Dodaj do ulubionych

Myśli samobójcze

24.02.08, 00:20
Nie wiem, po co to piszę.
Może komuś to uzmysłowi, że ma jednak ciut lepiej ode mnie i mu to
pomoże. Mam 24 lat i nie widzę swojej przyszłości. To, co widzę to
dla mnie jakiś horror i absurd. Jestem królem frajerów. Dopiero
teraz przypominam sobie te wszystkie pobłażliwe uśmiechy na mój
temat. Jak przystało na kompletnego frajera, wydawało mi się, że
jestem typem zwycięzcy.
I pewnie gdyby po drodze znalazła się jakaś upośledzona kobieta,
która by mnie przygarnęła,
nadal by mi się tak wydawało. Niestety okazał się, że dla tak
naiwnego chłopca jak ja to zdecydowanie za wiele. Nagle otwarły mi
się oczy. Żyje w świecie opisanym przez Darwina, jesteś tu nikim,
nic nie znaczę, nie ma mnie. Każdego dnia wstawałem z
przeświadczenie, że na pewno jutro się uda, dostane, co mi się
należy, że będzie lepiej. Jest coraz gorzej. Jestem tu jeszcze
tylko, dlatego, że nie chcę niszczyć życia najbliższej rodzinie,
starzejącym się i zapracowanym rodzicom i dorastającemu rodzeństwu,
udaję, że mogę tu wytrzymać, że dam radę, codziennie siłuje się z
wargami pokazując uśmiech. Okazałem się nieudacznikiem, kompletnym
frajerem. Nie daje sobie rady w najprostszych sprawach Mam 24 lata
nigdy nie miałem kobiety i nie będę miał. Jestem dziś praktycznie
bez przyjaciół, z garstką
wykruszających się znajomych. Nie daje rady w pracy, każdy termin to
wyrok, moje błędy i spóźnienia. Z trudem kończona uczelnia na
najniższych stopniach. Mam cholerne problem z koncentracją i
pamięcią, jakiś pieprzony uraz kręgosłupa, kupę siana władowana w
rozpadające się zęby. Codzienność to chroniczne problemy finansowe i
zmartwienia rodzinne na głowie. Patrząc na potknięcia mojego ojca
myślałem, że on jest nieudacznikiem. Niestety przebiłem go, co
najmniej dwukrotnie. Każde wyjście na imprezę, do ludzi to dla mnie
prawdziwa katorga. Wracam do domu w kompletnej depresji. Kiedy
siedzę zamknięty w domu jest nieźle. Pomagam zmęczonemu ojcu, będąc
z nim kryję się za resztkami jego przemijającej siły. Moja
przyszłość to pogłębiające się wyobcowanie. Pewnie jeszcze kilka lat
dopóki rodzice pożyją jakoś pociągnę w domu. Jak widzę przyszłość?
Lat 25 kryzys. Lat 30 wyobcowanie, godny pożałowania nudziarz,coraz
dalej od ludzi. Lat 35 - 40 łysiejący nieudacznik, zakatowany
ciągłymi rozterkami, może dociągnę do tego wieku by wszystko
skończyć, dłużej nie czekać i nie umierać na starość w kompletnej
samotności. Miałem wielkie ambicje. Teraz nie mam zbyt wielkich.
Byle znaleźć sposób by to wszystko tak nie bolało. Być kimś, czasem
mam czelność marzyć, być przeciętnym, bardzo bym chciał, być gównem,
ale żyć bez tych wszystkich problemów, codziennie o tym marze.

Nie rozumiem świata, w którym żyje. Nie potrafię w nim postępować.
Nie rozumiem ludzi. Nie roszczę sobie prawa do istnienia, jeżeli
jestem za słabym by istnieć.

Nie musze skakać z budynku, po prostu chciałbym spać i się nie
budzić. Chociaż tyle, aż tyle. Niestety nie mogę spać, musze sobie
na to zapracować.

Dlaczego nie mam po prostu prawa nie istnieć? Dlaczego aby przestać
istnieć muszę zniszczyć siebie, musze skrzywdzić bliskich,
przeciwstawić się Bogu?

Zresztą gdybym mógł być pewien, że On istnieje to wiedziałbym, co
robić. Ale jeżeli by istniał to jak mógłby kogoś, kto z nim
codziennie rozmawia doprowadzać do takiego stanu, do takich myśli.

Gdyby to mogło być tak proste jak edycja tekstu. Delete i po krzyku.
Obserwuj wątek
    • rumnieburak Re: Myśli samobójcze 24.02.08, 00:32
      Że tak nieco filozoficznie się wypowiem: zaciśnij zwieracze i walcz dalej. Nie trać tyle czasu na użalanie się nad sobą, tylko zastanów się co u siebie poprawić i to rób. Jest pełno ludzi w dużo gorszej sytuacji, którzy muszą jakoś żyć.
    • szarylemur Re: Myśli samobójcze 24.02.08, 01:35
      masz dola i wszystko wydaje ci sie straszne, skonczone i przegrane
      nie jestem najlepsza w pocieszaniu
      powiem wiec tylko tyle zebys dal sobie i swiatu jeszcze jedna szanse
      a moze raczej jeszcze z milion szans
      jesli nie znajdujesz w swoim zyciu zadnych powodow do radosci czy dumy
      sprobuj wyjsc poza siebie i znalezc jakies piekno w swiecie
      nawet tym tak okrutnym dla ciebie
      zawsze cos sie znajdzie, prawda?
      cos czego obecnoscia mozesz sie cieszyc, cos czym mozesz sie zachwycic
      nawet jesli nie dotyczy to bezposrednio ciebie
      przepraszam jesli dolozylam sie do twojego cierpienia
      sciskam
      • anika-na Re: Myśli samobójcze 24.02.08, 02:57
        Nie rozumiesz bo nie chcesz rozumiec...wpoiłes sobie taka gadke do
        głowy i tego sie trzymasz bo jesteś zwyczajnym leniem.Tak
        leniem.Nie bede Ci wspolczuć co to to nie.... Czemu jestes leniem?
        bo nie chce sie Tobie walczyc o cos co masz na wyciagnięcie
        reki.Lepiej sobie ustalic taka wersje obwiniac cały swiat i wszytsko
        naookolo. Zamiast pokazac ze stac Cie na więcej poddajesz sie bez
        walki... Majac 24 lata takie rozumowanie??? chlopie a co maja
        powiedziec ludzie ktorzy maja po 50??? Oni by ci dokopali za te
        teksty, ojciec stara sie jak moze a Ty jemu taka opinię wystawiasz???
        Gdyby on był w Twoim wieku z tym doswiadczeniem co posiada teraz
        pewnie by działał.DZIAŁAŁ. Napisaleś,ze wracasz z imprezy
        zdolowany... a próbujesz zagadac jakąs dziewczyne?? bo wiesz, mam
        znajomego i tak szczerze to czytajac polowe postu byłam 100% pewna
        ze to jego wypociny, a on ... no coż staraja sie ludzie naokoło
        niego wyciagnac do niego reke on ja odrzuca bo woli w domu
        posiedziec, abo mu sie nie chce itp.

        Moze zamiast biadolic wział byś sie za siebie??? wyszedł do ludzi?
        jesli jestes odludkiem emanujesz od siebie na kilometr ,, nie chce
        mi się nikim rozmawiac,, to co sie dziwisz...zacznij sie usmiechac
        zapisz sie na jakis wolontariat z dziecmi niepełnosprawnymi-moze
        wtedy dostrzezesz jakie zycie moze byc naprawde okrutne...

        Wybacz ale nie moglam sie powstrzymac...bo 24 lata to wiek gdzie
        mozna zrobic wiele...sama mam tyle i nie urodzilam sie ani w bogatej
        ani szczesliwej rodzinie...podejrzewam ,ze moje problemy sa o duzo
        wieksze...ale potrafie byc pogodna osobą.. i nie zrzucam winy na
        swiat tylko brne do przodu...
        • anika-na Re: Myśli samobójcze 24.02.08, 03:10
          ze jeszcze tak wrednie przypomne
          ,,Niestety chyba wiem oczym mówisz. Człowiek przedewszystkim
          potrzebuje celu w życiu. Jest taki moment,że stare cele się
          wycierają, nie wierzysz w możliwośc ich realizacji i przestajesz
          wierzyć w sens swojego istnienia. Z życiem jest tak jak z
          utrzymywaniem się na wodzie, jak przestajesz ruszać rękami idziesz
          na dno. Jednym słowem jak przstaniesz robić cokolwiek będzie jeszcze
          gorzej. Dlatego wyznacz sobie nowe cele, wiele z nich może też
          niewyjść, ale najważniejsze żeby gdzieś płynąć.
          Urok często mija gdy złapiesz kruliczka, cała zabawa to gonić
          kruliczka.
          Wyznacz sobie nowe fajne cele(mogą być nawet najgłupsze ale musisz w
          nie wierzyć), zacznij je realizować, a siła i optymizm same przyjdą.
          Marazm tylko czeka by dopaść cie swojimi łapskami.On jest podstępny.
          Nie daj mu się!!!!!,,

          pamietasz kto to pisał???

          na chwilowego doła-mysli samobójcze??? to ja proponuje terapie...
        • akwarysta84 Re: Myśli samobójcze 24.02.08, 13:27
          Ludzi nie przeraża moje zamknięcie w sobie , tylko moje ciśnienie na
          kontakt.
          Gadam niestety za dużo. Uśmiech generalnie nie zchodzi mi z pyska
          dopuki nie znajdzie się kilku idiotów lub idiotek, których wku..a
          mój naiwny entuzjazm i głośny sposób bycia.

          A jeżeli mówisz że,muszę walczyć,bo masz więcej problemów, to
          dziękuję.

          Ok, tylko jeśli radzisz mi pozajmować się dziećmi niepełnosprawnymi,
          to należy mi się to nie mniej niż wszystkim innym na tym forum.

          • anika-na Re: Myśli samobójcze 24.02.08, 16:44
            Kto powiedział,ze musisz walczyc bo ja mam wiecej problemów????
            Napisałam,ze czytajac Twoj post widzę,ze moje ,,problemy,, sa
            wieksze a jestem pogodną,wesola dziewczyną...
            Czy Ciebie wujek molestowal w dziecinstwie?? Zyleś
            pod ,,skrzydelkami,, alkoholika??? ja przezylam to i o wiele
            wiecej..ale nie chce tu robic wojny,,kto ma wieksze problemy,,a
            wierz mi nie sa to łatwe rzeczy, nie jest lekko z tym zyc i powinnam
            czytakjac Twojego posta dawno sie powiesic, bo mnie zawsze wszytscy
            przezywali od przedszkola począwszy do szkoły podstawowej,ze córka
            alkoholika itp. W 8 klasie szkoły podstawowej ,,koledzy,,
            dowiedzieli, sie ze bylam molestowana przez wujka Jak? jednego tatus
            w policji pracowal co prowadzil sprawe...co zrobili?? na balu
            szkolnym próbowali mnie zgwałcic....

            Powinnam się juz dawno powiesic...bo jestem inna, dziwna , mam swoje
            inne akcje czasami...ale... mam to wszystko gdzies? wiesz??
            bo nie dam ssie czemus bo wiem,ze to nie moja wina.Ze to
            spoleczenstwo w ktorym sie obracałam jest chore, chodze z
            podniesiona glowa i usmiechnieta miną,
            Tez się smieje głosni, daje o sobie znac... ale to Ty wybierasz
            przyjacioł nie oni Ciebie... Jesli zdarzy sie w moim towarzystwie
            osoba,która widze ,ze oszukuje mnie, klamie, wysmiewa sie itp.
            urywam znajomość...
            Co do dzieci niepełnosprawnych to nie kazałam z nimi pracowac tylko
            to byl pomysł ,rada a Twoja w tym sprawa czy skorzystasz czy nie..

            Ale widze,ze Ty poprostu przyszedłes tutaj się poużalać nad sobą
            tylko, i tak naprawde ktokolwiek ci cos napisze to moze cos tam
            znajdziesz ale tak naprawde czujesz juz satysfakcje bo oznajmiles
            swiatu ze nie chcesz zyc, a teraz wszyscy litościwie mamy Cie
            pocieszac...
            Obudz się i wyjdz do ludzi-normalnych -ale pewnie dla Ciebie Ci
            normalni to wasnie frajerzy i ich unikasz i dlatego pakujesz sie w
            towarzystwo debili... nikt sam do Ciebie przyjdzie...
    • solaris_38 Re: Myśli samobójcze 24.02.08, 05:37
      często odpowedzią jest pokora

      byłam dumna i chicąłm wiel
      teraz nei che'teraz ciesze sie zę JESTEM
      bezzębna nawet
      schorowana chcę zyć
      i każdy dzień stał sie dla mnie nagrodą chodzenia słuchania oddychania

      pokochałam i zaakceptowałam zwyczajne sprawy

      nie mam faceta i już wiem ze mogę być szczęśliwa bez niego

      gdybym miała syna któremu nei udawałoby sie z kobietami i źle szło by mu w pracy
      na pewno byłoby mi smutna ale ani przez chwilę nie życzyłabym mu śmierci jako
      rozwiązania

      kobieta o której marzysz jest nie tylko tym co myślisz ale tym wszystkim
      czego w życiu nie możesz znieść
      to wyzwanie
      oczekiwanie
      wymaganie
      pretensje (o to samo co pracodawca)
      bo kobieta jest jak życie

      ona nie rozwiąże problemów z życiem
      ty musisz je rozwiązać

      znaleźć prace która jest na tyle prosta abyś mógł ja wykonywać
      i wykonywać ją dobrze bo nawet sprzątać można z miłością i godnoscią

      problem jest w tym ze koniecznie chc3esz być lepszy niż jesteś

      czy innych podobnych sobie tez być ZABIŁ ?
      a jesli nei czemu SOBIE to chcesz zrobić

      czy nie możesz spróbować pokochać siebie takiego jaki jesteś ze wszystkimi
      swoimi wadami i słabościami

      rodzice jakoś mogą cię kochać
      a ty nawet się nie lubisz

      poszukaj rzeczy które lubisz

      różnych
      wymieniaj sie doświadczeniami z innymi
      chodź w góry i na wędrówki
      zostrań ornitologiem amatorem
      cokolwiek byle cie cieszyło
      w jednym z takich miejsc spotkasz ptrzyjaciól kórzy kochają to co ty

      wybacz sobei ze jestes "tylko" tym kim jestes

      czy świat jest miejscem tylko dla wspaniałych
      pzrecież jest ich tak mało
      a nawet gdyby był taki swiat tylko ze wspaniałych
      i wśród nich będą zawsze lepsi gorsi
      i znów gorsi gdyby przyjęli twój punkt widzenie to od razu by popełnili
      samobójstwo bo są najgorsi

      ludzi i świat jest ciężko zrozumieć
      pewnie nikt go nie rozumie
      sadzisz że inni rozumieją ludzi
      nie jest to powszechnym przywilejem

      masz prawo nie istnieć
      sam wybierasz istnienie choć tak cię boli
      zanim rodzice umrą
      nauczysz sie jak lepiej żyć
      aby życie nei było karą

      ponieważ jestem zwolenniczka terapii wiec ja polecam
      i zawsze z tym samym komentarzem
      ze terapia to miejsce pracy dla ciebie

      ty pracujesz
      terapeuta to tylko ułatwiacz twojej własnej pracy and sobą
      ty musisz wiedzieć jakiś cel chcesz osiągnąć
      i ty musisz pragnąć tego celu

      jesli wierzysz w boga nie gadaj do niego i nie oczekuj'
      zrób coś z tym co masz











      • akwarysta84 Re: Myśli samobójcze 24.02.08, 13:51
        Poprostu nie moge znaleźć tego balansu, który pozwala funkcjonować
        mi na minimum.

        Zresztą ludzie zawsze dają takie wspaniałe rady, a sami często nawet
        w części nie potrafili by ich zrealizować.
        Znowu musze być jakimś tytanem, a nie mam do tego kompetencji.

        Ludzie tak nie żyją, nie ci dookoła mnie.
        • solaris_38 Re: Myśli samobójcze 24.02.08, 16:04

          "Poprostu nie moge znaleźć tego balansu, który pozwala funkcjonować
          > mi na minimum. "

          to nie jest na minimum
          to jest realne

          > Znowu musze być jakimś tytanem, a nie mam do tego kompetencji."

          musisz być tytanem ?
          do tego ZNOWU?

          tak sądzisz ??

          mój list był o czymś innym

          ze możesz być sobą a nie tytanem
          tytan ma być tytanem
          a ty tym kim jesteś
          tyle że ... szczęślwszym

          "> Ludzie tak nie żyją, nie ci dookoła mnie."
          sam wybierasz sobie wzory

          hmmm .. a podobają sie ci ludzie wokół ciebie ?
          piszesz ze nie
          to po co sie na nich chcesz wzorować



    • kore12 Re: Myśli samobójcze 24.02.08, 11:36
      No cóż. Kiedy się ma 24 lata, ma się całe życie przed sobą. Masz
      czas na ułożenie go w dobry sposób. Ono zależy od Ciebie. Zacząć
      trzeba chyba od siebie. Polubić siebie, żeby inni mogli Cię lubić.
      Jeśli sam nie potrafisz znaleźć powodów do samoakceptacji, spróbuj
      poszukać fachowej pomocy.
      Kolejnym krokiem jest wyjście z domu. Przecież wymarzona kobieta i
      przyjaciele nie spadną z nieba i nie zapukają nagle do Twoich drzwi.
      Jeśli znajdziesz coś, co Cię wciągnie i zaintersuje, łatwo
      znajdziesz innych, którzy również to lubią. Ale jeśli nie wykonasz
      pierwszego kroku, czyli nie zaakceptujesz siebie, nie zbudujesz
      dobrych relacji z innymi. To wszystko wymaga pracy, ale masz na to
      wpływ.
      Trzymaj się i do dzieła!
      • akwarysta84 Re: Myśli samobójcze 24.02.08, 14:02
        Problem polega na tym, że jestem po roku prawie, że tytanicznej
        pracy nad sobą. Robiłem wszystko. Byłem miły dla ludzi. Bywałem
        gdzie się dało. Uczestniczyłem w czym mogłem. Realizowałem pasje.
        Uczyłem się czego tylko mogłem.Cholera, imprezy, siłowania, basen,
        jakieś języki, dodatkowe zajęcia, organizacje studenckie, wyjazdy
        zagraniczne, kursy tańca. Nawet udawało mi się przez dłuższy okres
        na to wszystko zarobić(a trzeba było pewnie pomóc rodzicom). Bawiłem
        się , pracowałem i uczyłem. Ale wszystko było na niby. Wszystko
        poprostu pękło. Okazałem się najsłąbszym ogniwam. A teraz jest
        gorzej niż było kiedykolwiek. Chyba nie zrozumiałem swoich
        możliwości.
        • shangri.la Re: Myśli samobójcze 24.02.08, 14:12
          Po co aż tyle różnych dziedzin działalności?
          Nikt by temu nie sprostał.
          Chcesz coś zagłuszyć w sobie?
          Imprezy i kursy to dobre miejsce na nawiązanie nowych znajomosci, ale nie na
          zagłuszanie bólu , który nosisz.
          O czym chcesz zapomnieć?
          • akwarysta84 Re: Myśli samobójcze 24.02.08, 14:33
            Zagłuszyć... hymm. Może moje wyobrażenie miłości,
            którego nigdy nie miałem okazji zweryfikować.
            Naiwność, która jest darem i przekleństwem.
            To proste, zagłuszyć poczucie,że coś ze mną jest nie tak.
            Zakryć poczucie mojego frajerstwa.
            Zagłuszyć straszną dziecięcą naiwność.
            Zagłuszyć to, że zawsze będąc trochę z boku nigdy nie dorosłem.
            To że mój rozwoj społęczny zatrzymał się 10 lat temu na poziomie
            14 latka. Za długo, żyłem dziwnymi mażeniami.
            • shangri.la Re: Myśli samobójcze 24.02.08, 15:59
              A wiesz, że mnóstwo wrażliwych ludzi tak ma?
              Chcą coś zagłuszyć, boja się , że już nie doświadczą miłości, przeklinają
              błogosławioną-przeklętą naiwność, uczciwość , która Ty nazywasz
              "frajrestwem".....i tak mijają lata.
              Z biegiem czasu przekonują się, że to, co zagłuszali stanowi ogromną wartość w
              ich życiu i dochodzą do wniosku, że nic już nie trzeba "zagłuszać" tylko obrócić
              to na swoją korzyść.
              Życie człowieka wrażliwego nie jest łatwe, ale jakie głębokie;)
            • kadanka Re: Myśli samobójcze 25.02.08, 14:31
              to wez zrob to o czym piszesz, jesli faktycznie tego chcesz i
              przestan truc. slyszalam, ze prawdziwi samobojcy nie papalaja o tym
              na prawo i lewo. takze mozna miec nadzieje ze jestes tylko
              zdolowanym gadułą i nic złego sobie nie zrobisz. oby.
    • veroy Re: Myśli samobójcze 24.02.08, 12:35
      kolejny ,co sie za duzo tv naogladal i wydaje mu sie, ze jak nie
      jest bondem i nie ma bandy dobrych znajomych niczym "przyjaciele" to
      cos z nim jest nie tak.

      prezentujesz soba obraz iscie zalosny, ale nie z przyczyn, o ktorych
      teraz myslisz. jestes frajerem, bo wmawiasz sobie, ze twoje zycie i
      ty by reprezentowac jakakolwiek wartosc musi wygladac zupelnie
      inaczej, bo brak ci dystansu i zdrowego rozsadku (jakiez to razace
      porazki i bledy moze miec na koncie 24latek ? odpowiadam : bardzo
      naciagniete lub urojone) bo uzalasz sie i placzesz nad soba jak
      ostatnia ofiara.

      Bozia nie dala charakteru duszy towarzyskiej, urody greckiego bozka
      i umyslu Einsteina czy moze mrowczej pracowitosci -a jak Bozia nie
      dala to i od zycia wymagac nie nalezy osiagniec towarzyskich i
      naukowych na miare tych postaci. W gruncie rzeczy mniej ludzi te
      cechy posiada niz nieposiada - wniosek z tego taki ze jestes calkiem
      przecietny i przejmowac sie nadto nienalezy.

      mozesz sobie oczywiscie dalej myslec ,jaki to jestes beznadziejny -
      tylko ze nic z tego nie wyniknie poza zepsutym samopoczuciem -
      radzic sobie jakos trzeba - przyjmij moja rade i przestan myslec ;)

      Co do postrzegania przez ludzi , mozesz uchodzic za przypadek
      beznadziejny - jeden z wielu , z najnizszego schodka w ich
      swiadomosci na szczyt nie wskoczysz, ale jest wspaniale lekarstwo -
      zwie sie olewka. zakompleksiony idiota to rewelacyjny obiekt do
      wysmiania i dowartosciowania sie. Idiota, ktory ma to gleboko to juz
      ekscentryk - a innosc zawsze jest "na topie".
      • akwarysta84 Re: Myśli samobójcze 24.02.08, 14:17
        W tym co mówisz rzeczywiście czuję światło. Jest w tym ten rozsądek
        ktrórego potrzebuje, a którego tak często mi brak. Wiesz co jest
        najgorsze. Nie zdając sobie sprawy ze swojej słabości,
        przereklamowałem się w oczach ludzi. A potem wyszedłem na
        kompletnego idote wich oczach i w oczach losu. To kara za to. Teraz
        muszę odpracować.
        Ich dowartościowanie się było tym lepsze, że zanim wpadłem w ostatni
        wir złych zdażeń i popelniłem kupe błędów, byłe rzeczywiście w wielu
        rzeczach całkiem niezły.
        • veroy Re: Myśli samobójcze 24.02.08, 16:27
          za duzo filozofowania, teoretyzowania, pieprzenia czy nie wiem jak
          inaczej mozna to nazwac ;)

          nie zgadzam sie z shangri. takie gadanie o wrazliwosci nie trafia do
          mnie jakos i brzmi dla mnie jak wmawianie sobie, ze fajnie jest byc
          wrazliwym bo to jakis wyzszy stopien wtajemniczenia emocjonalnego
          (blabla)* i ze swiat wspolczesny jest bezduszny, nierozumiejacy,
          chory na znieczulice i pozbawiony tego waznego pierwastka ,ktory ja
          (ha !) posiadam.

          Mozna sobie wmowic i faktycznie poczuc sie lepiej (to nawet dobre),
          ale zyc trzeba nadal w tym samym swiecie, w ktorym takie
          filozofowanie i rozczulanie nie prowadzi do niczego, podczas gdy
          praktycznym dzialaniem mozna osiagnac szczyt. wybor nalezy do ciebie.

          ----------

          *to bylo na fali w romantyzmie, na szczescie swiat od tego czasu
          nieco sie rozwinal a prawdziwi romantycy - Dody swej epoki
          odstrzelili sobie leb dla lepszego efektu.
          • shangri.la Re: Do Veroy:) 24.02.08, 16:38
            Całe szczeście , że się nie zgadzasz z moimi argumentami, bo wówczas obecność
            nas obojga w wątku byłaby zbędna:)
            Ale myślę też , że nadinterpretujesz też moje argumenty.
            Nie mówiłam nic o "bezdusznym, chorym świecie" , ani o "wyższości" wrażliwców
            nad niewrażliwcami:)
            Nie daję gotowych recept , bo ich nie posiadam(!)
            Zachęcam do myślenia o swoim życiu w wymiarze pozytywnym, bo każdy z nas został
            obdarowany , ale wielu jest dalekowidzami i wolą podziwiać cudze przymioty
            zamiat wykorzystywać własne.
            Pozdrawiam i dziękuję za polemikę:)
            • veroy Re: Do Veroy:) 24.02.08, 18:02
              shangri, to byla po prostu moja kontynuacja twojego poczatku - fakt -
              nadinterpretacja, ale jednak zawierajaca pewna prawde, odpowiednio
              wyolbrzymioną, zeby bylo ciekawiej ;)













              • shangri.la Re: Do Veroy:) 24.02.08, 18:15
                Czyli wyolbrzymiasz , "aby było ciekawiej"?;)
                Cóż, lubię jak jest ciekawie, ale nie lubię jak ktoś przekręca moje słowa.
                Ty zapewne też nie lubisz....;)
                • veroy Re: Do Veroy:) 24.02.08, 21:59
                  nie moglam przekrecic twoich slow, bo nigdzie cie nie cytowalam
                  posrednio ani bezposrednio, nigdzie nie napisalam, ze slowa te
                  wyszly z twych ust.
                  rozumiem jednak, ze w tekscie w jakis sposob zasugerowala, ze slowa
                  te jednak sa twoje badz tez kontekst pozwalal na taka
                  nadinterpretacje, podobnie jak na moja nadinterpretacje pozwalal
                  domysl i jakas odgorna mysl.
    • maryniszyn Re: Myśli samobójcze 24.02.08, 20:48
      Przypomnial mi sie pewien fragment z ksiazki "ROZWAŻANIA O WIERZE"ks. Tadeusza
      Dajczera{ktora skadinad polecam} gdzie autor pisze o talentach.
      .

      Bóg oczekuje od nas patrzenia na wszystkie przeżywane przez nas sytuacje,
      zwłaszcza sytuacje trudne, oczyma wiary. W przypowieści o talentach Jezus
      przestrzega nas przed zamknięciem się na płynące z wiary Boże poznawanie i przed
      gnuśnością w wykorzystywaniu wszystkiego, czym Bóg nieustannie nas obdarowuje.
      Pan, zostawiając jednemu ze sług dziesięć talentów, drugiemu pięć, trzeciemu
      jeden i zobowiązując ich do pracy, dał im szansę. Słowo talent, które w czasach
      Chrystusa oznaczało pewną wartość pieniężną, teraz oznacza raczej wartość
      intelektualną. Mówimy, że ktoś jest utalentowanym muzykiem, matematykiem. Sens
      przypowieści o talentach jest jednak o wiele głębszy. Myślenie ewangeliczne jest
      jakby odwróceniem o 180 stopni naszego myślenia świeckiego, czysto ludzkiego.
      Tak również jest w przypadku przypowieści o talentach. Talent to dar i pewne
      tworzywo, a jednocześnie szansa. Chrystus, powierzając ci talent, obdarza cię
      zaufaniem i oczekuje, że go właściwie wykorzystasz. Jeżeli dał ci jakieś
      zdolności, to nie jest Mu obojętne, co z nimi zrobisz. Jeśli jednak nie
      otrzymałeś tych zdolności - to też talent. Talentem jest nie tylko otrzymanie
      czegoś, ale i brak czegoś. W świetle wiary talentem jest na przykład zdrowie,
      które masz, ale i to, że chorujesz, też jest talentem. Jezus w każdym przypadku
      stawia ci pytanie: co robisz z tym talentem? Zmarnować bowiem można zarówno
      zdrowie, jak - jeszcze bardziej - brak zdrowia. A przecież wszystko jest darem -
      talent to dar. Jesteś nieustannie przez Boga obdarowywany. Talentem na przykład
      jest to, że nie potrafisz się modlić, a ty uważasz, że to nieszczęście. Ważne
      jest, co robisz z tą nieumiejętnością modlenia się. Może zakopałeś ten talent i
      mówisz sobie: no to nie będę się modlił. A przecież z niego można tak wiele
      wykrzesać; nieumiejętność modlitwy powinna pogłębiać w tobie głód Boga, a tym
      samym stać się środkiem twojego uświęcenia. Podobnie gdy masz problemy domowe,
      kiedy rodzina jest skłócona - to też twój talent i dana ci od Boga szansa. Co z
      nim robisz? Jeżeli załamujesz się i zniechęcasz, to zakopujesz go w ziemi.
      Człowiek wiary nie może nie dostrzegać głębszego sensu własnych doświadczeń,
      przy czym już samo poszukiwanie sensu jest jakimś obracaniem talentem. Jeżeli
      przeżywasz lęk, np. boisz się cierpienia, śmierci, to też twoja szansa. Św.
      Teresa od Dzieciątka Jezus miała wielki wstręt do pająków. Kiedyś powiedziała o
      tym, jak bardzo musiała się przezwyciężać, aby omiatać z pajęczyny niszę pod
      schodami (zob. Żółty zeszyt, 80). To bardzo pomagało jej w drodze do Pana. Był
      to złożony w jej ręce talent, którym umiała obracać.

      Jeżeli pewne sytuacje wywołują u ciebie napięcia, to znaczy, że kryje się w nich
      jakby przysypany popiołem diament - twój talent. Co z nim robisz, jak go
      wykorzystujesz? Przecież wszystko ma służyć twojemu uświęceniu. W tym sensie
      wszystko jest łaską. Przygniatające cię cierpienie czy różne niesprzyjające
      okoliczności to cały kompleks talentów. My jednak często jesteśmy jak ślepi lub
      jak małe dzieci, które wielu rzeczy nie rozumieją. Dopiero kiedy staniemy przed
      Bogiem, wszystko zobaczymy i zrozumiemy. Poznamy to całe morze talentów, w
      którym byliśmy zanurzeni.

      Talenty dzielą się na mniej i bardziej cenne. Jeżeli ci coś wychodzi, udało ci
      się - to na pewno talent, ale jeśli ci nic nie wychodzi - to drogocenniejszy
      dar. Niepowodzenia to bezcenne skarby dane ci w życiu, właśnie niepowodzenia.
      Bóg kiedyś zapyta cię, tak jak ten ewangeliczny pan, który wrócił z podróży i
      zażądał rachunku od swoich sług, jak wykorzystałeś swoje życiowe porażki, które
      On dawał ci jako szansę, jako talent. Niekiedy jest ich tak wiele w twoim życiu
      - czy je wykorzystujesz?

      Przypowieść o talentach to ewangeliczne wezwanie do nawrócenia. Musisz zacząć
      inaczej patrzeć na swoje życie, musisz patrzeć na nie oczyma wiary. Dopiero
      wtedy dostrzeżesz to nieustanne Boże obdarowywanie cię, dostrzeżesz, że całe
      twoje życie jest jakby kompleksem ukrytych szans nieustannej wewnętrznej
      przemiany. Poznasz, że wszystko jest łaską. Bóg, udzielając ci łask trudnych,
      niekiedy jakby wciska ci swój dar do rąk, a ty bronisz się, nie chcesz go
      przyjąć. Tymczasem łaski trudne to najcenniejsze talenty twojego życia. Jest ich
      nieraz tak wiele, bo Bóg chce, abyś miał czym obracać.

      Wiara to udział w widzeniu Boga, a Pan Bóg zupełnie inaczej patrzy na twoje
      życie. Jeśli wierzysz, to tak jakbyś oczami Jezusa patrzył na swoje życie, na
      każdy swój dzień. Wtedy dopiero dostrzeżesz tę nieustanną szansę nawrócenia i
      uświęcenia. Wtedy zaczniesz też rozumieć cierpienie, które w świetle wiary jest
      krzyżem, a więc czymś, co cię wewnętrznie przemienia - o ile go przyjmujesz.
      Kiedy rozpoznajesz w swoich trudnych doświadczeniach krzyż, a tym samym szansę
      ku przemianie, wówczas rzeczywiście stają się one dla ciebie darem. Gdybyś
      dostrzegał te niezliczone talenty, które Bóg ciągle ci daje, nigdy nie byłbyś
      smutny. Wtedy również takie talenty, jak brak zdrowia, sytuacje konfliktowe,
      niepowodzenia, wywoływałyby w twoim sercu radość, że Bóg obdarza cię czymś tak
      bezcennym i okazuje ci tak niezwykłe zaufanie. On ufa, że nie zakopiesz ani nie
      odrzucisz Jego darów. On liczy na twoją wiarę, ponieważ jedynie w świetle wiary
      rozpoznasz darowane ci talenty. Talentem jest wszystko, co dotychczas
      zrozumiałeś i zapamiętałeś, ale talentem jest też słaba pamięć i to, że tak
      wiele rzeczy zapominasz, bo wszystko niesie łaskę i - w tym znaczeniu - wszystko
      jest łaską. Tylko człowiek, który wierzy, potrafi być wdzięczny za wszystko. Ta
      wdzięczność będzie objawiała się radością na twojej twarzy, radością, bo
      wszystko jest talentem ku obracaniu na dobro. To rozważanie o talentach
      nawiązuje do nauki św. Pawła i do słynnej tezy św. Augustyna: "Miłującym Boga
      wszystko pomaga ku dobremu, nawet grzech". Tak więc nawet upadek, a więc wielkie
      niepowodzenie, które jednocześnie rani Jezusa, może być szansą; w nim też kryje
      się jakiś dany ci talent, który możesz wykorzystać. Trzeba tylko twojej wiary,
      twojego nawracania się ku takiej wierze, byś mógł patrzeć oczyma Jezusa. On
      patrząc na twoje życie - może pełne niepowodzeń, trosk, konfliktów, nieudanych
      zamierzeń, trudności w życiu zewnętrznym i wewnętrznym - nigdy nie jest smutny.
      On patrzy z radością, bo spodziewa się, że to wszystko zaowocuje, że
      wykorzystasz to, że będziesz radosny i wdzięczny za wszystko, czym cię obdarza.
      "Miałaś dziś dużo cierpień - powiedziała Matka Agnieszka do ciężko chorej Teresy
      od Dzieciątka Jezus. Tak - odpowiedziała - ale skoro je kocham� Kocham wszystko,
      co mi Pan Bóg daje" (Żółty zeszyt, 140 n).

      • renkaforever Re: Myśli samobójcze 25.02.08, 08:58
        Podejscie do swoich "niepowodzen" w aspekcie wiary jest zawsze pozytywne. Wiara
        w moc Ducha, poparta modlitwa wzmacnia w sposob naturalny i oczywisty.Kazde
        niepowodzenie ma wymiar pozytywny, bo jest lekcja.Jezeli sie powtarza, to
        uporczywie trzeba sie uczyc, zeby zrozumiec, ze po to mamy glowe, zeby z niej
        korzystac.Myslec trzeba nad swoimi strategiami dzialania w kontaktach z
        kobietami.Trzeba sie zastanowic czego oczekujesz od kobiety i zaczac sie
        interesowac nie wszystkimi kobietami, bo to naiwne, a tylko takimi, ktore,
        okazuja to, czego szukasz.Ale z kobietami uwazaj, bo sa sprytne:)Poza tym
        zaakceptuj siebie albo zmodyfikuj sie jakos tak, zebys sie samemu sobie
        podobal.Bez tego nic nie wskorasz, bo ludzie wyczuwaja tych, ktorzy nie kochaja
        siebie i sie od nich odsuwaja. Jak mozesz kochac kobiete skoro nie potrafisz
        kochac siebie? Jestes dzielnym facetem, tyle w zyciu juz zrobiles.Dlaczego tak
        pogardliwie o sobie mowisz
        "frajer",a o kobiecie, ktorej moglbys sie spodobac "uposledzona" ? Stuknij sie
        w czerep, czlowieku. Powinienes byc dumny z siebie.A z twoim entuzjazmem i
        rozgadaniem to chyba niezly "representative " jestes.I jak sie to ma do
        naiwnosci czy braku pewnosci czy braku wiedzy czy braku odwagi?
      • maryniszyn Re: Myśli samobójcze 25.02.08, 12:40
        Nie chce tu wklejac calej ksiazki,ale jeszcze jeden fragment z niej przyszedl mi
        do glowy.


        W świetle wiary możemy zobaczyć własną bezradność i oczekiwać wszystkiego od
        Boga. Walter Kasper pisze, że u synoptyków wiara znaczy "poznanie własnej
        bezradności oraz ufność w działającą w Jezusie moc Bożą" (Rzeczywistość wiary,
        68). Wierzący nie oczekuje niczego od siebie samego, ale wszystkiego spodziewa
        się od Pana. Tylko wtedy, gdy uznając w duchu wiary własną bezradność staniemy
        się ubogimi w duchu, pozwolimy działać w nas mocy Boga.

        Moralność ewangeliczna nie jest wyłącznie moralnością Dekalogu, chociaż ją
        zakłada; jest to przede wszystkim moralność błogosławieństw. Jest to moralność
        zwłaszcza pierwszego błogosławieństwa: "Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem
        do nich należy królestwo niebieskie" (Mt 5, 3). Błogosławieni, ponieważ oni, ci
        ubodzy, rzeczywiście wchodzą do Królestwa.



        "Błogosławieni ubodzy w duchu"

        Ten, kto szuka przede wszystkim królestwa Bożego, a więc szuka świętości,
        znajdzie i ją, i wszystko inne, a więc wszystkie duchowe i doczesne dary
        potrzebne do życia. "Błogosławieni ubodzy w duchu", nie przywiązani do niczego,
        nie mający nic i oczekujący wszystkiego od Boga. Błogosławieni, ponieważ w ich
        sercach jest miejsce dla Pana. Do nich należy królestwo niebieskie, ponieważ oni
        mają Boga. To jest ta radosna Ewangelia o ludziach błogosławionych, których
        serca są wolne dla Pana.

        Na tyle wierzysz, na ile jesteś ubogi w duchu. Słowo "ubogi" w sensie biblijnym
        niekoniecznie oznacza ubóstwo w znaczeniu materialnym. Ubogim w duchu był na
        przykład król Dawid, człowiek postawiony na szczycie drabiny społecznej.
        Człowiek ubogi duchem to człowiek ogołocony z pewności siebie, to ktoś, kto wie,
        że nie może liczyć na siebie, na własne siły. Taki człowiek ukierunkowany jest
        na oczekiwanie wszystkiego od Boga, a nie zakorzenianie się w doczesności.

        Jeżeli czujesz się mocny w sensie naturalnych możliwości, którymi dysponujesz,
        twoja wiara nie może rozwinąć się i pogłębić. To dlatego musisz odczuć swoją
        słabość, musisz zobaczyć, że czegoś nie możesz. Będzie to wezwanie do wiary.
        Twoja słabość, niemożność i bezradność staną się jakby szczeliną, przez którą
        będzie przeciskała się do twojego serca łaska wiary. Poprzez nasze zranienia Bóg
        daje nam łaskę pogłębienia wiary. Charles Péguy, wielki konwertyta, pisze:
        "Spotyka się niewiarygodne światła łaski przenikające do duszy złej, a nawet
        zepsutej. Widzi się zbawionym tego, kto wydawał się być straconym, ale nigdy nie
        widziano przesiąkniętym tego, co zostało okryte lakierem, aby przepuszczało to,
        co jest nieprzemakalne, aby zostało zmiękczone to, co stwardniało. [�] Stąd
        pochodzą tak liczne braki, które stwierdzamy w skuteczności łaski, która,
        podczas gdy odnosi niespodziewane zwycięstwa nad duszami największych
        grzeszników, często pozostaje bez żadnego skutku w stosunku do tzw. porządnych"
        (Note conjointe, sur M. Descartes et la philosophie cartesienne - 1er aout
        1914). Jest tak dlatego, że ci "porządni", ci dorośli w sensie ewangelicznym nie
        mają żadnych braków, nie są zranieni, są silni, mocni, samowystarczalni,
        dorośli. "Ich skóra moralna, stale nietknięta - stwierdza dalej Peguy - stała
        się dla nich skorupą i pancerzem bez skazy. Oni nie przedstawiają tego otwarcia
        spowodowanego jakąś straszną raną, jakąś niezapomnianą udręką, jakimś
        niepokonanym żalem, jakimś szwem wiecznie źle zrobionym, jakimś śmiertelnym
        niepokojem, jakąś ukrytą goryczą, jakąś ruiną stale maskowaną, jakąś raną nigdy
        nie zagojoną. Nie ofiarowują otwarcia się na łaskę, co jest w swojej istocie
        grzechem. Ponieważ nie są zranieni, nie są już podatni na zranienia. Ponieważ
        nie brakuje im niczego, nie otrzymują więc nic. Nie mogą otrzymać tego, co jest
        wszystkim. Sama miłość Boga nie leczy tego, który nie ma ran. Właśnie dlatego,
        że człowiek leżał na ziemi, Samarytanin go podniósł. [�] Otóż, kto nie upadł -
        pisze dalej Peguy - nigdy nie powstanie, a kto nie był oblany potem, nigdy nie
        będzie otarty". Tak zwani porządni, dorośli są nieprzenikliwi dla łaski.

        Może i w twoim życiu jest jakaś straszna niegojąca się rana, może jakaś nie
        zapomniana udręka, nie pokonany żal czy śmiertelny niepokój, może jakaś ukryta
        gorycz, którą tyle rzeczy tego świata może być zaprawionych, jakieś zawalenie
        się czegoś. - Ty wtedy uważasz, że wszystko się już skończyło, a jest odwrotnie.
        To wszystko ma być dla ciebie kanałem łaski. Pan Bóg musi dopuścić tyle zranień,
        tyle trudnych chwil, abyś poczuł się słaby i przez to otwarty na łaskę. Gdy
        poczujesz się dotknięty bardzo boleśnie, pamiętaj, że jest to błogosławiony ból,
        który w twoim pancerzu dorosłości i porządności robi miejsce dla łaski. To
        wszystko jest dla ciebie szansą pogłębienia wiary. Twoja słabość sprawia, że
        przez wiarę może zamieszkać w tobie moc Boga. Bóg, zbliżając się do ciebie, musi
        uczynić cię słabszym, abyś Go potrzebował, byś wierząc i coraz bardziej Mu
        ufając w Nim szukał oparcia. Musi cię uniżyć, bo jesteś za duży, a zranienie
        uniża. Stąd każde zranienie przynosi ci szansę, że będziesz stawał się coraz
        bardziej ewangelicznym dzieckiem. Nieraz trzeba aż tylu zranień, aby stać się
        dzieckiem, by kroczyć "małą drogą".



        Moc Boża potrzebuje słabości człowieka

        Bóg zbliżając się do człowieka osłabia go. Czyni więc odwrotnie, niż my byśmy
        się spodziewali. Tobie wydaje się, że to ty kroczysz ku Niemu i że w tej
        sytuacji winieneś stawać się coraz bardziej mocny, coraz lepiej dawać sobie
        radę. Tymczasem to On przybliża się do ciebie, a przybliżając się czyni cię
        słabszym, czy to fizycznie, czy psychicznie, czy duchowo. Czyni to po to, by
        mógł zamieszkać w tobie ze swoją mocą, ponieważ to twoja słabość robi miejsce na
        Jego moc. Wówczas, gdy jesteś słaby, nie możesz sobie ufać, nie możesz wierzyć
        sobie, i wtedy jest szansa, byś zwrócił się ku Niemu i na Nim zechciał się
        oprzeć. Tak często bronisz się przed tą największą łaską, łaską słabości, a
        przecież już św. Paweł pisał: "Moc w słabości się doskonali. Najchętniej więc
        będę się chlubił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa. [�]
        Albowiem ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny" (2 Kor 12, 9-10). Twoja moc
        i siła wcześniej czy później muszą się załamać. W rzeczywistości bowiem nie ma
        twojej siły, ponieważ ona jest darem - darem, który ty sobie przywłaszczasz,
        dlatego musi ci być zabrany.

    • maryniszyn Re: Myśli samobójcze 25.02.08, 13:28
      Niepostrzezenie wciagnela mnie lektura,mial byc koniec cytatow,ale jeszcze przemyce


      Posiew nieufności

      Kiedy analizujemy mechanizm powstawania zła w człowieku, zauważamy, że u podstaw
      zła leży brak prostoty i dziecięcego zaufania Bogu. Tak było od początku dziejów
      ludzkości, od chwili, kiedy pierwsi rodzice zostali postawieni w sytuacji próby
      wiary. U początku dziejów człowieka zaistniała próba zawierzenia. Bóg jakby
      postawił człowiekowi pytanie: Czy ufasz Mi? Czy masz wobec Mnie prostotę i
      ufność dziecka? Tekst biblijny wyraźnie mówi, że człowiek został zaatakowany
      przez szatana na tym właśnie odcinku. Szatan nie namawia pierwszych rodziców do
      zła jako takiego, nie kusi wprost do grzechu. To, czego dokonuje, to posiew
      nieufności. Robi to w sposób doskonały psychologicznie, tak jak to tylko on
      potrafi. Nie mówi: bądźcie niewierni, nieposłuszni - nie, on usiłuje wmówić
      pierwszym rodzicom, że w Bogu nie ma miłości, szczerości, prawdy. U podstaw
      mechanizmu zła pierwszego grzechu leży posiew nieufności, powodujący duży
      oddźwięk psychologiczny. Człowiek, który nie ufa, wchodzi w stan zagrożenia.
      Osoba, której nie ufam, staje się dla mnie zagrożeniem, rodzi się wobec niej
      lęk. Grzech nieufności rodzi zagrożenie i lęk, ten lęk, o którym tyle się mówi w
      psychologii i psychiatrii, który jest tak bardzo często źródłem ludzkiego
      cierpienia.

      Jeżeli nie jesteśmy wolni od grzechu, to nie możemy być wolni od tego, co z
      niego wyrasta - niepokoju, lęku, poczucia zagrożenia. My też jesteśmy kuszeni
      tym posiewem nieufności. A jeśli jest to posiew nieufności wobec Boga, to
      człowiek czuje się jak w zamkniętej klatce, i życie w takiej "klatce zagrożenia"
      staje się czymś strasznym. Grzech niszczy człowieka również dlatego, że niszczy
      go związany z grzechem lęk. Zagrożenie staje się więc ostatecznie uderzeniem w
      nas, ponieważ jedną z podstawowych potrzeb psychicznych człowieka jest potrzeba
      bezpieczeństwa. Stąd już bardzo blisko do stwierdzenia, że lęk, z którym nie
      walczymy, jest zawiniony.

      Chrystusowe dzieło Odkupienia trwa nadal. Przez wiarę jesteśmy w nie włączeni, a
      ono obejmuje nie tylko sam nasz grzech, ale i cały jego kontekst. Tak więc
      również lęk i zagrożenie stają się przedmiotem Odkupienia. Jezus umierając na
      Krzyżu odkupił nas od lęku i zagrożenia, tak jak odkupił nas od grzechu. Całe
      twoje życie powinno być ukierunkowane na coraz pełniejsze otwieranie się na
      odkupieńcze działanie Chrystusa. Z Krzyża bowiem nieustannie płynie łaska, byś
      mógł być zbawiony od grzechu, ale również od lęku.

      Jak walczyć z osaczającym nas lękiem? Jeżeli będziesz walczył z nim wprost,
      zakończy się to fiaskiem. Jest tylko jedna niezawodna droga: Otworzyć się na
      odkupieńcze działanie Chrystusa przez taką wiarę, jaką ma ewangeliczne dziecko.
      Musisz uwierzyć, że Jezus odkupił cię od wszystkiego, co ci zagraża, że jesteś
      wolny. Powinieneś powiedzieć sobie: Nie ma zagrożenia, ponieważ On mnie odkupił
      i od wszystkiego uwolnił, muszę tylko to przyjąć. Wiara to przyjmowanie, proces
      przyjmowania odkupieńczego działania Chrystusa.

      Kiedy Piotr przechodził przez jedną z bram świątyni w Jerozolimie, napotkał
      proszącego o jałmużnę paralityka: "Nie mam srebra ani złota - powiedział wówczas
      do niego - ale co mam, to ci daję: W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź!"
      (Dz 3, 6). I paralityk wstał. Ten proszący paralityk był bezradny i wiele
      oczekiwał, musiał też mieć dużo dziecięcej wiary, bo otrzymał więcej, niż się
      spodziewał. Ty, który jesteś paralitykiem lęku i zagrożenia, niekoniecznie
      musisz być uzdrowiony natychmiast jak tamten paralityk. Będzie to zależało od
      stopnia twojej wiary, od tego, czy rzeczywiście będziesz miał wiarę dziecka.
      Możesz być uzdrowiony w jednej chwili albo uzdrawiany stopniowo. Ten
      symbolizujący twoją sytuację paralityk będzie wówczas coraz wyżej dźwigany ręką
      Chrystusa, coraz wyżej i tak powoli będzie powstawał. To stopniowe dźwiganie
      ciebie to też odkupieńcza czynność Chrystusa.

      Wierzyć jest trudno, ale nie wierzyć jeszcze trudniej. Próbuj jak najczęściej
      uświadamiać sobie, że nie jesteś sam. Przecież jest przy tobie Chrystus, który
      cię odkupił. Próbuj przeciwstawiać się przygniatającym cię lękom dziecięcym
      poczuciem własnej bezradności. Powiedz Jezusowi: Ja wiem, że Ty chcesz mnie z
      tego trądu oczyścić, wiem, że Ty już mnie od niego odkupiłeś. - Czy wiesz, że
      możesz być świadkiem cudu? Przecież Chrystus powiedział: "Gdybyście mieli wiarę
      jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: ŤWyrwij się z korzeniem i
      przesadź się w morzeť, a byłaby wam posłuszna" (Łk 17, 6). Wtedy zobaczyłbyś, że
      wiara - która w oczach świata jest takim małym "nic", jak ziarnko gorczycy, jak
      najdrobniejsze ziarenko - posiada nieograniczoną moc Boga. Zobaczyłbyś, że
      otwiera cię ona na odkupieńcze dzieło Chrystusa i w sposób cudowny usuwa lęk.
      Wtedy nagle poczułbyś się człowiekiem wolnym.

      Jesteś powołany do wolności i pokoju przez wiarę otwierającą cię na Chrystusowe
      Odkupienie, musisz więc do tej wiary nieustannie się nawracać, bo wiara to
      nieustanny proces. Proces ten pogłębia się poprzez akty wiary, rodzące się
      najczęściej w obliczu zagrożeń. Wzbudzając w sobie wówczas akty wiary, będziesz
      w każdej sytuacji oddawał się jak dziecko ramionom miłującego Ojca.

      Istota "małej drogi" św. Teresy od Dzieciątka Jezus to postawa dziecka wolnego
      od wszelkiego lęku dzięki dziecięcej ufności. Jeżeli na początku ludzkości
      pojawił się grzech na skutek posiewu nieufności, to "mała droga", podkreślająca
      znaczenie ufności i dziecięcego zawierzenia Bogu, stanowi antidotum i jakby
      dokładną antytezę tamtego wydarzenia. Program "małej drogi" uderza w sam korzeń
      zła, ponieważ brak zaufania, ten posiew nieufności wobec Boga, leży w dużej
      mierze u źródeł wszystkich twoich grzechów i wszystkich twoich udręk
      egzystencjalnych czy psychicznych, a pośrednio również fizycznych. Jeśli zaufasz
      Panu, podetniesz korzenie tego, co cię niszczy. Uwierz, że On cię kocha. Próba
      wiary pierwszych rodziców nie była zbyt trudna, ale Biblia mówi też o
      straszliwej próbie, jakiej Bóg poddał Abrahama. Otrzymał on przecież
      przerażające polecenie zabicia własnego syna. Wtedy tak łatwo było przyjąć
      posiew nieufności: nie zawierzyć, zbuntować się. Abraham jednak, mimo ciemności,
      jakie go otaczały, zaufał. Jak ważne jest takie bezwzględne zaufanie Bogu,
      dziecięce zaufanie Temu, którego grzechem nieufności ranimy najbardziej.

      Jeśli zdarzyło ci się kiedyś, że stracił do ciebie zaufanie ktoś, kogo bardzo
      kochałeś, to wiesz, jakie to bolesne. A jeżeli to nie jest zwykła sytuacja
      ludzkiej przyjaźni, zranionej przez nieufność, a sytuacja nieskończonej miłości
      Boga - jak wielki ból musi sprawiać nieufność tej Miłości. Słowa: boję się oddać
      Bogu wszystko, ranią jak policzek, bo to tak, jakbyś mówił Bogu: Ja Ci nie ufam,
      nie wiem, co możesz ze mną zrobić. Gdyby małe dziecko powiedziało tak do matki,
      byłby to dla niej niezwykły ból. Jakiegoż więc bólu doświadcza Bóg, którego
      człowiek policzkuje takim brakiem zaufania! Nieufność w pewnym sensie jest
      gorsza niż grzech, bo jest ona korzeniem i źródłem grzechu. Jeśli nie chcesz
      zaufać, jeśli twojemu Przeciwnikowi udało się zaszczepić w twoim sercu
      nieufność, to muszą przyjść konsekwencje - lęk, poczucie zagrożenia i związane z
      tym cierpienie. Dopiero poprzez skutki tego zła zobaczysz, jak daleko odszedłeś.
      Cierpienie, lęk i zagrożenia będą dla ciebie nieustannym wezwaniem do
      nawrócenia. Tak długo będziesz dźwigał brzemię lęku, dopóki się nie nawrócisz,
      dopóki nie staniesz się jak dziecko, które po prostu oddaje się w ręce
      miłującego Ojca. Pacjenta trzeba leczyć tak długo - napisze L. Szondi - aż
      nauczy się modlić. Nie chodzi tu o zwykły pacierz. Chodzi o głęboką postawę
      modlitwy, o ufną modlitwę dziecka, które oddaje się w pełni ramionom Ojca.


      • maryniszyn Re: Myśli samobójcze 25.02.08, 13:52
        "Sakrament nawrócenia"

        Zawsze gdy przystępujesz ze szczerą skruchą do sakramentu pokuty - który można
        nazwać sakramentem nawrócenia - twoja wiara ma wielką szansę wzrostu. Sakrament
        pokuty często nie spełnia właściwej roli w naszym życiu z powodu rutyny,
        spowszednienia, braku przygotowania i dyspozycji. Za mało pamiętasz, że
        szczególnym kanałem łaski dla ciebie i szczególnym czasem twojego spotkania z
        Chrystusem jest nie tylko Eucharystia, ale również sakrament pokuty. Może też za
        mało pamiętasz o modlitwie za swojego spowiednika czy kierownika duchowego, by i
        on stawał się dla ciebie coraz doskonalszym Bożym narzędziem i pomocnikiem w
        procesie twojego nawrócenia.

        Rachunek sumienia powinien być spojrzeniem w głąb samego siebie i zobaczeniem,
        na co twoje życie jest ukierunkowane, co jest dla ciebie najwyższą wartością i
        kim jest dla ciebie Jezus Chrystus. - I z tego trzeba się przede wszystkim
        spowiadać. Kim jest dla ciebie Jezus Chrystus? Jaki jest twój wybór zasadniczy?
        Czy naprawdę wybrałeś Go do końca? Od tego trzeba by zaczynać wyznawanie
        grzechów, bo to jest najważniejsze. Jeżeli nie wybrałeś Chrystusa, to inne
        grzechy są skutkiem i wynikiem tej twojej podstawowej winy.

        Grzechy mogą być różnego rodzaju. Są grzechy popełniane i grzechy zaniedbania. I
        właśnie te ostatnie są zwykle najgorsze. To wśród nich pojawia się ten, że ty
        opuszczasz Chrystusa, zostawiasz Go, dajesz Mu tylko jakiś mały kącik w swoim
        sercu. I to jest największe twoje zło, właśnie ten kompromis i brak radykalizmu,
        to że Chrystus ciągle nie jest dla ciebie najwyższą wartością, że nie jest
        wszystkim, że twoja wiara jest ciągle letnia.

        Spośród pięciu warunków sakramentu pokuty najważniejszy jest akt żalu. Jak
        spędzasz czas przed spowiedzią? To właśnie żal powinien być twoim bezpośrednim
        przygotowaniem na spotkanie z Chrystusem, bo on może najlepiej otworzyć cię na
        ten kanał łaski, jakim jest sakrament nawrócenia. Może nie cenisz sobie
        dostatecznie tego czasu przed przystąpieniem do sakramentu pokuty - a jest to
        czas bezcenny. Czas ten powinieneś poświęcić przede wszystkim na wzbudzenie
        skruchy. Skrucha to twoja postawa w obliczu krzyża, to odczucie, że grzechem
        zraniłeś Chrystusa, to także chęć przeproszenia Boga i naprawienia zła. Twoja
        skrucha powinna stawać się coraz głębsza, bo od tego zależy owocność sakramentu
        pokuty. Nie możesz się nawrócić, dopóki nie będziesz tak naprawdę i do końca
        skruszony.

        Istnieją jakby dwa typy religijności: jeden z nich można by nazwać
        "egocentrycznym", a drugi - "teocentrycznym". W pierwszym wypadku człowiek
        koncentruje swoją uwagę na sobie. Nie bierze pod uwagę Boga, a jedynie własną
        sytuację. Do spowiedzi idzie z tą myślą, żeby się oczyścić, bo jest mu ciężko ze
        swym grzechem, i żeby być w porządku przed Bogiem. Dla takiego człowieka
        spowiedź może stać się swoistą "aspiryną" na ból sumienia, pigułką, która ma go
        uspokoić i przywrócić mu dobre samopoczucie. Jest tu więc ciągłe skoncentrowanie
        na sobie. Taki człowiek, gdy uzyskuje rozgrzeszenie, odchodzi od konfesjonału
        może niezupełnie smutny, ale i nie radosny, bo wciąż jeszcze skoncentrowany na
        złu, które dopiero co zrzucił.

        Kiedy patrzymy na Judasza, możemy odkryć w jego zachowaniu po zdradzie Jezusa
        wiele elementów spowiedzi. Jest rachunek sumienia, bo Judasz zastanawia się nad
        tym, co zrobił i uświadamia sobie własne zło. Występuje również żal - Judasz
        naprawdę żałuje. Chce nawet zmienić się, a więc jest postanowienie poprawy. Jest
        też wyznanie grzechu, kiedy Judasz idzie do kapłanów i wyznaje: "Zgrzeszyłem,
        wydawszy krew niewinną" (Mt 27, 4). Jest nawet zadośćuczynienie, bo rzuca on
        kapłanom te 30 srebrników, które od nich otrzymał. Nie chce zapłaty krwi.
        Właściwie w zachowaniu i postawie Judasza dostrzec można prawie wszystko, co ma
        miejsce w przypadku spowiedzi, zabrakło tylko jednej, najważniejszej rzeczy -
        wiary w miłosierdzie Jezusa (zob. L. Evely, Le chemin de joie, 116). To dlatego
        "spowiedź" Judasza jest taka smutna, tragiczna, zakończona rozpaczą i samobójstwem.

        Nasza spowiedź winna być spowiedzią na miarę Piotra, który uwierzył w
        miłosierdzie Chrystusa i skoncentrował się nie tyle na swoim grzechu, ile na
        przebaczeniu. Człowiek o religijności "teocentrycznej" nie tyle patrzy na własne
        grzechy, co raczej grzech bierze za punkt wyjścia, by przez wiarę odkryć
        miłosierdzie Boga. Przystępując do konfesjonału, myśli on przede wszystkim o
        tym, że zranił Chrystusa i chce odnowić zranioną przez siebie przyjaźń. Chce
        przez skruchę i żal pozwolić Jezusowi na przebaczenie i przez to przynieść Mu
        radość. Ukrzyżowaliście Chrystusa - powie święty Proboszcz z Ars - ale kiedy
        idziecie się spowiadać, idziecie uwolnić Pana naszego z krzyża.

        Jeżeli zraniłeś Chrystusa, to Jego rany krwawią. Powinieneś więc przychodzić do
        sakramentu pokuty, aby te rany mogły się goić. Powinieneś przychodzić ze względu
        na Niego; nie po to, żeby się uspokoić, ale żeby wywołać Jego radość z
        kształtowania w tobie przez łaski sakramentu nowego, odrodzonego człowieka.

        Niektórzy zarzucają sobie, że po spowiedzi nie poprawiają się. Może i ty
        sądzisz, że spowiedź jest po to, abyś był lepszy i jeżeli nie stajesz się
        lepszy, to uważasz, że twoje spowiedzi nie mają sensu; może uważasz, że jeżeli
        masz być lepszy i nie poprawiasz się, to lepiej, żebyś nie przychodził do
        spowiedzi, bo nie ma postępu. Tymczasem, kiedy tak bardzo chcesz być lepszy,
        kiedy tak bardzo zależy ci na postępie, to okazuje się, że chcesz nie tyle Boga,
        nie tyle Jego miłosierdzia, ile raczej własnej doskonałości, i to są braki
        twojej wiary. Idziesz do spowiedzi po to, aby później być już tak dobrym, by nie
        potrzebować Boga, który jest miłosierdziem. Idziesz do Boga po przebaczenie, aby
        potem już nigdy Jego przebaczenia nie potrzebować, byś mógł obchodzić się bez
        Niego, choć On ciągle chce ci przebaczać, przebaczać z radością.

        Jak mało wierzymy w to Boże pragnienie nieustannego przebaczania. Ciągle wśród
        odchodzących od konfesjonału tak mało twarzy radosnych. - A przecież po
        spowiedzi świat powinien być dla ciebie inny, jaśniejszy, prześwietlony wiarą w
        miłosierdzie Pana.

        W Ewangelii wszystkie "spowiedzi" kończą się ucztą: Pan przychodzi w gościnę do
        Zacheusza i celnik Mateusz, przyszły ewangelista, zaprasza na ucztę Chrystusa,
        prosząc na nią jednocześnie innych celników i grzeszników, by wszyscy radowali
        się, że on otrzymał przebaczenie. Ucztę przygotował również ojciec syna
        marnotrawnego (zob. L. Evely, Le chemin de joie, 112). Ewangelia stale łączy
        przebaczenie z elementem radości.

        O nawróceniu decyduje skrucha. W sakramencie pokuty spotykamy Chrystusa, który
        chce nam przebaczyć i leczyć rany naszego grzechu, ale jeżeli nie pokazujesz
        Jezusowi swoich ran, to On nie może ich uleczyć.

        Jeżeli twoja skrucha nie będzie miała granic, to nie będzie też miało granic
        miłosierdzie Pana. Pomyśl, jakie są twoje spowiedzi. Skrucha jest aktem pokory.
        W pokorze powinieneś nieustannie wzrastać, stąd i skrucha powinna w tobie wciąż
        wzrastać. Nigdy nie dość skruchy i nigdy nie dość żalu. Im bardziej poczujesz
        się grzeszny i gorszy od innych, tym więcej zrobisz miejsca dla łaski i dla
        twojej wiary.

        Sakrament pokuty powinien być sakramentem oczekiwanym. Przecież jest to
        szczególny czas naszego spotkania z Chrystusem. - Miłość chce być oczekiwana, a
        jeżeli nie jest oczekiwana, doznaje zranienia.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka