titus_flavius
12.03.04, 06:54
Chaire,
przedru z dzisiejszej Rzepy.
T.
Śp. sekularyzacja?
Na naszych oczach upada wiara w nieuchronność i nieodwracalność
sekularyzacji. Ci, którzy przewidywali zmierzch religii, mniej czy bardziej
chętnie godzą się z tym, że wiara w Boga jest nieodzownym elementem ludzkiej
kondycji.
Kryzys chrześcijaństwa w Europie jest bezdyskusyjnym faktem. Do niedawna
wydawało się niemal oczywiste, że stan Kościołów chrześcijańskich na naszym
kontynencie można opisywać za pomocą jednej wygodnej formuły: "pustoszejące
świątynie". Każdy publicysta potrafił w kilku zgrabnych zdaniach wyrazić
załamywanie się wiary i praktyk religijnych w krajach będących niegdyś
kolebką europejskiego chrześcijaństwa. Ostatnio ten prosty obraz zaczął się
jednak komplikować.
Odbywający się w tych dniach w Gnieźnie, organizowany przez Forum Świętego
Wojciecha, kongres ruchów i stowarzyszeń chrześcijańskich Europa Ducha, ma
(według organizatorów) pokazać, że nasz kontynent "nie jest zlaicyzowaną
pustynią, lecz miejscem wciąż żywej inspiracji duchowej". Czy takie
przekonanie ma uzasadnienie w rzeczywistości, czy też jest jedynie pobożnym
(notabene) życzeniem?
Bóg powraca
W 1966 roku amerykański tygodnik "Time" wielkimi czerwonymi literami na
czarnym tle pytał na okładce: "Czy Bóg umarł?". Odpowiedź wydawała się
jednoznaczna: jeszcze nie umarł, ale umiera. Uwierzyli w to prawie wszyscy,
także wielu chrześcijan.
Po blisko 40 latach jest trochę podobnie jak w dowcipie rysunkowym, gdy młody
zbuntowany student napisał na murze "Bóg umarł. Nietzsche", po pewnym czasie
pojawił się dopisek: "Nietzsche umarł. Bóg". W tym wypadku jest nieco
inaczej, bo "Time" nadal istnieje, ale w czerwcu 2003 r. tygodnik zatytułował
swój raport o stanie chrześcijaństwa na Starym Kontynencie całkiem
odmiennie: "Ojcze, gdzie jesteś?".
Poprzednie rozważania z cyklu chrześcijaństwo w odwrocie zostały uzupełnione
zupełnie nowymi (dla dziennikarzy) spostrzeżeniami o tym, jak wiara na nowo
rozwija się w różnych nieoczekiwanych miejscach. Konkluzja była
znamienna: "Bóg wciąż nie umarł, ale dziś jest w Europie nie zawsze w tych
samych starych miejscach". Czy następny raport w roku 2040 będzie
zatytułowany: "Bóg wrócił do Europy"? A może raczej: "Europa wróciła do Boga"?
Znamienne, że polski "Przekrój" (przedrukowując w styczniu 2004 r.
raport "Time'a") nadał mu inny tytuł w duchu lat sześćdziesiątych: "Czy Bóg
jest jeszcze w Europie?". Polscy redaktorzy uzupełnili tekst własnymi
dramatycznymi materiałami o wyprzedawaniu opustoszałych świątyń w krajach
zachodniej Europy. Znacząca zmiana akcentów! Czyżby w Polsce wciąż bardziej
atrakcyjne medialnie wydawało się pytanie o odchodzenie od Boga, niż o
ponowne odnajdywanie Go?
Megatrend ku duchowości
Austriacy stają się bardziej religijni - ogłosił przed dwoma laty prof. Paul
Zulehner z Uniwersytetu Wiedeńskiego, jeden z najbardziej wnikliwych badaczy
wierzeń i systemów wartości Europejczyków. W roku 2000 trzy czwarte
mieszkańców tego kraju uznało się za ludzi religijnych, podczas gdy 10 lat
wcześniej mówiło tak o sobie zaledwie dwie trzecie.
Jeszcze niedawno w relacjach z badań Zulehnera podkreślano wątki ukazujące
współczesny religijny miszmasz i spadające zaufanie do Kościołów
instytucjonalnych, a duże zainteresowanie wzbudziły informacje, że na
przeciętnego Austriaka przypada średnioÉ 2,5 światopoglądu.
Ostatnio jednak, powiada austriacki profesor, pojawił się "megatrend ku
respirytualizacji", czyli generalny wzrost zainteresowań duchowych. Jest on
najbardziej widoczny - uwaga! - w wielkich miastach europejskich, takich jak
Bruksela czy Wiedeń. Ta "wielkomiejska respirytualizacja" to protest
przeciwko rosnącej nieznośności banalnego życia codziennego. "Ludzie
rozczarowani przymusem osiągania maksymalnego szczęścia w minimalnym czasie
zaczynają poszukiwać zbawienia" - twierdzi austriacki profesor.
Koniec religijnej improwizacji?
Wzrostowi zainteresowań duchowych nie towarzyszyło jednak zainteresowanie
instytucjami religijnymi. Jeszcze badania z roku 2000 wskazywały zjawisko,
które Paul Zulehner określał mianem: "więcej religii, mniej Kościoła".
W Wiedniu pod względem stosunku do religii profesor tamtejszego uniwersytetu
wyróżnia cztery grupy ludzi. Największe (po 34 proc.) to kompozytorzy
religijni, którzy dowolnie tworzą swój światopogląd, korzystając z
najprzeróżniejszych źródeł, oraz nastawieni antropocentrycznie
naturalistyczni humaniści. Chrześcijanie przyjmujący podstawowe prawdy wiary
to zaledwie 20 procent wiedeńczyków. 12 proc. to ateizujący, którzy nie
uznają Boga lub nie dostrzegają żadnych śladów Jego obecności. Znamienne, że
liczba chrześcijan jest najmniejsza wśród dwudziestolatków, do tej grupy
społecznej Kościół praktycznie nie dociera.
Obecnie okazuje się jednak, że także tradycyjne Kościoły zaczynają korzystać
z generalnego wzrostu duchowych tęsknot. W lutym bieżącego roku Zulehner
oznajmił, że pojawiły się w Austrii oznaki powrotu do Kościołów: coraz więcej
tamtejszych parafii sygnalizuje wzrost liczby uczestników niedzielnej mszy
świętej. Częstsze są także powroty do Kościoła osób, które wcześniej z niego
oficjalnie wystąpiły, a dystansowały się najczęściej na znak protestu
przeciwko postawie hierarchii. Czyżby religijni kompozytorzy zmęczyli się
nieustanną improwizacją i zaczynają grać z nut, które podsuwa im kościelna
instytucja?
Zrób to sam!
Ludzie nazywani przez Zulehnera religijnymi kompozytorami znani są doskonale
i socjologom, i duszpasterzom. Są to osoby, które z szerokiej palety
propozycji duchowych wybierają sobie to, co im akurat najbardziej odpowiada,
komponując na własny użytek eklektyczną całość, w której mieszają się
elementy różnych systemów i tradycji religijnych. Kaznodzieje krytykują taką
postawę, nazywając ją religijnością typu zrób to sam albo a la carte.
Socjologowie uważają natomiast tę tendencję za nieodłączny element procesu
indywidualizacji, przechodzenia od Kościoła ludu do Kościoła z wyboru, od
religijności tradycyjnej, odziedziczonej, ku religijności osobistej.
Początkowo indywidualizacja przynosiła przede wszystkim negatywne skutki dla
Kościołów w Europie. Duchowe potrzeby zaspokajano częściej w grupach
religijnych, inspirowanych azjatyckim Wschodem niż tradycją chrześcijańską.
Wielu dawnych chrześcijan, dopiero będąc już buddystami, dostrzegało, że
wspólnota religijna, w której się wychowywali, miała dla nich głębokie i
ciekawe propozycje duchowe, lecz oni nie umieli ich dostrzec, bo Kościół
jawił im się jako kostyczna instytucja, w której nie było miejsca na mistykę.
Obecnie coraz wyraźniej odsłania się druga strona procesu indywidualizacji,
bardziej pozytywna dla instytucji kościelnych. Indywidualizacja prowadzi
bowiem do umocnienia i pogłębienia wiary tych, którzy pozostają w Kościele
czy też wracają do niego. Religijność typu zrób to sam! może zatem
oznaczać: "sam wybierz to, co proponuje ci Kościół". A z teologicznego punktu
widzenia wiara z wyboru jest po prostu wiarą dojrzałą. To ona najpełniej jest
tym, co Kościół nazywa wiarą (według Katechizmu Kościoła Katolickiego jest
to "odpowiedź człowieka dana Bogu").
Nowa wiosna Kościoła?
Indywidualizacja postaw wobec religii nie musi wcale prowadzić do
prywatyzacji wiary, a tym samym do osłabienia społecznej roli religijności.
Dostrzegają to także socjologowie. Grace Davie, przewodnicząca Komitetu
Socjologii Religii Międzynarodowego Towarzystwa Socjologicznego, twierdzi, że
wyboru wiary lub niewiary dokonuje się prywatnie, lecz konsekwencje takiej
decyzji nie są już prywatne. Przekonuje ona, że ci, którzy serio opowiadają
się dzisiaj za wiarą, będą raczej zabiegali o to, aby ich głos był coraz
bardziej słyszalny publicznie. Innymi słowy dostrzegają, że religia jest ich
najbardziej osobistą sprawą, nie jest jednak sprawą