agnierzka
29.06.06, 20:50
Zakochalam sie okropnie. To uczucie trwa dopiero 4 miesiace, ale prosze nie
oceniac jego ze wzgledu na dlugosc. Tydzien temu odkrylam opakowanie po
prezerwatywie pod jego koldra. Bylam silna, nie plakalam, nie krzyczakal,
poprosilam o wyjasnienie. Rozmawialismy pol nocy. Nikomu chyba nie musze
opisywac jak sie czulam. Ale uwierzylam jemu, przekonywal mnie ze bardzo tego
zalowal. Zdradzil mnie w czwartek. Nastepnego dnia byl dla mnie strasznie
czuly. Chwilami sciskal mnie tak mocno, ze az musialam wyskrzeczec ze sie
dusze... W sobote spedzalam noc u niego i dokonalam tego, jakze nieprzyjemnego
odkrycia. Jedyne co pamietam to ogromny chlod (a raczej mroz) ktory mna
ogarnal. Musialam usiasc pod kocem... Po pol nocy rozmowy, zupelnie spokojnej,
powiedzialam mu nie ukrywajac mojego smutku, ze nienawidze siebie za to, ze
jednak go kocham. Wtedy sie rozplakal. Powiedzialam mu, ze musi sie ze mna
teraz kochac, bo w przeciwnym wypadku rana zrobi sie zbyt gleboka i juz nigdy
nie pozwole mu sie dotknac. To bylo dziwne, plynely mi lzy, a on gdy je poczul
wpadl w spazmatyczny placz. Nie moglam go uspokoic. Cala niedziele spedzilismy
tulac sie do siebie, niewiele rozmawialismy, lezelismy i sie tulilismy.
Zupalnie jak ofiary jakiejs ogromnej katastrofy. Musialam wrocic na chwile do
siebie do domu... a on wrecz blagal abym wrocila na noc. Powiedzialam, ze sie
zastanowie. Gdy dojechalam do siebie poczulam ze potrzebuje jego bliskosci.
Wrocilam. Gdy mi otworzyl drzwi objal mnie i zaczal plakac. Okazalo sie, ze
przez te dobe telefon mi sie rozladowal i on nie mogl sie do mnie dodzwonic.
Bal sie, ze nie chce go widziec. Caly tydzien spedzilismy razem. Poniedzizlek
bylam silna, ale okazalo sie, ze moja spokojna reakcja nie pozwolila mi sie
odpowiednio odreagowac - po prostu musialam sie wyplakac. We wtorek mielismy
ciezka, ale konstruktywna rozmowe z duza iloscia placzu... Powiedzizlam mu,
czego mi brakuje z jego strony... ale nie robilam mu wyrzutow. (w sztuce
konwersacji i prowadzenia sporow jestem naprawde bardzo dobrze wyedukowana)...
Dzisiaj jest czwartek, tydzien po zdradzie. Postanowilismy, ze bedzie to
pierwsza noc, ktorej ze soba nie spedzimy (zazwyczaj tak robilismy, jedna noc
w tygodniu to byl "odpoczynek", bo nawet jak wieczory spedzalismy ze
znajomymi, to i tak spalismy razem)... A zatem jest ten pierwszy wieczor...
wiem co dzisiaj robi, bo ostatnio szczegolowo opowiada mi swoj plan dnia
(chociaz powiedzialam, ze obdarzam go na nowo zaufaniem i nie potrzebuje tej
wiedzy)... I dopiero teraz widze jak ja jeszcze cierpie. Musze zmuszac sie aby
nie brac telefonu do reki. Cala sie trzese. Musze pisac moja prace
dyplomowa, a ja patrze na zegarek i na telefon, na zegarek i na telefon... O
niczym nie chce myslec, bo moge myslec tylko o nim i to doprowadza mnie do
szalenstwa. Kocham go okropnie... ale tak sie boje, ze to sie skonczy. Ten lek
zabil moja radosc zycia. Wiem, ze jesli tak bede myslala to doprowadze do
konca naszej relacji... Jak sobie radzic z tym panicznym lekiem i to
przeogromna niepewnoscia i zazdroscia...