Gość: emem
IP: *.chello.pl
04.09.03, 12:38
Przepraszam,jesli w jakis sposób tym pytaniem kogoś urażę,ale jestem starsznie przybita.
Jestem po 30, od wielu lat mężata i dzieciata. Rózne miewałam problemy, kryzysy, z mężem też mi czasem bardzo pod górkę szło.
Decydując sie na małżenstwo byłam w strachu, bo po pierwsze byłam bardzo młoda, tuz po 20, a po drugie moi rodzice rozwiedli sie jak byłam mała, zaczynałam 1 klasę. Po za tym w mojej najbliższej rodzinie (ciocie i wujkowie) było 7 rozwodów.
Ale bardzo chciałam stworzyc rodzinę i przeżywać wszystko to, co jest wpisane w zycie rodzinne. Oczywiście teraz patrze na zycie juz nie z takim hurra optymizmem, ale uważam,ze warto było podjąć takie wyzwanie.
Nie jest łatwo i przyjemnie jak to się wydawało na początku, ale duzo przeszlismy i bardzo staramy się z mężem o siebie i dzieci.
Przeraża mnie natomiast,ze tyle małżeństw rezygnuje z walki o siebie.
Wczoraj dowiedziałam się,że moja koleżanka została sama z 3 małych dzieci. Jej syn jest z moim dzieckiem w klasie. To notabene chyba 8 dziecko w tej klasie, którego rodzina się rozpada ( ja wiem o tylu, a pewnie jest więcej).
Byc może znajdą się osoby, które mnie zakrzyczą, i powiedzą,ze lepiej się rozejśc , niż mnęczyć, itp, ale ja zastanawiam się dlaczego tak jest. Przeciez kiedyś też były problemy, może czasem gorsze niż teraz, a ludzie żyli ze sobą.
Czy to dlatego,że zyjemy w takim pędzie? Czy łatwiej teraz o zdradę, czy ...
No własnie...
Z przerażeniem obserwuję też swoich ucznów. Jest nauczycielem i niestety też mam bardzo dużo uczniów, których rodzice się rozchodzą, i mają coraz to nowych partnerów.
Ostatnio niestety stwierdziłam,że bezbłędnie "wychwytuję" dzieci, których rodzice się rozwodzą. Bardzo to bolesne, szczególnie dla mnie, bo na własnej skórze odczułam co to znaczy mieć rozbity dom, i jak duzo musiałam bardzo pracować nad sobą,żeby wytrzymywac różne burze i umieć sobie radzić.
Obserwuję również tu na forum rózne listy. Osmieliłam się więc napisać od siebie.
Pewnie u wielu osób otworzę swoim pytaniem ranę, bardzo przepraszam.
Może oburzę też innych,że wchodze do ich ogródka . Ale czy nie przyszła wam taka refleksja,że rozwód , rozstanie coraz łatwiej przychodzi. Wiem,że są sytuacje bez wyjścia. Nie chcę osądzać wszystkich od czci i wiary, wiem,że czasem nie da rady.
Ale mam przede wszystkim na myśli takie sytuacje, gdzie można by było ratowac i naprawdę by się udało. Ale ludzie tak szybko się poddają.
Nie wiem, czy ludziom nie chce się po prostu., czy to trudne się zmienic? Uwrazliwić na innego człowieka? Poprzestawiać myslenie?
Trudno isc na ustępstwa, ciężko dzielić trudy. Obserwowałam małżenstwa jak się rozpadały. U jednych była to zdrada, u innych alkohol,nagła choroba, teściowa, brak nagły pieniędzy. I wiele, wiele innych.
Czy naprawdę zycie jest teraz tak beznadziejne,że trzeba się ciągle ranić? A co gorsza na zawsze ranić dzieci?
Nie chcę nawracać ludzi na małżeństwo, nie taki mam cel zadając to pytanie.
Po prostu chciałbym to zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, bo moje wyobrażenia o świecie zaczynają się coraz bardziej gmatwać.
Może macie swoje przemyslenia na ten temat i podzielicie się nimi ze mną.
Bo ja już zaczyanam coraz mniej rozumieć to wszystko.
emem