Dodaj do ulubionych

kiedy miłość umiera

27.09.06, 09:43
witajcie

po wczorajszej rozmowie z mężem decyzja o rozwodzie zapadła
umiera we mnie miłosć do niego, pierwsza jedyna i bolesna - po to żebym mogła się na nowo urodzić...

muszę miec siłę dla swojej córy i maleństwa które noszę pod sercem

jeśli macie to już za sobą, powiedzcie, jak to jest...
Obserwuj wątek
    • gunnora Re: kiedy miłość umiera 27.09.06, 10:10
      < miłość nigdy nie umiera...
      < już nosisz w sobie zasiane ziarenko miłości
      < żyje, rośnie, pielęgnuj je
      < a będziesz miała piękne żniwa:)
    • niezapominajka301 Re: kiedy miłość umiera 27.09.06, 13:21
      Dziewczyno, zastanow sie nad tym, co chcesz lub Twoj maz chcecie zrobic.
      Przemyslcie to tysiac razy!!! Jestem w podobnej sytuacji, ale bogatsza o
      doswiadczenia. Tak mi sie wydaje przynajmniej. Jesli chcesz, to przyblize Ci
      moja historie.

      Jestem z mezem 10 lat po slubie i od jakiegos czasu nie moglismy na siebie
      patrzec. Moze to tez z powodu tesciowej, ktora zawsze probowala rzadzic w
      naszym malzenstwie, a maz jej niestety sluchal. W koncu zaczelam miec ich
      serdecznie dosc. Kazda decyzja nie zapadala na szczeblu maz-zona, tylko na
      szczeblu moj maz-jego matka. Potem informowali mnie.
      Mamy dwie coreczki w wieku 7 i 8 lat. Byly swiadkami naszej wspolnej niecheci,
      naszych klotni, itd. Odbijalo sie to na ich psychice. Mlodsza jeszcze do tej
      pory moczy sie w nocy. Nie jestesmy rodzina patologiczna, jak to niektorzy w
      tym portalu probuja nam powiedziec (pozniej powiem, kto). Mamy duzy dom, ja do
      niedawna pracowalam.

      W koncu czerwca podjelam decyzje o rozwodzie. Poznalam, wydawalo sie,
      fantastycznego czlowieka, z ktorym chcialam spedzic reszte zycia. Wydawalo mi
      sie, ze bedzie takze szanowac moje dzieci. Ten czlowiek mieszka w Berlinie. I
      tu tkwil problem. Chcialam wyjechac razem z dziecmi do niego. Moj maz nic nie
      byl wart. To prawda. Nie przepadal za corkami, traktowal je jak zlo koneczne,
      popychal, szarpal, wyzywal. Mialam dosc. Potem jeszcze mi grozil, ze zarabie
      mnie siekiera i dzieciom taz to zrobi. Ucieklam do Berlina. Do tamtego
      czlowieka. Walczylam o dzieci, o ich przyjazd (nie mialy paszportow) poprzez
      polskie sady i urzedy, poprzez niemieckie sady i urzedy. I jaki efekt?
      Chcialam pisac normalne kulturalne pisma, ale ten czlowiek z Berlina nie
      pozwolil mi na to. Do kazdego pisma, ktore napisalam wtracal swoje bzdurne,
      perwersyjne komentarze. Probowal mi i polskim sadom i urzedom wmowic, ze moj
      maz handluje bronia palna, narkotykami i srodkami medycznymi, dziewczynami,
      dziecmi, ze jest pedofilem, ze gwalci wlasna zone i kaze to innym robic. Gdy
      nie chcialam tego pisac grozil, ze poderznie mojemu mezowi gardlo, spowoduje
      wypadek samochodowy, kaze zgwalcic moja siostre i osierocic jej syna. Balam sie
      go, wiec pisalam. Teraz nie moge liczyc na rozwod, bo to ja sie podpisywalam
      pod tymi pismami do prokuratury i wszyscy twierdza, ze osoba, ktora to pisala
      powinna sie leczyc psychiatrycznie. Ale to nie ja chcialam to wszystko pisac.
      Na poczatku nie zorintowalam sie w jego chorobie. Myslalam, ze przezywa to
      wszystko, bo chce mi pomoc, a nie wie jak.

      Nastraszyl mnie i musialam przywiezc dzieci do Berlina. Wyzywal mojego meza
      przy moich dzieciach do tego stopnia, ze staly z szeroko otawrtymi oczami i
      przerazeniem. To byl psychoterror dla nich i dla mnie. Ucieklam od niego do
      domu samotnej matki w Berlinie tlumaczac sie, ze uciekam przed mezem, ktory
      rzekomo mi grozil, ze dzieci porwie z powrotem do Polski. Ucieklam i wcale nie
      mialam ochoty sie juz z nim spotykac. Jest to postac powszechnie w Berlinie
      znana, podobno walczaca o prawa ojcow. We Frauenhause znaja go bardzo dobrze,
      zaszedl im za skore. Ja to wiedzialam i w koncu im powiedzialam. Stwierdzilam,
      ze albo mi pomoga, albo wyrzuca. To drugie. A ja tego samego dnia szczesliwa
      wrocilam do Polski, do mojego meza, ktory teraz wydaje mi sie po prostu aniolem
      w ludzkiej skorze i nie wyobrazam sobie zycia bez niego.

      Jest tylko jeden maly problem. Jestm w ciazy. Ojcem dziecka jest ten czlowiek z
      Berlina. I nadal grozi mojemu mezowi, ze jesli cos mi sie stanie, to maz musi
      liczyc sie z konsekwencjami i to wcale nie prawnymi. Ma na mysli po prostu jego
      smierc.

      Jestem w ciazy, urodze w marcu, stracilam prace przez te sytuacje, nie mam
      pieniedzy, ani zasilku. Jestem calkowicie na utrzymaniu mojego meza. A on mnie
      utrzymuje, bo mnie podobno jeszcze kocha. Chcemy sprzedac domek w miescie i
      kupic cos na wsi, zeby nie miec kontaktu z ludzmi, ktorzy mimowolnie byli
      swiadkami naszej historii.

      I ja teraz musze zyc ze swiadomoscia, ze ojcem mojego dziecka jest
      schizofreniczny despota i psychopata. I jak bedzie wygladac moje dalsze zycie i
      zycie mojego meza? Przeciez tamten nie da nam spokoju.

      Dla uwiarygodnienia mojego listu do Ciebie, prosze wejdz we forum w gazeta.pl i
      szukaj osoby: mark lips. To jest wlasnie ten czlowiek z Berlina. Znajdziesz tam
      jego najrozniejsze komentarze, po ktorych mozna sadzic, ze faktycznie nie jest
      przy zdrowych zmyslach. Opisuje bite dzieci i bite matki w Polsce, oczywiscie
      na moim przykladzie. Ja bita nie bylam, ale zmuszona do przekazywania takich
      informacji. Na listy przez niego pisane bierz 100% poprawke. To jest horror,
      ktory bedzie sie ciagnac do mojej lub jego smierci.

      A zatem zastanow sie nad swoim zyciem i nad zyciem swojej rodziny. Czy warto,
      by przez jakis nawet powazne nieporozumienia, leglo w gruzach tak, jak moje? Na
      pewno sie kochacie i kochacie swoje dzieci. Zawsze mozna dojsc do wzglednego
      porozumienia, a potem nawet stwierdzic, ze nie wszystko zloto, co sie swieci.
      Moze Wasze malzenstwo jest wlasnie takim skarbem, ktory trzeba umiec oczyscic z
      nalotu?
      Przeczytaj to, co zaproponowalam o mark lips, a potem odezwij sie jeszcze do
      mnie, jasli bedziesz miala ochote. Przeczytaj rozne komentarze, nie tylko o
      mnie i o mojej rodzinie. Sprawy karne i grozby... to sie przewija.
      Naprawde nie warto niszczyc tego, co tak dlugo budowaliscie.

      "...umiera we mnie miłosć do niego, pierwsza jedyna i bolesna - po to żebym
      mogła się na nowo urodzić..." to Twoj cytat i moglby byc takze moim sprzed
      kilku miesiecy. Ale teraz juz odrzucilam te mozliwosc. Wiem, ze ja z wlasnej
      woli nigdy sie nie rozwiode. Po prostu kocham mojego meza, moze nie tak jak 10
      lat temu, moze to sa ochlapy milosci. Ale wiem, ze przy nim chce sie zestarzec.
      Teraz juz wiem... szkoda, ze po czasie.

      Pozdrawiam serdecznie.
      Niezapominajka.

      ps. A tesciowa przegonilam.
      • wiedzma15 Re: kiedy miłość umiera 27.09.06, 18:54
        Dziękuję wam, że jesteście

        Niezapominajko, współczuje ci twojej sytuacji, przeczytałam posty podpisane mark lips i rzeczywiście to nie jest chyba całkiem zdrowa osoba. Mogę zrozumieć, że na początku to było zauroczenie, które potem okazało się fatalne...

        U mnie nieco inaczej - ja nie rozwodzę się z mężem z powodu zdrady którejkolwiek ze stron, tylko dlatego, że 11-letni psychiczny terror dzięki wielu osobowm z mojego otoczenia udało mi się zauważyć i zawalczyć o swoją godność
        To nie spodobało się mojemu panu... własciwie nie szanował mnie nigdy, ale potrafił to ukryć przez wiele lat, kiedy urodziła sie nam córka, próbował przekazać jej również to lekceważenie mnie i reszty świata...

        kiedy kazałam mu sie wyprowadzic dwa miesiące temu, byłam już w ciąży z drugim dzieckiem, choć ta ciąża nie była zaplanowana, cieszę się, że moja córka będzie miała pełny dom, że nie wyrośnie na egoistkę, jak jej ojciec

        przez dwa miesiące czekałam na jakiś gest, jakieś przemyślenia, po wczorajszej rozmowie wiem już że nie było o co walczyć, on mnie nigdy nie kochał i teraz to widzę wyraźnie...
        nie mamy już drogi powrotu do siebie, choć ja jeszcze czuję "resztki" uczucia do niego i gdyby był zdolny złamać swój egoizm to mogłabym mu dać szansę, niestety to jest człowiek, któryt tylko bierze z życia, nie dając z siebie - ta sytuacja nie dotyczy tylko mnie, ale również jego matki, rodzeństwa, znajomych...

        kiedy się dowiedzieli, że nie mieszkamy razem, pytali szczerze się dziwiąc , co mnie tak długo przy nim trzymało? patrząc z boku widzieli znacznie wyraźniej nasz chory układ

        to niewiarygodne, nawet dla mnie, że jeszcze potrafię go kochać, choć teraz pozostał mi czas odliczany samotnie do narodzin Maleństwa (w lutym) i próba stawania na własnych nogach

        na szczęscie dla siebie i dzieci, mieszkam we własnym domu,( nie wspólnym) jestem w miarę zabezpieczona finansowo i prawnie ( Opatrzność czuwała nade mną)
        to ja zawsze byłam stroną bardziej aktywną zawodowo, na szczęście nie pozwoliłam mu "zagospodarować" całego majątku, do którego nie wniósł nic poza paroma meblami, samochodem który ledwo się turlał i rzeczami osobistymi

        od moich dziadków dostałam dom i ziemię, na resztę zapracowałam sama a jeszce przez lata musiałam się wykłócać o każdą rzecz kupioną do domu, bo jemu nic nigdy nie było potrzebne

        wyszedł z domu z tym samym majątkiem, który wniósł, pozostawił mi długi, których termin spłaty upływa w 2013 roku, ale wiem, ze sobie poradzę, bo zawsze musiałam sama sobie radzić, bo kiedy pojawiały się jakieś finansowe tarapaty, on zawsze miewał chandrę, więc problem pozostawał dla mnie a jeszcze leczyłam jego zły humor jakimiś imprezami lub innymi atrakcjami...

        jak widzisz niezapominajko, moja sytuacja jest nieco inna, ale tobie mogę zazdrościć uczucia męża który pomimo zła jakie mu, choć nie sama, wyrządziłaś, kocha cię i chce nadal być z wami.

        gdybym miała chociaż cień nadziei że mój mąż mnie kocha, zniosłabym to wszystko i jeszcze więcej upokorzeń....

        • julinka601 Re: kiedy miłość umiera 27.09.06, 20:06
          Dziewczyno,
          wiej gdzie pieprz rośnie!Dasz sobie radę.Jest w Tobie jakaś siła to się
          czuje.Wiem co mówię.Miałam podobną sytucję i właśnie po 30 latach małżenstwa
          mój mąż zapragnął wolności.Teraz kiedy za chwilę idę na emeryturę , kiedy
          dzieci usamodzielniły sie i wyprowadziły...Leczyłam go z
          kompleksów,holubilam,puszczałam mimo uszu różne docinki i niewybredne żarty o
          malżeństwie czy kobietach,wzięłam na swoje barki zabezpieczenie bytu rodzinie
          (on zadowalał sie minimum,popadał w depresje) ,kochałam bezwarunkowo i dbałam o
          pozytywny wizerunek naszej rodziny i tak też byliśmy postrzegani).Bylam do tej
          pory jedyną kobietą w jego życiu a teraz nagle zapragnął nadrobić stracony czas
          i ulelgł fatalnemu zauroczeniu.SZok,niedowierzanie,rozpacz,próba ratowania
          związku i wreszcie opamiętanie...A co ja mam ratować?Kto tu ma tak naprawdę
          problem?Gdzie jest powiedziane że tylko w parze można być szczęsliwym?Czyż nie
          byłam często samotna ,zdana na siebie i jeszcze dżwigajaca jego problemy?Ze mam
          60 lat?I co z tego?Cos mnie jeszcze czeka,bo każda zmiana działa na nas
          stymulujaco.(i nie mam tu na myśli mężczyzny,chcę być sczęśliwa niezależnie od
          czynnikow zewnetrznych ,i będę).Pomyśl ile dobrego przed Tobą,tylko musisz tego
          batdzo chcieć!I najważniejsza rzecz: musisz być pewna ,że istotnie chcesz sie
          rozstać,bo baiwienie sie w kotka i myszkę tylko przysporzy Ci trosk i wypali
          wewnętrzniePrzeczytaj taką książkę "Dawcy i biorcy" C.evatt i
          B.Feld.Zobaczysz , że obietnice poprawy biorcy są tylko chwilowe po to by
          zatrzymać dawcę i wysysać z niego soki.Przemyśl to.Nie jestem rozgoryczona(choć
          to dopiero pare miesiecy od wykrycia prawdy) wrecz przeciwnie, dopiero teraz
          jak podjelam decyzję o rozstaniu naprawdę,jetem naprawdę spokojna i
          pogodna.Pozdrawiam i życzę trafnych decyzji
        • bidula5 Re: kiedy miłość umiera 28.09.06, 07:39
          Ja odeszłam po 10 latach z dzieckiem, bez niczego. Zawisły czarne chmury, ale
          teraz po 4 miesiącach wychodzi słońce. Kładę się spać spokojna i zaczynam
          odzyskiwać wiarę w siebie i szacunek.
          Nadal go kocham choć jest narcyzem i egoistą, ale wiem teraz jednak nie warto
          marnować życia i niszczyć siebie.
          Przygotuj się na to, że dziecko będzie rozbite, będzie zachowywało
          się "inaczej". Musisz poświęcić teraz dziecku więcej czasu i uwagi, aby mogło
          przez to przejść bez traumy. Jeśli naprawdę wiesz, że cie nie kocha to nie
          oglądaj się za siebie. Do miłości nikogo nie nakłonisz a bez miłości to nie ma
          sensu
        • niezapominajka301 Re: kiedy miłość umiera 28.09.06, 10:15
          Zapomnialam dodac, ze nie byloby tej calej sytuacji, gdyby mnie moj maz
          szanowal. Dla niego zawsze bylam dodatkiem do jego osoby. Wlasciwie nie wiem,
          dlaczego wzielismy slub. Nie pozwolil mi pracowac, "bo kto cie przyjmie do
          pracy, popatrz na siebie, ty sie do niczego nie nadajesz". Rodzina byla i jest
          przeciwko mnie, twierdza, ze nie mam nawet prawa do wlasnych dzieci i do domu,
          ktory razem z mezem budowalismy. Sama zakladalam kafelki, wywalalam gruz z domu
          i malowalam wszystkie sciany, a dom jest duzy 360 m2. Nie pozwolil mi
          studiowac, choc zawsze chcialam, "przeciez ty jestes glupia i beznadziejna".
          Choc inni wcale tak nie uwazali. W koncu poszlam na studia i bylam najlepsza
          studentka na roku. Co z tego, skoro i tak musialam przerwac, nie z mojej winy.
          Z rodzicami nie mialam dobrego kontaktu. Moja starsz siostra 5 lat temu rzucila
          sie pod pociag, bo miala ich serdecznie dosc. A moj maz stal zawsze po ich
          stronie. Wiesz, moze to sa faktycznie ochlapy milosci, a moze zwyczajnie mam
          juz dosc mezczyzn i twierdze, ze moze mi sie trafic ktos znacznie gorszy od
          meza. Nie wiem. Sprobowalam poszukac swojego szczescia w zyciu i tym razem mi
          nie wyszlo. Wlasciwie nie wiem, czy on mnie kocha, czy mu sie tylko tak wydaje,
          czy dla dobra dzieci nie chce sie rozwiesc. Ale ja skapitulowalam. W grudniu
          skoncze 30 lat, a czuje sie jakbym miala 70. A w marcu kolejne dziecko. Nie
          wiem nawet czy bede miala sily je wychowywac, czy oddam ojcu.

          Ale widze, ze jestes silna kobieta i wiesz, czego chcesz od zycia. Dasz sobie
          rade. Tego Ci zycze. Twoja historia w gruncie rzeczy jest troche podobna do
          mojej. Brak szacunku.Zdrada wynika z zyciowych sytuacji na co dzien. W moim
          przypadku ja nie traktowalam tego jako zdrade. Chcialam sobie na nowo zycie
          ulozyc, ale znowu mi nie wyszlo.
          Pozdrawiam.
          • wiedzma15 Re: kiedy miłość umiera 28.09.06, 10:53
            "A w marcu kolejne dziecko. Nie
            wiem nawet czy bede miala sily je wychowywac, czy oddam ojcu."

            nawet tak nie myśl, bedziesz miec siłe żeby wychować to dziecko, bo jeśli je oddasz ojcu, sama tego nie przeżyjesz...
            wierzę w ciebie, skoro wychowałaś dwoje, trzecie też wychowasz, chociaż na pewno nie bedzie ci łatwo, bo twój mąż raczej nie pomoże ci w tym...
      • bszalacha Re: kiedy miłość umiera 28.09.06, 00:55
        Daj jej spokój"niezapominajka"Ona nie boi się na szczęscie biedy ani też nie
        zamierza dla takich przyczyn marnować sobie życia.Zawsze na początku zmiany
        jest trudno,co nie znaczy,ze trzeba tkwić w miejscu ze strachu.
        • lune strach 28.09.06, 06:52
          bszalacha napisała:

          > Zawsze na początku zmiany
          > jest trudno,co nie znaczy,ze trzeba tkwić w miejscu ze strachu.

          Strach zabija dusze (to cytat ale nie pamietam z czego); tkwienie w miejscu ze
          strachu czyni nas niewolnikami wlasnych lekow ; rozwod jest trudnym i gorzkim
          doswiadczeniem - ale wiele kobiet po nim wlasnie, gdy juz przejdzie
          przez 'najgorsze' - odzyskuje wiare w siebie :)

          lune
    • lune nie tak zle 28.09.06, 00:36
      moze dlatego ze stalo sie to wtedy gdy nasz zwiazek przygasl ? gdy zameczyly go
      klopoty rozne ?

      ale i tak pierwszy moment byl szokiem ; siedzialam na gruzach zwiazku i mialam
      wrazenie ze moje zycie sie rozpadlo i nigdy sie nie pozbieram ;

      mialo sie zmienic wszystko - takze miejsce ktore tak kochalam

      moja przyjaciolka powiedziala mi wtedy cos waznego : to co dobre - jest w
      tobie, cala magia i cieplo ; gdziekolwiek pojdziesz - zabierzesz to z soba ;
      wypelnisz tym kazde miejsce ;

      i miala racje :)

      wierz w siebie ; masz wiecej sily niz mozesz sobie wyobrazic !

      lune
      • bszalacha Re: nie tak zle 28.09.06, 01:04
        Masz też wspaniała przyjaciółkę!Przeszłam przez to piekło bardzo,bardzo
        poobijana.Ale żyję,choć nie mogłam wtedy mieć pomocy ze strony krewnych i choć
        moje finanse były nędzne.Trzymam kciuki za KOBIETY BOHATERKI.Są warte
        najwyzszych odznaczeń.
        • wiedzma15 Re: nie tak zle 28.09.06, 09:39
          Dziękuję wam za te wszystkie słowa, które podnoszą mnie na duchu

          mam nadzieję ze sobie poradzę, wiem że nie muszę się martwić o wiele spraw związanych z życiem codziennym (pomaga mi mama) i z finansami, a to już wiele

          na razie miotam się od resztek miłości do niego, do początków nienawiści, ale macie rację, nikogo nie mozna zmusić do miłości, a bez miłości to nie ma sensu

          staram się walczyć o siebie, bo wiem, że muszę być silna i muszę nauczyć się zdrowego egoizmu, aby nikt mnie już nigdy tak nie skrzywdził

          teraz wiem, ze dobrze zrobiłam, każąc mu się wyprowadzić, kiedy czytam o problemach innych, widzę, że i tak moja sytuacja była nie najgorsza - mam gdzie mieszkać, mam jako taką sytuację finansową no, ale przede wszystkim dzieci, dla których jest sens żyć

          jeszcze raz wam bardzo dziękuję, czytając wasze posty, czuję że dam radę iść dalej przez życie własna drogą...



          • julinka60 Re:nienawiśc jest uczuciem niekonstruktywnym... 28.09.06, 11:26
            Wydaje Ci sie ,że jeszcze kochasz , bo ostatecznie nie odcięląś sie od
            przeszłosci.Jeszcze gdzieś głęboko tkwi w Tobie nadzieja na pogodzenie,chyba
            złudna.Jak już uwierzysz że to koniec wowczas skoncentrujesz sie na sobie i
            swoich dzieciach.Myaślę też ,że nie należy nienawidzić , to uczucie
            niekonstruktywne,wyniszczajace nienawidzącego,rujnujace.Przeżylaś z nim
            troche,zapamiętaj wiec to co było dobre a o zlym powoli zapomnij.To Cie uchroni
            prze zgorzknieniem i niepotrzebną stratą energii.Będzie dobrze.trzymam kciuki
            • wiedzma15 Re:nienawiśc jest uczuciem niekonstruktywnym... 28.09.06, 11:36
              Dziękuję Julinko, jesteś mądrą kobietą:)
              Chyba rzeczywiście chciałabym jeszcze, żeby było normalnie
              ale wiem, że nie ma powrotu do przeszłości...
              moja energia potrzebna jest dzieciom i mnie żeby żyć...
    • julinka601 Re: kiedy miłość umiera 28.09.06, 12:16
      polecam lekturę "kobiety które kochaja za bardzo" lub "dobre zycie w
      pojedymke".Bliskość jest człowiekowi potrzebna ale jesli ona jest , bo gdy jej
      nie ma to lepiej byc samemu i nie łudzic się a co za tym idzie nie
      rozczarowywać.A tak swoja droga ile Ty masz lat wiedżminko?
      • wiedzma15 Re: kiedy miłość umiera 28.09.06, 13:31
        mam 30 lat, za mąż wyszłam bardzo wcześnie, mając 19, ale nie "z przymusu", tylko pełna miłości i nadziei, że to na całe życie

        on jest moją pierwszą miłością i pierwszym mężczyzną, może dlatego tak mnie to wszystko boli...?
        • julinka601 Re: kiedy miłość umiera 28.09.06, 14:54
          Masz dokladnie połowę moich lat.Bedzie Ci w niektórych przypadkach trudniej.Ja
          mam juz usamodzielnione córki,moje hormony drzemią.Ale mam prawie trzykrotnie
          wiekszy staz malżenski,więcej do zapomnienia i o ile szans życiowych
          mniej.Zawaliło mi sie całe życie a miałam juz wszystko zaplanowane do śmierci i
          miało byc tak sielsko ( mamy domek letniskowy w górach),teraz planuje najwyżej
          na tydzień i nie jest żle.Pamietaj co nas nie zabije to nas wzmocni!
          Jeślibys sie jednak zdecydowała ratować ten zwiazek to pamietaj: nie rezygnuj z
          siebie i swoich oczekiwań, nie próbuj sie zanadto obwiniać (meżczyzni bywaja
          mistrzami manipulacji,taki był mój mąż,i chetnie przerzucaja wine na
          kobiete).Pewien ksiadz powiedział mi:ratowac malzenstwo = tak,chronic
          sakrament - tak,ale nie za wszelka cene,bo wtedy się je grzebie i traci
          szacunek do siebie.wytrwałosci i madrych wyborów.
    • zizi2525 Re: kiedy miłość umiera 29.09.06, 20:58
      witaj jestem w podobnej sytuacji nie mogę się pogodzić z porażką.Kocham a nie
      jestem kochana ,on udaje że nic się nie dzieje.Od długiego czasu łudze się że
      będzie lepiej ale uwierz nic się nie zmienia nie warto czekać i cierpieć.zrób
      coś dopóki masz siłe
      • wiedzma15 Re: kiedy miłość umiera 29.09.06, 21:36
        po ostatniej rozmowie już nie czekam na nic, próbuję się pogodzić z tym, że mnie nie kocha
        walczę o swoje przyszłe szczęście i o szczęście moich (naszych) dzieci
        po przeczytaniu wszystkich rad i wielu innych historii samodzielnych kobiet, wiem, że nie jestem w beznadziejnej sytuacji, mam dom (tylko mój), samochód, nie najgorszą pracę (pracuję w domu), oraz mamę, brata i przyjaciół, którzy dali mi odczuć, że są ze mną w tym trudnym momencie

        wiem, że ta miłość będzie jeszcze tkwić we mnie jak drzazga przez wiele lat, ale trudno, może kiedyś znajdę jeszcze swoje szczeście... zresztą dzieci będą na razie całym moim światem

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka