ziemiomorze
17.12.05, 16:59
No wiec wlasnie w tym sęk.
Otoz chlop to jest dobry, robotny. No i zakrecic sie umie w domu - nie tylko
przybije boazerie, co odlazi, ale jak go poprosze to i smieci wyniesie, i
pranie powiesi. Nie powiem - pomaga.
Problem wlasnie w tym, ze pomaga.
Ja pracuje tyle co on. Tez mi ciezko. Ale to ja dzieciaka odwoze do i z
przedszkola, ja sie z nim bawie, kąpie, ubieram i karmie. To ja dbam o dom -
sprzatanie, gotowanie, jak goscie przyjda i na codzien, zakupy codziennie
(oj, a podjesc to on sobie lubi duzo). Ja planuje, ogranizuje, wykonuje,
pamietam o terminach, splatach kredytow i rachunkach... A maz mi pomaga. Tak
nie do konca rozumiem wlasciwie, czemu np nie jest na odwrot? Czemu to nie
maz zastanawia sie, co dzis na kolacje, nie leci po pracy na zlamanie karku,
zeby dzieciaka odebrac o czasie z przedszkola, a potem z malym do sklepu i
pedem do domu, zeby cos cieplego na mnie czekalo, bo przeciez wroce zmeczona?
Czemu - skoro zrobi cos, co nalezy do moich obowiazkow - musze mu dziekowac,
bo inaczej jest ciezko obrazony - a mi za moja harowke nikt nie podziekuje?
Czemu, jesli ma zle wyprasowany kolnierzyk, tesciowa na mnie krzywo patrzy?
Czemu on mi pomaga, zamiast sie ze mna dzielic?