Dodaj do ulubionych

podyskutujmy znów o miłości

IP: *.poleczki.dialup.inetia.pl 26.10.02, 23:49
Nic tak nie ożywia forum jak rozmowy o miłości, przyjaźni, zdradzie, śmierci.
W któryms watku doszłam do etapu zadumy nad tym jak traktujemy miłosć. Tu
zacytuje się siebie bo noc póxna a ja jestem uhetana strasznie a przede mna
jeszcze sporo pracy:

"Ten pesymizm w ocenie uczuc. Nikt nie mówi że ma byc sielsko CAŁY czas.
Czemu ludzie uważają ze jak jest jakiś problem miedzy kochającymi się ludźmi -
to należy się wypiąć na tę druga osobę? Czemu nie włożyć troche wysiłku w
tworzenie związku??? Czemu tyle wysiłku potrafią niektórzy włożyć w
zdobywanie wyksztacenia, w swoje pasje, rozwój zainteresowań- tyle czasu,
pieniędzy, czasem ogromnego fizycznego wysiłku - a w miłości ma "samo" dobrze
się ułożyć?

Czemu miłość nie jest warta takich wyrzeczeń jak np. odkrycie naukowe
nagradzane Noblem?????

zadumana i_s"
Koniec cytatu.

No i co wy na to?
Czemu z wielu wypowiedzi - na tym forum i nie tylko - wynika że jak coś się
nie układa to poprawic się nie może i uciekac trzeba póki się da i szukać
nowego partnera?
I uciekam do roboty zostawiając ten temat na jutro....
:))
i_s

Obserwuj wątek
    • kwieto Re: podyskutujmy znów o miłości 27.10.02, 06:53
      Zapewne dlatego, ze wyrzeczenie nie jest wyrzeczeniem, jesli dyktowane jest pasja
      (jak np. odkrycia naukowe). Przeciez naukowiec nie zdobywa nagrody nobla, tylko
      rozwiazuje jakis problem. Gdy ja sie biedze nad jakims rozwiazaniem ktore mnie
      "meczy" moge nie spac po nocach i wertowac ksiazki, zastanawiac sie probowac -
      ale nie jest to dla mnie wyrzeczenie.

      Natomiast w sytuacji, gdy do ratowania zwiazku zaczynasz podchodzic z niechecia,
      nie wierzac w jego powodzenie, a tak naprawde czujac prawie wylacznie niechec do
      drugiej osoby - zmiana tego nastawienia jest troche karkolomna. W dodatku istnieje
      duze ryzyko, ze ta druga strona zywi taka sama niechec do Ciebie - i problem robi sie
      nprawde trudny do rozwiazania inaczej, niz przez rozstanie.

      Pytanie o ratowanie zwiazku nalezaloby zadac o wiele wczesniej - na poziomie nie
      wypowiedzianych zalow, nie dokonczonych konfliktow, drobnych zadraznien...
      • Gość: inka_sama Re: podyskutujmy znów o miłości IP: *.poleczki.dialup.inetia.pl 28.10.02, 10:57
        "Wyrzeczenie nie jest wyrzeczeniem jesli dyktowane jest pasją". Hmm, a czy
        miłość nie jest pasją? Jeśli kochasz wyrzeczenia nie są wyrzeczeniami?
        Naukowiec nie "zarabia" na Nobla tylko rozwiazuje problem... HIHI! A co powiesz
        o przyznawanych IgNoblach? Jakie tam sa ciekawe problemy rozwiązywane! W
        dodatku nie mów za naukowców - wielu z nich właśnie dla tego Nobla pracuje, nie
        doceniasz chyba ludzkich uczuć - potrzeby sławy, dumy, pychy, bycia "pierwszym"
        najlepszym... Nie wierzę że naukowcy to sami swięci bezinteresowni!...
        Odkrycia naukowe a uczucia - czy odkrywanie drugiego człowieka tak w miłości
        jaki przyjaźni nie jest również pasjonujacym zajęciem? Psychologów i pokrewnych
        nam sie ostatnio mnoży - więc coś się tu dzieje. Ale nie każdy zostanie
        psychoterapeutą - za to praktycznie każdy chce jakiejś formy kontaktu z ludxmi.
        A jakoś nikt tego nie uczy w szkole, na studiach czy kursach podyplomowych... A
        sądząc z tego jakie ludzie maja problemy nie jest to błaha rzecz.

        Co do twojego Kwieto podejścia do ratowania związku - chyba przemawiaja tu
        przez ciebie własne ukryte w duszy przejścia... :))
        Skąd to założenie ż eod razu do tematu ratowania związku podchodzimy z
        niechecia? Moż elepiej założyć OD RAZU że w związkac nic samo z siebie się nie
        dzieje - i że moga byc konflikty.
        I że po pierwsze zapobiegamy im - a po drugie - jesli będa to razem je
        rozwiazujemy. Tak masz racje że pytanie o ratowanie związków trzeba zacząc
        wcześniej. Ale ludzie musza o tym wiedzieć. Nie wszyscy sobie to uświadamiają.
        Właśnie.
        O potrzebie nauki, zdobywania wiedzy, poznawania języków, itd - mói się teraz
        coraz więcej i coraz wcześniej.
        O potrzebie UCZENIA sie bycia z ludxmi mówi sie mało. Nadal wyrastamy w
        świecie gdzie miłość w bajkach to "biedna piękna dziewczyna poszła na bal
        ubrana przez dobra wróżkę (hmmm?), ksiażę się w niej zakochał i żyli długo i
        szczęsliwie". Ani słowa o charakterach - zwłąszcza księcia! - ani słowa o
        losach nieszczęsnej na dworze pełnym intryg (taka przybłęda zostałą królową! a
        moja córka to co?!)... :))))
        W bajkach uczucia same sie pojawiaja i dobrze mają.
        Czy to nie dlatego potem my tak samo chcemy?
        W bajce książę nie kłoci się z Kopciuszkiem. Nie ma słowa mezalians... Inna
        sprawa że nie maja problemów z mieszkaniem i finansami... :))))

        Kwieto pytania o związek i jego wygląd trzeba zadawać sobie od początku. Więc
        czemu tego nie robimy wszyscy?
    • kasia28 Re: podyskutujmy znów o miłości 27.10.02, 11:50
      Ludzie nie ratują związków, nie przykładają się do ich ratowania, bo nie mają
      czasu, są przemęczeni, zabiegani. Niestety dzisiejsze czasy, sytuacja w kraju
      i w rodzinie nie sprzyja intymności, osobistym kontaktom. Ludzie oddalają się
      od siebie, odzwyczajają, coraz trudniej im ze sobą rozmawiać. W pewnym
      momencie okazuje się, ze tak naprawdę nie ma co ratować i lepiej się rozstać.
      Nasze czasy też promują pogląd, ze wazniejasza jest kariera, pieniądze, a
      raczej ich zdobywanie. W takiej sytuacji budowanie związku, dbanie o niego
      jest "przeszkodą". Często wybieramy pracę ze szkodą dla związku. Ludzie nie
      dbają o związki, bo nie zostali tego nauczeni w domu: matka zabiegana,
      zmęczona, ojciec tak samo, albo matka czy ojciec bez pracy, a stąd problemy,
      brak porozumienia, budowania intymności, rozmów z dziećmi itd. Dzieci nie są
      nauczone rozwiązywania problemów, rozmów z bliskim, tworzenia atmosfery
      rodzinnej. Nie wiedzą jak sobie radzić z problemami w związku i po prostu
      pomijają je milczeniem ciągnąc związek albo rezygnując, uciekając.
      A poza tym chyba rzadko kiedy "promuje się" uratowany związek. Jeśli ktoś
      rozwiąże jakiś wielki problem, wynajdzie coś jest nagradzany i chwalony. A
      ktoś kto uratował swój związek nie doczeka się tego oprócz satysfakcji, ze
      udało mu się. A niestety człowiek jest takim stworzeniem, że do pełnej
      satysfakcji potrzebne mu są oceny innych.
      Wiem coś o tym, bo ja wyrwałam się z przeklętego dzieciństwa i związanych z
      tym problemów psychicznych, a przede wszystkim uratowałam swoje małżeństwo. Ja
      wychowałam się w niepełnej, rozwiedzionej rodzinie, pamiętając pijacego ojca.
      Nikt mnie nie nauczył życia w rodzinie, na czym polega małżeństwo itd. Gdy po
      dwóch latach małżeństwa pojawiły się problemy moja decyzja byłą jedna: rozwód.
      Pewne okoliczności, które przeszkodziły szybkiemu zrealizowaniu tej decyzji,
      dały mi trochę czasu na ochłonięcie i pomogły w podjęciu decyzji, ze jednak
      moze warto spróbować. Spróbowałam, udało się. Ale dopiero gdy napisałam o tym,
      tu na forum, gdy ludzie chwalili mnie, gratulowali doceniłam dopiero to co
      mi/nam sie udało. Zobaczyłam dopiero wtedy, że wykonaliśmy kawał dobrej
      roboty, bo wielu tak się nie udało i nie udaje. W życiu nikt o tym nie
      wiedział, jakie mamy problemy, co sie dzieje i że coś się zmieniło na lepsze.
      Nikt nie wiedział jaką "drogę przez mękę" przeszliśmy wspólnie z mężem. I nikt
      nam nie gratulował uratowania związku.A człowiek lubi wiedzieć,ze ktoś docenia
      jego starania.

      KAsia
      • Gość: inka_sama Re: podyskutujmy znów o miłości IP: *.poleczki.dialup.inetia.pl 28.10.02, 11:05
        No właśnie Kasiu, czemu my ise tak dajemy ogłupiać ze najważniejsze są praca i
        kariera? Teraz to aż wstyd powiedzieć że dla mnie rodzina najważniejsza - a juz
        byc kobieta i powiedzieć : nie chce pracowac zawodowo, chce tworzyc dom i
        rodzinę i temu isę poświęcic - wymaga mocnych nerwów. Bo potem patrzą na ciebie
        pogardliwe, nazywaja kura domową, uważaja za idiotkę... A wybór - zostaję na
        urlpie wychowawczym z dzieckiem - za cene komfortu i trudności w wiązaniu końca
        z końcem? Żadne pieniądze żadna opiekunka, żadna babcia nie zwróci nigdy tego
        czasu - ciekawe co po latach będą o tym mysleć te mamy i te dzieci. Zanm takei
        babcie które mówia z żalem że dopiero przy wnukach poznaja prawdziwy smak bycia
        z dzieckiem. I żałuja że tak późno do tego doszły...
    • Gość: weronika Re: podyskutujmy znów o miłości IP: *.kopernik.gliwice.pl 27.10.02, 12:56
      wydaje mi sie z założenia nikt nie rezygnuje ze zwiazku bez walki, ale kiedy
      zaczynaja wchodzic w gre emocje, urazona duma, poczucie pokrzywdzenia i żalu to
      naprawde ciężko jest wtedy myslec racjonalnie. z perspektywy czasu mozna
      myslec ze trzeba było nad tym popracowac i powalczyc o zwiazek, ale jesli sa
      problemy to zaczyna brakowac w wiary w uczciwe intencje drugiej strony. Idąc
      tym tokiem myslenia, zaczyna sie pojawiac watpliowsc w sens walki o kogos kto
      juz nie chce albo nam sie wydaje ze nie chce.
      Materia jest na tyle delikatna, że cięzko porównac prace nad zwiazkiem z
      jakakoliwek inna praca np. nad odkryciem naukowym.
      Pewnie dlatego rozstaja sie ludzie ktorzy kiedys naprawde sie kochali...
      • Gość: inka_sama Re: podyskutujmy znów o miłości IP: *.poleczki.dialup.inetia.pl 28.10.02, 11:11
        Ale czemu my jestesmy mądrzy PO fakcie?
        Gdy graja emocje - nie mysli się racjonalnie.
        Ale gdyby wcześniej była świadomość że takie chwile MOGĄ nadejść? Wtedy nawet w
        złości w środku jakis fragment mózgu mówi: to minie! nie szalej! trzeba sie
        dogadać!
        Te wszystkie poradnie przedmałżeńskie... Idea niezła - ale wykonanie kiepskie.
    • Gość: Krystyna Re: podyskutujmy znów o miłości IP: *.trondheim.avidi.online.no 27.10.02, 18:24
      Moze najpierw zdefiniujmy okreslenie MILOSCI.

      Jestem przekonana ze w zaleznosci od wieku wypowiadajacego sie, zrozumienie
      MILOSCI bedzie roznic sie bardzo.

      Na temat milosci mozna mowic wiele, oto niektore wypowiedzi znanych ludzi:

      "Miłość nie polega na wzajemnym wpatrywaniu się w siebie, ale wspólnym
      patrzeniu w tym samym kierunku."
      Antoine de Saint-Exupéry

      "Miłość jest męką, brak miłości śmiercią."
      Marie von Ebner-Eschenbach

      "Miłość jest niepojęta dla tych, co jej nie dzielą."
      François Rene de Chateaubriand

      "Prawdziwa miłość przenika tajemnice i samotność kochanej osoby, pozwalając jej
      zachować swoje sekrety i pozostawia jej wewnętrzną wolność."
      Thomas Merton

      "Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu."
      Selma Lagerlöf

      "Z jakiej mąki są już zrobieni młodzieńcy na całym świecie, że choćby pokochali
      piękność pochodzącą prosto z nieba, w pewnych momentach będą ją zdradzać że
      służącą karczmarza."
      Wolter

      "Miłość to dwie samotności, które spotykają się i wzajem wspierają."
      Rainer Maria Rithe

      "Z miłością jest jak z masłem. Od czasu do czasu trochę chłodu utrzymuje je w
      świeżości."
      Marcel Achard

      "Wybuch miłości jest jak wybuch materii palnych. Im dłużej wstrzymywany, tym
      silniejszy."
      Eliza Orzeszkowa

      "Miłość jest mgłą, która wytwarza się w głowie. Jeśli owa mgła opada na dół -
      na serce - następuje pogoda życia; jeśli pozostaje w głowie - pada deszcz łez."
      Henryk Sienkiewicz

      "Nie chcę stawiać teorii co jest miłością, a co nią nie jest, ale zdaje mi się,
      ze w każdej miłości musi być duma, królewska pewność siebie tej istoty, którą
      się kocha."
      S. Przybyszewski

      "Miłość bez wzajemności zawsze jest najsilniejsza."
      Stefan Kisielewski

      "Prawdziwą miłość poznaje się nie po jej sile, lecz po czasie jej trwania."
      Robert Paulet

      "Czas wzmaga przyjaźń, lecz osłabia miłość! "
      La Bruyere

      Chyba wystarczy cytatow o milosci, temat rzeka...

      pozdrawiam

      Krystyna


      • tybr Re: podyskutujmy znów o miłości 28.10.02, 13:21

        Miłe Panie.
        Aby nie zagroziła Wam jednostronność spojrzenia na poruszone przez Inkę_Sama
        (Samą?) zagadnienie spieszę Was zapewnić, że ta problematyka nie tylko nie jest
        obca (oj, źle by było) rodzajowi męskiemu ale co najmniej jednakowo (jeśli nie
        intensywniej – i spróbuję to uzasadnić) go ona obchodzi. To prawda, że może to
        i owo – zwłaszcza w kwestii przyczyn naszego wzajemnego sobą zainteresowania –
        nas różni, ale na „styku naszych interesów” jesteśmy podobnie wrażliwi,
        podobnie zainteresowani trwałością naszych związków i realizacją
        naszej „dziejowej misji” . A gdzie w tym wszystkim miłość?
        Nie chcę i nie będę Was próbował przekonywać do swoich poglądów , zwłaszcza
        kiedy czuję w Waszych wypowiedziach te ogromną tęsknotę za tym co jak mi się
        wydaje nazywacie uczuciem doskonałym, doskonałą miłością.
        Kiedyś zrodziło się we mnie pytanie : czy miłość to w ogóle uczucie? Bo i cóż
        to jest uczucie?. W moim przekonaniu (zastrzegam że nie mam nic wspólnego z
        psychologią pomijając fakt że posiadam uczucia) to nic ponad reakcję jaka w
        naszej psychice zachodzi w związku z płynącym do nas z zewnątrz bodźcem.
        Powiedziałbym jeszcze, że uczucie jest reakcją w zasadzie krótkotrwałą i
        goszczącą w nas tak długo jak długo rozum i wola – no może jeszcze temperament
        (a tu już nie mówimy o uczuciach) uznają za właściwe poświęcić im swoją uwagę.
        No i jeszcze może należałoby dodać, że w moim przekonaniu uczucia (=te reakcje)
        pojawiają się w nas niezależnie od tego czy tego chcemy czy nie a więc na dobrą
        sprawę nie można z powodu istnienia (pojawienia się ) w nas tych uczuć mieć do
        nas pretensji ani też nas podziwiać. Ani nami gardzić ani szanować. Ani mieć za
        złe ani okazywać wdzięczności. No i jeszcze raz powrócę do miłości. Czy można
        rozważać ją w kategorii uczuć skoro oczekujemy aby trwała i trwała. Skoro
        wiadomo, że siłą woli nie jesteśmy w stanie wywołać pojawienia się w nas
        uczucia. Tym bardziej siłą rozumu. A zatem czym do jasnej Anielki jest miłość?
        Wydaje się że bez odpowiedzi na to pytanie nie sposób znaleźć odpowiedzi na
        pytanie jak ją pielęgnować, jak ją rozwijać, jak utrzymać, jak o nią dbać bo
        właściwie co jest przedmiotem naszych zabiegów?
        Mam wrażenie że miłość jest swego rodzaju stanem na którego kształt nasze
        uczucia mają najistotniejszy wpływ. Rozum i wola (patrz wyżej) mogą formować
        ten kształt w kierunku jaki wybiorą. No i to chyba oczywiste, że kształtują go
        zgodnie z naszymi preferencjami. Sprawia nam jakąś przyjemność to czy inne
        uczucie – no to i poświęcimy (rozumem i wolą) mu więcej zainteresowania.
        Sprawia nam przykrość – staramy się jak najszybciej je wymazać z naszej
        pamięci. No, tak by to w zasadzie mogło wyglądać ale przecież pojawiają się w
        nas i takie uczucia wobec których po prostu nie potrafimy znaleźć
        jednoznacznego stanowiska. Np. złość... Najprościej byłoby je wymazać z chwilą
        kiedy się pojawi ale wtedy co na to nasza miłość własna? Pozwoli odpuścić
        winowajcy? No, najczęściej przecież nie. Zwłaszcza kiedy całą siłę woli
        wkładamy w budowanie w nas pożądanego stanu pt. miłość. A tu ktoś przeszkadza –
        tym gorzej jeśli jest to obiekt naszych miłosnych zapędów. Krzywda (uczucie),
        żal (j.w) smutek, odrzucenie, lęk, i wiele wiele innych, których nie pragniemy
        a które się (przecież niezależnie od naszej woli) w nas lokują wywołują w nas
        świadomość zagrożenia, a naturalną reakcją jest obrona, a najlepszą obroną jest
        wszakże atak no i naszą miłość diabli biorą i pojawia się nieprzeparta chęć
        odwetu.
        No i po prostu siadamy w kącie, przeżuwamy naszą złość i wtedy właśnie
        przychodzi moment, w którym dobrze byłoby sobie przypomnieć, że przecież nasz
        stan (miłość) będzie się miał najlepiej jeśli obiekt naszych miłosnych
        uniesień będzie szczęśliwy, w krańcowym przypadku, nawet jeśli to nie my
        będziemy źródłem tego szczęścia. Czy stać nas na życzenie aż takiego dobra
        naszemu partnerowi czy też raczej chcielibyśmy mu tego życzyć ale pod
        warunkiem... Pod warunkiem, że będzie nam wdzięczny, że okaże nam to w sposób
        jaki nam najbardziej odpowiada...? I czy nie chodzi tu przypadkiem oto że:
        Miłość? – bardzo chętnie. Pod warunkiem że będzie taka jak sobie wymarzyliśmy
        dla siebie. To kogo wreszcie planujemy obdarzyć miłością tę naszą ukochaną
        osobę, bez której sobie życia nie wyobrażamy, czy raczej może siebie?!
    • Gość: sowa Re: podyskutujmy znów o miłości IP: 195.94.196.* 28.10.02, 13:38
      Jestem mezatka juz 18 lat. Wszystko dobrze sie ukladalo. Oczywiscie byly
      chwile, w ktorych trzeba bylo zmienic swoje nastawienie do sprawy, by nie
      burzyc szczesliwego zwiazku. Jednak milosc dodawala mi otuchy i zadne
      poswiecenie nie spawialo mi przykrosci (no, moze czasami). Wszystko zaczelo sie
      poltora roku temu, kiedy zginal moj syn. Swiat zawalil sie w ciagu jednej
      sekundy. Wszystko nabralo innego znaczenia, takze zwiazek, w ktorym tyle lat
      jestem, jednak stracilam cala sile jaka do tej pory mialam. Myslalam, ze znajde
      oparcie w mezczyznie, z ktorym jestem kupe czasu. Niestety.
      Okazalo sie, ze jak zabraknie mojej walki, to nie ma jej wcale. A ja nie mam
      sily.
      Depresja, to straszna choroba. Czytalam wiele watkow na forum 'depresja' i
      czasami plakalam. Jak duzo zalezy od partnera, z ktorym jestesmy.
      Po wielu wizytych u psychiatry doszlam do wniosku, ze caly ten zwiazek byl gra
      do jedenj bramki. To bardzo boli, ale niestety tak wyglada to z mojej strony.
      teraz sa wieczne przepychanki ze strony mojego meza. Ja nauczylam sie reagowac
      na jego ataki, ale nie walcze. Marze, ze przyjdzie taki dzien, ze ktos (moj
      maz) zacznie walczyc o mnie. Czy uciekam ?
      • Gość: inka_sama Re: podyskutujmy znów o miłości IP: *.poleczki.dialup.inetia.pl 29.10.02, 10:43
        Jak widać stare "bo w tym cały jest ambaras żeby dwoje chciało na raz" - nadal
        jest aktualne. Zwykle traktuje sie je tylko jako odnoszące sie do seksu - błąd.

        Masz racje, co z tego że ty chciałaś... Teraz okazało sie że w sytuacji
        naprawde kryzysowej nie masz wsparcia. Ale to świadczy tylko o twoim partnerze.

        No i problem cały czas ten sam. ON nie jest świadom - lub nie ma ochoty byc
        świadom - że od niego w zwiazku można wymagac czegos więcej niz przynoszenia
        pieniędzy, wyrzucania śmieci i wypełniania "obowiazków małżeńskich"...

        I co?
        I nic.
        Problem dalej w samoświadomości - i świadomości czym jest bycie z drugim
        człowiekiem. Nie koniecznie na mocy papierka...
        Trzeba by zaczynac od wychowania dzieci. Tylko że one wychowuja sie w rodzinach
        gdzie rodzice byli wychowani bez takich przykłądów (no nie wszyscy może...).
        Błędne koło???
        i_s
    • vicca Re: podyskutujmy znów o miłości 28.10.02, 17:57
      "Z miłością jest jak z gruszką.
      Gruszka jest słodka i ma kształt.
      Spróbujcie zdefiniować kształt gruszki"
      A. Sapkowski

      Tak naprawdę miłość za każdym razem jest inna. Nie poddaje się definicjom. A
      skoro tak - to jak mozna ją badać? Przecież jest różna w każdym człowieku,
      sytuacji. Są pewne stałe elementy, ale np. przejawiają się na różny sposób -
      czy mówienie do ukochanej osoby "pączuszku" (np) to objaw infantylności czy
      czułości?

      Pzdr ciepło Vicca

    • Gość: Nimrod zauwazyle cos ostatnio.................... IP: *.mikolow.sdi.tpnet.pl 28.10.02, 18:05
      wszystko co sie dzieje wszystkie tesknoty, bol, szczescie, doslownie kreci sie
      wokolo jednego tematu....MILOSCI, jestem nieszczesliwy bo mnie nikt nie
      kocha....jestem szczesliwy bo mnie kocha...bo ja kocham a mnie nie...bo oni sie
      kochaja...i wiele wiele innych przypadkow, zawsze to samo milosc jest
      powodem....boje sie samotnosci...(dlaczego? bo mnie nikt nie kocha i czuje sie
      samotna)... gdyby tego nie bylo, nie bylo by niczego, ale nie wiem czy to nie
      jest popieprzone?? bo w koncu wiekszosc ludzi chyba narzeka z tego powodu...niz
      sie cieszy?? coz dziwnie to wyglada...
      • Gość: Malwina Rilke IP: proxy / *.w.club-internet.fr 28.10.02, 18:15
        nie dlatego ze sie czepiam ale dlatego ze go uwielbiam !
        no i te dwie samotnosci...tak mi to gra...
      • iris_27 Re: do kasi28 29.10.02, 11:58
        Kasiu, kiedy pisalas o Twoich przejsciach i probie
        ratowania zwiazku? Chcialabym to przeczytac, ale jest tu
        nowa.
        • kasia28 Re: do iris_27 29.10.02, 16:43
          Musiałabyś poszukać w poprzednich wątkach i to starych. Najlepiej użyj
          wyszukiwarki. Szukaj na forum psychologia i kobieta, tam w różnych wątkach
          pisałam o moim życiu, problemach, związku. Teraz już nie pamietam kiedy i
          gdzie o tym wszystkim pisałam. Spróbuj.

          pozdrawiam
          Kasia
    • otryt Re: podyskutujmy znów o miłości 29.10.02, 11:06
      Moi drodzy!

      Piękny i ważny temat, Inko ;-)))

      Moim zdaniem dla większości ludzi problem miłości to przede wszystkim troska o
      to, aby być kochanym a nie aby samemu kochać. Odwrócenie tego porządku często
      wystarcza do naprawienia wielu spraw. Gdy kochamy ludzi świat wokół nas się
      zapełnia i wcześniej czy później ktoś nam tę miłość odwzajemni.

      Bardzo rozpowszechnionym jest pogląd, że miłość jest sprawą osoby, którą się
      kocha a nie własnych zdolności.
      Wystarczy więc wybrać odpowiednią osobę i myślimy, że sprawę mamy z głowy na
      całe życie. Gdy coś się zaczyna nie układać dochodzimy do wniosku, że
      dokonaliśmy złego wyboru. Jedynym rozwiązaniem (przy takim myśleniu) wydaje się
      być kolejny wybór nowego partnera. Niewielu myśli, co w takiej sytuacji można
      samemu w sobie zmienić.

      Gdy pęknie dachówka, zacznie odpryskiwać tynk lub przedziurawi się rynna każdy
      rozsądny gospodarz naprawi od razu powstałe szkody, aby nie dopuścić do
      dewastacji budynku. Nawet z pewnym wyprzedzeniem wykonuje się prace
      konserwacyjne, aby nie dopuścić do najmniejszych nawet szkód. O związek dwojga
      ludzi i łączącą ich miłość należy dbać jeszcze bardziej niż o ten przykładowy
      budynek., należy wykształcać w sobie pewne umiejętności przydatne do
      pielęgnacji uczucia. Bardzo często spotykamy się z sytuacją gdy dochodzi do
      kompletnej dewastacji i ruiny pięknej i prawdziwej kiedyś miłości. Wtedy już
      chyba pozostają tylko prace rozbiórkowe.

      Nie zgadzam się z częstym na tym forum poglądem, jakoby miłość przemijała
      stopniowo w trakcie kolejnych , wspólnych lat. Oczywiście nie jest ona taka
      sama jak w momencie ślubu, lecz cały czas się zmienia i ewoluuje.
      I nie można powiedzieć, że po 18 wspólnych latach kocha się mniej . Jestem
      nawet skłonny powiedzieć, że można kochać bardziej niż kiedyś. Moim zdaniem
      największym wrogiej miłości jest nuda. I od pracy obojga zależy, aby ta nuda
      nie zagościła pod ich dachem na stałe.

      Pozdrawiam ;-)
      otryt
      • iris_27 Re: podyskutujmy znów o miłości 29.10.02, 11:42
        A co jezeli mezczyzna/chlopak/maz mowi po latach, ze to
        chyba koniec, ze sie nie rozumiemy, ze on kocha inaczej
        bo nie potrzebuje tyle czulosci, nie czuje potrzeby
        calowania na dzien dobry, obejmowania w kinie, pisania
        kartki na walentynki, nie teskni gdy wyjezdza na
        miesiac, a ja kocham inaczej i to mu przeszkadza. Bo dla
        niego milosc to co innego. A wogole to powinnismy
        poprzebywac troche osobno, bo mezczyzni tacy sa, ze
        dopiero czuja ze im czegos brakuje, gdy tego nie ma.
        Fajnie jest uslyszec, ze nic z tego nie bedzie bo ktos
        wogole nie wie co czuje i wcale nie ma innej i nie chce
        nigdy juz sie ozenic, ale tak po prostu meczymy sie
        wzajemnie.
        Dodam, ze nie jest osoba w stylu "pocaluj mnie prosze",
        "powiedz ze mnie kochasz". Po prostu jestem smutna, a
        gdy rozmawiamy powiem o co chodzi. Potem jest staranie
        sie przez 3 dni i koniec.
        Ja rozumiem, ze ludzie zrywaja wieloletnie zwiazki bo
        ktos zdradzil, po uderzyl, ale nie chciec sie postarac
        czasem przytulic, pocalowac, powiedziec mile slowo i
        przynajmniej raz na rok powiedziec kocham czy to tak
        duzo?
        Czy stres, praca wyniszcza meskie uczucia? Wyjalawia?
        Czy depresja moze zabic milosc?
        Jak mozna powiedzec komus, kto byl przez lata calym
        zyciem i wielka miloscia, ze sie nic nie czuje, ze sie
        nie wierzy w nic i ze zycie jest bez sensu? A co moze
        zrobic druga strona?
        Gdy ktos odchodzi do innej to sprawa jest prosta.Nie
        chce widziec na oczy i juz, ale tak bez powodu, bo cos
        umarlo, bo wogole uczucia umarly. To straszne.
        • otryt Re: podyskutujmy znów o miłości 29.10.02, 12:09
          iris_27 napisała:

          > A co jezeli mezczyzna/chlopak/maz mowi po latach, ze to
          > chyba koniec, ze sie nie rozumiemy, ze on kocha inaczej
          > bo nie potrzebuje tyle czulosci, nie czuje potrzeby
          > calowania na dzien dobry, obejmowania w kinie, pisania
          > kartki na walentynki, nie teskni gdy wyjezdza na
          > miesiac, a ja kocham inaczej i to mu przeszkadza. Bo dla
          > niego milosc to co innego. A wogole to powinnismy
          > poprzebywac troche osobno, bo mezczyzni tacy sa, ze
          > dopiero czuja ze im czegos brakuje, gdy tego nie ma.
          > Fajnie jest uslyszec, ze nic z tego nie bedzie bo ktos
          > wogole nie wie co czuje i wcale nie ma innej i nie chce
          > nigdy juz sie ozenic, ale tak po prostu meczymy sie
          > wzajemnie.

          Ale przecież takie sprawy nie zachodzą nagle. Miłość wygasa stopniowo, dzień po
          dniu, jak nie podlewany kwiatek. Rozmawiając szczerze i głęboko takie rzeczy
          się wyczuwa, zapalają się wcześniej lampki ostrzegawcze, że koniecznie trzeba
          coś zrobić...Gdy nie rozmawiamy ze sobą , nie współdzielimy się swoją duszą
          powoli oddalamy się od siebie, aż w końcu jesteśmy tak daleko ,że już łatwo
          jest zrobić ten ostatni, decydujący krok.
          >
          • Gość: dodo Re: podyskutujmy znów o miłości IP: *.sympatico.ca 29.10.02, 23:19
            najpierw do sowy - tylko 1/3 malzenstw (statystycznie)
            jest w stanie przetrwac po stracie dziecka przy czym im
            starsze dziecko umiera, tym mniej par jest w stanie
            utrzymac zwiazek. wiem, ze to nie jest pocieszajace ale
            moze potraktujesz to jako bodziec do poszukiwania pomocy
            z zewnatrz - roznie bywa - czesto psycholog, ksiadz,
            przyjaciele moga jednak pomoc wam dwojgu w odnalezieniu
            siebie wzajemnie.
            a o milosci ogolniej? im dluzej zyje tym bardziej
            przekonuje sie jak wazna jest milosc pomiedzy "nami"
            dwojgiem. dzieci sa wazne, owszem ale tak naprawde wazni
            jestesmy my dwoje.
            i wierze gleboko w "gotowosc serca" - w moim pokoleniu
            coraz wiecej przyjaciol traci swoich partnerow (biora z
            naszej polki) - ci, ktorzy zostaja, jesli bardzo, bardzo
            byli zakochani w partnerze, ktory odszedl, relatywnie
            szybko znajduja sobie kogos nowego "do kochania". ci,
            ktorzy juz od lat oddalali sie psychicznie od swoich
            wspolmalzonkow, pozostaja sami, bo chyba nie jest juz im
            potrzebna milosc...
            w boze narodzenie idziemy na slub przyjaciolki mojego
            meza. 2 lata temu zostala wdowa. myslelismy wszyscy
            wtedy, ze sie nie pozbiera - dzieci daleko, w europie,
            sama, bez jej ukochanego, ktory zawsze byl sensem jej
            zycia... ale w niej jest wlasnie ta chec kochania i bycia
            kochana - zycie nie znosi pustki - jesli jest milosc do
            ofiarowania, "chetny" na takie uczucie sie znajdzie :-) i
            sie znalazl - tez zreszta wdowiec, ktory swoja byla ponoc
            uwielbial bez pamieci - daj im, boze, jak najwiecej
            wspolnych lat z ta kolejna miloscia :-)
            • Gość: inka_sama Re: podyskutujmy znów o miłości IP: *.poleczki.dialup.inetia.pl 30.10.02, 23:19
              Dodo! Bardzo ci dziękuje za ten list.
              Jest w nim ważna rzecz - że liczy się włąśnie ta miłość która jest W NAS a nie
              w partnerze. Że one (miłości) się spotykaja ale - to ta gotowość do kochania
              jest istotna.

              Gdy mnie tu pocieszano kiedys słowami "jeszcze ułożysz sobie życie, jeszcze
              kogoś znajdziesz" - bolało mnie to tak strasznie! To było jak posypywanie ran
              solą! Za wcześnie było na takie "pocieszenia". A teraz dociera do mnie powoli
              prawda - ze ja jestem w stanie nadal kochac. Kocham nadal mojego Wielkiego
              Nieobecnego - ale wiem już że byłabym w stanie pokochać znowu. Co nie znaczy że
              znajdzie się osoba która pokocham... Zwłaszcza ze dzieci mam małe i ich
              interesy stoja na pierwszym miejscu.
              I przychodza takie chwile że oddałbym wszystko by cofnąć czas - bo nigdy nie
              pokocham innego mężczyzny! Że patrze na facetów na ulicy i myślę czemu nie ten?
              Czemu ten żyje? Dlaczego MÓJ ukochany umarł????? Potem to mija...

              Zobaczcie - ilez osób które juz były w związkach - wdowców/wdowy,
              rozwodnicy/rozwódki - spotyka nowych partnerów - jest z nimi szczęsliwych. A
              równocześnie ilez osób jest samotnych i nawet jednej osoby nie moga spotkać i
              pokochać z wzajemnością?
              • tybr Re: podyskutujmy znów o miłości 31.10.02, 18:25
                Gość portalu: inka_sama napisał(a):

                > Dodo! Bardzo ci dziękuje za ten list.
                > Jest w nim ważna rzecz - że liczy się włąśnie ta miłość która jest W NAS a
                nie
                > w partnerze. Że one (miłości) się spotykaja ale - to ta gotowość do kochania
                > jest istotna.
                >
                > Gdy mnie tu pocieszano kiedys słowami "jeszcze ułożysz sobie życie, jeszcze
                > kogoś znajdziesz" - bolało mnie to tak strasznie! To było jak posypywanie ran
                > solą! Za wcześnie było na takie "pocieszenia". A teraz dociera do mnie powoli
                > prawda - ze ja jestem w stanie nadal kochac. Kocham nadal mojego Wielkiego
                > Nieobecnego - ale wiem już że byłabym w stanie pokochać znowu. Co nie znaczy
                że
                >
                > znajdzie się osoba która pokocham... Zwłaszcza ze dzieci mam małe i ich
                > interesy stoja na pierwszym miejscu.
                > I przychodza takie chwile że oddałbym wszystko by cofnąć czas - bo nigdy nie
                > pokocham innego mężczyzny! Że patrze na facetów na ulicy i myślę czemu nie
                ten?
                >
                > Czemu ten żyje? Dlaczego MÓJ ukochany umarł????? Potem to mija...
                >
                > Zobaczcie - ilez osób które juz były w związkach - wdowców/wdowy,
                > rozwodnicy/rozwódki - spotyka nowych partnerów - jest z nimi szczęsliwych. A
                > równocześnie ilez osób jest samotnych i nawet jednej osoby nie moga spotkać i
                > pokochać z wzajemnością?
                *********************************************
                Chęc czynienia dobra z jednoczesnym trwaniem w milczącym oczekiwaniu, że ten
                kogo swoją dobrocią obdarowujesz odpłaci tym samym - jeśli warunki i
                okoliczności pozwolą - jest chyba podstawowym atrybutem miłości.
                Z Twoich słów wyziera ogromna tęsknota za... dobrem które mógłby Ci dać ktoś
                kogo chciałabyś obdarzyć swoim dobrem. Póki co jesteś go pełna i nie bardzo
                wiesz kogo nim ucieszyc. Na początek spróbuj rozdawać je wszystkim których na
                swojej drodze napotkasz. Nie szukaj tego od kogo chciałabyś je dostac a raczej
                tego kto zechce przyjąc Twoje. Kiedyś przecież i warunki i okoliczności
                sprawią, że spotkasz się z odzewem. I nawet niekoniecznie będziesz myslec ; oto
                wreszcie jest. Poprostu stwierdzisz, że jest Ci dobrze i że już nie tesknisz, a
                i że interesy Twoich małych dzieci tez mają sie zupełnie dobrze.
                Pozdrawiam
    • kol5 Re: podyskutujmy znów o miłości 31.10.02, 18:39
      Ja uważam Inko, że masz rację.
      Wciąż i wciąż wykonując tę samą pracę, szukamy w niej czegoś nowego, co
      spowoduje, że pełni entuzjazmu, po okresie znużenia, zaczniemy wykonywać ją
      jakby była nowa.
      Wysililiśmy się bowiem na tyle, by znleźć w niej tę iskierkę, która da nam
      niesamowity potencjał do kontynuwanie jej z pasją.
      Albo zrozumiemy, że to nie ten kierunek.
      Zadamy sobie pytanie co ja tutaj robię?
      Tyle lat...
      Przez tyle lat pozwoliłam sobie na ucieczkę od siebie.

    • Gość: usa DOSKONALY Re: podyskutujmy znów o miłości IP: *.dsl.lsan03.pacbell.net 01.11.02, 09:31
      TEAMAT
      Jezeli chesz osiagnac sukces w milosci TO musisz na
      zawsze zostawic "przyjaciolki" ktore bardzo czesto mowia
      ze takiej milsci juz nie ma, ze tylko w ksiazkach i tak
      dalej i dalej.
      To co bedzie w Twojej glowie to powoli pojawi sie w zyciu.
      Tak wiec jak bedzisz widzioala tylko problem to bedziesz
      miala problem.
      Wiem ze sa osoby ktore nie rozumieja o czym pisze, ale to
      nie moj problem, Ja zajmuje sie jak rozwiazac problemy a
      nie je tworzyc.
      poczytaj wyjatki z ksiazki tu jest link
      www.volny.com/book1/000.htm
      potem radze ci przeczytaj calosc. Mnie wiele lat temu
      otworzyly sie oczy na wiele rzeczy.
      Takze wiem ze milosc moze trawac wiecznie,
      To bzdura ze sie zawsze konczy.
      Jezli milosc pielegnujesz to moze trwac i trwac.
      Ja doswadczam to na sobie przez ostatnie 27 lat.
      Wiec ludzie ktorzy pisza ze jest to nie mzoliwe nie maja
      pojecia o czym pisza.

      www.witold.us/



      Gość portalu: inka_sama napisał(a):

      > Nic tak nie ożywia forum jak rozmowy o miłości,
      przyjaźni, zdradzie, śmierci.
      > W któryms watku doszłam do etapu zadumy nad tym jak
      traktujemy miłosć. Tu
      > zacytuje się siebie bo noc póxna a ja jestem uhetana
      strasznie a przede mna
      > jeszcze sporo pracy:
      >
      > "Ten pesymizm w ocenie uczuc. Nikt nie mówi że ma byc
      sielsko CAŁY czas.
      > Czemu ludzie uważają ze jak jest jakiś problem miedzy
      kochającymi się ludźmi -
      > to należy się wypiąć na tę druga osobę? Czemu nie
      włożyć troche wysiłku w
      > tworzenie związku??? Czemu tyle wysiłku potrafią
      niektórzy włożyć w
      > zdobywanie wyksztacenia, w swoje pasje, rozwój
      zainteresowań- tyle czasu,
      > pieniędzy, czasem ogromnego fizycznego wysiłku - a w
      miłości ma "samo" dobrze
      > się ułożyć?
      >
      > Czemu miłość nie jest warta takich wyrzeczeń jak np.
      odkrycie naukowe
      > nagradzane Noblem?????
      >
      > zadumana i_s"
      > Koniec cytatu.
      >
      > No i co wy na to?
      > Czemu z wielu wypowiedzi - na tym forum i nie tylko -
      wynika że jak coś się
      > nie układa to poprawic się nie może i uciekac trzeba
      póki się da i szukać
      > nowego partnera?
      > I uciekam do roboty zostawiając ten temat na jutro....
      > :))
      > i_s
      >

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka