agrafek
04.03.03, 10:35
Wątek wykwitł nieco na bazie wszystkich dyskusji o homoseksualizmie,
promocji tolerancji wobec niego, oraz możliwości zawierania związków
homoseksualnych. Po tym zniechęcającym wstępie pozwalam sobie przejść do
rzeczy. Przepraszam równocześnie za powtórzenie kilku truizmów.
Pozwolą państwo:), że zacznę od postawienia tezy, gdybym zostawił ją na
koniec wszyscy umarliby z nudów podczas wywodu:).
A teza brzmi tak - środowiska homoseksualne dążą do uzyskania maksymalnych
praw (i nie mam tu na myśli jedynie kodeksów, ale także niepisane normy
obyczajowe), nie ponosząc przy tym tym żadnych kosztów. Skąd ten wniosek -
poniżej.
Działalność tak środowisk homoseksualnych jak i wspierających je środowisk
feministycznych (uwaga - nie napisałem: "feministek") łaczy pewna wspólna
cecha. Jedni i drudzy (jedne i drugie) pragną uzyskać dla siebie praw, które
pozwoliłyby im poczuć się równymi pozostałej części społeczeństwa. Rzecz w
tym, że homoseksualiści nie są tacy jak przeciętny Kowalski (Kowalska) i choć
ta inność sprowadza się jedynie do odmienności upodobań seksualnych, to
jednak istnieje. I dowodzenie, że para homoseksualna nie może mieć dziecka
bynajmniej nie jest spłycaniem problemu. Naturalną drogą jest to niemożliwe i
już (z lubianą przez Zulę tezą, że natura jest częścią kultury czy też na
odwrót;) ja się akurat nie zgadzam). I tu równości być nie może, chyba, że na
drodze przyznania parom homoseksualnym praw do adoptowania dzieci, do czego
zresztą pary takie dążą wszędzie tam, gdzie przyznano im prawo do zawierania
oficjalnych związków (dlatego model Sagan uznaję za czysto teoretyczny i
zgodzić na jej postulaty także mogę się czysto teoretycznie, w praktyce się
on, niestety, nie sprawdza). Czyli - "pozwólcie nam na dużą swobodę
obyczajową i życie tak, jak nam się podoba (co, pomijając przypadki
ekstremalne, ma już miejsce), pogódźcie się z tym i nie patrzcie na nas z
niechęcią (czego jeszcze nie ma) ale nie każcie nam za to ponosić żadnych
kosztów. Wy wprawdzie w imię posiadania rodzin wyrzekacie się swobody
obyczajowej i seksualnej (koszt, choć być może, z racji wychowania, łatwy do
przyjęcia), my nie zamierzamy ponosić takich kosztów. Do diabła z naturą,
jesteśmy przecież ludźmi cywilizowanymi. Wprawdzie decydujemy się na związki,
w których normalną drogą dzieci mieć się nie da, jednak nie szkodzi. Dajcie
nam właściwe wam przywileje i już".
Twierdzenie, że w świecie (czy to kulturze, czy naturze) można żyć
sielankowo i bez ponoszenia kosztów swoich wyborów to utopia. Jeśli ktoś
decyduje się na jakiś model życia, powinien przyjmować też związane z nim
niedogodności. Przykładowo ludzie pochłonięci życiem firmy robią to kosztem
zycia rodzinnego itp. I na odwrót - ktoś, kto zechce sie poświęcić w pełni
rodzinie kariery zawodowej raczej nie zrobi. I tak to się kręci, czy nam sie
to podoba czy nie.
Dlaczego ten wątek tutaj?
Ponieważ mam niejasne przeczucie, że w przypadku feministek funkcjonuje
ten sam mechanizm. Może się mylę, moze nie, są tu lepsi specjaliści od
feminizmu ode mnie. Jeśli zechcą mnie zrównać z ziemią - proszę bardzo. Piszę
to także dlatego, że mogę się mylić, więc niech mi ktos otworzy oczy, jesli
tak jest.
Pozdrawiam.