Gość: RENATA
IP: *.dzonkow.sdi.tpnet.pl
17.03.03, 11:32
KOBIETY ZAWODOWE
Rafał A. Ziemkiewicz ziemkiewicz_polt@poczta.onet.pl
Tuż przed ósmym marca, który feministki, wierne swym marksistowskim
korzeniom, nadal obchodzą jako święto kobiet, zaszły zmiany personalne w
sejmowej komisji śledczej do spraw afery Rywina. A że zgodnie z tradycją
wywodzącą się z czasów premierowania pani Suchockiej i kultywowaną z zapałem
przez obie kadencje rządów SLD, jeśli chce się w Polsce ukryć jakąś
śmierdzącą sprawę, wystawia się na fasadę kobietę, delegowano do komisji dwie
przedstawicielki tzw. płci pięknej (choć w tym akurat wypadku jest to
określenie nader umowne). Dzięki temu cała Polska może zobaczyć, co by było,
gdybyśmy nawiedzonym ideologicznie paniom w rodzaju "ministry" Jarugi-
Nowackiej pozwolili realizować ich plany. Być może państwo polskie mało co
może już bardziej zepsuć, ale myśl, że w każdym konstytucyjnym organie
zasiadałyby "z klucza" takie panie Błochowiak z paniami Beger, powinna
ostudzić nawet ludzi skłonnych do ulegania postępowym modom.
Na kruszenie kopii z feministkami z pozoru szkoda czasu, bo ideologia ta nie
cieszy się w Polsce wielkim zainteresowaniem. Jej wyznawcy zdają sobie
zresztą z tego sprawę. Dlatego polski feminizm, sposobem zresztą
przećwiczonym już dawno przez ideologie pokrewne, buduje wpływy na ukrywaniu
swej istoty. To, co dociera do przeciętnej Polki za sprawą kolorowych pism,
jest splotem świadomych kłamstw, nawarstwionych jedno na drugim. Przede
wszystkim starają się feministki ukryć fakt, że są ruchem czysto
ideologicznym, i przedstawiają się jako ruch "kobiecy". Dokładnie tak samo,
jak przed z górą stu laty agitatorzy socjalistyczni i komunistyczni starali
się wmówić "uświadamianym" przez siebie masom, że mają do czynienia z ruchem
robotniczym i że reżim marksistowski będzie "dyktaturą proletariatu". Dziś
nikt nie ma wątpliwości, że robotnicy, ze swym poczuciem krzywdy, byli dla
nich tylko narzędziem do burzenia zastanego świata i równania drogi rządom
Nowej Wiary. Nikt lepiej niż sowieccy robotnicy, zmuszani przez Stalina do
dwunastogodzinnej pracy przez siedem dni w tygodni i wtrącani na pięć lat do
łagru za piętnaście minut spóźnienia, nie przekonał się, ile było prawdy w
zapewnieniach komunistów, że dobro robotnika jest ich najwyższym celem.
Feminizm oczywiście nie otrzyma od historii takiej szansy. Jest śmieszny,
zwłaszcza w Polsce, jak śmieszni byli bolszewicy snujący swe teorie w
szwajcarskim Kegel-Klubie, albo Hitler, póki o żydowskim spisku mógł tylko
tokować w bawarskiej piwiarni. Feministki z tych swoich Kegel-Klubów, którymi
stały się uniwersytety (niestety, także polskie - czekam z utęsknieniem na
rząd, który odważy się odciąć pseudonaukowcom od "genderu" dostęp do
pieniędzy z moich podatków), prawdopodobnie nie wyjdą nigdy. Co nie zmienia
faktu, że jeśli porównywać tylko pisaninę, trudno znaleźć jakiekolwiek
znaczące różnice. Różne są tylko słowa-hasła, używane w ideologicznej młócce
jako cepy. Pogarda dla ludzi, dla dorobku pokoleń i przede wszystkim dla
rzeczywistości - pozostaje dokładnie ta sama. Kto nie wierzy, niech sprawdzi -
stosy feministycznej makulatury rosną, choć wciąż jeszcze po źródła
podstawowe trzeba sięgać do wydań anglojęzycznych.
Ze wszystkich groteskowych cech feministek na podkreślenie zasługuje przede
wszystkim owo typowe dla ludzi nawiedzonych oderwanie od rzeczywistości.
Wedle feministek, zasadniczą i najważniejszą dla polskiej kobiety sprawą jest
prawo do swobodnego usuwania dziecka wedle kaprysu. Drugą -
bycie "reprezentowaną", za sprawą parytetu, pozwalającego pousadzać się
feministkom w rozmaitych organach pasożytującej na kraju państwowej
biurokracji, oraz stworzenie na koszt podatników rozległego systemu
biur "pełnomocników do spraw kobiet", który dałby feministycznym kadrom
materialne podstawy działania, tak jak rozmnożenie ponad wszelką potrzebę
liczby posłów i radnych oraz rozdęcie zbędnej biurokracji dało te podstawy
partiom politycznym. Trzecią - wspieranie emancypacji homoseksualistów,
zwalczanie polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych, Międzynarodowego
Funduszu Walutowego oraz tzw. globalizacji, cokolwiek by to słowo miało
oznaczać. Czwartą - dalsze brnięcie w te same rozwiązania prawne, które już w
obecnej formie utrudniają kobiecie podjęcie pracy i czynią ją pierwszą w
firmie kandydatką do zwolnienia. Piątą wreszcie - rozbicie resztek tych
zasad, i tak już funkcjonujących kulawo, które chronią kobietę jako matkę i
żonę, i zredukowanie jej do roli "partnerki" wolnego związku, którą w pewnym
momencie facet po prostu oddaje na złom jak stary samochód.
Ile to ma wspólnego z rzeczywistymi potrzebami i problemami współczesnej
polskiej kobiety, to już P.T. Czytelniczki niech sobie powiedzą same.
Przeczytawszy przemyślałam ów takst, który zrobił na mnie ogromne wrażenie i
zgadzam się z jego tezą w całej rozciągłości.
Renata(33l)