temat, wszyscy zgodnie mówiliże to jemu coś odbiło.
      Jest nadal źle, bo aj kochałąm prawdziwie i tego nie można od tak sobie
      zapomnieć, ale uwierz mi czas leczy rany, cieszę się z każdego dnia że już tyle
      nie myślę o tym wszytskim, są dni ze w ogóle go nie pamiętam.
      Tak jak pisały inne osoby, wymazać się tego nie da, mi pomogło patrzenie w ten
      sposób, że teraz potrafię zauważyć że on wcale taki idealny i cudowny nie był,
      jakim ja go widziałąm, więc może i Ty sprónuj tak pomyślęc, a przyjaciele w
      takich chwilach to prawdziwy skrab,
      Trzymaj się i pisz, jak będziesz chciałą popisać to podam ci mój adres e-mail
      Pozdrawiam kiki
      • agnes05 Re: porzucona....jak sie pozbierać......? 19.07.06, 16:59
        dziękuje Ci kiki..historia podobna:/ u mnie już dużo lepiej,minął w końcu
        rok...układam sobie jakoś życie,ale nadal rozmawiam z nim od czasu do czasu..
    • waldek1610 Serce nie sluga 06.07.06, 06:29
      agnes05 napisała:

      > zastanawiam sie czy to ze mną jest coś nie tak czy z nim? Niech mi ktoś
      > pomoże:((((((


      Po prostu On nie byl dla Ciebie, a Ty dla niego. Rozumiem gdy zwiazek rozpada
      sie z pododow niezalerznych od was dwojga, ale jesli jedno z kochankow sie
      wycofuje to waszej milosci juz nie ma, i nad czym tu szlochac?

      Chyba nie wymagasz od niego zeby udawal ze nadal kocha ciebie, skoro wcale tak
      nie jest...Nie mozna nikogo zmusic do milosci, nawet jesli mowil ze kochal
      jescze tydzien temu. Serce nie sluga.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka