Dodaj do ulubionych

jesli nie rownouprawnienie, to co?

28.08.03, 13:23
no wlasnie... odpowiedzcie, prosze, czy uwazacie, ze
kobietom naleza sie takie same prawa (i obowiazki - w
postaci tej nieszczesnej sluzby wojskowej i wieku
emerytalnego, bo wiecej nierownosci jakos nie wyplynelo
na tym forum...)?

jesli czyjas odpowiedz brzmi "nie", to prosze
wytlumaczyc dlaczego i jak sobie te nierowne prawa i
obowiazku wyobraza (tzn. np czy prawo do edukacji, do
wlasnego majatku itp itd).

oczywiscie prosze wpisywac rowniez odpowiedzi "tak" ;)
Obserwuj wątek
    • curious Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 13:30
      Oczywiscie ze powinno byc rownouprawnienie.
      Tylko pokaz mi jedna jedyna feministke ktora o to walczy....

      Liga broni, liga radzi....
      • sagan2 Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 13:47
        curious napisał:

        > Oczywiscie ze powinno byc rownouprawnienie.
        > Tylko pokaz mi jedna jedyna feministke ktora o to
        > walczy....

        to napisz, prosze, o co takiego walcza feministki, co
        kloci sie z zasada rownouprawnienia. prosze o pominiecie
        parytetow, bo to jest idea, ktora wsrod samych feministek
        budzi wiele kontrowersji. tak wie, co oprocz parytetow?
        • curious Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 14:03
          sagan2 napisała:

          > to napisz, prosze, o co takiego walcza feministki, co
          > kloci sie z zasada rownouprawnienia. prosze o pominiecie
          > parytetow, bo to jest idea, ktora wsrod samych feministek
          > budzi wiele kontrowersji. tak wie, co oprocz parytetow?

          Alez oczywiscie ze chodzi o parytety - bo do tego sie to
          wasze ...ownouprawnienie sprowadza. I to nie tylko w polityce. Wszedzie. Sorry
          nie wszedzie - tylko tam gdzie sie to paniom oplaca. Ciagle wrzeszczy sie ze na
          kierowniczych stanowiska to tylko mezczyzni. I ze trzeba to zmienic. A niby
          dlaczego to zmieniac. Oni sa po prostu lepsi i czesc! Wygrali konkurencej i
          wspieli sie na szczyt. A wy siostry chcecie tam ustawowo wciskac jakies
          nieudane, chore na przerost ambicji babory.
          A to ze 100% smieciarzy to tez mezczyzni jakos was siostry sredni zwilza, nie?
          A moze by tak specjalny program wprowadzic za panstwowe pieniadze ktory dalby
          szanse kobieta wykazac sie i w szlachetym zawodzie smieciarza i wyrownac i tam
          dysproporcje?

          A poza tym moge Ci napisac o co feministki NIE WALCZA a w imie rownouprawnienia
          powinny. Bo jesliktos jest dyskryminowany przez PRAWO to na pewno nie kobiety
          • sagan2 Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 14:52
            curious napisał:


            > Alez oczywiscie ze chodzi o parytety - bo do tego sie
            > to wasze ...ownouprawnienie sprowadza.

            prosze udowodnic, ze do tego caly feminizm sie
            *sprowadza*. przeciez pisalam wyraznie, ze nie wszystkie
            feministki popieraja parytety. poza tym, parytety to
            tylko drobna czastka postulatow feministek (wez chocby
            nowy program jarugi-nowackiej przyjety przez rzad i
            wylicz ile tam jest parytetow w stosunku do innych
            spraw).
            wiec jak to jest? jak moze sie feminiszm sprowadzac do
            czegos, co nie wszystkie feministki popieraja, a co
            stanowi zaledwie ulamek postulatow i dzialan feministek?
            bardzo bede wdzieczna za wytlumaczenie tego paradoksu.
            dodam jeszcze, ze absolutnie nie przecze istnienia
            pomyslu parytetow wsrod feministek, nijak jednak nie
            widze, aby feminizm to tego sie wlasnie sprowadzal...


            > Ciagle wrzeszczy sie ze na kierowniczych stanowiska to
            > tylko mezczyzni. I ze trzeba to zmienic. A niby
            > dlaczego to zmieniac. Oni sa po prostu lepsi i czesc!
            > Wygrali konkurencej i wspieli sie na szczyt.

            a skad pewnosc, ze oni sa na szczycie, bo sa lepsi?
            umiesz przedstawic przekonujacy dowod? bo sama wieksza
            obecnosc mezczyzn na szczycie wcale nie jest
            przekonujaca. popatrz chocby na taki przyklad:
            polacy stanowia zastraszajaco mala grupe wsrod
            wynalazcow. jesli patrzec na liczbe patentow wydawanych
            polakom albo polskim grupom, to sa to promile i liczba ta
            bodaj spada. jestesmy przyslowiowym zerem, rowniez w
            porownaniu do krajow sasiednich, takze tych, ktorzy maja
            mniejsza liczbe ludnosci niz polska. a i tak wiekszosc
            "poslich" patentow pochodzi od naukowcow/wynalazcow
            polskiego pochodzenia pracujacych za granica.
            czy zgodzisz sie wnioskowac, ze polacy sa zwyczajnie
            gorsi od innych nacji, ze wzgledu na to, ze stanowia
            minimalny procent wsrod "wynalazcow"?


            > A to ze 100% smieciarzy to tez mezczyzni jakos was
            > siostry sredni zwilza, nie?

            oczywiscie, ze sa zawody, ktorych nikt nie chce... tak
            wsrod kobiet, jak i wsrod mezczyzn. np. administracja czy
            szkolnictwo opanowane sa przez kobiety...
            w wyrownaniu szans chodzi o to, aby kobieta *mogla*
            zostac smieciarzem, jesli ma na to ochote, tak samo jak
            mezczyzna mogl zostac pielegniarzem. a nie o to, aby
            kogos na sile wciskac w jakikolwiek zawod czy role.


            > A poza tym moge Ci napisac o co feministki NIE WALCZA a
            > w imie rownouprawnienia powinny. Bo jesli ktos jest
            > dyskryminowany przez PRAWO to na pewno nie kobiety

            prosze napisz. jesli mozna, bez sluzby wojskowej i wieku
            emerytalnego, walkowalismy to wiele razy. a jesli chodzi
            o wiek emerytalne, to akurat feministki *walcza* o
            wyrownanie tego wieku.
            i prosze jeszcze zwrocic uwage, ze feministki walcza o
            rownouprawnienie *kobiet* (gdyz uwazaja, ze kobiety nie
            sa traktowane na rowni z mezczyznami).
            • Gość: loko Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 31.08.03, 15:00
              sagan2 napisała:

              > a skad pewnosc, ze oni sa na szczycie, bo sa lepsi?

              Bo pokonali babską konkurencję, o ile w ogóle taka była.



              > w wyrownaniu szans chodzi o to, aby kobieta *mogla*
              > zostac smieciarzem, jesli ma na to ochote,

              A kto zakazuje kobietom zostać posłankami, ministrami, prezydentem?


              > i prosze jeszcze zwrocic uwage, ze feministki walcza o
              > rownouprawnienie *kobiet* (gdyz uwazaja, ze kobiety nie
              > sa traktowane na rowni z mezczyznami).

              Uważają. A mają jakieś dowody?
      • midnight Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 14:07
        curious napisał:

        > Oczywiscie ze powinno byc rownouprawnienie.
        > Tylko pokaz mi jedna jedyna feministke ktora o to walczy....

        Jedna jedyna? Prosze bardzo: Jaruga-Nowacka

        md
    • agrafek Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 13:38
      Równouprawnienie to bardzo wygodne słowo, które wepchnąc można na dowolny
      transparent i wszędzie wyglądać będzie znakomicie. Będąc za pełnym
      równouprawnieniem nie mogę nie zacząć się zastanawiać co to słowo znaczy. Dla
      przykładu - na ekonomii nie znam się wcale, w związku z tym z uwagą czytam
      zawsze posty BD uważajacego, że zrównanie płac będzie w istocie oznaczać
      niesprawiedliwość. Z emeryturą rzecz też nie jest prosta - mężczyźni w Polsce
      żyją krócej a pracować muszą dłużej, z drugiej strony nie wszystkim się na
      emeryturę spieszy - zatem jakie możnaby zastosować rozwiązanie, rozpatrywać
      każdą sprawę indywidualnie?
      Równouprawnienie, heh. A normy społeczne? Mężczyzna bez pracy to nieudacznik,
      kobieta bez pracy takiej łatki przypiętej nie ma. A to nieszczęsne sądownictwo?
      Szybko się to raczej nie zmieni, nawet gdyby ktoś zapragnął wydać na ten temat
      ustawę.
      Moim skromnym zdaniem wprowadzenie odgórnego równouprawnienia możliwe jest
      tylko w podstawowych sprawach - prawo wyborcze itp. Potem już sprawy się
      baaardzo komplikują i słowo "równouprawnienie" staje się coraz bardziej
      abstrakcyjne.
      pozdrawiam
      • sagan2 Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 13:42
        mialam na mysli rowne traktowanie przez prawo.
        tak czy nie?
        • agrafek Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 14:49
          Już odpowiedziałem - w najbardziej podstawowych sprawach - tak. Koniec. Kobiety
          mają identyczne prawo wyborcze, wolność słowa, prawo do własności prywatnej
          itd. jak mężczyźni. Równouprawnienie istnieje, nie ma o co walczyć.
          pozdrawiam.
          • sagan2 Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 14:55
            agrafek napisał:

            > Już odpowiedziałem - w najbardziej podstawowych
            > sprawach - tak. Koniec.

            co to znaczy w podstawowych sprawach?
            w jakich sprawach nie?

            > Kobiety mają identyczne prawo wyborcze, wolność słowa,
            > prawo do własności prywatnej itd. jak mężczyźni.
            > Równouprawnienie istnieje, nie ma o co walczyć.

            czy uwazasz, ze rownouprawnienie prawne zawsze przeklada
            sie na "prawdziwe" rownouprawnienie?
            • agrafek Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 15:28
              Czyżbyś szukała świata idealnego? Oczywiście, że się nie przekłada. A znasz
              taką sytuację, w której cokolwiek funkcjonuje idealnie? I czy uważasz, że
              niezbędne są zmiany prawne by to zmienić?
              pozdrawiam
              • sagan2 Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 15:32
                agrafek napisał:

                > Czyżbyś szukała świata idealnego? Oczywiście, że się
                > nie przekłada. A znasz taką sytuację, w której
                > cokolwiek funkcjonuje idealnie? I czy uważasz, że
                > niezbędne są zmiany prawne by to zmienić?

                nie mam na mysli koniecznie zmian prawnych.
                ale czy nie mozna walczyc o ten swiat idealny? czy jest
                to karygodne? czy jesli cos nie dzial tak, jak powinno,
                to nalezy usiasc z zalozonymi rekami i stwierdzic "no nie
                dziala, ale nie ma swiata idealnego"? czy tez moze
                zakasac rekawy i wziac sie do roboty?...
                • agrafek Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 15:54
                  Boję się tych, którzy walczą o świat idealny. Świat idealny to utopia, a utopie
                  mają to do siebie, że są niespełnialne i trzeba, jak uczy historia, wybić całe
                  miliony zanim architekci utopii dojdą do tego wniosku.
                  Możnaby powalczyć o polepszenie świata. Ale - jak wielokrotnie tu wspominano -
                  feminizm nie proponuje nic poza destrukcją obowiązujących norm i tyle. "Gdyby
                  kobiety to poukładły, byłoby lepiej". Lepiej - czyli jak? Bo w odpowiedzi
                  słyszę tylko: "nie byłoby tego, tego i tego..." A co by było? Pamiętajmy przy
                  tym, że świat idealny nie istnieje i że zawsze będą jacyś lepsi i gorsi.
                  Proponuję eksperyment - jak Twoim zdaniem wyglądałby relany świat
                  feministyczny? Nie raj, ideał, utopia.
                  pozdrawiam
                  • sagan2 Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 16:14
                    agrafek napisał:


                    > Możnaby powalczyć o polepszenie świata. Ale - jak
                    > wielokrotnie tu wspominano - feminizm nie proponuje nic
                    > poza destrukcją obowiązujących norm i tyle.

                    chyba raczysz zartowac???
                    czytales projekt jarugi-nowackiej, ktory przyjaz rzad?
                    czy uwazasz, ze dofinansowanie antykoncepcji, rzetelna
                    edukacja seksualna w szkole, doplaty do leczenia
                    bezplodnosci, zmiany prawne ulatwiajace walke z przemoca
                    w rodzinie, zrownanie wielu emerytalnego to "destrukcją
                    obowiązujących norm"? wg Ciebie najwyrazniej tak, bo
                    przeciez feministki nic poza destrukcja nie powoduja.
                    czy wg Ciebie budowanie "nowych" stereotypow typu
                    "mezczyzni sa fantastycznymi ojcami i trzba dac im
                    szanse" czy tez "malzenstwa partnerskie daja obojgu
                    najwieksza szanse na rozwoj" itp itd to tez owa
                    destrukcja????

                    > "Gdyby kobiety to poukładły, byłoby lepiej". Lepiej -
                    > czyli jak? Bo w odpowiedzi słyszę tylko: "nie byłoby
                    > tego, tego i tego..." A co by było?

                    pamietasz, jak kiedys na forum zadalam pytanie, co nasi
                    etatowi anty proponuja w zamian? odpowiedz byla "no
                    oczywiscie ze swiat bez feminizmu"... takie proste,
                    prawda?

                    > Pamiętajmy przy tym, że świat idealny nie istnieje i że
                    > zawsze będą jacyś lepsi i gorsi.
                    > Proponuję eksperyment - jak Twoim zdaniem wyglądałby
                    > relany świat feministyczny? Nie raj, ideał, utopia.

                    to dlugi temat. i na pewno trudny. i jeszcze trudniejszy
                    do zrealizowania. moze zaloz nowy watek, to jakos sie
                    ulozy rozmowa? :)
                    na pewno w moim swiecie gwalciciele nie chodziliby na
                    wolnosci, bo "miala czerwona sukienke", nie istnialoby
                    powiedzenie "jak sie baby nie bije, to jej watroba
                    gnije", nikt w mojej pracy by nie mowil "ty to jestes za
                    ladna na ...", ocenialoby sie *prace* jaka ktos wykona, i
                    za to placilo, czlowiek bylby czlowiekiem, bez wzgledu na
                    plec...
                    ... mozna by tak dlugo...
                    • agrafek Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 16:34
                      sagan2 napisała:

                      >
                      > chyba raczysz zartowac???
                      > czytales projekt jarugi-nowackiej, ktory przyjaz rzad?
                      > czy uwazasz, ze dofinansowanie antykoncepcji, rzetelna
                      > edukacja seksualna w szkole, doplaty do leczenia
                      > bezplodnosci, zmiany prawne ulatwiajace walke z przemoca
                      > w rodzinie, zrownanie wielu emerytalnego to "destrukcją
                      > obowiązujących norm"?

                      Uderzę się w.... hmm, w klatkę piersiową. Nie czytałem. Ale istnieje różnica
                      między konkretnymi działaniami polityka (polityczki? nieeee:/) związanego z
                      pewnym nurtem a obecnymi takze na tym forum okrzykami: "ten męsko-katolicki
                      świat jest zły, zmieńmy go!".

                      > czy wg Ciebie budowanie "nowych" stereotypow typu
                      > "mezczyzni sa fantastycznymi ojcami i trzba dac im
                      > szanse" czy tez "malzenstwa partnerskie daja obojgu
                      > najwieksza szanse na rozwoj" itp itd to tez owa
                      > destrukcja????

                      Czy według Ciebie artykuły w feministycznym zinie o "tym sk...synu
                      patriarchalnym papieżu" to przykład budowania lepszego świata? A nie licytujac
                      się - "mężczyźni są fantastycznymi ojcam i itd...." to ładnie brzmiące hasło.
                      Ale stoi za nim feministyczna ideologia ujednalicania płci - mężczyźni i
                      kobiety powinni być tacy sami (to nie mój wymysł). I coż z tego, że plakat
                      ładny, gdy propaguje taką ideologię?

                      > pamietasz, jak kiedys na forum zadalam pytanie, co nasi
                      > etatowi anty proponuja w zamian? odpowiedz byla "no
                      > oczywiscie ze swiat bez feminizmu"... takie proste,
                      > prawda?
                      Wiesz, dla antyfeministów (nas) - tak, to proste.
                      >
                      > to dlugi temat. i na pewno trudny. i jeszcze trudniejszy
                      > do zrealizowania. moze zaloz nowy watek, to jakos sie
                      > ulozy rozmowa? :)
                      > na pewno w moim swiecie gwalciciele nie chodziliby na
                      > wolnosci, bo "miala czerwona sukienke", nie istnialoby
                      > powiedzenie "jak sie baby nie bije, to jej watroba
                      > gnije", nikt w mojej pracy by nie mowil "ty to jestes za
                      > ladna na ...", ocenialoby sie *prace* jaka ktos wykona, i
                      > za to placilo, czlowiek bylby czlowiekiem, bez wzgledu na
                      > plec...
                      > ... mozna by tak dlugo...

                      Możnaby tak długo, ale to znów nie takie proste (jestem nudny, wiem).
                      Przykład "czerwonej sukienki" jest oczywisty, ale sprawy w sądzie nie zawsze są
                      takie oczywiste. Czy Twój świat byłby światem bez prawa oskarżonego do obrony?
                      pozdrawiam.
                      • sagan2 Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 16:51
                        agrafek napisał:


                        > Uderzę się w.... hmm, w klatkę piersiową. Nie czytałem.
                        > Ale istnieje różnica między konkretnymi działaniami
                        > polityka (polityczki? nieeee:/) związanego z
                        > pewnym nurtem a obecnymi takze na tym forum okrzykami:
                        > "ten męsko-katolicki świat jest zły, zmieńmy go!".

                        ale czy nie wazniejsze sa dzialania polityczki????
                        przeciez okrzyki mozna zignorowac. a ona proponuje
                        konkretny program, ktory bynajmniej nic nie niszczy.


                        > Czy według Ciebie artykuły w feministycznym zinie o
                        > "tym sk...synu patriarchalnym papieżu" to przykład
                        > budowania lepszego świata?

                        Agrafek, przeciez wiadomo, ze istnieja nurty i osoby
                        skrajne. jest feminizm radykalny, ktory chyba zreszta
                        cieszy sie slabnacym powodzeniem.
                        ale trzeba umiec odroznic fakt istnienia zjawiska, od
                        wplywu tego zjawiska na calosc. czy nie sadzisz, ze gdyby
                        podane przez Ciebie grupy mialy duzy wplyw, to bylby on
                        obecny w tymze programie jarugi-nowackiej? a jesli nie
                        jest, to...
                        pokaz mi tam destrukcje. to nie dyskusje na forum, to nie
                        manifesta nawet, to plan konkretnego dzialania.

                        > A nie licytujac się - "mężczyźni są fantastycznymi
                        > ojcam i itd...." to ładnie brzmiące hasło. Ale stoi za
                        > nim feministyczna ideologia ujednalicania płci -
                        > mężczyźni i kobiety powinni być tacy sami (to nie mój
                        > wymysł). I coż z tego, że plakat ładny, gdy propaguje
                        > taką ideologię?

                        a to co znowu za dziactwo? jakie ujednolicanie plci? moze
                        ujednolicanie praw i obowiazow, ale plci?

                        > > pamietasz, jak kiedys na forum zadalam pytanie, co
                        > > nasi etatowi anty proponuja w zamian? odpowiedz byla
                        > > "no oczywiscie ze swiat bez feminizmu"... takie
                        > > proste, prawda?
                        > Wiesz, dla antyfeministów (nas) - tak, to proste.

                        wiesz co? to dokladnie tyle samo warta odpowiedz, jak
                        feministyczne "swiat bez ... ". bez feminizmu, to znaczy
                        JAKI. jestes pewnien, ze lepszy?


                        > Możnaby tak długo, ale to znów nie takie proste (jestem
                        > nudny, wiem).
                        > Przykład "czerwonej sukienki" jest oczywisty, ale
                        > sprawy w sądzie nie zawsze są takie oczywiste. Czy Twój
                        > świat byłby światem bez prawa oskarżonego do obrony?

                        oczywiscie, ze nie. bez takich aluzji poprosze ;)
                        chodzi o to, ze istnieje przeswiadczenie, ze jesli
                        kobieta zostala zgwalcona, to czyms sprawce
                        *sprowokowala*. i pierwsza reakcja jest szukanie czym. a
                        jesli sie spojrzy w statystyki, to okazuje sie, ze ani
                        wyzywajacy wyglad, ani ubior nie stanowia zadnego
                        wyroznika gwalconych kobiet!
                        czytalam kiedys (chyba w polityce) artykul (podawalam
                        kiedys w jakims watku do niego link), gdzie przedstawiano
                        poglady policjantow, ktorzy zajmowali sie (miedzy innymi)
                        gwaltami. w zasadzie oczywista byla opinia "zgwalcona?
                        widac sobie zasluzyla"! przeciez to jest przerazajace!
                        pomine juz milczeniem warunki, w jakich przetrzymuje i
                        przesluchuje sie zgwalcone kobiety, jak rowniez dzieci -
                        ofiary lub swiadkow przestepstwa. duzo trzeba by zmienic
                        :( a zaczac od dobrych plac dla policji i *selekcji*
                        policjantow. jak sobie pomysle, ze byle malolat okolo 20
                        lat moze zostac policjantem i nosic bron... brr...
                        • agrafek Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 17:17
                          sagan2 napisała:


                          > Agrafek, przeciez wiadomo, ze istnieja nurty i osoby
                          > skrajne. jest feminizm radykalny, ktory chyba zreszta
                          > cieszy sie slabnacym powodzeniem.
                          > ale trzeba umiec odroznic fakt istnienia zjawiska, od
                          > wplywu tego zjawiska na calosc. czy nie sadzisz, ze gdyby
                          > podane przez Ciebie grupy mialy duzy wplyw, to bylby on
                          > obecny w tymze programie jarugi-nowackiej? a jesli nie
                          > jest, to...
                          Rzecz w tym, że radyklane ruchy są nie tylko najbardziej widoczne ale i
                          najbardziej energiczne i żywotne. Masz rację, że nie powinno się patrzeć na
                          cały ruch przez pryzmat radykałów. Niewiele jednak feministek odnosi się jakoś
                          do swoich bardziej lub mniej radykalnych koleżanek po fachu, można więc
                          wyciągnąć wniosek, że istnieje feminizm różnoraki w środku, na zewnątrz jednak
                          prezentujacy się jako całość. Oczywiście, istnieją pisma, prace, książki
                          feministek o tej różnorodności i o tym, że nie wszystkim feministkom wszystko
                          się podoba, ale to znów wewnątrz. Przypadkowi przechodnie tych pism nie czytają
                          i trudno od nich (nas) wymagać takiego postępowania.
                          >
                          > a to co znowu za dziactwo? jakie ujednolicanie plci? moze
                          > ujednolicanie praw i obowiazow, ale plci?
                          Sam tego nie wymysliłem:). Znalazłem na forum, bodajże efki.

                          > > > pamietasz, jak kiedys na forum zadalam pytanie, co
                          > > > nasi etatowi anty proponuja w zamian? odpowiedz byla
                          > > > "no oczywiscie ze swiat bez feminizmu"... takie
                          > > > proste, prawda?
                          > > Wiesz, dla antyfeministów (nas) - tak, to proste.
                          >
                          > wiesz co? to dokladnie tyle samo warta odpowiedz, jak
                          > feministyczne "swiat bez ... ". bez feminizmu, to znaczy
                          > JAKI. jestes pewnien, ze lepszy?
                          Tyle samo warte, a owszem. Bo do tego prowadzi taki sposób prowadzenia rozmowy.
                          Czy jest lepszy? Jest znany, oswojony. Dlaczego mam ryzykować zmianę na gorszy
                          (bo szanse są co najmniej pół na pół)?

                          > oczywiscie, ze nie. bez takich aluzji poprosze ;)
                          > chodzi o to, ze istnieje przeswiadczenie, ze jesli
                          > kobieta zostala zgwalcona, to czyms sprawce
                          > *sprowokowala*. i pierwsza reakcja jest szukanie czym. a
                          > jesli sie spojrzy w statystyki, to okazuje sie, ze ani
                          > wyzywajacy wyglad, ani ubior nie stanowia zadnego
                          > wyroznika gwalconych kobiet!
                          > czytalam kiedys (chyba w polityce) artykul (podawalam
                          > kiedys w jakims watku do niego link), gdzie przedstawiano
                          > poglady policjantow, ktorzy zajmowali sie (miedzy innymi)
                          > gwaltami. w zasadzie oczywista byla opinia "zgwalcona?
                          > widac sobie zasluzyla"! przeciez to jest przerazajace!
                          > pomine juz milczeniem warunki, w jakich przetrzymuje i
                          > przesluchuje sie zgwalcone kobiety, jak rowniez dzieci -
                          > ofiary lub swiadkow przestepstwa. duzo trzeba by zmienic
                          > :( a zaczac od dobrych plac dla policji i *selekcji*
                          > policjantow. jak sobie pomysle, ze byle malolat okolo 20
                          > lat moze zostac policjantem i nosic bron... brr...
                          To jest w ogóle problem edukacji... Masz rację z tym: "sama się prosiła" i to
                          smutne, że masz rację.
                          pozdrawiam
                          • sagan2 Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 17:31
                            agrafek napisał:


                            > Czy jest lepszy? Jest znany, oswojony. Dlaczego mam
                            > ryzykować zmianę na gorszy (bo szanse są co najmniej
                            > pół na pół)?

                            przciez nie ma wspolczesnego swiata bez feminizmu. skad
                            wiesz, jak on by wygladal??? to nie jest ten swiat "tu i
                            teraz" tylko bez feminizmu. bez feminizmu (rowniez) nie
                            byloby takiego "tu i teraz"
                            • agrafek Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 17:37
                              Nie zrozumiałem zatem pytania, sądziłem, że pytasz o świat "z dziś" kontra
                              świat feminizmu.
                              A świat bez feminizmu kontra świat feminizmu?
                              Świat bez feminizmu to świat bez uwypuklanych sztucznie różnic płciowych i
                              feministek domagających się rewolucji. Konsekwencji na niekorzyść kobiet nie
                              widzę, bo rozwój spoleczeństw demokratycznych wymusza zrównanie wobec prawa.
                              Jedyny minus takiego świata to brak forum: "feminizm" w GW.
                              pozdrawiam
                          • midnight Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 18:15
                            agrafek napisał:

                            > prezentujacy się jako całość. Oczywiście, istnieją pisma, prace, książki
                            > feministek o tej różnorodności i o tym, że nie wszystkim feministkom wszystko
                            > się podoba, ale to znów wewnątrz. Przypadkowi przechodnie tych pism nie
                            czytają
                            > i trudno od nich (nas) wymagać takiego postępowania.

                            Agrafek na litosc boska, jak chcesz rozmawiac o czyms o czym nie masz pojecia i
                            nie zrobiles nic, zeby cokolwiek przeczytac, poznac, masz wyjatkowo zla wole.
                            Poslugujesz sie uparcie jakimis bzdurami, stereotypami i wlasnymi "wydaje mi
                            sie" i jeszcze chcesz zeby Cie traktowac powaznie.

                            > > a to co znowu za dziactwo? jakie ujednolicanie plci? moze
                            > > ujednolicanie praw i obowiazow, ale plci?
                            > Sam tego nie wymysliłem:). Znalazłem na forum, bodajże efki.

                            GDZIE??? Przegiales kolego, to obrzydliwe klamstwo. Nie bede sie znizac do
                            dyskusji z klamcami.

                            Z mojej strony EOT

                            md
                            • agrafek Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 18:30
                              midnight napisała:
                              >
                              > Agrafek na litosc boska, jak chcesz rozmawiac o czyms o czym nie masz pojecia
                              i
                              >
                              > nie zrobiles nic, zeby cokolwiek przeczytac, poznac, masz wyjatkowo zla wole.
                              > Poslugujesz sie uparcie jakimis bzdurami, stereotypami i wlasnymi "wydaje mi
                              > sie" i jeszcze chcesz zeby Cie traktowac powaznie.

                              Hm, jakby tu na to inteligentnie odpowiedzieć... Pewnie mi się nie uda. Ilekroć
                              zabieram tu głos w jakiejś sprawie, podkreślam, że opieram się w swoich
                              wypowiedziach na wypowiedziach z tego oraz innych forów. Ew. na lekturze prasy.
                              To za mało dla Ciebie? Trudno. Nie odnajduję przyjemności w zgłębianiu pism
                              feministycznych i nie mam na to czasu. Możesz odmawiać mi prawa do udziału w
                              dyskusji argumentując, że ktoś kto tylko rozmawia za pośrednictwem internetu i
                              czyta prasę codzienną nie jest godnym Ciebie partnerem do rozmów. Możesz. Ale
                              nie oczekuj bym przywiązywał przesadna wagę do Twojego oburzenia.

                              > GDZIE??? Przegiales kolego, to obrzydliwe klamstwo. Nie bede sie znizac do
                              > dyskusji z klamcami.
                              >
                              > Z mojej strony EOT
                              >
                              > md
                              Podejrzewam, że odpowiadać nie ma sensu, bo oburzona md nie przeczyta, ale
                              niech tam, taki odruch.
                              Napisałem - "bodajże". Przyznam, że rozmowa na owym forum mnie rozśmieszyła i
                              tyle wagi do niej przykładałem. Lista miała tytuł: "gender" i zamieszczane na
                              niej posty przychodziły mi na skzynkę. Niestety, usunąłem wszystkie.
                              A reakcja md też jest dla feminizmu znamienna. "Przegiąłeś kolego, to
                              obrzydliwe kłamstwo..." i dalej o zniżaniu się do mojego poziomu. Nikt nie jest
                              tak szybki w szafowaniu ocenami jak reprezentantki feminizmu. I to też jego
                              problem. Kto wie, czy nie podstawowy.
                              pozdrawiam.
                              • midnight Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 21:34
                                agrafek napisał:


                                > zabieram tu głos w jakiejś sprawie, podkreślam, że opieram się w swoich
                                > wypowiedziach na wypowiedziach z tego oraz innych forów. Ew. na lekturze prasy. To za mało dla Ciebie? Trudno.

                                Buahahaha, no dopsz.. poniewaz usilujesz mnie zabic smiechem to odpowiem. Moze dla odmiany posluze sie jakas prosciutka paralela, to latwiej zrozumiesz. Czy gdybys powaznie zachorowal i mial wybor to poszedlbys sie leczyc do kogos kto nabyl wiedze medyczna z internetu, rozmow i dyskusji na forach i XiX wiecznych poradnikow dla felczerow, czy do dobrego lekarza, wyksztalconego na renomowanej uczelni, z III stopniem specjalizacji i doswiadczeniem w leczeniu choroby na ktora zapadles?

                                > Ale nie oczekuj bym przywiązywał przesadna wagę do Twojego oburzenia.

                                Nie oczekuje, tym bardziej od dyskutantow Twojego pokroju.

                                > Napisałem - "bodajże". Przyznam, że rozmowa na owym forum mnie rozśmieszyła i
                                > tyle wagi do niej przykładałem. Lista miała tytuł: "gender" i zamieszczane na
                                > niej posty przychodziły mi na skzynkę. Niestety, usunąłem wszystkie.

                                Twoje "bodajze" niczego nie zmienia, sam fakt ze przytoczyles akurat strone efki a nie jakigos szmatlawca swiadczy o Twojej probie manipulacji, bo teraz twierdzisz ze byl post na liscie gender, moze byl i pochodzil od takiego samego antyfeministy i mizogina jak Ty, ale na pewno nie ood zadnej feministki z tej listy. Wiec rzucasz sobie na forum takie g... a przyjdzie potem jakis za przeproszeniem kretyn, ktory czerpie wiedze z forumow i przeczyta taki tekst puszczajac go dalej jako fakt stwierdzony juz bez "bodajze". Ja troche w roznych miejscach bywam i znam te mechanizmy.
                                Nie dziwie sie, ze z gender uciekles, tam, niestety dla Ciebie, wymaga sie powaznego traktowania dyskutantow i odpowiedzialnosci za slowa, ktore sie wypowiada no i poziom raczej nie z filipinki :). Na wszystkich powaznych listach i forach jak ktos plecie farmazony i wykazuje wyjatkowa zla wole to sie takiego osobnika ignoruje.

                                md
                                • agrafek Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 29.08.03, 10:22

                                  >
                                  > Buahahaha, no dopsz.. poniewaz usilujesz mnie zabic smiechem to odpowiem.
                                  Moze
                                  > dla odmiany posluze sie jakas prosciutka paralela, to latwiej zrozumiesz. Czy
                                  g
                                  > dybys powaznie zachorowal i mial wybor to poszedlbys sie leczyc do kogos kto
                                  na
                                  > byl wiedze medyczna z internetu, rozmow i dyskusji na forach i XiX wiecznych
                                  po
                                  > radnikow dla felczerow, czy do dobrego lekarza, wyksztalconego na renomowanej
                                  u
                                  > czelni, z III stopniem specjalizacji i doswiadczeniem w leczeniu choroby na
                                  kto
                                  > ra zapadles?
                                  Róznica pomiędzy feminizmem a chorobą (hm, ciekawe masz skojarzenia) polega na
                                  tym, że feminizm podobno ma pomóc społeczeństwu. W swoim poście twierdzisz, że
                                  społeczeństwo równocześnie nie ma prawa na temat tego "cudownego leku" się
                                  wypowiadać, bo nie ma do tego wystarczającego przygotowania. Jeśli straciłem
                                  ochotę na czytanie rzeczy z wspominanego forum to właśnie dlatego, że
                                  dominowały tam takie wypowiedzi. Mnie one odstręczają. Jeśli to dlatego, że
                                  brak mi wykształcenia, to trudno. Spróbuj wyzbyć się swoich feministycznych
                                  przesądów i zastanów ilu zwolenników możecie zyskać postepując w ten sposób.
                                  pozdrawiam
                                  • midnight Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 29.08.03, 12:46
                                    agrafek napisał:

                                    > Róznica pomiędzy feminizmem a chorobą (hm, ciekawe masz skojarzenia) polega
                                    na

                                    Nie, to byl przyklad na to dlaczego nie jestes dla mnie partnerem do dyskusji.
                                    Nie rozumiesz nadal? To trudno.


                                    > Jeśli to dlatego, że
                                    > brak mi wykształcenia, to trudno. Spróbuj wyzbyć się swoich feministycznych
                                    > przesądów i zastanów ilu zwolenników możecie zyskać postepując w ten sposób.

                                    Sprobuj sie wzybyc swojej ignorancji i przesadow rodem z ciemnogrodu
                                    (ujednolicenie plci! ha ha bede opowiadac to jako kawal) to wtedy moze feminizm
                                    bedzie zabiegal o Ciebie jako zwolennika.

                                    md
                                    • agrafek Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 29.08.03, 13:06
                                      Tylko, widzisz, ja nie potrzebuję feminizmu. Ani trochę. Natomiast feminizm
                                      potrzebuje społecznego poparcia. Nie garstki wybrańców... przepraszam -
                                      wybranek, ale nieco większej grupy. W tym szarych, niewyedukowanych obywateli
                                      podobnych do mnie. Ale Ty zamiast mnie wyedukować, wolisz obśmiać, wytknąć mi
                                      moją ignorancję i poradzić mi, żebym raczył się doedukować do Twojego poziomu,
                                      to może wtedy stanę się godny zainteresowania feminizmu. A potem czujesz się
                                      zaskoczona, że feminizm nie cieszy się powszechną akceptacją. Tyleż zabawne co
                                      smutne. Przy takim podejściu do sprawy będziesz skazana na niewątpliwe
                                      pasjonujące rozważania w elitarnej grupie koleżanek i dziwowawanie sie męskim
                                      ograniczeniom.
                                      Mnie to odpowiada. Powodzenia.
                                      • sagan2 Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 29.08.03, 13:27
                                        smutne to Agrafku, ale masz tutaj racje.
                                        izolacja "wysokich" sfer od "szarego czlowieka" jest
                                        coraz powszechniejsza i niezbyt dobra. kiedys juz o tym
                                        rozmawialismy tutaj na przykladzie nauki. czesto badania
                                        naukowe sa tak oderwane od rzeczywistosci albo
                                        wykorzytujace tak skomplikowane metody, ze przesledzenie
                                        wszystkiego jest dla "zjadacza chleba" w zasadzie
                                        niemozliwoscia, szczegoly znaja tylko eksperci.
                                        ALE nie powinno tak byc, ze te szczegoly sa
                                        wykorzystywane przeciwko komunikowaniu swoich badac
                                        zwyklym ludziom, jak tarcza "jestescie za glupi lub za
                                        malo wyksztalceni aby to zrozumiec". jesli ktos nie
                                        potrafi podac podstawoergo sensu i wynikow swoich badan
                                        tak, aby kazdy (no prawie...) go zrozumial przy odrobinie
                                        dobrej woli, to, wg mnie, nie swiadczy to dobrze ani o
                                        badaniach, ani o badaczu...
                                        spogladanie ze szczytu szklanej gory nie przynosi za duzo
                                        korzysci...
                                        i wiesz co? to sie zaczyna zmieniac (przynajmniej w
                                        nauce). np. w naszej grupie jest zasada, ze przed
                                        wydaniem jakiejkolwiek publikacji trzeba napisac tzw "one
                                        page summary", czy opisac jezykiem zrozumialym dla
                                        czlowieka na ulicy "o co w tym wszystkim chodzi"...
                                        ... i wierz mi, to jedna z najtrudniejszych czesci... ;)
                                        wiem co mowie, kiedys musialam wytlumaczyc swojej
                                        siostrze, ktora juz nawet nie pamietala, co to jest ped,
                                        o co chodzi w zasadzie nieoznaczonosci... i udalo sie...
                                        ... tak mysle... ;)
                                        • midnight Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 29.08.03, 14:26
                                          sagan2 napisała:

                                          > smutne to Agrafku, ale masz tutaj racje.
                                          > izolacja "wysokich" sfer od "szarego czlowieka" jest

                                          Ja juz o tym pisalam, barbinator o tym tez pisala, ale po raz ostatni powtorze.
                                          Nikt rozsadny nie wymaga aby kazdy byl omnibusem i znal sie na wszystkim, ale
                                          po pierwsze forum to nie miejsce na zdobywanie wiedzy, tylko miejsce gdzie sie
                                          dyskutuje majac przynajmniej podstawy. A jesli nawet nie, to niech przynajmniej
                                          niedouczony dyskutant nie feruje wyrokow w sprawach, w ktorych jest kompletnym
                                          dyletantem, bo co innego pytac, albo pisac "tak mi sie wydaje", a co innego
                                          podawac swoje "mnie sie tak wydaje" jako prawde obiektywna, na rzeczowe
                                          argumenty poparte wiedza odpowiadajac, ze to przesady, albo przypisujac komus
                                          wypowiedzi ktorych nie popelnil. To chyba cos tu jest nie tak. Kolo z mina
                                          niewiniatka przyznaje nie znam sie, jestem przecietniakiem grajac na uczuciach w
                                          (patrzecie jaki ja szczery a tu na mnie ta wredna baba nalatuje) ale moja
                                          wiedza z forumow i prasy jest najlepsza i ja mam racje, a Wy feministki coz
                                          wiecie wobec potegi takiej wiedzy, Wy macie tylko przesady.
                                          Wiec sagan zanim przytulisz biednego skrzywdzonego agrafka moze odrobine
                                          refleksji by sie przydalo. Barbinator toczy spor o uczciwosc w dyskutowaniu a
                                          tu masz przyklad podrecznikowy.


                                          > nauce). np. w naszej grupie jest zasada, ze przed
                                          > wydaniem jakiejkolwiek publikacji trzeba napisac tzw "one
                                          > page summary", czy opisac jezykiem zrozumialym dla
                                          > czlowieka na ulicy "o co w tym wszystkim chodzi"...

                                          Ja sie wobec tego pytam, o czym juz pisalam powyzej, jak reagujesz na pytanie o
                                          co chodzi np z ta antymateria, a jak zareagowalabys na cos takiego: wprawdzie
                                          studiowalas fizyke kwantowa ale ja wiem lepiej, bo chociaz sie nie znam to
                                          czytam prase codzienna i forum dyskusyjne, ze istnienie antymaterii to przesad
                                          i spiskowa ideologia okreslonych kol nawiedzonych fizykow, ktorzy probuja
                                          podmyc cywilizacje chrzescijanska.

                                          pozdro
                                          md
                                          • sagan2 Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 29.08.03, 14:57
                                            midnight napisała:


                                            > Ja sie wobec tego pytam, o czym juz pisalam powyzej,
                                            > jak reagujesz na pytanie o co chodzi np z ta
                                            > antymateria, a jak zareagowalabys na cos takiego:
                                            > wprawdzie studiowalas fizyke kwantowa ale ja wiem
                                            > lepiej, bo chociaz sie nie znam to czytam prase
                                            > codzienna i forum dyskusyjne, ze istnienie antymaterii
                                            > to przesad i spiskowa ideologia okreslonych kol
                                            > nawiedzonych fizykow, ktorzy probuja podmyc cywilizacje
                                            > chrzescijanska.

                                            na pewno nie reaguje stwierdzeniem: najpierw postudiuj
                                            fizyke kwantowa, a potem pogadamy...
                                            oczywiscie sa osobniki niereformowalne, ale akurat nie
                                            wydaje mi sie, aby Agrafek do takich nalezal.
                                            nie twierdze, ze antymateria jest i
                                            inteligentni/wyksztalceni to rozumieja. pewnie bym
                                            zapytala, czy ma ochote na dyskusje i pokazanie dowodow,
                                            ze antymateria istnieje. jesli odpowiedz brzmi "tak" to
                                            siadam i tlumacze, dowodze, pokazuje. albo odsylam do
                                            ksiazek, ktore robia to samo.

                                            problem nie w tym, zeby nie mowic: nie masz racji, twoja
                                            wiedza jest czerpana z dziwnych zrodel.
                                            problem w tym, aby umiec zrodla wlasiwe pokazac, albo aby
                                            umiec przekonac.
                                            wg mnie Ty tego nie zrobilas, skrupilas sie na niewiedzy
                                            oponenta i dyskwalifikowaniu go jako dyskutanta.
                                            mnie sie takie chwyty nie podobaja. nie zaliczam ich do
                                            "ladnych dyskusji". jakos mi sie nie wydaje, aby Barbi o
                                            to walczyla...
                                            ale, dodaje, to jest moje zdanie. tez jestem w wielu
                                            dziedzinach ignorantka...



                                            > md
                                            • midnight Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 29.08.03, 16:50
                                              sagan2 napisała:

                                              > na pewno nie reaguje stwierdzeniem: najpierw postudiuj
                                              > fizyke kwantowa, a potem pogadamy...
                                              > oczywiscie sa osobniki niereformowalne, ale akurat nie
                                              > wydaje mi sie, aby Agrafek do takich nalezal.

                                              Jak uwazasz, moim zdaniem osobnik zamiast pisac pierdoly moglby poswiecic sie i
                                              poczytac cokolwiek co mu sie podrzuca, ja mu nie kaze studiowac gender, ale
                                              skoro strony internetowe dla przecietnego internauty sa dla niego za trudne to
                                              ja juz nie wiem. I tak wykazalam dosc dobrej woli bo juz mu przyklady z zycia
                                              podrzucam coby zatrybil, a kolega nawet i tego nie raczyl przeczytac dokladnie.
                                              Za to bez zenady przypisuje mi to czego nie napisalam, co uwazam za bardzo
                                              paskudna praktyke, a poniewczasie mowi skromnie przepraszam. To jest bardzo
                                              uciazliwe jesli jest nagminne, dyskusja sprowadza sie do poziomu magla gdzie
                                              zamiast o meritum gada sie o tym co kto komu powiedzial i kto jest be (tu
                                              akurat z definicji wiadomo ze feministki sa be).
                                              A z obaskiwaniem kolesi, ktorzy prezentuja postawe ja Tarzan, Ty Jane i palcem
                                              nie kiwna, zeby cokolwiek wniesc do dyskusji tylko kaza sobie udowadniac ze nie
                                              jestem wielbladem skonczylam. Nie widze powodu by okazywac szacunek dla
                                              niewiedzy czy durnoty kiedy nie widze z drugiej strony chocby odrobiny dobrej
                                              woli i szacunku dla wiedzy innych.

                                              > "ladnych dyskusji". jakos mi sie nie wydaje, aby Barbi o
                                              > to walczyla...

                                              Acha, to Baribinator chodzilo o "ladne dyskusje", to widac nie zrozumialam jej
                                              intencji.

                                              md
                                              • Gość: tad Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? IP: *.krosno.cvx.ppp.tpnet.pl 29.08.03, 19:05
                                                midnight napisała:

                                                > sagan2 napisała:
                                                >
                                                > > na pewno nie reaguje stwierdzeniem: najpierw postudiuj
                                                > > fizyke kwantowa, a potem pogadamy...
                                                > > oczywiscie sa osobniki niereformowalne, ale akurat nie
                                                > > wydaje mi sie, aby Agrafek do takich nalezal.
                                                >
                                                > Jak uwazasz, moim zdaniem osobnik zamiast pisac pierdoly moglby poswiecic sie
                                                i
                                                >
                                                > poczytac cokolwiek co mu sie podrzuca, ja mu nie kaze studiowac gender, ale
                                                > skoro strony internetowe dla przecietnego internauty sa dla niego za trudne
                                                to
                                                > ja juz nie wiem.


                                                No ale jednak wśród feministek pojawiają się różne pomysły. Jeśli nie
                                                dotyczące "niwelacji płci", to przynajmniej niwelację "polaryzacji rodzaju".
                                                Mówi ci coś nawisko Sandra Lipsitz Bem?
                                                • midnight Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 01.09.03, 09:59
                                                  Gość portalu: tad napisał(a):

                                                  > midnight napisała:
                                                  >
                                                  > > sagan2 napisała:
                                                  > >
                                                  > > > na pewno nie reaguje stwierdzeniem: najpierw postudiuj
                                                  > > > fizyke kwantowa, a potem pogadamy...
                                                  > > > oczywiscie sa osobniki niereformowalne, ale akurat nie
                                                  > > > wydaje mi sie, aby Agrafek do takich nalezal.
                                                  > >
                                                  > > Jak uwazasz, moim zdaniem osobnik zamiast pisac pierdoly moglby poswiecic
                                                  > sie
                                                  > i
                                                  > >
                                                  > > poczytac cokolwiek co mu sie podrzuca, ja mu nie kaze studiowac gender, al
                                                  > e
                                                  > > skoro strony internetowe dla przecietnego internauty sa dla niego za trudn
                                                  > e
                                                  > to
                                                  > > ja juz nie wiem.
                                                  >
                                                  >
                                                  > No ale jednak wśród feministek pojawiają się różne pomysły. Jeśli nie
                                                  > dotyczące "niwelacji płci", to przynajmniej niwelację "polaryzacji rodzaju".
                                                  > Mówi ci coś nawisko Sandra Lipsitz Bem?

                                                  Do cytatowanego txt-u nijak sie ma Twoj dopisek. Tak, mowi, ale nie rozumiem o
                                                  co pytasz w zwiazku z nia?

                                                  md
                                          • Gość: loko Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 31.08.03, 15:20
                                            midnight napisała:

                                            > wiedza z forumow

                                            Odmienia się "forów", a nie "forumów", pierdolnięta suko.
                                            • midnight Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 31.08.03, 18:33
                                              Gość portalu: loko napisał(a):

                                              > Odmienia się "forów", a nie "forumów", pierdolnięta suko.

                                              Slusznie. Oto wplyw forow na wtorny analfabetyzm (moj) i schamienie obyczajow
                                              (Twoje). ;<

                                              md
                    • mlody.panicz Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 17:04
                      sagan2 napisała:

                      > chyba raczysz zartowac???

                      troche usmiechu nie zawadzi. :)

                      > czytales projekt jarugi-nowackiej, ktory przyjaz rzad?
                      > czy uwazasz, ze dofinansowanie antykoncepcji

                      A czy uwazasz, ze sprawa antykoncepcji jest wazniejsza niz zasilki dla
                      znajdujacych sie na skraju smierci glodowej kobiet? Przeciez w kraju szaleje
                      bezrobocie, spoleczenstwo stacza sie w nedze. Czy skromne srodki budzetowe nie
                      powinny byc przeznaczane na uratowanie od smierci glodowej milionow kobiet?
                      o, przepraszam, marszalek lepiej dorwal mi sie do klawiatury. ale serio: czy
                      to najwazniejszy wydatek w rozdetym budzecie panstwa?

                      > rzetelna
                      > edukacja seksualna w szkole

                      a coz to jest 'rzetelna' edukacja seksualna? szczerze: nie wierze, ze urzad
                      pani jarugi nowackiej jest w stanie taki program przygotowac.

                      > doplaty do leczenia
                      > bezplodnosci

                      czy nie nalezy najpierw opracowac programu reformy sluzby zdrowia? ktos
                      napisze program leczenia bezplodnosci, ktos - leczenia raka, ktos inny -
                      program antygruzliczy i utoniemy w programach, ktore nic nie dadza.

                      > zmiany prawne ulatwiajace walke z przemoca
                      > w rodzinie

                      czy nie nalezy najpierw opracowac programu walki z przemoca? ktos napisze
                      program walki z przemoca w rodzinie, ktos - na ulicy, ktos inny - na
                      stadionach i utoniemy w programach, ktore nic nie dadza.


                      > zrownanie wielu emerytalnego to "destrukcją
                      > obowiązujących norm"?

                      alez wiek emerytalny jest zrownany, czyz nie? Kobiety moga za to przechodzic
                      na emeryture wczesniej, nieprawdaz? to przywilej. i w ogole: czy nalezy takie
                      zagadnienia rozwiazywac w izolacji od calego systemu emerytur?
                      to moje ogolne zastrzezenie: wiele proponowanych reform ma byc wprowadzonych
                      bez zwiazku z okolicznosciami. tworzy sie pakiet 'prawa kobiet' w izolacji od
                      systemu, w ktorym poszczegolne programy maja dzialac. ale to zastrzezenie jest
                      ogolnie skierowane do tego rzadu.

                      > pamietasz, jak kiedys na forum zadalam pytanie, co nasi
                      > etatowi anty proponuja w zamian? odpowiedz byla "no
                      > oczywiscie ze swiat bez feminizmu"... takie proste,
                      > prawda?

                      a ja kiedys spytalem, co forumowe 'feministki' chcialyby, aby znalazlo sie w
                      programie pani Jarugi Nowackiej. I co? wielkie nic.


                      > na pewno w moim swiecie nie istnialoby
                      > powiedzenie "jak sie baby nie bije, to jej watroba
                      > gnije",

                      ooo.. a to jest ciekawe. jakich jeszcze powiedzen by nie bylo? i jak bys to
                      zrealizowala?

                      nikt w mojej pracy by nie mowil "ty to jestes za
                      > ladna na ...", ocenialoby sie *prace* jaka ktos wykona, i
                      > za to placilo, czlowiek bylby czlowiekiem, bez wzgledu na
                      > plec...

                      pytanie, czy bylby czlowiekiem *bez plci*.

                      pozdrawiam
                      mp
                      • maly.ksiaze Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 17:07

                        > > na pewno w moim swiecie nie istnialoby
                        > > powiedzenie "jak sie baby nie bije, to jej watroba
                        > > gnije",
                        >
                        > ooo.. a to jest ciekawe. jakich jeszcze powiedzen by nie bylo?

                        W moim nie byłoby: "bilety do kontroli!". I jeszcze "no panie kierowco, w tym
                        miejscu jest ograniczenie do 60!"

                        Pozdrawiam,

                        mk.
                      • sagan2 Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 17:46
                        rozmowe na temat tego programu proponowalam na innym
                        watku. moge i tutaj z Toba podyskutowac, ale jutro, dzis
                        do domu ;) napisze tylko, ze z czescia Twoich uwag sie
                        zupelnie zgadzam i juz o tym pisalam.
                        podalam ten przyklad, gdyz Agrafek pisal, ze feministki
                        zajmuja sie *wylacznie* destrukcja. ja nie uwazam tego
                        programu jako destrukcyjnego. niektore pomysly moga byc
                        nierealne lub glupie, ale nie jest to destrukcja
                        obowiazujacyh norm.
                        w tym konktretnym poscie to chcialam powiedziec.
                        do Twoich zas slow ustosunkuje sie jutro.
                      • sagan2 Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 29.08.03, 13:15
                        wytlumaczylam juz, ze przywolalam ten program aby
                        zaprzeczy Agrafkowej tezie, ze feministki proponuja
                        *wylacznie* destrukcje norm...
                        teraz odpowiem w materii samge programu jarugi-nowackiej.

                        mlody.panicz napisał:


                        > A czy uwazasz, ze sprawa antykoncepcji jest wazniejsza
                        > niz zasilki dla znajdujacych sie na skraju smierci
                        > glodowej kobiet?
                        [cich]
                        > ale serio: czy to najwazniejszy wydatek w rozdetym
                        > budzecie panstwa?

                        pisalam juz - masz racje, uwazam, ze nas nie stac teraz
                        na dofinansowanie antykoncepcji *wszystkim*
                        (najbiedniejsi dostaja dofinansowanie). i nie chodzi
                        nawet o inne czesci budzetu, chodzi o same lekarstwa -
                        nie mozna rzadac dofinansowania antykoncepcji, gdy ludzie
                        umieraja, gdyz nie stac ich na lekarstwa :(
                        ALE uwazam, ze antykoncepcja roznego rodzaju powinna byc
                        poszechnie dostepna (byly dyskusje typu "lekarz nie
                        przepisze pigulki, bo to nie_po_bozemu". nie wiem, jaka
                        jest skala tego zjawiska, ale po ilosci przykladow mozna
                        zgadnac, ze nie jest minimalna. to powinno *zniknac*)


                        > a coz to jest 'rzetelna' edukacja seksualna? szczerze:
                        > nie wierze, ze urzad pani jarugi nowackiej jest w
                        > stanie taki program przygotowac.

                        niestety sie z Toba zgadzam, mam obawy, co do programu
                        jarugi-nowackiej. ale wlasnie dlatego powinno go
                        przygotowac rzetelne grono, a nie jaruga-nowacka! co to
                        znaczy rzetelna? ano taka, ktora obejmuje rozne punkty
                        widzenia, rowniez spojrzenie kosciola na seksualnosc i
                        antykoncepcje. i upieranie sie, ze "nie bo nie" wiedzie
                        tylko do tego, ze taki program wymysli ekipa jarugi i ze
                        zabraknie w niej spojrzenia kosciola. a dlaczego ma
                        zabraknac??? nie powinno! ale jesli kosciol powie "nie
                        wychowaniu seksualnemu", to na pewno nie bedzie bral
                        udzialu w ustalaniu progamu i calkiem mozliwe, ze
                        zostanie w nim osmieszony (np. typowe argumenty o
                        "watykanskiej ruletce", ktorych juz nie moge sluchac i z
                        ktorymi ciagle walcze...)


                        > > doplaty do leczenia bezplodnosci
                        >
                        > czy nie nalezy najpierw opracowac programu reformy
                        > sluzby zdrowia?

                        znowu racja, ale brak reformy zdrowia nie zwalnia z walki
                        o jakis cel, prawda? urzad jarugi jest od pomocy
                        kobietom, a ze jej pomysly powinny przejsc przez sito
                        obiektywnych specjalistow od ekonomi itp itd to zupelnie
                        inna sprawa.

                        i nie mow, ze takie programy nic nie dadza! uwazam, ze
                        czasem lepiej zaczac naprawiac cos od kawalka sciany, niz
                        burzyc caly dom i wybudowac nowy...

                        > > zmiany prawne ulatwiajace walke z przemoca
                        > > w rodzinie
                        >
                        > czy nie nalezy najpierw opracowac programu walki z
                        > przemoca?

                        to dlaczego nikt go nie opracowywuje? a jesli juz bedzie,
                        to zapewne bedzie mial podprogramy: do walki z przemoca w
                        rodzinie, na ulicy, na stadionie... dlaczego nie zaczac
                        od jednego z tych kawalkow, zwlaszcza, ze nikt sie nie
                        chce brac za bary z caloscia?...

                        > > zrownanie wielu emerytalnego to "destrukcją
                        > > obowiązujących norm"?
                        >
                        > alez wiek emerytalny jest zrownany, czyz nie? Kobiety
                        > moga za to przechodzic na emeryture wczesniej,
                        > nieprawdaz? to przywilej.

                        ejze, czy to takie proste? czy jesli osiagnie sie wiek
                        emerytalny, to pracodawca nie moze cie zwolnic, a raczej
                        wyslac na emeryture? tak jest w niemczech - osiagnales
                        wiek emerytalny - pa, pa. w takim wypadku kobiety *sa*
                        poszkodowane, bo sa "wysylane" na emeryture wczesniej.

                        > i w ogole: czy nalezy takie zagadnienia rozwiazywac w
                        > izolacji od calego systemu emerytur?

                        to jest inny problem, pisal o tym np BD.

                        > to moje ogolne zastrzezenie: wiele proponowanych reform
                        > ma byc wprowadzonych bez zwiazku z okolicznosciami.
                        > tworzy sie pakiet 'prawa kobiet' w izolacji od
                        > systemu, w ktorym poszczegolne programy maja dzialac.
                        > ale to zastrzezenie jest ogolnie skierowane do tego
                        > rzadu.

                        i znowu mysle, ze masz racje. jak wprowadzic (i czy w
                        ogole) postulaty jarugi w zycie powinni decydowac
                        fachowcy od ekonomi itp itd.

                        > pytanie, czy bylby czlowiekiem *bez plci*.

                        a niby dlaczego?
              • sagan2 Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 15:38
                ciagle nie napisales, czy kobietom naleza sie *wszytkie*
                prawa takie same, czy tylko, jak to nazwales, podstawowe.
                • agrafek Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 15:57
                  Czy równe zarobki, emerytura dokładnie w tym samym wieku, wyzwolenie się sądów
                  rodzinnych z mitu macierzyństwa to "równouprawnienie"? Ja nie wiem. Jak
                  napisałem - nie znam się np. na ekonomii. Kobiety i mężczyźni są wedle
                  obowiązującego prawa równi. I zgadzam się z tym prawem (ale też nie znam jego
                  wszystkich szczegółów). Zgadzam się z zasadą tego prawa. Czy taka odpowiedź
                  wystarczy?
                  pozdrawiam
          • midnight Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 15:30
            agrafek napisał:

            > Już odpowiedziałem - w najbardziej podstawowych sprawach - tak. Koniec.
            Kobiety
            >
            > mają identyczne prawo wyborcze, wolność słowa, prawo do własności prywatnej
            > itd. jak mężczyźni. Równouprawnienie istnieje, nie ma o co walczyć.

            To nie sa najbardziej podstawowe sprawy, to sa ochlapy z systemu stworzonego
            przez mezczyzn (takze tych w sukienkach) i dla mezczyzn.

            md
            • agrafek Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 17:40
              >
              > To nie sa najbardziej podstawowe sprawy, to sa ochlapy z systemu stworzonego
              > przez mezczyzn (takze tych w sukienkach) i dla mezczyzn.
              >
              > md
              Na bazie dokładnie tych samych "ochłapów" budują swoje życie mężczyźni. To
              podstawy systemu demokratycznego, jakie masz dla niego kontrpropozycje?
              pozdrawiam
      • midnight Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 14:00
        agrafek napisał:


        > Równouprawnienie, heh. A normy społeczne? Mężczyzna bez pracy to nieudacznik,
        > kobieta bez pracy takiej łatki przypiętej nie ma. A to nieszczęsne
        sądownictwo?

        Normy spoleczne sa normami kulturowymi, nabytymi i nic nie stoi na przeszkodzie
        zeby je zmieniac tam gdzie sa szkodliwe, tak jak w cytowanym przez Ciebie
        przykladzie, kiedy te normy wspieraja praktyki nierownosciowe.
        A co masz na mysli nieszczesne sadownictwo? Bo to temat rzeka.

        md
        • agrafek Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 14:53
          midnight napisała:

          >
          > Normy spoleczne sa normami kulturowymi, nabytymi i nic nie stoi na
          przeszkodzie
          >
          > zeby je zmieniac tam gdzie sa szkodliwe, tak jak w cytowanym przez Ciebie
          > przykladzie, kiedy te normy wspieraja praktyki nierownosciowe.

          Czy to takie proste - ocenić, że przyjęta norma społeczna jest zła? Ona skądś
          się wzięła, funkcjonuje w jakimś systemie. Wszelkie aberracje, próba
          wprowadzenia norm zbrodniczych są zwykle krótkotrwałe i przez tenże system
          usuwane. Tymczasem feministki wskazują na pewne zjawiska i mówią: "one są złe,
          zmieńmy je! Natychmiast!". To nie takie proste, znów.

          Sądownictwo? A jest ktokolwiek w tym kraju, któ uważałby, że funkcjonuje
          prawidłowo?
          pozdrawiam
          • midnight Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 15:10
            agrafek napisał:


            > Czy to takie proste - ocenić, że przyjęta norma społeczna jest zła? Ona skądś
            > się wzięła, funkcjonuje w jakimś systemie.

            No tak i co chcesz przez to powiedziec?

            Wszelkie aberracje, próba
            > wprowadzenia norm zbrodniczych są zwykle krótkotrwałe i przez tenże system
            > usuwane.

            O jakich normach zbrodniczych mowisz? Czyz nie norma chrzescijanstwa bylo
            wyrzynac w pien innowiercow, palic na stosie oskarzone o czary? To faktycznie,
            zostaly usuniete, ze wstydem kosciol przyznal sie do wielu wystepkow i
            poniewczasie przeprosil, podobnie jak zrewidowal czesciowo swoje nauki
            dotyczace dyskryminacji kobiet. W tym ostatnim przypadku akurat na szybkie
            zmiany trudno liczyc.

            Tymczasem feministki wskazują na pewne zjawiska i mówią: "one są złe,
            > zmieńmy je! Natychmiast!". To nie takie proste, znów.

            Jasne, im szybciej zlikwiduje sie zlo tym lepiej, uwazasz ze powinno sie czekac
            (i na co?) az iles kolejnych kobiet zostanie zakatowana w domu przez kola dla
            ktorego zupa byla nieslona? Iles noworodkow znajdzie sie na smietniku? Iles
            kobiet zostanie w bialy dzien porwana na oczach obojetnych ludzi i brutalnie
            zgwalcona? Owszem to nie takie proste, ale jakby tak jeden czy drugi kolo
            uwazajacy sie za lepszego czlowieka bo z wartosciami chrzescijanskimi w klapie
            ruszyl troche mozgownica zamiast ruszac ksiazeczka do nabozenstwa i wyjrzal
            poza swoje ciasne cztery kolka i pilot od tv to byloby troche szybciej nie
            sadzisz?

            md
            • agrafek Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 15:48
              midnight napisała:


              > O jakich normach zbrodniczych mowisz? Czyz nie norma chrzescijanstwa bylo
              > wyrzynac w pien innowiercow, palic na stosie oskarzone o czary?

              Otóż nie było. To o czym piszesz, to czarna legenda kościoła, jak zauważyłem,
              bardzo chętnie przyjmowana i upowszechniana przez feministki. To tak, jakby
              mówiąc o Słońcu zwracać uwagę tylko na to, że dobija zagubionych na pustyni.

              >
              > Tymczasem feministki wskazują na pewne zjawiska i mówią: "one są złe,
              > > zmieńmy je! Natychmiast!". To nie takie proste, znów.
              >
              > Jasne, im szybciej zlikwiduje sie zlo tym lepiej, uwazasz ze powinno sie
              czekac

              Rzecz w tym, że tylko feministki tak uważają. Zło?
              > (i na co?) az iles kolejnych kobiet zostanie zakatowana w domu przez kola dla
              > ktorego zupa byla nieslona? Iles noworodkow znajdzie sie na smietniku? Iles
              > kobiet zostanie w bialy dzien porwana na oczach obojetnych ludzi i brutalnie
              > zgwalcona? Owszem to nie takie proste, ale jakby tak jeden czy drugi kolo
              > uwazajacy sie za lepszego czlowieka bo z wartosciami chrzescijanskimi w
              klapie
              > ruszyl troche mozgownica zamiast ruszac ksiazeczka do nabozenstwa i wyjrzal
              > poza swoje ciasne cztery kolka i pilot od tv to byloby troche szybciej nie
              > sadzisz?
              >
              > md

              Powtarzasz slogany, w dodatku nijak nie pasujące do tematu. Facet, który bije
              swoją żonę to nie jest przykład dyskryminacji, a do tego - według prawa -jego
              czyn podlega karze. Więc o co chodzi? Dokładnie tak samo z porwaniami i
              gwałtami. Że się zdarzają, że nikt nic nie robi? Owszem. Czy to dobrze? Nie.
              Ale co ma z tym wspólnego równouprawnieniem?
              pozdrawiam.
              • midnight Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 16:20
                agrafek napisał:


                > Otóż nie było. To o czym piszesz, to czarna legenda kościoła, jak zauważyłem,
                > bardzo chętnie przyjmowana i upowszechniana przez feministki.

                Rozumiem, ze Joanna d'Arc tez byla legenda, a teraz nawet uswiecona legenda.

                > >
                > > Tymczasem feministki wskazują na pewne zjawiska i mówią: "one są złe,
                > > > zmieńmy je! Natychmiast!". To nie takie proste, znów.
                > >
                > > Jasne, im szybciej zlikwiduje sie zlo tym lepiej, uwazasz ze powinno sie
                > czekac
                >
                > Rzecz w tym, że tylko feministki tak uważają. Zło?

                Acha, czyli nierownosc z powodu plci zlem nie jest i wszystko co ja umacnia
                zlem nie jest. To nie mamy o czym rozmawiac.


                > Powtarzasz slogany, w dodatku nijak nie pasujące do tematu. Facet, który bije
                > swoją żonę to nie jest przykład dyskryminacji, a do tego - według prawa -jego
                > czyn podlega karze. Więc o co chodzi? Dokładnie tak samo z porwaniami i
                > gwałtami. Że się zdarzają, że nikt nic nie robi? Owszem. Czy to dobrze? Nie.
                > Ale co ma z tym wspólnego równouprawnieniem?

                No niestety, obawiam sie, ze takiej zaleznosci nie jestes w stanie pojac, skoro
                poza swoimi wlasnymi prawdami objawionymi, ktorych nawet nie usilujesz
                argumentowac ograniczajac sie do postawy "bo taka jest prawda" nie widac nawet
                sladow podstawowej wiedzy w temacie, na ktory sie wypowiadasz. A na wyklady ani
                czasu ani ochoty nie mam.


                md
                • agrafek Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 16:43
                  midnight napisała:

                  >
                  >
                  > Rozumiem, ze Joanna d'Arc tez byla legenda, a teraz nawet uswiecona legenda.
                  Joanna d' Arc, o czym wiem, choć podstawowych wiadomości mi brak, była ofiarą
                  wojny angielsko-francuskiej. Oskarżono ją o czary, bo o coś oskarżyć ją było
                  trzeba. A bronili ją - przykro jeśli zniszczę jakieś Twoje święte przekonania -
                  także duchowni francuscy, tak jak atakowani angielscy. Robienie z Joanny d'Arc
                  czołowej świętej feminizmu to zabawny zabieg, charakterystyczne przekłamanie
                  typowe dla feminizmu.
                  >
                  > Acha, czyli nierownosc z powodu plci zlem nie jest i wszystko co ja umacnia
                  > zlem nie jest. To nie mamy o czym rozmawiac.
                  >
                  Nierówność pod względem płci jest stanem naturalnym. Podejrzewam, że nie tylko
                  pod względem wiedzy (co akurat z płcią nie ma nic wspólnego), ale i np. tzw.
                  inteligencji emocjonalnej bijesz mnie na głowę. Pod względem prawa w krajach
                  demokratycznych mężczyźni i kobiety są sobie równi. Nadal nie widzę gdzie
                  dostrzegasz to zło? w naturze czy w gwarantującym równość prawie?
                  >
                  > No niestety, obawiam sie, ze takiej zaleznosci nie jestes w stanie pojac,
                  skoro
                  >
                  > poza swoimi wlasnymi prawdami objawionymi, ktorych nawet nie usilujesz
                  > argumentowac ograniczajac sie do postawy "bo taka jest prawda" nie widac
                  nawet
                  > sladow podstawowej wiedzy w temacie, na ktory sie wypowiadasz. A na wyklady
                  ani
                  >
                  > czasu ani ochoty nie mam.
                  >
                  Szkoda, bo choć jestem tępy, to lubię się uczyć.
                  pozdrawiam
                  • midnight Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 17:47
                    agrafek napisał:

                    > midnight napisała:
                    >
                    > >
                    > >
                    > > Rozumiem, ze Joanna d'Arc tez byla legenda, a teraz nawet uswiecona legend
                    > a.
                    > Joanna d' Arc, o czym wiem, choć podstawowych wiadomości mi brak, była
                    ofiarą
                    > wojny angielsko-francuskiej. Oskarżono ją o czary, bo o coś oskarżyć ją było
                    > trzeba. A bronili ją - przykro jeśli zniszczę jakieś Twoje święte
                    przekonania - > także duchowni francuscy, tak jak atakowani angielscy. Robienie
                    z Joanny d'Arc czołowej świętej feminizmu to zabawny zabieg, charakterystyczne
                    przekłamanie typowe dla feminizmu.

                    slucham? jakiej czolowej swietej feminizmu, gdzie ja cos takiego napisalam?
                    Joanna d'Arc byla spalona na stosie oficjalnie za czary, podopbnie jak
                    oficjalnie za czary spalono wiele innych kobiet ktore czarownicami nie byly,
                    zaraz, zaraz, a moze Ty wierzsz w czarownice? :))))))))
                    Podobnie jak sw Joanna tak i inne spalone za czary nie byly legenda, chyba ze
                    mowiac jezykiem poetyckim zywa legenda. Definicje pojecia legenda podaje
                    nawet "kompendium wszelkiej wiedzy slownikowej" jak www.wiem.onet.pl


                    > Nierówność pod względem płci jest stanem naturalnym.

                    Wg Ciebie nieprawdaz? Bo juz nikt a nikt nawet niebieska ksiazeczka z watykanu
                    tak nie mowi. Czyli nastepna prawda objawiona by agrafek.


                    > Szkoda, bo choć jestem tępy, to lubię się uczyć.

                    Hej, moze sie niejasno wyrazilam, ale nie napisalam ze jestes tepy, tylko nie
                    masz podstaw okreslonej wiedzy, ok? Jak sie nie nauczysz tabliczki mnozenia to
                    nie pojmiesz np wielozmiennych modeli statystycznych, heh.

                    md
                    • agrafek Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 18:20
                      midnight napisała:

                      .>
                      > slucham? jakiej czolowej swietej feminizmu, gdzie ja cos takiego napisalam?
                      > Joanna d'Arc byla spalona na stosie oficjalnie za czary, podopbnie jak
                      > oficjalnie za czary spalono wiele innych kobiet ktore czarownicami nie byly,
                      > zaraz, zaraz, a moze Ty wierzsz w czarownice? :))))))))
                      Słusznie, nie napisałaś nic o powiązaniach ś.p. Joanny, nadinterpretowałem bo
                      co irusz wychodzi w tego typu rozmowach problem czarownic i zawsze ktoś zasunie
                      z ś.p. Joanną. Ale poniosło mnie wobec czego posypuję głowę popiołem i
                      przepraszam. Nieco z boku dodam, że z tymi czarownicami to też nie takie
                      proste, bo nie ważne czy ja w nie wierzę ale: A. Czy one w siebie wierzą i B.
                      czy ludzie w nie wierzą. Spotkałem kilka czarownic i dwóch czarowników - i oni
                      wierzyli w siebie i okoliczna ludność wierzyła w nich. Ale to tak zupełnie z
                      boku ciekawostka taka ot, etnograficzna:).
                      > Podobnie jak sw Joanna tak i inne spalone za czary nie byly legenda, chyba ze
                      > mowiac jezykiem poetyckim zywa legenda. Definicje pojecia legenda podaje
                      > nawet "kompendium wszelkiej wiedzy slownikowej" jak www.wiem.onet.pl
                      Wiesz, z Joanną oraz całkiem sporą ilością spalonych "czarownic" i czarownic
                      nie jest dokładnie tak jak tłumaczyły to podręczniki do historii z tzw. okresu
                      minionego. Sam proces ś.p. Joanny był procesem politycznym a domniemane "czary"
                      posłużyły jedynie za pretekst. Znaczący ów proces, jest o tyle znamienny, że
                      podobnie było z większością procesów o czary. Zawsze ktoś komuś przeszkadzał,
                      więc posłużył się ów ktoś najłatwiejszym pretekstem by się osoby niewygodnej
                      pozbyć. Powoływał się więc na "czary" i "diabła" i nieszczęśniczka trafiała na
                      stos. Jeśli miała szczęście - w pobliżu był przedstawiciel inkwizycji, wtedy
                      miała szansę, jeśli nie - a procesy o czary należały do sądów świeckich, nie
                      kościelnych, przeważnie ginęła. Kościół był tu wykorzystywany do załatwiania
                      prywatnych porachunków i w pewnym stopniu - jakkolwiek cynicznie to dla Ciebie
                      zabrzmi - także był ofiarą. Do tego często mylone są w odbiorze publicznym
                      procesy o czary z procesami o herezje. W tym drugim przypadku rzeczywiście
                      przedstawiciele kościoła mieli wiele do powiedzenia. Obarczanie jednak Kościoła
                      Katolickiego wyłączną odpowiedzialnością za stosy znów jest popularnym mitem. W
                      takiej np. Anglii najpierw zapłonęły stosy z katolikami (rozpalone podczas
                      buntów protestanckich), dopiero potem nadszedł czas odwetu katolickiego, a
                      potem los znów się odwrócił.

                      > > Nierówność pod względem płci jest stanem naturalnym.
                      >
                      > Wg Ciebie nieprawdaz? Bo juz nikt a nikt nawet niebieska ksiazeczka z
                      watykanu
                      > tak nie mowi. Czyli nastepna prawda objawiona by agrafek.
                      Nie objawiona. Pisząc: "naturalna" miałem na myśli biologiczną. Możliwe, że
                      niesłusznie założyłem iż Twoje skojarzenie będzie bliskie mojemu. Natomiast
                      Twoja dalsza niezgoda będzie dla mnie zaskakująca.
                      pozdrawiam
                      • midnight Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 20:57
                        agrafek napisał:

                        O procesach czarownic nie bede pisac bo z faktami sie nie dyskutuje.

                        > takiej np. Anglii najpierw zapłonęły stosy z katolikami (rozpalone podczas
                        > buntów protestanckich), dopiero potem nadszedł czas odwetu katolickiego, a
                        > potem los znów się odwrócił.

                        Zbrodnia jest zbrodnia i nic jej nie tlumaczy.


                        > Nie objawiona. Pisząc: "naturalna" miałem na myśli biologiczną. Możliwe, że
                        > niesłusznie założyłem iż Twoje skojarzenie będzie bliskie mojemu. Natomiast


                        Wiem co znaczy naturalna i nie, nie jest naturalna, o ile nadal mowimy o nierownosci spolecznej bo z Toba to nic nie wiadomo. Naturalna to moze byc "nierownosc" jak samica danego gatunku jest wieksza od samca, a mezczyzna ma wieksza mase miesniowa niz kobieta. Nierownosc spoleczna jest wylacznie uwarunkowana kulturowo a religie, wszelkie, maja w tym bardzo niechlubny idzial.

                        > Twoja dalsza niezgoda będzie dla mnie zaskakująca.

                        Alez rybko, nie moja niezgoda, to juz dawno madrzejsi naukowcy od Ciebie i ode mnie udowodnili, no chyba, ze masz jakies nowe dowody na popracie swoich bardzo odosobnionych pogladow, z pewnoscia zatrzeslyby one calym siwatem naukowym i moglbys zaistniec jako odkrywca, a nie jako troll forumowy.

                        md
                        • agrafek Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 29.08.03, 10:31
                          midnight napisała:


                          >
                          > Zbrodnia jest zbrodnia i nic jej nie tlumaczy.
                          Chciałem zwrócić uwagę, że sprawy są nieco bardziej skomplikowane niż
                          przedstawiasz. Nie bawię się w adwokata kościoła, nie muszę.
                          > Alez rybko, nie moja niezgoda, to juz dawno madrzejsi naukowcy od Ciebie i
                          ode
                          > mnie udowodnili, no chyba, ze masz jakies nowe dowody na popracie swoich
                          bardzo
                          > odosobnionych pogladow, z pewnoscia zatrzeslyby one calym siwatem naukowym i
                          m
                          > oglbys zaistniec jako odkrywca, a nie jako troll forumowy.
                          >
                          > md
                          Czy gdybym nazwał Cię na forum: "kotkiem", "myszką" itp. to świadczyłoby o moim
                          patriarchalnym bagatelizowaniu Cię jako kobiety? O tym, ze tkwię w tereotypach
                          i Cię lekceważę? Nie postępuje tak, nie rozumiem więc skąd ta "rybka".
                          Jak rozumiem wyrażam się nieprecyzyjnie. Moja wina. Nie jestem naukowcem, tylko
                          przeciętniakiem z średnim technicznym wkształceniem. Proszę Cię, jako osobę
                          lepiej wykształconą ode mnie o odrobinę cierpliwości i skupienia.
                          Napisałem: "róznimy się biologicznie, będę zdumiony jeśli temu zaprzeczysz".
                          Stąd się bierze nierówność. Biologiczna. Tyle. Nadbudowałaś na tym teorię o
                          konsekwencjach społecznych. Do pewnego stopnia, jak sądzę, słusznie. Ale nie o
                          tym mówiłem.
                          Cieszę się, że możesz się dzięki mnie trochę pośmiać.
                          pozdrawiam.
                          • sagan2 Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 29.08.03, 12:56
                            agrafek napisał:

                            > midnight napisała:
                            >
                            >
                            > >
                            > > Zbrodnia jest zbrodnia i nic jej nie tlumaczy.
                            >
                            > Chciałem zwrócić uwagę, że sprawy są nieco bardziej
                            > skomplikowane niż przedstawiasz. Nie bawię się w
                            > adwokata kościoła, nie muszę.

                            Agrafek, cz MD napisala nieprawde? nie. czy kosciol
                            katolicki palil na stosie niewinnych ludzi? tak (zdazalo
                            mu sie). czy prawda jest bardziej skomplikowana? tak.

                            wiec skad oburzenie czy niesmak przy powtarzajacym sie
                            stosowaniu tego argumentu?...

                            to jest dokladnie taki sam argument, czy sposob dyskusji,
                            jak wypisywanie "feminizm czerpal z marksizmu", juz to
                            dzis napisalam w innym watku.
                            do jest idealny przyklad dla zilustrowania postu Barbi z
                            drugiej strony barykady.

                            czy rozumiesz teraz, o czym Barbi tam pisze?
                            • agrafek Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 29.08.03, 13:08
                              Sagan. Pokaż mi choć jeden przykład, w którym napisałem: "kościół katolicki nie
                              miał nic wspólnego ze stosami".
                              Natomiast MD napisała o stosach wyłącznie w kontekście kościoła katolickiego.
                              Czy to przykład manipulacji?
                              pozdrawiam
                              • sagan2 Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 29.08.03, 13:19
                                Agrafek, ja nie mam do Ciebie zadnych pretencji! podalam
                                tylko przyklad idealnego argumentu z "definicji
                                Barbinator". oczywiscie, ze takimi "argumentami" bardzo
                                latwo manipulowac. i to w dodatku bez uciekania sie do
                                falszu (nie sadze, aby MD gdziekolwiek napisala, ze TYLKO
                                kosciol katolicki palil ludzi na stosie!).
                                ale Tad nie potrafi (albo nie chce) tego zrozumiec. moge
                                liczyc, ze mu wytlumaczysz?... ;)

                                dodam, ze absolutnie nie popieram tego typu argumentow,
                                one malo wnosza do dyskusji, oprocz animozji.

                                wykorzytalam Wasza wymiane zdan jako ilustracje problemu.
                                absolutnie nie chcialam Cie o cos oskarzac ani obrazac.
                                jesli tak wypadlo - wybacz, mam nadzieje, ze jasno
                                wytlumaczylam swoje intencje.
                                • agrafek Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 29.08.03, 14:28
                                  Przepraszam jeśli tak zrozumiałaś, absolutnie nie tak to odebrałem:). Tyle, że
                                  chiałem wykazać malipulację z drugiej strony i tyle.
                                  pozdrowienia
                                  • sagan2 Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 29.08.03, 15:01
                                    oczywiscie, ze manipulacja jest.
                                    taka sama (tego samego rodzaju) co w porownaniu feminizmu
                                    do komunizmu. zgodzisz sie ze mna?
                                    • agrafek Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 30.08.03, 10:10
                                      Porównanie przez analogię, jak rozumiem? Co mogłoby łączyć feminizm i komunizm -
                                      obiecywanie "lepszego świata" bez pytania o zdanie "zbawianych" i budowanie
                                      tego "lepszego świata" na winie jakichś wymyślonych wrogów. Ale masz rację, że
                                      to za mało, żeby łączyć oba "izmy" i zestawianie ich obok siebie to rodzaj
                                      manipulacji, bo przy dokładniejszym spojrzeniu analogie (jak na moje
                                      niewykształcone oko, oczywiście) nie wytrzymują próby.
                                      Jeśli miałem odpowiedzieć szczerze, musiałem odpowiedzieć nieco rozbudowanie.
                                      pozdrawiam
                          • midnight Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 29.08.03, 13:28
                            agrafek napisał:

                            > Czy gdybym nazwał Cię na forum: "kotkiem", "myszką" itp. to świadczyłoby o
                            moim
                            >
                            > patriarchalnym bagatelizowaniu Cię jako kobiety? O tym, ze tkwię w
                            tereotypach
                            > i Cię lekceważę? Nie postępuje tak, nie rozumiem więc skąd ta "rybka".

                            A widzisz? Tak to wlasnie dziala. Moze gdybys doswiadczyl na wlasnej skorze
                            lekcewazenia i protekcjonalizmu, nie na forum bo to nic, ale w realnym zyciu to
                            zmienilbys plyte i bez studiowania problematyki gender. Moze przydaloby sie raz
                            czy drugi wlasnie tak potraktowac kolesia, ktory okazuje swiete oburzenie i
                            niesmak kiedy kobieta zwraca mu uwage na protekcjonalne zachowanie sie faceta
                            wobec niej. Moze jako szefowa zaczne pytac mezczyzn kandydatow do pracy czy nie
                            planuja dziecka w najblizszym czasie, albo czy beda w stanie pogodzic obowiazki
                            rodzinne z zawodowymi, a jeszcze lepiej ocenie ich ubior i wyglad, spytam o
                            wiek a na koniec oswiadcze, czy nie lepiej gdyby sie pan jednak zdecydowal
                            zajac prowadzeniem domu i przyslal mi swoja zone do pracy. ;)

                            md
                            • agrafek Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 29.08.03, 14:35
                              Heh, ale taka protekcjonalność to nie jest kwestia płci. Szefowie traktują tak
                              zarówno mężczyzn i kobiety, szefowe tak samo. Widzenie w tym tylko i wyłącznie
                              relacji: mężczyzna-kobieta to tylko zawężanie sprawy. Być może feministki
                              walczące o zmiany nie zauważyły, że te zmiany już zaszły.
                              pozdrowienia
                              • midnight Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 29.08.03, 14:55
                                agrafek napisał:

                                > Heh, ale taka protekcjonalność to nie jest kwestia płci. Szefowie traktują
                                tak
                                > zarówno mężczyzn i kobiety, szefowe tak samo. Widzenie w tym tylko i
                                wyłącznie
                                > relacji: mężczyzna-kobieta to tylko zawężanie sprawy. Być może feministki
                                > walczące o zmiany nie zauważyły, że te zmiany już zaszły.

                                Hehe, co tez opowiadasz, ja tam nie slysze zeby szefowe mowily np "kochany" do
                                pracownika, slysze za to nagminnie jak szefowie mowia do
                                pracownic "kochana", "slonko" itd. To w Twoim stylu argument, pasuje? ;)

                                md
    • midnight Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 13:55
      sagan2 napisała:

      > no wlasnie... odpowiedzcie, prosze, czy uwazacie, ze
      > kobietom naleza sie takie same prawa (i obowiazki - w
      > postaci tej nieszczesnej sluzby wojskowej i wieku
      > emerytalnego, bo wiecej nierownosci jakos nie wyplynelo
      > na tym forum...)?
      >

      Na tym forum glownie wyplywaja tematy i dyskusje zastepcze.
      Polecam strone Rzecznika d/s Rownego Statusu Kobiet i Mezczyzn
      www.rownystatus.gov.pl/ver_pl/index.html jako minimum dla zorientowania
      sie w temacie rownouprawnienia czy tez braku rownouprawnienia w Polsce,
      dodatkowo na tle uregulowan UE.

      md
      • jasmina22 Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 15:33


        Yes ,but equality of rights not results.
    • Gość: maly.k Rownouprawnienie czy rownosc? IP: 139.57.24.* 28.08.03, 15:52
      Wiemy, ze nie to samo. Odnosze wrazenie, ze duza czesc feministek-parytetowek
      nie chce rownych praw, tylko rownosci - i jest gotowa te rownosc wprowadzic.

      Nie pisz, prosze, ze np. Ty czy Barbinator jestescie parytetom przeciwne. Wiem
      o tym i pamietam. Rzecz w tym, ze akurat wsrod potencjalnych (lub
      rzeczywistych) 'funkcjonariuszek wladzy' (tu J-N przychodzi na mysl) pomysl
      parytetow ma duze poparcie. Jesli jakies feministyczne idee bedzie sie
      realizowac przy pomocy mechanizmow prawnych - to wlasnie pomysly tych pan, nie
      Twoje.

      Akurat to, czy w jakis tam wladzach (na uniwerystetach, wsrod lekarzy,
      smieciarzy) znajduje sie 50% kobiet jest slabym wskaznikiem rownouprawnienia.

      Pozdrawiam,

      mk.

      PS. Jestem zwolennikiem rownouprawnienia. Calkiem mozliwe ze rozni nas
      definicja rownosci praw.
      • sagan2 Re: Rownouprawnienie czy rownosc? 28.08.03, 15:59
        Gość portalu: maly.k napisał(a):


        > PS. Jestem zwolennikiem rownouprawnienia. Calkiem
        > mozliwe ze rozni nas definicja rownosci praw.

        a jak Ty ja definiujesz?

        • maly.ksiaze Jako rownosc wobec prawa. 28.08.03, 16:45
          Przede wszystkim. Widzę na przykład duży problem w tym, w jaki sposób ustala
          się, czy równouprawnienie jest, czy go nie ma. Schemat rozumowania, który
          zdaje się tutaj promować osoba posługująca się nickiem 'Midnight' polega z
          grubsza na tym, że robimy przekrój wg. płci grupy, która może otwierać słoik z
          konfiturami i - jeśli kobiet jest w tej grupie mniej - to znaczy, że nie ma
          równouprawnienia. No to trzeba coś z tym zrobić!

          Według mnie równouprawnienie polega na tym, że ustanawiamy jasne reguły -
          każdy, kto ma siłę otworzyć ten słoik i ma łyżeczkę odpowiedniego rozmiaru,
          może sobie pojeść. Łyżeczki można kupić w budce na Krakowskim Przedmieściu po
          2.50 sztuka.

          Rozumowanie popularne wśród feministek (wybacz) polega na tym, że jeśli nadal
          kobiety jedzą mniej konfitur, to oznacza, że przed sklepem z łyżeczkami
          jest 'szklana ściana', której istnienie nie podlega dowodowi (bo przecież
          gdyby jej nie było, wszystkie panie wcinałyby konfitury wiśniowe, aż by im się
          uszy ruszały). W związku z tym należy zorganizować dla pań osobną kolejkę po
          łyżeczki i dodawać gratis otwieracz do słoików. Wtedy dopiero będzie
          równouprawnienie.

          Pozdrawiam,

          mk.

          PS. Zapłaciłem zarówno za łyżeczkę, jak i otwieracz. Cóż z tego, skoro nie
          lubię konfitur...
          • sagan2 Re: Jako rownosc wobec prawa. 28.08.03, 16:53
            ale czy wykluczasz mozliwosc, ze ta sciana tam naprawde
            jest?
            a co, jesli mozna by udowodnic jej istnienie?
            • maly.ksiaze A jak przeprowadzisz dowód? 28.08.03, 17:00
              Jeśli w przyjmowaniu na studia managerskie obowiązuje równość praw, jeśli
              spisana polityka wewnętrzna firmy zakłada równość praw, a mimo to większość
              stanowisk kierowniczych zajmują mężczyźni - czy to oznacza, że istnieje
              ten 'szklany sufit'.

              Większość tej 'dyskryminacji' to percepcja. Głownie damska. W miejscu, gdzie
              pracuję, sfrustrowane biuralistki określały dyrekcję mianem "boys' club".
              Nawet w czasach, gdy stosunek wynosił 3:2.

              Pozdrawiam,

              mk.
              • sagan2 Re: A jak przeprowadzisz dowód? 28.08.03, 17:15
                myslisz, ze tak trudno byloby w niektorych przypadkach
                pokazac, ze od kobiet wymaga sie wiecej niz od mezczyzn,
                aby mogli osiagnac to samo? mi co chwila ktos powtarza,
                ze w moim zawodzie kobieta musi byc duzo lepsza od
                mezczyzny, aby osiagnac to samo, bo to stereotypowo
                "meski swiat". nawet we wlasnej rodzinie jestem
                dziwadlem, no bo to przeciez zawod dla mezczyzny...

                podam Ci banalny przyklad, nie uwazam go za straszna
                dyskryminacje (ale za malenka i z nia walcze :), ale
                ilustruje zjawisko.
                jakies 1/4 mojej pracy polega na najroznieszych
                spotkaniach. czesc jest stala, czesc - zwolywana w ramach
                potrzeby. kiedy odbywaja sie takie dorywcze spotkania?
                otoz na ogol kolo 18, 19, 20 i trwaja w nieskonczonosc...
                wiekszsc moich kolegow w pracy to panowie, im tak
                "bardziej pasuje", bo w zasadzie wszyscy maja w domu
                niepracujace zony opiekujace sie dziecmi i "ogniskiem
                domowym". a my kobiety? same jestesmy tymi zonami...

                czyzbym wiec chciala sie wymigiwac od pracy? brak
                elastycznosci? no tak, zaraz ktos powie, ze w takim razie
                nalezy mi sie "nizsze stanowisko". otoz nie. my (kobiety)
                w zamian proponujemy te same spotkania rano, o 7 czy 8. i
                tak jestesmy w pracy wczesniej o 1-2 godziny niz panowie
                (to fakt). ale przeciez wtedy "oni spia" i to "sa chyba
                zarty". wymigiwanie sie od pracy? brak elastycznosci?
                nikt tak im nie powie... oprocz nas ;)
                • mlody.panicz Re: A jak przeprowadzisz dowód? 28.08.03, 17:21
                  sagan2 napisała:

                  > podam Ci banalny przyklad /.../

                  to nie ci panowie Cie dyskryminuja, ale Twoj maz w kontekscie ich zon. po
                  prostu tamci panowie maja tamta przewage, ze moga sie spotykac w godzinach, w
                  ktorych Ty nie mozesz. ja uwazam, ze organizacja zebrania powinna byc tak
                  przeprowadzona, aby kazdy mogl w nim uczestniczyc, ale nie miej do nich
                  pretensji o to, ze moga pozniej. miej pretensje, ze nie chca wczesniej, jesli
                  Tobie na tym bardzo zalezy. i nie dopisywalbym do tego od razu walki plci.

                  pozdrawiam
                  mp
                  • sagan2 Re: A jak przeprowadzisz dowód? 28.08.03, 17:35
                    dokladnie o to mam pretensje - ze nie chca wczesniej.
                    i nie mowie, ze to walka plci, tylko przyklad
                    niedogodnosci, gdy sie znajduje w grupie, ktora jest
                    zdominowana przez jakas konkretna podgrupe.

                    chodzi o to, ze nawet przy rownosci wobec prawa, moze sie
                    nierownosc pojawic BEZ winy dyskryminowanych (tutaj wina
                    to "mniejsze mozliwosci")

                    moj kolejny przyklad - czy uwazacie, ze mezczyzni w
                    sadach rodzinnych sa dyskryminowani przy rozwodach??? a
                    przeciez JEST rownosc wobec prawa.
                    • mlody.panicz Re: A jak przeprowadzisz dowód? 29.08.03, 16:44
                      sagan2 napisała:

                      > chodzi o to, ze nawet przy rownosci wobec prawa, moze sie
                      > nierownosc pojawic BEZ winy dyskryminowanych (tutaj wina
                      > to "mniejsze mozliwosci")

                      ale trudno mowic o dyskryminacji, kiedy pan a robi cos niemilego pani b, jesli
                      jest to zjawisko jednostkowe. jest tez oczywiste, ze prawo nie zapewni
                      ogolnego szczescia na ziemi.
                      pozdrawiam
                      mp
                • agrafek jestem dyskryminowany 28.08.03, 17:26
                  W moim zakładzie pracy większość szefowych to kobiety. Właśnie zwolniło się
                  stanowisko kierownicze i została na nie przyjęta następna kobieta. W dodatku
                  bez doświadczenia, ściągnięto ją z firmy o znacznie odmiennym profilu
                  działania. A najgorsze, że wszystkie te kierowniczki decydują też o przyjęciu
                  do pracy "szeregowych" pracowniczek i bez wyjątku przyjmują mniej atrakcyjne od
                  siebie (a same atrakcyjne specjalnie, oj, nie są). Taki los.
                  Dyskryminacja przejawia się w:
                  1. Systemu awansów wedle klucza płciowego
                  2. Całkowitej pogardzie ze strony kobiecego kierownictwa dla męskich kategorii
                  estetycznych.
                  pozdrawiam.
                • maly.ksiaze Re: A jak przeprowadzisz dowód? 28.08.03, 17:33
                  Nie wiem, czy to jest przykład na dyskryminację. Fakt, że nie masz ochoty lub
                  możliwości przystać na styl pracy większości pracowników z pewnością utrudnia
                  Ci życie. Wiem o czym piszesz, bo mi swego czasu też utrudniał - zmieniłem
                  zatem pracę.
                  To nie tak - przy wyścigu do żłoba ostro 'dyskryminowani' są introwertycy,
                  poetyczne natury i wogóle - 'nice guys finish last'. Co z tego?

                  Na temat szklanego sufitu i podobnych zjawisk. Kilka tygodni temu czytałem
                  artykuł w 'The Globe And Mail', w którym dyskutowano styl życia osób na
                  wyższych stanowiskach managerskich. Okazało się, że żony bodajże 80% mężczyzn
                  w tej grupie nie pracują zawodowo, lub pracują w niepełnym wymiarze godzin.
                  Dla kobiet na szczycie ten wskaźnik wyniósł około 20%. Dodatkowo (ciekawostka)
                  ilość rozwodów w takich parach jest zdecydowanie (nie pamiętam już ile, ale
                  chyba więcej niż dwukrotnie) niższy od średniej krajowej.
                  Czy może być tak, że w przypadku tych mężczyzn dotarcie na korporacyjny szczyt
                  było po prostu pracą zespołową? W każdym razie taki punkt widzenia przyjmuje
                  kanadyjskie prawo rodzinne, dzieląc majątek (również przyszłą emeryturę) na
                  dwoje.

                  Kobietom jest trudniej znaleźć takich partnerów życiowych, ale to chyba nie
                  moja wina? Czy należy ten domniemany 'sufit' zwalczać poprzez zarządzenie
                  równości na mecie?

                  Pozdrawiam,

                  mk.

                  PS. Fizyka i matematyka to dość nietypowy zawód na kobietę. To chyba jednak
                  kwestia biologii, nie stereotypów.
                  • sagan2 Re: A jak przeprowadzisz dowód? 28.08.03, 17:38
                    maly.ksiaze napisał:


                    > PS. Fizyka i matematyka to dość nietypowy zawód na
                    > kobietę. To chyba jednak kwestia biologii, nie
                    > stereotypów.

                    ale czy jesli zdarzy sie "wybryk natury" to nalezy go ze
                    wzgledu na stereotypy dyskryminowac?
                    • maly.ksiaze Re: A jak przeprowadzisz dowód? 28.08.03, 17:41
                      Nie, nie należy. Tylko że akurat Twoje perypetie są słabym przykładem na
                      ogólną dyskryminację kobiet i konieczność jej wyrównywania.
                      Szczerze: czy poza (zwykle zapewne maskowanym) zaskoczeniem na twarzach
                      rozmówców, odczuwasz jakąś formę dyskryminacji z uwagi na płeć - w pracy?

                      Pozdrawiam,

                      mk.
                      • sagan2 Re: A jak przeprowadzisz dowód? 28.08.03, 17:49
                        generalnie nie. ale jednostkowe przyklady mi sie
                        zdarzaly. moze i idiotyczne, ale pracochlonne i w sumie
                        odrobine upokarzajace.
              • midnight Re: A jak przeprowadzisz dowód? 28.08.03, 23:40
                maly.ksiaze napisał:

                > Jeśli w przyjmowaniu na studia managerskie obowiązuje równość praw, jeśli
                > spisana polityka wewnętrzna firmy zakłada równość praw, a mimo to większość
                > stanowisk kierowniczych zajmują mężczyźni - czy to oznacza, że istnieje
                > ten 'szklany sufit'.

                Na tym polega szklany sufit, to co jest spisane to jedno a to co sie praktykuje
                po cichu to drugie (BTW w naszej konstytucji tez mamy zapisy o
                rownouprawnieniu). Jak wytlumaczysz te liczby:

                "Few women hold decision-making positions in higher education"

                Association of African Universities 120 - 5
                Association of Arab Universities 103 - 2
                Association of Commonwealth Universities 463 - 8
                Association of European Universities 497 - 6-8
                Association of French-speaking Universities 270 - 5-7
                Association of Universities of Asia and the Pacific 140 - 5
                Inter-American Organization for Higher Education 350 - 5
                Union des Universidades de America Latina Organization 177 - 27

                gdzie pierwsza liczba oznacza ilosc uniwersytetow, druga oznacza udzial
                procentowy prowadzonych przez kobiety

                i komentarz:

                "Women are also under-represented in leadership
                and management roles in education. While the percentage
                of women in such posts as deputy vice-chancellor
                and academic head of department seems to be
                growing, there are relatively few women at the decision-
                making level"

                Zrodlo: "The World's Women - Trends and statistics" UN, NY 2000.

                md
                • maly.ksiaze Nie wiem, jak je wytłumaczę... 29.08.03, 04:55
                  ... bo nie wiem, co konkretnie oznaczają te liczby i co
                  powinienem rozumieć poprzez: "decision-making positions
                  in higher education".
                  Wiem natomiast, jak ty je wytłumaczysz: istnieje męska
                  konspiracja, którą trzeba zwalczać. Ustawowo.

                  Poza tym nie mam pojęcia, jak z takich zestawień ma
                  wyniknąć celowość parytetów.

                  Pozdrawiam,

                  mk.
                  • midnight Re: Nie wiem, jak je wytłumaczę... 29.08.03, 14:44
                    maly.ksiaze napisał:

                    > ... bo nie wiem, co konkretnie oznaczają te liczby i co
                    > powinienem rozumieć poprzez: "decision-making positions
                    > in higher education".

                    Chodzi o stanowiska kluczowe dla podejmowanie decyzji na uczelniach wyzszych,
                    jak u nas rektor, prorektor.

                    Liczby sa proste w interpretacji, szkoly wyzsze na swiecie sa zarzadzane przez
                    mniej niz 10% kobiet, kobiet pracujacych na wyzszych uczelniach czyli
                    posiadajacych te same kwalifikacje co mezczyzni, czym wytlumaczysz takie
                    dysproporcje, zwazywszy ze na nizszych stanowiskach jak dziekanaty tak
                    znaczacych dysproporcji miedzy k i m nie ma?


                    > Wiem natomiast, jak ty je wytłumaczysz: istnieje męska
                    > konspiracja, którą trzeba zwalczać. Ustawowo.

                    Zgadujesz, nie mozesz wiedziec, poniewaz nic takiego nie napisalam. Mylisz sie,
                    jest to wina systemu opartego np na przesadzie, ze kobiety sa gorszymi szefami
                    niz mezczyzni. Nie, nie domagam sie ustawowej regulacji, domagam sie edukacji,
                    ktora walczylaby z takimi przesadami, domagam sie systemu, ktory daje rowne
                    szanse w ubieganiu sie o stanowiska menedzerskie a nie obsadza je wg
                    okreslonego klucza. Widzisz roznice?

                    >
                    > Poza tym nie mam pojęcia, jak z takich zestawień ma
                    > wyniknąć celowość parytetów.
                    >

                    Nie, podalam te statystyki w odpowiedzi na "szklany sufit".

                    md
                    • maly.ksiaze Re: Nie wiem, jak je wytłumaczę... 29.08.03, 16:43
                      midnight napisała:

                      > maly.ksiaze napisał:
                      >
                      > > ... bo nie wiem, co konkretnie oznaczają te liczby i co
                      > > powinienem rozumieć poprzez: "decision-making positions
                      > > in higher education".
                      >
                      > Chodzi o stanowiska kluczowe dla podejmowanie decyzji na uczelniach
                      wyzszych,
                      > jak u nas rektor, prorektor.
                      >
                      > Liczby sa proste w interpretacji, szkoly wyzsze na swiecie sa zarzadzane
                      przez
                      > mniej niz 10% kobiet, kobiet pracujacych na wyzszych uczelniach czyli
                      > posiadajacych te same kwalifikacje co mezczyzni, czym wytlumaczysz takie
                      > dysproporcje, zwazywszy ze na nizszych stanowiskach jak dziekanaty tak
                      > znaczacych dysproporcji miedzy k i m nie ma?
                      Pisałem już - nie wytłumaczę, bo nie wiem jak. Nie znam tematu, zgadywanie zaś
                      nie ma sensu. Zwróć jednak uwagę, że rektor jest tylko jeden - i to zwykle
                      zdaje się obieralny. Podobnie jak prezydent. Akurat tutaj (elekcja nie jest
                      normalnym mechanizmem awansu) trudno mówić o barierach w takim sensie, w jakim
                      używa się pojęcia 'szklany sufit'.

                      >
                      >
                      > > Wiem natomiast, jak ty je wytłumaczysz: istnieje męska
                      > > konspiracja, którą trzeba zwalczać. Ustawowo.
                      >
                      > Zgadujesz, nie mozesz wiedziec, poniewaz nic takiego nie napisalam. Mylisz
                      sie,
                      > jest to wina systemu opartego np na przesadzie, ze kobiety sa gorszymi
                      szefami
                      > niz mezczyzni.
                      Jeśli jesteś zwolenniczką wprowadzenia parytetów (z innego Twojeg postu
                      wywnioskowałem, że tak), jest zwolennikiem ustanowienia ustawą
                      mechanizmów 'specjalnego dostępu' dla kobiet, w celu, jak rozumiem, zwalczania
                      zjawiska, którego wprost 'nie widać'. Owszem, może moja złośliwość jest
                      chybiona o tyle, że 'przesądy' i 'konspiracja' to coś zupełnie innego. Ale
                      rdzeń pozostaje ten sam - przy pomocy ustawy zwalczymy przesąd.
                      Jeśli zaś zwolenniczką parytetów nie jesteś, faktycznie - chybiłem zupełnie.

                      Pozdrawiam,

                      mk.
                      • midnight Re: Nie wiem, jak je wytłumaczę... 29.08.03, 17:04
                        maly.ksiaze napisał:

                        > Pisałem już - nie wytłumaczę, bo nie wiem jak. Nie znam tematu, zgadywanie
                        zaś
                        > nie ma sensu. Zwróć jednak uwagę, że rektor jest tylko jeden - i to zwykle
                        > zdaje się obieralny. Podobnie jak prezydent. Akurat tutaj (elekcja nie jest
                        > normalnym mechanizmem awansu) trudno mówić o barierach w takim sensie, w
                        jakim
                        > używa się pojęcia 'szklany sufit'.

                        No wlasnie i tu jestesmy w domu. Obieralnosc czy awans w tym wypadku to bez
                        roznicy, w jednym i drugim przypadku nie jest to mechanizm polegajacy na
                        automatycznym mianowaniu, ale na subiektywnej ocenie czy to gremium wyborczego
                        czy to osoby, ktora przyznaje awans. Subiektywnosc oceny przydatnosci na dane
                        stanowisko powoduje, ze mimo praw i regulaminow dochodzi do dyskryminujacych
                        praktyk, ktore bardzo trudno jest udowodnic.

                        > Jeśli jesteś zwolenniczką wprowadzenia parytetów (z innego Twojeg postu
                        > wywnioskowałem, że tak), jest zwolennikiem ustanowienia ustawą
                        > mechanizmów 'specjalnego dostępu' dla kobiet, w celu, jak rozumiem,
                        zwalczania
                        > zjawiska, którego wprost 'nie widać'. Owszem, może moja złośliwość jest
                        > chybiona o tyle, że 'przesądy' i 'konspiracja' to coś zupełnie innego. Ale
                        > rdzeń pozostaje ten sam - przy pomocy ustawy zwalczymy przesąd.
                        > Jeśli zaś zwolenniczką parytetów nie jesteś, faktycznie - chybiłem zupełnie.
                        >
                        Nie bardzo zrozumialam powyzszy akapit, do parytetow sie ustosunkuje osobno.

                        md
                        • maly.ksiaze Jasny gwint... 29.08.03, 17:09
                          midnight napisała:

                          > > Jeśli jesteś zwolenniczką wprowadzenia parytetów (z innego Twojeg postu
                          > > wywnioskowałem, że tak), jest zwolennikiem ustanowienia ustawą
                          > > mechanizmów 'specjalnego dostępu' dla kobiet, w celu, jak rozumiem,
                          > zwalczania
                          > > zjawiska, którego wprost 'nie widać'. Owszem, może moja złośliwość jest
                          > > chybiona o tyle, że 'przesądy' i 'konspiracja' to coś zupełnie innego. Ale
                          >
                          > > rdzeń pozostaje ten sam - przy pomocy ustawy zwalczymy przesąd.
                          > > Jeśli zaś zwolenniczką parytetów nie jesteś, faktycznie - chybiłem zupełni
                          > e.
                          > >
                          > Nie bardzo zrozumialam powyzszy akapit, do parytetow sie ustosunkuje osobno.
                          Zdaje się, że edytując powyższy akapit odebrałem mu zupełnie czytelność.
                          Streszczam - faktycznie, moje ironizowanie o 'zwalczaniu konspiracji' było
                          chybione. Jednakowoż parytety są właśnie *ustawowym* zaprowadzaniem nie
                          równouprawnienia, a równości. I to tylko tam, gdzie to wygodne. To jak, jesteś
                          za, czy przeciw?

                          Pozdrawiam,

                          mk.
            • maly.ksiaze I jeszcze 28.08.03, 17:05
              Na czym ta ściana polega, jeśli prawa są równe...? Jaka jest jej natura?

              Pozdrawiam,

              mk.
              • mlody.panicz Re: I jeszcze 28.08.03, 17:11
                maly.ksiaze napisał:

                > Na czym ta ściana polega, jeśli prawa są równe...? Jaka jest jej natura?
                >
                > Pozdrawiam,
                >
                > mk.

                chyba wlasnie na powiedzeniach: 'pani jest za ladna'...
                pozdrawiam
                mp
      • midnight Re: Rownouprawnienie czy rownosc? 28.08.03, 22:09
        Gość portalu: maly.k napisał(a):


        > Nie pisz, prosze, ze np. Ty czy Barbinator jestescie parytetom przeciwne. Wiem
        > o tym i pamietam. Rzecz w tym, ze akurat wsrod potencjalnych (lub
        > rzeczywistych) 'funkcjonariuszek wladzy' (tu J-N przychodzi na mysl) pomysl
        > parytetow ma duze poparcie. Jesli jakies feministyczne idee bedzie sie
        > realizowac przy pomocy mechanizmow prawnych - to wlasnie pomysly tych pan, nie
        > Twoje.

        Czy ktos/ktosia moglby krotko i klarownie napisac co ma przeciwko parytetom? Bo mnie zdumiewa niezmiennie stanowisko przeciwne, szczegolnie wsrod kobiet.

        > Akurat to, czy w jakis tam wladzach (na uniwerystetach, wsrod lekarzy,
        > smieciarzy) znajduje sie 50% kobiet jest slabym wskaznikiem rownouprawnienia.
        >

        Dlaczego? Jest to jeden ze wskaznikow, ktorym posluguja sie w badaniach nad rownouprawnieniem nie jedynie organizacje feministyczne czy srodowiska kobiece, ale instytucje i organizacje rzadowe i miedzynarodowe. Oczywsicie mowimy o wskazniku, ktory pokazuje reprezentacje k i m we wladzach instytucji publicznych przy tym samym poziomie spelnienia wymagan wobec zajmowania takiego stanowiska.

        md
        • maly.ksiaze Re: Rownouprawnienie czy rownosc? 29.08.03, 05:08
          midnight napisała:

          > Czy ktos/ktosia moglby krotko i klarownie napisac co ma
          przeciwko parytetom? Bo
          > mnie zdumiewa niezmiennie stanowisko przeciwne,
          szczegolnie wsrod kobiet.
          Krótko: są niesprawiedliwe. Nie wierzę w 'sprawiedliwość
          społeczną', wolę tę indywidualną. Być może Twoje
          zdumienie wynika z faktu, że nie przypuszczałaś do tej
          pory, iż niektórzy (również kobiety!) mogą mieć poglądy
          inne niż Ty.


          >
          > > Akurat to, czy w jakis tam wladzach (na
          uniwerystetach, wsrod lekarzy,
          > > smieciarzy) znajduje sie 50% kobiet jest slabym
          wskaznikiem rownouprawnien
          > ia.
          > >
          >
          > Dlaczego? Jest to jeden ze wskaznikow, ktorym posluguja
          sie w badaniach nad row
          > nouprawnieniem nie jedynie organizacje feministyczne
          czy srodowiska kobiece, al
          > e instytucje i organizacje rzadowe i miedzynarodowe.
          Oczywsicie mowimy o wskazn
          > iku, ktory pokazuje reprezentacje k i m we wladzach
          instytucji publicznych przy
          > tym samym poziomie spelnienia wymagan wobec zajmowania
          takiego stanowiska.

          Z tego, że wielu coś robi nie oznacza jeszcze, że to
          słuszne. Zresztą - diabeł tkwi w szczegółach. Co to
          znaczy: 'ten sam poziom spełniania'?

          Pozdrawiam,

          mk.
          • midnight Re: Rownouprawnienie czy rownosc? 29.08.03, 15:03
            maly.ksiaze napisał:

            > midnight napisała:
            >
            > > Czy ktos/ktosia moglby krotko i klarownie napisac co ma
            > przeciwko parytetom? Bo
            > > mnie zdumiewa niezmiennie stanowisko przeciwne,
            > szczegolnie wsrod kobiet.
            > Krótko: są niesprawiedliwe. Nie wierzę w 'sprawiedliwość
            > społeczną', wolę tę indywidualną. Być może Twoje
            > zdumienie wynika z faktu, że nie przypuszczałaś do tej
            > pory, iż niektórzy (również kobiety!) mogą mieć poglądy
            > inne niż Ty.

            Jak juz nie pierwszy raz zgadujesz nieprawdaz? Moze sprecyzuje pytanie, piszac
            krotko nie mialam na mysli, zeby pisac slogany, tylko krotko argumenty w
            punktach dlaczego parytety nie.

            > > Dlaczego? Jest to jeden ze wskaznikow, ktorym posluguja
            > sie w badaniach nad row
            > > nouprawnieniem nie jedynie organizacje feministyczne
            > czy srodowiska kobiece, al
            > > e instytucje i organizacje rzadowe i miedzynarodowe.
            > Oczywsicie mowimy o wskazn
            > > iku, ktory pokazuje reprezentacje k i m we wladzach
            > instytucji publicznych przy
            > > tym samym poziomie spelnienia wymagan wobec zajmowania
            > takiego stanowiska.
            >
            > Z tego, że wielu coś robi nie oznacza jeszcze, że to
            > słuszne. Zresztą - diabeł tkwi w szczegółach. Co to
            > znaczy: 'ten sam poziom spełniania'?

            Znow sie uchylasz od odpowiedzi, pytalam dlaczego te wskazniki sa
            nieodpowiednie, czy mam uznac ze jedyny argument na jaki Cie stac to przyslowie
            ludowe?

            md
            md
            • yersinia_pestis Re: Rownouprawnienie czy rownosc? 29.08.03, 15:19
              midnight napisała:

              > Jak juz nie pierwszy raz zgadujesz nieprawdaz? Moze sprecyzuje pytanie,
              piszac
              > krotko nie mialam na mysli, zeby pisac slogany, tylko krotko argumenty w
              > punktach dlaczego parytety nie.

              Przepraszam ze sie wcinam w Wasza dyskusje, ale ja wlasnie jestem przeciwko
              parytetom. Dlaczego? Bo po prostu nie ma sensu zapewniac miejsca dla osob,
              ktore nie sa zainteresowane udzialem w czyms lub nie maja do tego udzialu
              odpowiednich kwalifikacji.
              Ktos tutaj uzyl porownania, czy wolaloby sie chodzic do lekarza ktory wiedze
              czerpie ze starych ksiazek, czy do specjalisty. No to ja zapytam, czy ktos
              wolalby, zeby decyzje podejmowaly w znacznej czesci osoby z lapanki, bez
              doswiadczenia i kwalifikacji, czy tez wylonieni w ostrej konkurencji ludzie,
              ktorzy na czyms sie znaja i maja odpowiedni staz? Ja wolalabym, zeby to byli
              specjalisci.
              Na studiach dzialalam w stowarzyszeniu studenckim. Nikt mi nie bronil
              przygotowywac i prowadzic projekty, startowac w wyborach i zostac
              przewodniczaca. Ale wieksza czesc kolezanek nie byla sklonna poswiecic tyle
              czasu co ja na prace w stowarzyszeniu, a niektore wrecz odzegnywaly sie od
              wziecia na siebie jakichkolwiek powazniejszych zobowiazan. Wolaly swoj czas
              przeznaczac na inne sprawy. I co by bylo, gdyby tak polowe stanowisk w
              uczelnianym zarzadzie stanowily takie wziete z lapanki krolewny, bez
              przekonania do tego co maja robic ani kwalifikacji? Parytety sa bez sensu!

              Yersinia
              • midnight Re: Rownouprawnienie czy rownosc? 29.08.03, 16:11
                yersinia_pestis napisała:

                To akurat nie do Ciebie, ale tak ogolnie, czy tu sie prowadzi prywatne dyskusje
                w parach? Bo juz ktorys raz ktos/a przeprasza za wcinanie sie. Mi sie wydawalo,
                ze forum jest ogolnodostepne i kazdy moze sie wypowiedziec do kazdej wypowiedzi.

                > ja wlasnie jestem przeciwko
                > parytetom. Bo po prostu nie ma sensu zapewniac miejsca dla osob,
                > ktore nie sa zainteresowane udzialem w czyms lub nie maja do tego udzialu
                > odpowiednich kwalifikacji.

                Zgadzam sie w calej rozciaglosci, ale nie pojmuje co to ma wspolnego z
                parytetami i skad sie wzielo ze parytety polegaja na lapankach???

                md

                > Ktos tutaj uzyl porownania, czy wolaloby sie chodzic do lekarza ktory wiedze
                > czerpie ze starych ksiazek, czy do specjalisty. No to ja zapytam, czy ktos
                > wolalby, zeby decyzje podejmowaly w znacznej czesci osoby z lapanki, bez
                > doswiadczenia i kwalifikacji, czy tez wylonieni w ostrej konkurencji ludzie,
                > ktorzy na czyms sie znaja i maja odpowiedni staz? Ja wolalabym, zeby to byli
                > specjalisci.
                > Na studiach dzialalam w stowarzyszeniu studenckim. Nikt mi nie bronil
                > przygotowywac i prowadzic projekty, startowac w wyborach i zostac
                > przewodniczaca. Ale wieksza czesc kolezanek nie byla sklonna poswiecic tyle
                > czasu co ja na prace w stowarzyszeniu, a niektore wrecz odzegnywaly sie od
                > wziecia na siebie jakichkolwiek powazniejszych zobowiazan. Wolaly swoj czas
                > przeznaczac na inne sprawy. I co by bylo, gdyby tak polowe stanowisk w
                > uczelnianym zarzadzie stanowily takie wziete z lapanki krolewny, bez
                > przekonania do tego co maja robic ani kwalifikacji? Parytety sa bez sensu!
                >
                > Yersinia
                • Gość: sagan Re: Rownouprawnienie czy rownosc? IP: *.desy.de 29.08.03, 16:15
                  midnight napisała:


                  > Zgadzam sie w calej rozciaglosci, ale nie pojmuje co to
                  > ma wspolnego z parytetami i skad sie wzielo ze parytety
                  > polegaja na lapankach???

                  przypuszczam, ze z "logicznego" ciagu rozumowania:
                  jest wiecej mezczyzn (gdzies tam) -> mezczyzni sie lepiej
                  nadaja (do czegos tam) -> kobiety sie NIE nadaja -> gdyby
                  przyznac parytet, nie byloby wystarczajaco duzo kobiet,
                  ktore by sie nadawaly -> trzeba by je brac z lapanki...

                  smutne, ale chyba tak to wyglada :(
                  • maly.ksiaze Nie obawiam się 'łapanek' 29.08.03, 16:34
                    Bardziej przeszkadza mi 'programowe' łamanie zasady, że nagradzane powinny być
                    kompetencje konkretnych osób, nie ich płeć. Jeśli twierdzicie, że kobiety są w
                    stanie konkurować z mężczyznami, należy im to umożliwić (równe prawa) i, być
                    może, do tego zachęcać. 'Dyskryminacja pozytywna' to sprzeniewierzenie się
                    zasadzie równouprawnienia.

                    Pozdrawiam,

                    mk.
                  • yersinia_pestis Re: Rownouprawnienie czy rownosc? 29.08.03, 16:37
                    Gość portalu: sagan napisał(a):

                    > midnight napisała:
                    >
                    >
                    > > Zgadzam sie w calej rozciaglosci, ale nie pojmuje co to
                    > > ma wspolnego z parytetami i skad sie wzielo ze parytety
                    > > polegaja na lapankach???
                    >
                    > przypuszczam, ze z "logicznego" ciagu rozumowania:
                    > jest wiecej mezczyzn (gdzies tam) -> mezczyzni sie lepiej
                    > nadaja (do czegos tam) -> kobiety sie NIE nadaja -> gdyby
                    > przyznac parytet, nie byloby wystarczajaco duzo kobiet,
                    > ktore by sie nadawaly -> trzeba by je brac z lapanki...

                    Mniej wiecej, ale nie do konca.

                    Stosunek mezczyzn do kobiet jest dajmy na to 5:1 (100 : 20) -> z tej grupy
                    nalezy wybrac 10 osob -> wieksze prawdopodobienstwo, ze wsrod 100 facetow
                    znajdzie sie 5 kompetentnych osob niz ze wsrod 20 kobiet bedzie 5 o rownie
                    wysokich kwalifikacjach -> dzieki parytetowi poziom wybranych kobiet moze byc
                    znacznie nizszy niz wybranych mezczyn. CBDU
                    (Akurat takie mniej wiecej proporcje byly w mojej organizacji uczelnianej.)

                    > smutne, ale chyba tak to wyglada :(

                    Smutne, ale prawdziwe. Wiec nic na sile!
                    • midnight Re: Rownouprawnienie czy rownosc? 29.08.03, 17:50
                      yersinia_pestis napisała:


                      > Stosunek mezczyzn do kobiet jest dajmy na to 5:1 (100 : 20)

                      Chyba nie chodzi Ci tu o stosunki seksualne? ;)))))

                      -> z tej grupy
                      > nalezy wybrac 10 osob -> wieksze prawdopodobienstwo, ze wsrod 100 facetow
                      > znajdzie sie 5 kompetentnych osob
                      niz ze wsrod 20 kobiet bedzie 5 o rownie
                      > wysokich kwalifikacjach -> dzieki parytetowi poziom wybranych kobiet moze by
                      > c
                      > znacznie nizszy niz wybranych mezczyn. CBDU

                      ROFL

                      No sorry, ale nie wiem jak to skomentowac. :) Z przytoczonego "dowodu"
                      wnioskuje ze pani nie ma zielonego pojecia o parytetach.
                      Niestety, nie wiem kiedy znow bede na forum, bo wlasnie zamierzam ustosunkowac
                      sie seksualnie podczas weekendu ;) wiec na razie polecam zapoznac sie z
                      literatura przedmiotu.
                      I cytujac mojego idola O. Dyrektora: "prosze sie rozlaczyc pani Rozalio, juz
                      dosc glupot pani, jak na jeden raz, naopowiadala" ;))))))

                      Pozdrawiam uchachana :)
                      md
                      • yersinia_pestis Re: Rownouprawnienie czy rownosc? 29.08.03, 18:22
                        midnight napisała:

                        > Pozdrawiam uchachana :)
                        > md

                        No rzeczywiscie. jersli we wszystkich cialach obieralnych ma byc dajmy na to 50
                        czy 30% kobiet, bo tyle wynosi parytet, a kobiet zainteresowanych tematem jest
                        odpowiednio m,niej niz mezczyzn, to zeby wypelnic ten parytet dostaje sie tam
                        wiekszy odsetek kobiet niz mezczyzn z danej grupy, co oznacza, ze z tego
                        odsetka kobiet wiecej moze miec nizsze kwalifikacje. Nie wiem co tu jest nie
                        tak. Bede wdzieczna za poprawienie mnie. Glupie podsmiechujki moze sobie
                        szanowna kolezanka darowac.

                        Yersinia

                        PS A potem sie feministki dziwia, ze ogol uwaza je za aroganckie babsztyle....
                        • midnight Re: Rownouprawnienie czy rownosc? 31.08.03, 18:49
                          yersinia_pestis napisała:

                          > No rzeczywiscie. jersli we wszystkich cialach obieralnych ma byc dajmy na to
                          50
                          >
                          > czy 30% kobiet, bo tyle wynosi parytet, a kobiet zainteresowanych tematem
                          jest
                          > odpowiednio m,niej niz mezczyzn, to zeby wypelnic ten parytet dostaje sie tam
                          > wiekszy odsetek kobiet niz mezczyzn z danej grupy, co oznacza, ze z tego
                          > odsetka kobiet wiecej moze miec nizsze kwalifikacje. Nie wiem co tu jest nie
                          > tak. Bede wdzieczna za poprawienie mnie. Glupie podsmiechujki moze sobie
                          > szanowna kolezanka darowac.

                          Akcja-reakcja, skoro szanowna kolezanka raczyla nazwac idiotyzmem cos czego nie
                          rozumie, badz tez niewiele poza haslami wie na temat, to niech sie potem nie
                          dziwi, ze sie taki arogancki babsztyl usmieje. Nie wiem jak inni ale ja
                          preferuje smiech zmaiast agresji, i zdrowiej i ladniej, nieprawdaz? :)
                          A wracajac do tematu, mozna bylo zapoznac sie o co chodzi w parytetach zanim
                          zacznie sie tworzyc, juz w zalozeniach bledne dowody.
                          Niestety musze kolezanke rozczarowac, rachunek prawdopodobienstwa jest tu
                          kompletnie nieprzydatny, chyba, ze kolezanka sugeruje ze wyborcy losowo
                          wybieraja kandydatkow. Co jest niedorzeczne, wystarczy przejrzec komunikaty
                          komisji wyborczych.


                          > PS A potem sie feministki dziwia, ze ogol uwaza je za aroganckie babsztyle....

                          PS. Ja sie absolutnie nie dziwie :) chociaz do babsztyla przyznaje sie tylko i
                          wylacznie z tzw wrodzonej przekory :)
            • maly.ksiaze Re: Rownouprawnienie czy rownosc? 29.08.03, 16:52
              midnight napisała:

              > Jak juz nie pierwszy raz zgadujesz nieprawdaz? Moze sprecyzuje pytanie,
              piszac
              > krotko nie mialam na mysli, zeby pisac slogany, tylko krotko argumenty w
              > punktach dlaczego parytety nie.
              Kiedy ja się im sprzeciwiam właśnie z przyczyn pryncypialnych - kłócą się z
              moim pojęciem sprawiedliwości. Dodatkowo, gdy w grę wchodzą zupełnie konkretne
              formy 'parytetowania' (listy wyborcze, zarządy przedsiębiorstw itp.) mam
              zupełnie konkretne zastrzeżenia dotyczące tego, czy można nakazywać
              organizacjom 'niepaństwowym', jak mają się organizować.


              > Znow sie uchylasz od odpowiedzi, pytalam dlaczego te wskazniki sa
              > nieodpowiednie, czy mam uznac ze jedyny argument na jaki Cie stac to
              przyslowie
              > ludowe?
              Powiedzenie ludowe było frazą retoryczną, nie argumentem. Użycie takich
              wskaźników jako podstawowego środka 'stwierdzenia dyskryminacji' jest
              zwyczajnie niewystarczające i nazbyt podatne na manipulację.

              Jaki jest Twój pogląd odnośnie parytetów? Wolałbym nie walczyć z cieniem...

              Pozdrawiam,

              mk.
    • Gość: BD Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? IP: 195.136.36.* 28.08.03, 15:54
      Witam,

      Trochę z innej beczki: dlaczego te prawa miałyby być takie same? Nie ma
      równości wobec prawa względem wieku np. 19-latek ma zupełnie inne prawa niż 17-
      latek. A przecież różnica między 19 a 17-latkiem jest mniejsza niż między
      mężczyzną i kobietą w tym samym wieku itp.

      Jeśli wychodzimy z założenia, że prawa powinny być równe, to dyskusja jest
      kłoptliwa - każdy zwolennik różnych praw jawi się jako średniowieczny oszołom.
      Choć podany wyżej przykład pokazuje, że sprawa nie jest trywialna :)

      Nie napiszę więcej, bo się spieszę i znikam z forum na 4 tygodnie.
      Może się odezwę z Nowej Zelandii lub Hong Kongu :)

      pozdrawiam,

      BD
      • midnight Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 21:42
        Gość portalu: BD napisał(a):


        > Jeśli wychodzimy z założenia, że prawa powinny być równe, to dyskusja jest
        > kłoptliwa -

        Z tym sie akurat zgodze w 100%, klopotliwe jest uzasadnianie w dzisiejszych czasach, ze prawa nie powinny byc rowne, tak jak uzasadnianie szowinizmu, faszyzmu, rasizmu, homofobii.

        > Nie napiszę więcej, bo się spieszę i znikam z forum na 4 tygodnie.
        > Może się odezwę z Nowej Zelandii lub Hong Kongu :)
        >

        Szczesliwej drogi juz czas...

        md
    • boogeyman Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 18:11
      Takie same prawa.
      • boogeyman Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 28.08.03, 18:59
        I uzupełniając czego nie dopisałem wyżej, to znaczy że państwo ma nie
        dyskryminować ze względu na płeć (i nie tylko oczywiście).

        Natomiast prywatny obywatel powinien mieć najbardziej prawo żeby sobie
        dyskryminować jeśli ma ochotę.
    • Gość: doku Przez wakacje wiele spraw sobie przemyslałem... IP: *.chello.pl 31.08.03, 16:49
      ... i doszedłem do wniosku, że równouprawnienie nie jest najlepszym
      rozwiązaniem. Uważam, że władza powinna należeć do kobiet, a mężczyźni powinni
      mieć mniej praw niż kobiety, szczególnie w sferze życia rodzinnego i
      kształtowania polityki wychowawczej i oświatowej.

      Weźmy choćby kwestie rozmnażania. Jeden mężczyzna może zapłodnić wiele kobiet,
      dlatego nie ma potrzeby, aby wszyscy mężczyźni byli dopuszczeni do płodzenia
      dzieci. Gdyby kobiety miały władzę, to mogłyby wyselekcjonować kilkuprocentową
      mniejszość najzdrowszych mężczyzn i tylko z nimi mieć dzieci. Reszta mężczyzn
      mogłaby sobie pobzykać, aby się nie buntowali, ale nie mogliby wiedzieć, którzy
      z nich zostali wybrani na ojców.
      • Gość: doku Wszyscy się zgadzają? IP: *.chello.pl 01.09.03, 19:07
    • Gość: ... Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? IP: 212.244.255.* 01.09.03, 20:23
      mam wątpliwości co do parytetu, bo wydaje mi się, że byłoby to zaprzeczenie
      tego, o co walczą feministki - zrównania praw kobiet i mężczyzn; natomiast nie
      mam wątpliwości co do konieczności zrównania szans na starcie.
      • midnight Re: jesli nie rownouprawnienie, to co? 01.09.03, 23:36
        Gość portalu: ... napisał(a):

        > mam wątpliwości co do parytetu, bo wydaje mi się, że byłoby to zaprzeczenie
        > tego, o co walczą feministki - zrównania praw kobiet i mężczyzn; natomiast nie
        > mam wątpliwości co do konieczności zrównania szans na starcie.

        No i o to chodzi. System zwany parytetowym ma pomoc wlasnie zrownaniu szans na starcie. Inaczej mowiac jest to systemem proporcjonalnego udzialu obu plci w cialach wybieralnych i polega na tym, ze w ustalonej kwocie (parytet) ustala sie proporcje miedzy liczba kandydatow obu plci. Nie zaklada jak sadza niektorzy, ze z gory ustala sie ile ma byc kobiet w parlamencie czy innej instytucji, ale ile kobiet i mezczyzn bedzie kandydowac w wyborach. O tym, ile z kobiet czy mezczyzn zostanie wybranych decyduja wyborcy a nie procenty. Jesli wsrod wszystkich kandydatow jest np 50% kobiet i 50% mezczyzn moze byc tak, ze wybrani zostana sami mezczyzni. Skad sie wzial mit o parytetach zapewniajacych z gory ustalony udzial kobiet na stanowiskach wybieralnych moge sie tylko domyslic, zapewne z ignorancji jak i z uprzedzen wobec feminizmu en bloc.
        W Szwecji ktora wprowadzila w latach 90-tych system zrownowazonego udzialu obu plci (50%/50%) juz w 2002 r kobiety stanowily 45,3% czlonkow parlamentu, a w Parlamencie Europejskim wsrod deputowanych szwedzkich kobiety stanowily 45,5% wobec 31% wszystkich kobiet zasiadajacych w PE. I jakos sie Szwecja od tego nie zawalila.

        md
        • maly.ksiaze Wbrew pozorom... 02.09.03, 00:46
          ...nominacja w wyborach parlamentarnych nie jest startem. Mozna powiedziec, ze
          to etap posredni. Najpierw trzeba sie bowiem do jakiejs partii zapisac.

          Ponadto, propozycje takich rozwiazan nie ograniczaja sie do wyborow. Mozna
          powiedziec, ze apetyt rosnie w miare jedzenia. Bylo juz tu o tym:

          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=212&w=6524429
          Pozdrawiam,

          mk.

          PS. Czy odpowiesz na moje pytanie?
          • midnight Re: Wbrew pozorom... 02.09.03, 01:48
            maly.ksiaze napisał:

            > ...nominacja w wyborach parlamentarnych nie jest startem. Mozna powiedziec, ze
            > to etap posredni. Najpierw trzeba sie bowiem do jakiejs partii zapisac.
            >
            > Ponadto, propozycje takich rozwiazan nie ograniczaja sie do wyborow. Mozna
            > powiedziec, ze apetyt rosnie w miare jedzenia. Bylo juz tu o tym:

            Jest to propozycja bardzo swieza, nawet nie wiadomo czy ma szanse przejsc, wiec o tym w ogole nie ma co mowic. Nie rozumiem argumentu, ze apetyt rosnie w miare jedzenia, to zaden argument, co najwyzej zgrabne i nieslychanie uniwersalne powiedzonko, do stosowania wszedzie i w kazdej sytuacji.
            Odpowiadajac na Twoje pytanie. Nie mam watpliwosci, ze idea promocji dzialan majacych na celu zwiekszenie reprezentacji kobiet w organach zarzadczych, a szczegolnie w polityce jest sluszna. Urzeczywistenieniu tej idei sluzy m.in. bo nie jedynie, wprowadzenie systemu kwotowego. Nie jestem bezwarunkowa zwolenniczka parytetow, uwazam, ze po pierwsze system taki powinien byc stosowany przejsciowo, po drugie stopniowo, co jest nie tyle przejawem ostroznosci ile rozsadnych kalkulacji. Z gory tez uprzedze, odsuwajac na bok zapedy ideologiczne, ze kompletnie nie pojmuje irracjonalnego strachu mezczyzn przed podzieleniem sie czastka wladzy z kobietami, bo o wyrugowaniu ich nikt przy zdrowych zmyslach nie mysli. Dla mnie, ale i dla wielu moich kolegow i przyjaciol mezczyzn to powszechne oburzenie na slowo parytet jest przejawem krotkowzrocznosci i gleboko zakorzenionego patriarchalnego wychowania (polecam Eichelbergera do poduszki).

            Pozdrawiam,
            md

            • Gość: BD Re: Wbrew pozorom... IP: 203.167.240.* 04.09.03, 08:20
              Witam,

              midnight napisała:

              > urzenie na slowo parytet jest przejawem krotkowzrocznosci i gleboko
              > zakorzenion ego patriarchalnego wychowania (polecam Eichelbergera do
              > poduszki).

              Coz, moze dla niektorych Eichelberger jest idealna lektura w zakresie
              parytetow, ja bym jednak polecal cos innego. Idea parytetu bazuje na zalozeniu,
              ze wymuszona alokacja zasobow jest lepsza niz alokacja spontaniczna. Dodatkowo
              alokacja taka odbywa sie poprzez rangowanie (tak jak zrozumialem z postu
              ponizej).

              Ekonomista powie, ze taka alokacja nie bedzie optymalna, prakseolog, ze raczej
              nie bedzie sprawiedliwa (a jeszcze moze prowadzic do roznych niepozadanych
              paradoksow, typu cykliczne preferencje). Wychodzi wiec, ze klasyczna ekonomia
              to efekt patriarchalnego wychowania. Poczytaj sobie np. o "ekonomii
              dyskryminacji" Beckera.

              Ja mylse, ze warto sie tez zastanowic, co to znaczy wyrownanie szans (czy
              chodzi o rozklad prawdopodobienstwa?) i czemu ma dotyczyc tylko polityki (a nie
              np. by mezczyzni i kobiety mieli rowne szanse urodzenia dziecka :-)


              pozdrawiam,

              BD
          • midnight Re: Wbrew pozorom... 02.09.03, 02:07
            maly.ksiaze napisał:

            > ...nominacja w wyborach parlamentarnych nie jest startem. Mozna powiedziec, ze
            > to etap posredni. Najpierw trzeba sie bowiem do jakiejs partii zapisac.
            >

            Zapisac niekoniecznie, ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym, ze to nie jest jakis przymus, nie bedzie tyle kandydatek, zeby wypelnic te postulowane 30, 40 czy 50 % to nie bedzie. Chodzi o to, ze jesli znajdzie sie dosc chetnych do startowania w wyborach, aby dac szanse kandydowania okreslonej liczbie kobiet i mezczyzn. Stosuje sie przy tym zasade naprzemiennej kolejnosci na listach wyborczych (raz kobieta raz mezczyzna), bo jak pokazaly ostatnie akrobacje przy listach wyborczych podczas naszych ostatnich wyborow, wiele kobiet zepchnieto na dalsze miejsca, mimo, ze powinny byly znalezc sie wyzej wg osiagnietych wynikow z nominacji i zgodnie z zasadami wewnatrzpartyjnymi.

            md
            • maly.ksiaze High noon... 02.09.03, 20:30
              midnight napisała:
              > Jest to propozycja bardzo swieza, nawet nie wiadomo czy ma szanse przejsc,
              wiec
              > o tym w ogole nie ma co mowic. Nie rozumiem argumentu, ze apetyt rosnie w
              miar
              > e jedzenia, to zaden argument, co najwyzej zgrabne i nieslychanie
              uniwersalne p
              > owiedzonko, do stosowania wszedzie i w kazdej sytuacji.
              Z niewiadomych przyczyn po raz kolejny uznajesz stylistykę, zwrot po prostu,
              za argument. Zwrot to zwrot, argument to argument. Przy okazji - uważam, że
              jak najbardziej jest o czym mówić. Po pierwsze, jak wynika z notek serwisu
              BBC, rząd Norwegii poparł propozycję - zatem 'szansę przejść' to ta propozycja
              jak najbardziej ma. Po drugie, propozycja - to propozycja. Zakładam, że jest
              poważna i wysunięta przez poważnych ludzi; ergo, jest o czym mówić. Obrazuje
              sposób dochodzenia do celów który jest (IMHO) sprzeczny z owym celem.
              Czy, gdyby taka propozycja miała 'szanse', uznałabyś ją za słuszną? Dlaczego?


              > Odpowiadajac na Twoje pytanie. Nie mam watpliwosci, ze idea promocji dzialan
              ma
              > jacych na celu zwiekszenie reprezentacji kobiet w organach zarzadczych, a
              szcze
              > golnie w polityce jest sluszna. Urzeczywistenieniu tej idei sluzy m.in. bo
              nie
              > jedynie, wprowadzenie systemu kwotowego. Nie jestem bezwarunkowa
              zwolenniczka p
              > arytetow, uwazam, ze po pierwsze system taki powinien byc stosowany
              przejsciowo
              > , po drugie stopniowo, co jest nie tyle przejawem ostroznosci ile rozsadnych
              ka
              > lkulacji.
              Co to znaczy: stosowany stopniowo? I co to znaczy: przejściowo? Kto miałby
              ustalić, kiedy nastała prawdziwa równość? Moim zdaniem parytety wprowadzają
              płeć jako kryterium dokładnie tam, gdzie pono chciałabyś ją jako kryterium
              wyeliminować. Czy celem jest równouprawnienie, czy równe proporcje?

              Dodatkowo, partie możnaby sobie wyobrazić partie (dobrowolne stowarzyszenia) o
              statucie, który byłby mało atrakcyjny dla kobiet. Rozumiem, że dla nich
              należałoby stworzyć wyjątek, tak, aby ich reprezentanci mogli kandydować do
              parlamentu. Mam, jak pisałem już wcześniej na to forum, grube wątpliwości
              dotyczące tego, na ile państwo powinno ingerować w prawo obywateli do
              zrzeszania się. Wogóle, z nieufnością odnoszę się do majstrowania przy
              procesie wyborczym w celu zwiększenia/zmniejszenia/poprawienia/ulepszenia. Z
              przyczyn zasadniczych (gdybyś mogła nie robić mi już więcej psychoanalizy,
              byłbym zobowiązany).
              No, ale to już na tym forum było, nie będę nudził powtarzaniem tych samych
              argumentów.

              > Z gory tez uprzedze, odsuwajac na bok zapedy ideologiczne, ze komplet
              > nie nie pojmuje irracjonalnego strachu mezczyzn przed podzieleniem sie
              czastka
              > wladzy z kobietami, bo o wyrugowaniu ich nikt przy zdrowych zmyslach nie
              mysli.
              > Dla mnie, ale i dla wielu moich kolegow i przyjaciol mezczyzn to powszechne
              ob
              > urzenie na slowo parytet jest przejawem krotkowzrocznosci i gleboko
              zakorzenion
              > ego patriarchalnego wychowania (polecam Eichelbergera do poduszki).

              Widać nie umiesz jednak odsunąć na bok ideologicznych zapędów, jeśli ludzi
              sprzeciwiających się Twoim propozycjom przypisujesz 'irracjonalny strach',
              defekty wzroku i wychowania (które oczywiście mogłaby uleczyć zbawcza ręka
              gwiazdy kobiecej prasy). Czy feministki (również na tym forum) sprzeciwiające
              się parytetom również obciążone są tymi przywarami?
              Nawiasem mówiąc, fakt że Twoi znajomi zgadzają się z Tobą w danej sprawie, nie
              poprawia perspektyw na to, że masz rację. Możecie być wszyscy w błędzie.
              Zbiorowo.

              Pozdrawiam,

              mk.

              PS. Ze przykładem Szwecji problem jest taki, że Szwecja to Szwecja, Polska to
              Polska, a Japonia to Japonia. Nie każdy kupuje solidaryzm społeczny w wersji
              skandynawskiej.
              • midnight Re: High noon... 02.09.03, 23:11
                maly.ksiaze napisał:

                > Po pierwsze, jak wynika z notek serwisu
                > BBC, rząd Norwegii poparł propozycję - zatem 'szansę przejść' to ta propozycja
                > jak najbardziej ma. Po drugie, propozycja - to propozycja. Zakładam, że jest
                > poważna i wysunięta przez poważnych ludzi; ergo, jest o czym mówić. Obrazuje

                No wiesz, Norwegia to Norwegia a Polska to Polska. Brzmi znajomo?

                > Czy, gdyby taka propozycja miała 'szanse', uznałabyś ją za słuszną? Dlaczego?

                Nie, raczej nie. Wprawdzie nie znam szczegolow, wiec trudno mi sie wypowiadac o czyms czego nie znam wystarczajaco dokladnie, ale nie sadze.

                > Co to znaczy: stosowany stopniowo? I co to znaczy: przejściowo? Kto miałby
                > ustalić, kiedy nastała prawdziwa równość? Moim zdaniem parytety wprowadzają
                > płeć jako kryterium dokładnie tam, gdzie pono chciałabyś ją jako kryterium
                > wyeliminować. Czy celem jest równouprawnienie, czy równe proporcje?

                Stopniowo tzn najpierw np 30% po jakims czasie 40% az do 50% i nie wiecej.
                Przejsciowo tzn na okreslony czas, nie na stale. Kobiet stracily dosc czasu, jakies 2000 lat, wiec chyba kilka lat rownania szans nie jest wygorowanym żądaniem. Kto mialby ustalic? Temu sluzy monitoring. Kto mialby zniesc przepis, to samo cialo, ktore wprowadzilo, to oczywiste, czyli parlament.

                > Dodatkowo, partie możnaby sobie wyobrazić partie (dobrowolne stowarzyszenia) o
                > statucie, który byłby mało atrakcyjny dla kobiet. Rozumiem, że dla nich
                > należałoby stworzyć wyjątek, tak, aby ich reprezentanci mogli kandydować do
                > parlamentu.

                Nie rozumiem.

                > Mam, jak pisałem już wcześniej na to forum, grube wątpliwości
                > dotyczące tego, na ile państwo powinno ingerować w prawo obywateli do
                > zrzeszania się.

                W naszym kraju jest wolnosc zrzeszania sie. I nic nie zapowiada aby bylo inaczej.

                > Wogóle, z nieufnością odnoszę się do majstrowania przy
                > procesie wyborczym w celu zwiększenia/zmniejszenia/poprawienia/ulepszenia.

                Prawo wyborcze nie jest prawem naturalnym, ktorego nie mozna zmienic. Prawo wyborcze jest zmieniane w zaleznosci od celow spoleczno-politycznych. Juz w szkole sredniej o tym ucza.

                >
                > Widać nie umiesz jednak odsunąć na bok ideologicznych zapędów, jeśli ludzi
                > sprzeciwiających się Twoim propozycjom przypisujesz 'irracjonalny strach',

                Odwrotnie, irracjonalny z definicji nie ma nic wspolnego z pobudkami ideologicznymi. Nie przypisuj pojeciom znaczen, ktorych nie maja.

                > defekty wzroku i wychowania (które oczywiście mogłaby uleczyć zbawcza ręka
                > gwiazdy kobiecej prasy).

                Prosze kolegi, nie wiem jakie gwiazdy kolega ma na mysli, tzw kobiecej prasy nie traktuje powaznie, wiec tym bardziej nie wierze w zbawcza reke ani tej prasy ani jej gwiazd.

                > Czy feministki (również na tym forum) sprzeciwiające
                > się parytetom również obciążone są tymi przywarami?

                Tak, jak najbardziej. Patriarachalny system nie oszczedza ani kobiet ani mezczyzn. A feministki jak pisalam sa rozne, w tym i takie, ktore uwazaja sie za feministki i na tym poprzestaja.

                > Nawiasem mówiąc, fakt że Twoi znajomi zgadzają się z Tobą w danej sprawie, nie
                > poprawia perspektyw na to, że masz rację. Możecie być wszyscy w błędzie.
                > Zbiorowo.

                I vice wersa. Kopernik mial racje, a wszyscy byli w bledzie.

                Pozdrawiam,
                md
                • maly.ksiaze Re: High noon... 03.09.03, 07:11
                  midnight napisała:

                  > Stopniowo tzn najpierw np 30% po jakims czasie 40% az
                  do 50% i nie wiecej.
                  > Przejsciowo tzn na okreslony czas, nie na stale. Kobiet
                  stracily dosc czasu, ja
                  > kies 2000 lat, wiec chyba kilka lat rownania szans nie
                  jest wygorowanym żądanie
                  > m. Kto mialby ustalic? Temu sluzy monitoring. Kto
                  mialby zniesc przepis, to sam
                  > o cialo, ktore wprowadzilo, to oczywiste, czyli parlament.
                  Jest taka humoreska, w której biegacz, z narodowości Żyd,
                  domaga się 'forów' - bo przecież był Holokaust. Nie masz
                  żadnego tytułu, aby domagać się jakiejkolwiek formy
                  kompensacji za to, czego doświadczyły (bądź nie) kobiety
                  w minionych wiekach. Ani w imieniu własnym, ani w imieniu
                  innych. Zresztą - co to znaczy, że 'straciły czas' i skąd
                  akurat liczba 2000?

                  Wracając do 'czasowych parytetów'. Co oznacza
                  'monitoring'? Rozumiem, że światła jakaś komórka,
                  naznaczona przez parlament, któregoś dnia stwierdzi: oto
                  mamy prawdziwą równość, pora znieść parytety. Ciekaw
                  jestem, jak wyobrażasz sobie kryterium owej 'równości'.


                  >
                  > > Dodatkowo, partie możnaby sobie wyobrazić partie
                  (dobrowolne stowarzyszeni
                  > a) o
                  > > statucie, który byłby mało atrakcyjny dla kobiet.
                  Rozumiem, że dla nich
                  > > należałoby stworzyć wyjątek, tak, aby ich
                  reprezentanci mogli kandydować d
                  > o
                  > > parlamentu.
                  >
                  > Nie rozumiem.
                  Wyobraź sobie partię polityczną, do której kobiety nie
                  mają ochoty wstępować, na przykład z uwagi na program.
                  Czy taka partia mogłaby wystawiać samych mężczyzn w
                  wyborach parlamentarnych?

                  > Prawo wyborcze nie jest prawem naturalnym, ktorego nie
                  mozna zmienic. Prawo wyb
                  > orcze jest zmieniane w zaleznosci od celow
                  spoleczno-politycznych. Juz w szkole
                  > sredniej o tym ucza.
                  Być może; mam jednak wrażenie, że nie przemyślałaś tego
                  tematu. Było nie było, cele społeczno-polityczne (cóż za
                  drętwy zwrot!) ustala - de facto - ugrupowanie rządzące.
                  Ich celem politycznym może być (i zwykle jest) utrzymanie
                  się przy władzy. Dlatego majstrowanie przy prawie
                  wyborczym zawsze budzi podejrzenia i generalnie jest
                  trudne. Stabilność systemu ma wartość.

                  >
                  > >
                  > > Widać nie umiesz jednak odsunąć na bok ideologicznych
                  zapędów, jeśli ludzi
                  >
                  > > sprzeciwiających się Twoim propozycjom przypisujesz
                  'irracjonalny strach',
                  >
                  >
                  > Odwrotnie, irracjonalny z definicji nie ma nic
                  wspolnego z pobudkami ideologicz
                  > nymi. Nie przypisuj pojeciom znaczen, ktorych nie maja.
                  ????
                  Po pierwsze, miałem na myśli to, że Twoje przypisywanie
                  mi irracjonalnych lęków dowodzi, iż rzutujesz swoją
                  niechęć wobec moich poglądów (lub raczej - maleńkiego ich
                  fragmentu) na obraz mnie, który jakoś sam sobie
                  utworzyłaś. Ergo - nie potrafiłaś się z perspektywy
                  ideologii wyzwolić nawet na chwilkę. Lub być może - wcale
                  nie miałaś takiego zamiaru, tylko tak Ci się napisało. Bywa.
                  Po drugie, 'irracjonalność' i 'pobudki ideologiczne'
                  wcale się nie wykluczają. Można dokonywać nieracjonalnych
                  czynów z powodów ideologicznych, można przyznawać się do
                  ideologii z nieracjonalnych pobudek itp.

                  > Prosze kolegi, nie wiem jakie gwiazdy kolega ma na
                  mysli, tzw kobiecej prasy ni
                  > e traktuje powaznie, wiec tym bardziej nie wierze w
                  zbawcza reke ani tej prasy
                  > ani jej gwiazd.
                  Wojciech Eichelberg, prasowy psycholog.

                  >
                  > > Czy feministki (również na tym forum) sprzeciwiające
                  > > się parytetom również obciążone są tymi przywarami?
                  >
                  > Tak, jak najbardziej. Patriarachalny system nie
                  oszczedza ani kobiet ani mezczy
                  > zn. A feministki jak pisalam sa rozne, w tym i takie,
                  ktore uwazaja sie za femi
                  > nistki i na tym poprzestaja.
                  Nie omieszkam zatem wypomnieć tego, przy stosownej
                  okazji, niektórym forumowym feministkom, w imieniu Twoim
                  i Twoich znajomych. Przy okazji - myślałem, że parytety
                  miały być środkiem, nie celem. Jak zatem środek (na
                  dodatek sprzeczny z celem), może być tu wyznacznikiem
                  czegokolwiek? I co tu jest celem, pytam po raz kolejny!
                  Równość czy równouprawnienie.

                  Różnica płci nie jest rozróżnieniem politycznym. Płeć to
                  nie zespół poglądów - dlaczego zatem chcesz płeć uczynić
                  kryterium?

                  Pozdrawiam,

                  mk.
                  • midnight Re: High noon... 03.09.03, 14:58
                    maly.ksiaze napisał:

                    > Jest taka humoreska, w której biegacz, z narodowości Żyd,
                    > domaga się 'forów' - bo przecież był Holokaust.

                    Najwidoczniej mamy rozne poczucie humoru, nie widze w tym nic humorystycznego,
                    a wykorzystywanie Holocaustu jako tematow zartow uwazam za wysoce niestosowne.

                    > Nie masz
                    > żadnego tytułu, aby domagać się jakiejkolwiek formy
                    > kompensacji za to, czego doświadczyły (bądź nie) kobiety
                    > w minionych wiekach. Ani w imieniu własnym, ani w imieniu
                    > innych. Zresztą - co to znaczy, że 'straciły czas' i skąd
                    > akurat liczba 2000?

                    Nie domagam sie kompensacji, poniewaz krzywd wyrzadzonych w przeszlosci nie da
                    sie w skompensowac. Chodzi o zrownanie szans, a dokladniej o przyspieszenie
                    tego zrownania, ktore kobietom naleza sie tak samo jak mezczyznom.

                    > Wracając do 'czasowych parytetów'. Co oznacza
                    > 'monitoring'? Rozumiem, że światła jakaś komórka,
                    > naznaczona przez parlament, któregoś dnia stwierdzi: oto
                    > mamy prawdziwą równość, pora znieść parytety. Ciekaw
                    > jestem, jak wyobrażasz sobie kryterium owej 'równości'.

                    Nie znajduje koniecznosci w ustaleniu jakichs odgornych kryteriow oceny czy
                    nastapilo zrownianie czy nie. Decyzja o odwolaniu takiego przepisu powinna
                    zapasc na drodze konsensusu, przy udziale roznych srodowisk opiniotworczych,
                    nie tylko lobby "kobiecego", a ostatecznie powinna byc podjeta przez Sejm.

                    > Wyobraź sobie partię polityczną, do której kobiety nie
                    > mają ochoty wstępować, na przykład z uwagi na program.
                    > Czy taka partia mogłaby wystawiać samych mężczyzn w
                    > wyborach parlamentarnych?

                    > > Prawo wyborcze nie jest prawem naturalnym, ktorego nie
                    > mozna zmienic. Prawo wyb
                    > > orcze jest zmieniane w zaleznosci od celow
                    > spoleczno-politycznych. Juz w szkole
                    > > sredniej o tym ucza.

                    > Być może; mam jednak wrażenie, że nie przemyślałaś tego
                    > tematu.

                    Niestety z wrazeniami nie da sie dyskutowac.

                    >Było nie było, cele społeczno-polityczne (cóż za
                    > drętwy zwrot!) ustala - de facto - ugrupowanie rządzące.
                    > Ich celem politycznym może być (i zwykle jest) utrzymanie
                    > się przy władzy.

                    czyli cel polityczny, to jest to o czym napisalam. Nb moze znasz jakis inny,
                    rownie adekwatny a mniej dretwy "zwrot" to chetnie sie nim posluze.

                    >Stabilność systemu ma wartość.

                    Hę? Stabilnosc jako wartosc sama w sobie? I jaka to wartosc, domyslam sie ze
                    pozytywna? Czy mam rozumiec, ze wg Ciebie komunizm byl wartosciowym systemem
                    politycznym poniewaz byl szczegolnie w obszarze sprawowania wladzy niezwykle
                    stabilny.


                    > Po pierwsze, miałem na myśli to, że Twoje przypisywanie
                    > mi irracjonalnych lęków dowodzi, iż rzutujesz swoją
                    > niechęć wobec moich poglądów (lub raczej - maleńkiego ich
                    > fragmentu) na obraz mnie, który jakoś sam sobie
                    > utworzyłaś.

                    Dyskusja na ten temat jest bezprzedmiotowa, nie przypominam sobie, abym w tym
                    fragmencie pisala o Tobie. Jesli sie myle prosze o stosowny cytat.


                    > Wojciech Eichelberg, prasowy psycholog.

                    W.E. jest psychologiem i psychoterapeuta, oraz superwisorem PTP i to nie
                    podlega dyskusji. Przypinanie mu latki "prasowy" (bo jak dotad takiej
                    specjalizacji naukowej jak psycholog prasowy nie ma) jest jedynie wyrazem braku
                    szacunku i niczym wiecej.

                    > > > Czy feministki (również na tym forum) sprzeciwiające
                    > > > się parytetom również obciążone są tymi przywarami?

                    > Nie omieszkam zatem wypomnieć tego, przy stosownej
                    > okazji, niektórym forumowym feministkom, w imieniu Twoim
                    > i Twoich znajomych.

                    W swoim kolego, wszystko co piszesz piszesz na wlasna odpowiedzialnosc i w
                    swoim imieniu, ale jesli chcesz sie powolac na moje slowa prosze bardzo.

                    > Przy okazji - myślałem, że parytety
                    > miały być środkiem, nie celem. Jak zatem środek (na
                    > dodatek sprzeczny z celem), może być tu wyznacznikiem
                    > czegokolwiek?

                    ???

                    > I co tu jest celem, pytam po raz kolejny!
                    > Równość czy równouprawnienie.

                    Nie wiem na czym mialaby polegac roznica wiec nie potrafie Ci odpowiedziec.

                    > Różnica płci nie jest rozróżnieniem politycznym. Płeć to
                    > nie zespół poglądów - dlaczego zatem chcesz płeć uczynić
                    > kryterium?

                    Sam sobie odpowiedziales. Plec nie jest rozroznieniem politycznym, wiec nie
                    moze byc przedmiotem nierownosci politycznej.

                    Zdaje sie ze krecimy sie w kolko.

                    Pozdrawiam,
                    md
                    • maly.ksiaze Sofistyka w polu i w zagrodzie 03.09.03, 15:19
                      midnight napisała:

                      > maly.ksiaze napisał:
                      >
                      > > Jest taka humoreska, w której biegacz, z narodowości Żyd,
                      > > domaga się 'forów' - bo przecież był Holokaust.
                      >
                      > Najwidoczniej mamy rozne poczucie humoru, nie widze w tym nic
                      humorystycznego,
                      > a wykorzystywanie Holocaustu jako tematow zartow uwazam za wysoce
                      niestosowne.
                      Kwestia spojrzenia. Oglądałaś 'Życie jest piękne?'. Zresztą, komu jak komu -
                      Żydom wolno.

                      > Nie domagam sie kompensacji, poniewaz krzywd wyrzadzonych w przeszlosci nie
                      da
                      > Chodzi o zrownanie szans, a dokladniej o przyspieszenie
                      > tego zrownania, ktore kobietom naleza sie tak samo jak mezczyznom.
                      Jeśli się nie domagasz, to nie pisz takich rzeczy. Nie do zrównania szans
                      dążysz. Dążysz do wprowadzenia parytetów.

                      >
                      > > Wracając do 'czasowych parytetów'. Co oznacza
                      > > 'monitoring'? Rozumiem, że światła jakaś komórka,
                      > > naznaczona przez parlament, któregoś dnia stwierdzi: oto
                      > > mamy prawdziwą równość, pora znieść parytety. Ciekaw
                      > > jestem, jak wyobrażasz sobie kryterium owej 'równości'.
                      >
                      > Nie znajduje koniecznosci w ustaleniu jakichs odgornych kryteriow oceny czy
                      > nastapilo zrownianie czy nie. Decyzja o odwolaniu takiego przepisu powinna
                      > zapasc na drodze konsensusu, przy udziale roznych srodowisk opiniotworczych,
                      > nie tylko lobby "kobiecego", a ostatecznie powinna byc podjeta przez Sejm.
                      Przecież to są słowa-wypełniacze, wyprane ze wszelkiego znaczenia! Różne
                      środowiska opiniotwórcze itp. Jeśli uważasz, że należy zwiększyć udział kobiet
                      w polityce, należy zacząć od przekonania ich do udziału w tejże; niekoniecznie
                      poprzez obniżenie poprzeczki. A zainteresowanie polityką (wszystkich, nie
                      tylko kobiet) spada - jedną z przyczyn jest tu (IMHO) stponiowe wypieranie
                      demokracji powszechnej ustrojem 'konsultacyjnym' (był tu kiedyś taki
                      wątek: 'Beee, beee...'). Rozwiązania, które proponujesz, wpisują się żywcem w
                      taki system.

                      >
                      > > Wyobraź sobie partię polityczną, do której kobiety nie
                      > > mają ochoty wstępować, na przykład z uwagi na program.
                      > > Czy taka partia mogłaby wystawiać samych mężczyzn w
                      > > wyborach parlamentarnych?
                      >
                      > > > Prawo wyborcze nie jest prawem naturalnym, ktorego nie
                      > > mozna zmienic. Prawo wyb
                      > > > orcze jest zmieniane w zaleznosci od celow
                      > > spoleczno-politycznych. Juz w szkole
                      > > > sredniej o tym ucza.
                      >
                      > > Być może; mam jednak wrażenie, że nie przemyślałaś tego
                      > > tematu.
                      >
                      > Niestety z wrazeniami nie da sie dyskutowac.
                      >
                      > >Było nie było, cele społeczno-polityczne (cóż za
                      > > drętwy zwrot!) ustala - de facto - ugrupowanie rządzące.
                      > > Ich celem politycznym może być (i zwykle jest) utrzymanie
                      > > się przy władzy.
                      >
                      > czyli cel polityczny, to jest to o czym napisalam. Nb moze znasz jakis
                      inny,
                      > rownie adekwatny a mniej dretwy "zwrot" to chetnie sie nim posluze.
                      >
                      > >Stabilność systemu ma wartość.
                      >
                      > Hę? Stabilnosc jako wartosc sama w sobie? I jaka to wartosc, domyslam sie ze
                      > pozytywna? Czy mam rozumiec, ze wg Ciebie komunizm byl wartosciowym systemem
                      > politycznym poniewaz byl szczegolnie w obszarze sprawowania wladzy niezwykle
                      > stabilny.
                      Stabilność jest wartością pozytywną. Nie jedyną, ale istotną - zwłaszcza, gdy
                      połączyć to z wolnością (osobistą, słowa). Komunizm zaś nie był wcale tak
                      stabilny, jak się wydaje - marazm i 'mała stabilizacja' codziennej egzystencji
                      przeplatały się z wybuchami. Pamiętasz? Zresztą - i do tego wielu tęskni.
                      Niestety.
                      Uwaga: aby docenić znaczenie stabilności systemu (wogóle), trzeba płacić
                      podatki.


                      > W.E. jest psychologiem i psychoterapeuta, oraz superwisorem PTP i to nie
                      > podlega dyskusji. Przypinanie mu latki "prasowy" (bo jak dotad takiej
                      > specjalizacji naukowej jak psycholog prasowy nie ma) jest jedynie wyrazem
                      braku
                      > szacunku i niczym wiecej.
                      Bingo!


                      > ???
                      Aż nie chce mi się wierzyć, że nie rozumiesz. Innymi słowy: czy można zgadzać
                      się z (konkretnym) celem (np. równouprawnienie), a jednocześnie sprzeciwiać
                      się środkom ich osiągnięcia (np. parytety). Czyżbyś prezentowała postawę: 'my
                      way or highway?'.

                      > Nie wiem na czym mialaby polegac roznica wiec nie potrafie Ci odpowiedziec.
                      Zauważyłem, że nie wiesz.

                      > Sam sobie odpowiedziales. Plec nie jest rozroznieniem politycznym, wiec nie
                      > moze byc przedmiotem nierownosci politycznej.
                      Daruj sobie sofistykę. Masz rację - kręcimy się w kółko. Jedyne na co nas stać
                      w charakterze konkluzji, to protokół rozbieżności. Napisałaś, że 'prawo
                      wyborcze zmienia się, aby realizować cele społeczno-polityczne'? Otóż ja
                      sprzeciwiam się tej zmianie, bo sprzeciwiam się celowi. Bo celem (podpowiada
                      mi to moja *racjonalna* podejrzliwość) nie jest doprowadzenie do
                      równouprawnienia, lecz wprowadzenie systemu kwotowego w wyborach. To by było
                      na tyle.

                      Dziękuję za uwagę i pozdrawiam,

                      mk.
                      • midnight Re: Sofistyka w polu i w zagrodzie 03.09.03, 16:57
                        maly.ksiaze napisał:

                        > midnight napisała:
                        >
                        > > maly.ksiaze napisał:
                        > >
                        > > > Jest taka humoreska, w której biegacz, z narodowości Żyd,
                        > > > domaga się 'forów' - bo przecież był Holokaust.
                        > >
                        > > Najwidoczniej mamy rozne poczucie humoru, nie widze w tym nic
                        > humorystycznego,
                        > > a wykorzystywanie Holocaustu jako tematow zartow uwazam za wysoce
                        > niestosowne.

                        > Kwestia spojrzenia.

                        Tak, wyrazilam wlasne zdanie na ten temat.

                        > > Nie domagam sie kompensacji, poniewaz krzywd wyrzadzonych w przeszlosci ni
                        > e
                        > da
                        > > Chodzi o zrownanie szans, a dokladniej o przyspieszenie
                        > > tego zrownania, ktore kobietom naleza sie tak samo jak mezczyznom.

                        > Jeśli się nie domagasz, to nie pisz takich rzeczy. Nie do zrównania szans
                        > dążysz. Dążysz do wprowadzenia parytetów.

                        Nie, poprzez parytety (srodek) daze do rownouprawnienia (cel). Pisze o tym juz
                        ktorys raz, obawiam sie, ze prosciej wytlumaczyc sie nie da.


                        > > Nie znajduje koniecznosci w ustaleniu jakichs odgornych kryteriow oceny cz
                        > y
                        > > nastapilo zrownianie czy nie. Decyzja o odwolaniu takiego przepisu powinna
                        >
                        > > zapasc na drodze konsensusu, przy udziale roznych srodowisk opiniotworczyc
                        > h,
                        > > nie tylko lobby "kobiecego", a ostatecznie powinna byc podjeta przez Sejm.

                        > Przecież to są słowa-wypełniacze, wyprane ze wszelkiego znaczenia! Różne
                        > środowiska opiniotwórcze itp. Jeśli uważasz, że należy zwiększyć udział
                        kobiet
                        > w polityce, należy zacząć od przekonania ich do udziału w tejże;
                        niekoniecznie
                        > poprzez obniżenie poprzeczki.

                        Zakladalam, ze podstawowa znajomosc prac i procesow legislacyjnych jest Ci
                        znana, wystarczy zreszta uwazniej czytac doniesienia prasowe.
                        Moze prosty przyklad, wprowadzenie przepisow gospodarczych jest poprzedzone
                        konsultacjami m.in. ze srodowiskiem biznesu, z organizacjami zrezszajacymi
                        pracodawcow jak i zrzeszajacymi pracownikow.

                        > A zainteresowanie polityką (wszystkich, nie
                        > tylko kobiet) spada - jedną z przyczyn jest tu (IMHO) stponiowe wypieranie
                        > demokracji powszechnej ustrojem 'konsultacyjnym' (był tu kiedyś taki
                        > wątek: 'Beee, beee...'). Rozwiązania, które proponujesz, wpisują się żywcem w
                        > taki system.

                        Nic mi nie wiadomo o spadku zainteresowania uprawianiem polityki, tak w naszym
                        kraju jak i na swiecie, wrecz przeciwnie to zainteresowanie rosnie. Demokracja
                        powszechna to maslo maslane. Demokracja opierala sie, opiera i opierac bedzie
                        na konsultacjach co wynika z immanentnych cech demokracji.

                        > Stabilność jest wartością pozytywną. Nie jedyną, ale istotną - zwłaszcza, gdy
                        > połączyć to z wolnością (osobistą, słowa).

                        Wolnosc osobista czy wolnosc slowa nie wynika ze stabilnosci, a z cech ustroju
                        politycznego.

                        > Komunizm zaś nie był wcale tak
                        > stabilny, jak się wydaje - marazm i 'mała stabilizacja' codziennej
                        egzystencji
                        > przeplatały się z wybuchami. Pamiętasz? Zresztą - i do tego wielu tęskni.
                        > Niestety.

                        Komunizm, jak juz napisalam, byl stabilny w szczegolnosci obszarze sprawowania
                        wladzy. Nie przypominam sobie aby w trakcie trwania komunizmu w Polsce
                        komunisci choc na chwile oddali wladze.

                        > Uwaga: aby docenić znaczenie stabilności systemu (wogóle), trzeba płacić
                        > podatki.

                        Nie skomentuje, nie bede ponownie zgadywac, co to jest system w ogole i jak sie
                        ma ocena stabilnosci tego systemu w ogole do placenia podatkow. Ja podatki
                        place.

                        > > W.E. jest psychologiem i psychoterapeuta, oraz superwisorem PTP i to nie
                        > > podlega dyskusji. Przypinanie mu latki "prasowy" (bo jak dotad takiej
                        > > specjalizacji naukowej jak psycholog prasowy nie ma) jest jedynie wyrazem
                        > braku
                        > > szacunku i niczym wiecej.
                        > Bingo!

                        Nie traktuje dyskusji jako quizu czy zgadywanki, ale dzieki.

                        > Innymi słowy: czy można zgadzać
                        > się z (konkretnym) celem (np. równouprawnienie), a jednocześnie sprzeciwiać
                        > się środkom ich osiągnięcia (np. parytety). Czyżbyś prezentowała postawę: 'my
                        > way or highway?'.

                        Oczywiscie, ze tak. Ty, jak rozumiem, a raczej zgaduje, sprzeciwiasz sie
                        srodkom (parytet) a zgadzasz z celem (rownouprawnienie)? Ja zgadzam sie co do
                        srodkow i co do celu.


                        > Zauważyłem, że nie wiesz.

                        Byc moze dlatego jej nie widze ze jej nie ma, albo dla tematu tej dyskusji jest
                        to bez znaczenia.

                        > > Sam sobie odpowiedziales. Plec nie jest rozroznieniem politycznym, wiec ni
                        > e
                        > > moze byc przedmiotem nierownosci politycznej.
                        > Daruj sobie sofistykę.

                        To nie jest sofistyka, to jest okreslony poglad wyrazony w zapisach
                        konstytucyjnych, ktore poki co obowiazuja. Jesli mialaby to byc sofistyka to
                        chyba Twoja, poniewaz posluzylam sie Twoja terminologia w powyzszym zdaniu.

                        > Masz rację - kręcimy się w kółko. Jedyne na co nas stać
                        > w charakterze konkluzji, to protokół rozbieżności. Napisałaś, że 'prawo
                        > wyborcze zmienia się, aby realizować cele społeczno-polityczne'? Otóż ja
                        > sprzeciwiam się tej zmianie, bo sprzeciwiam się celowi. Bo celem (podpowiada
                        > mi to moja *racjonalna* podejrzliwość) nie jest doprowadzenie do
                        > równouprawnienia, lecz wprowadzenie systemu kwotowego w wyborach.

                        Pomijajac racjonalnosc podejrzliwosci brak w tym podejrzeniu sensu. Gdyby celem
                        bylo wprowadzenie systemu kwotowego to chyba na stale a nie na jakis czas
                        (zwlaszcza ze tak cenisz stabilnosc jako wartosc ;)), nie sadzisz? Poza tym po
                        co mialabym sie upierac przy parytecie o jakim pisalam a negowac model
                        norweski, skoro pierwsze z rozwiazan daje jedynie szanse, a drugie gwarancje?
                        Napisalam wyraznie i wielokrotnie o jaki cel mi chodzi, wraz z podaniem
                        uzasadnienia. Przypisywanie komus, w tym wypadku mi, intencji, ktorych nie
                        sposob zweryfikowac jest nieuczciwe.

                        > Dziękuję za uwagę i pozdrawiam,

                        Dziekuje rowniez i pozdrawiam,
                        md
                        • maly.ksiaze Re: Sofistyka w polu i w zagrodzie 03.09.03, 23:16
                          midnight napisała:

                          > Nic mi nie wiadomo o spadku zainteresowania uprawianiem polityki, tak w
                          naszym
                          > kraju jak i na swiecie, wrecz przeciwnie to zainteresowanie rosnie.
                          Nie masz racji. Z czego mogłaby wynikać coraz niższa frekwencja w wyborach
                          (referendum było tak niedawno...)?

                          > Demokracja powszechna to maslo maslane.
                          > Demokracja opierala sie, opiera i opierac bedzie
                          > na konsultacjach co wynika z immanentnych cech demokracji.
                          Nieprawda. Czy demokracja ateńska była powszechna? Demokracja amerykańska w
                          XIW wieku? Ustrój imperialnej Anglii?
                          Poza tym, konsultacje są elementem, nie treścią. Tak naprawdę demokracja
                          opiera się na udziale obywateli w sprawowaniu władzy - i na wspólnej
                          odpowiedzialności za kraj. Nadmierne rozbudowanie systemu konsultacji (i
                          sondaży opinii publicznej) przesuwa realny wpływ z obywateli na konsultantów,
                          podczas gdy odpowiedzialność nadal dzielona jest między wszystkich.


                          >
                          > > Stabilność jest wartością pozytywną. Nie jedyną, ale istotną - zwłaszcza,
                          > gdy
                          > > połączyć to z wolnością (osobistą, słowa).
                          >
                          > Wolnosc osobista czy wolnosc slowa nie wynika ze stabilnosci, a z cech
                          ustroju
                          > politycznego.
                          Nie napisałem, że wynika. Powiedziałem, że jedno połączone z drugim jest dobre
                          dla obywateli. Jeśli masz wątpliwości co do zasadności mechanizmów
                          stabilizujących ustrój państwa, proponuję lekturę przywoływanego na tym forum
                          już zbioru esejów Jona Elstera "Odyseusz i Syreny" (tam również o działaniach
                          racjonalnych i nieracjonalnych w kontekście ideologii). Procedury uchwalania
                          konstytucji wynikją z chęci stabilizowania ustroju.


                          > > Innymi słowy: czy można zgadzać
                          > > się z (konkretnym) celem (np. równouprawnienie), a jednocześnie sprzeciwia
                          > ć
                          > > się środkom ich osiągnięcia (np. parytety). Czyżbyś prezentowała postawę:
                          > 'my
                          > > way or highway?'.
                          >
                          > Oczywiscie, ze tak.
                          Tak - odnośnie czego?

                          > Ty, jak rozumiem, a raczej zgaduje, sprzeciwiasz sie
                          > srodkom (parytet) a zgadzasz z celem (rownouprawnienie)?
                          Tak.

                          > Byc moze dlatego jej nie widze ze jej nie ma,
                          > albo dla tematu tej dyskusji jest to bez znaczenia.
                          Istnieje i ma kapitalne znaczenie.

                          >
                          > > > Sam sobie odpowiedziales. Plec nie jest rozroznieniem politycznym, wi
                          > ec ni
                          > > e
                          > > > moze byc przedmiotem nierownosci politycznej.
                          > > Daruj sobie sofistykę.
                          >
                          > To nie jest sofistyka, to jest okreslony poglad wyrazony w zapisach
                          > konstytucyjnych, ktore poki co obowiazuja. Jesli mialaby to byc sofistyka to
                          > chyba Twoja, poniewaz posluzylam sie Twoja terminologia w powyzszym zdaniu.

                          Napisałem: nie jest. Twoim zamiarem jest uczynienie tego rozróżnienia
                          elementem ordynacji wyborczej - a więc kategorią polityczną. Logika stojąca za
                          postulatem parytetów jest taka:
                          Mamy równouprawnienie formalnie, ale szanse nie są równe. W związku z tym, aby
                          wyrównać szanse, ograniczymy równouprawnienie (system kwot jest nadawaniem
                          praw specjalnych ze względu na płeć - zaprzeczanie nic tu nie pomoże) tak,
                          aby 'wybalansować' te szanse. Uważam takie myślenie za kalekie.
                          Otóż ja nie widzę potrzeby wyrównywania szans poprzez zniesienie
                          równouprawnienia. Jeśli masz ochotę napisać, że parytety nie zaprzeczają
                          równości praw, odpowiedz mi zatem, dlaczego chcesz je wprowadzać 'na pewien
                          czas'.


                          > Przypisywanie komus, w tym wypadku mi, intencji, ktorych nie
                          > sposob zweryfikowac jest nieuczciwe.
                          Przyganiał kocioł garnkowi. Ty mi irracjonalne motywacje, ja Tobie intencje.
                          Zresztą, wprowadzenie parytetów w krótkiej perspektywie będzie miało właśnie
                          efekt taki, że poprzeczka dla kobiet, które już są blisko rozbiegu, zostanie
                          na czasowo obniżona. Akurat to nie jest rodzi moich obaw - różnicy w działaniu
                          parlamentu raczej by nie było, ryzyko jest żadne. Tyle, że feministki mogłyby
                          się zdziwić siłą odnowionej reprezentacji LPR.

                          Pozdrawiam,

                          mk.
                          • maly.ksiaze Errata 04.09.03, 15:35
                            Ostatni akapit powinien wyglądać tak:

                            Zresztą, wprowadzenie parytetów w krótkiej perspektywie będzie miało efekt
                            właśnie taki, że poprzeczka dla kobiet, które już są blisko rozbiegu, zostanie
                            czasowo obniżona. Akurat to nie rodzi moich obaw - różnicy w działaniu
                            parlamentu raczej by nie było, z tego punktu widzenia ryzyko jest żadne. Tyle,
                            że feministki mogłyby się zdziwić siłą odnowionej reprezentacji LPR.

                            XIW - XIX

                            Pozdrawiam,


                            mk.

                            PS. Nie będę pisał na forum w pracy. Nie będę pisał na forum w pracy. Nie
                            będę ... i tak tysiąc razy!
                          • midnight Re: Sofistyka w polu i w zagrodzie 04.09.03, 22:17
                            maly.ksiaze napisał:

                            > midnight napisała:
                            >
                            > > Nic mi nie wiadomo o spadku zainteresowania uprawianiem polityki, tak w
                            > naszym
                            > > kraju jak i na swiecie, wrecz przeciwnie to zainteresowanie rosnie.
                            > Nie masz racji. Z czego mogłaby wynikać coraz niższa frekwencja w wyborach
                            > (referendum było tak niedawno...)?

                            To zupelnie inna bajka. Raczej trudno nazwac uprawianiem polityki pojscie na wybory.

                            > > Demokracja powszechna to maslo maslane.
                            > > Demokracja opierala sie, opiera i opierac bedzie
                            > > na konsultacjach co wynika z immanentnych cech demokracji.
                            > Nieprawda. Czy demokracja ateńska była powszechna? Demokracja amerykańska w
                            > XIW wieku? Ustrój imperialnej Anglii?

                            No wiesz, nie mozna mowic ze demokracja atenska kwitla na slowianszczyznie, w tym sensie to nie byla powszechna ;)

                            > Poza tym, konsultacje są elementem, nie treścią. Tak naprawdę demokracja
                            > opiera się na udziale obywateli w sprawowaniu władzy - i na wspólnej
                            > odpowiedzialności za kraj. Nadmierne rozbudowanie systemu konsultacji (i
                            > sondaży opinii publicznej) przesuwa realny wpływ z obywateli na konsultantów,
                            > podczas gdy odpowiedzialność nadal dzielona jest między wszystkich.
                            >
                            Co to jest nadmierne rozbudowanie, jak mierzysz czy jest nadmierne czy w sam raz? Bez sensu. Nic nie przesuwa, konsultacje daja wieksze mozliwosci stanowienia praw, z ktorymi ludzie sie identyfikuja, wieksze mozliwosci konsensusu. Zamordyzm nie jest demokratyczny.

                            > Nie napisałem, że wynika. Powiedziałem, że jedno połączone z drugim jest dobre
                            > dla obywateli. Jeśli masz wątpliwości co do zasadności mechanizmów
                            > stabilizujących ustrój państwa, proponuję lekturę przywoływanego na tym forum
                            > już zbioru esejów Jona Elstera "Odyseusz i Syreny" (tam również o działaniach
                            > racjonalnych i nieracjonalnych w kontekście ideologii). Procedury uchwalania
                            > konstytucji wynikją z chęci stabilizowania ustroju.

                            Ordynacja wyborcza to jedno i juz sie zanosi u nas na zmiane, korzystna zreszta, a konstytucja to drugie. O czywistosciach az glupio pisac, zadne prawa nie sa swieta krowa, ani prawa nizszej rangi ani konstytucja (tez zanosi sie na zmiane, podejrzewam ze niekorzystna).

                            > > > Innymi słowy: czy można zgadzać
                            > > > się z (konkretnym) celem (np. równouprawnienie), a jednocześnie sprze
                            > ciwiać się środkom ich osiągnięcia (np. parytety).

                            Oczywiscie, ze tak.

                            > Tak - odnośnie czego?

                            jw, sprzeciwiac sie mozna wszystkiemu i zawsze, inna sprawa jakie jest tego podloze


                            > > Byc moze dlatego jej nie widze ze jej nie ma,
                            > > albo dla tematu tej dyskusji jest to bez znaczenia.
                            > Istnieje i ma kapitalne znaczenie.

                            Skoro ma tak kapitalne znaczenie to dlaczego o tym nic nie napisales?

                            > Mamy równouprawnienie formalnie, ale szanse nie są równe. W związku z tym, aby
                            > wyrównać szanse, ograniczymy równouprawnienie (system kwot jest nadawaniem
                            > praw specjalnych ze względu na płeć)
                            po rowno, a nawet nie po rowno tylko np 30% kobietom a 70% mezczyznom, bosh, biedni skrzywdzeni kolesie.

                            A jakiez to specjalne prawa nadawane sa parytetem? Myslalam, ze takie same jak i bez parytetu - bierne prawo wyborcze.

                            > równości praw, odpowiedz mi zatem, dlaczego chcesz je wprowadzać 'na pewien
                            > czas'.

                            Bo to jest srodek, a nie cel, ile razy mozna o tym pisac. Jak sie osiagnie cel to srodek niepotrzebny, proste?

                            > Przyganiał kocioł garnkowi. Ty mi irracjonalne motywacje, ja Tobie intencje.

                            Po raz drugi przypisujesz mi to czego nie napisalam, prosilam podaj cytat z mojej wypowiedzi, ze przypisuje Tobie irracjonalne motywacje.

                            > Zresztą, wprowadzenie parytetów w krótkiej perspektywie będzie miało właśnie
                            > efekt taki, że poprzeczka dla kobiet, które już są blisko rozbiegu, zostanie
                            > na czasowo obniżona.

                            Akurat. Cos taki nagle zatroskany o kobiety? Kobiety na rozbiegu sobie poradza, a im wieksza konkurencja tym lepiej, co nie?

                            Akurat to nie jest rodzi moich obaw - różnicy w działaniu
                            > parlamentu raczej by nie było, ryzyko jest żadne. Tyle, że feministki mogłyby
                            > się zdziwić siłą odnowionej reprezentacji LPR.

                            Roznica bylaby i tego sie boja Ci, ktorym tak na sercu rownouprawnienie byleby sie kobiety do wladzy nie pchaly i o sobie nie stanowily.
                            I to by bylo na tyle,

                            Pozdrawiam,
                            md
                            • Gość: maly.k Sprostowania IP: 139.57.24.* 05.09.03, 16:51
                              midnight napisała:

                              > To zupelnie inna bajka. Raczej trudno nazwac uprawianiem polityki pojscie na
                              wy
                              > bory.
                              To ta sama bajka. Wszystko opiera się na tym, czy dostatecznie wiele osób ma
                              ochotę *być* obywatelami. Zresztą, ja pisałem o 'zainteresowaniu polityką', z
                              którego ty zrobiłaś uprawianie itd.


                              > No wiesz, nie mozna mowic ze demokracja atenska kwitla na slowianszczyznie,
                              w t
                              > ym sensie to nie byla powszechna ;)
                              Weź w garść podręcznik do historii i znajdź jeszcze kilka innych 'sensów'.


                              > Nic nie przesuwa, konsultacje daja wieksze mozliwosci stanowienia
                              > praw, z ktorymi ludzie sie identyfikuja, wieksze mozliwosci konsensusu.
                              Zamord
                              > yzm nie jest demokratyczny.
                              Oczywiście, że dają - po to są. Nie sugeruję porzucenia konsulacji wogóle,
                              pisałem o czymś innym.


                              > > Tak - odnośnie czego?
                              >
                              > jw, sprzeciwiac sie mozna wszystkiemu i zawsze, inna sprawa jakie jest tego
                              pod
                              > loze
                              Nic nie wyjaśniłaś.


                              > Skoro ma tak kapitalne znaczenie to dlaczego o tym nic nie napisales?
                              Wstyd mi było pisać o oczywistościach.

                              Napisałem nieco wcześniej. Równość wobec prawa, a równość


                              > A jakiez to specjalne prawa nadawane sa parytetem? Myslalam, ze takie same
                              jak
                              > i bez parytetu - bierne prawo wyborcze.
                              Zapewnienie minimalnego udziału jest szczególnym prawem nadanym grupie. Co do
                              innych efektów ubocznych - dyskutuj z BD. Zdaje się, że wyrażał do tego
                              gotowość.


                              > Po raz drugi przypisujesz mi to czego nie napisalam, prosilam podaj cytat z
                              moj
                              > ej wypowiedzi, ze przypisuje Tobie irracjonalne motywacje.
                              Nieprawda. Pisałaś, że osoby sprzeciwiające się parytetom (również ja)
                              powodowane są 'irracjonalnym strachem'.

                              > Akurat. Cos taki nagle zatroskany o kobiety? Kobiety na rozbiegu sobie
                              poradza,
                              > a im wieksza konkurencja tym lepiej, co nie?
                              ????


                              > Roznica bylaby i tego sie boja Ci, ktorym tak na sercu rownouprawnienie
                              byleby
                              > sie kobiety do wladzy nie pchaly i o sobie nie stanowily.
                              Czyli jednak Ci, co są przeciw - boją się? Rozumiem, że Barbinator, która w
                              sprawie parytetów i równouprawnienia ma pogląd z grubsza taki, jak ja,
                              powodowana jest w tej sprawie czymś innym, *ponieważ jest kobietą*. Płeć jest
                              wyznacznikiem intencji.

                              Nuży mnie ta dyskusja, więcej czasu spędzam na odpieraniu insynuacji i
                              prostowaniu nieporozumień , niż na wymianie poglądów (na czym zresztą i tak
                              tracę). Nie odpowiada mi taka formuła, pozwól więc, że ze swej strony zakończę
                              tę rozmowę.

                              Pozdrawiam,

                              mk.

                              PS. Twoją linię argumentacji da się sprowadzić do tego oto wyimka:
                              "Nie, nie i nie, parytety nie godza w rownosc szans. One ja przyblizaja."
                              W szczególności zaś do tego: 'nie, nie i nie'.
                              • midnight Re: Sprostowania 05.09.03, 21:38
                                Gość portalu: maly.k napisał(a):

                                > Nuży mnie ta dyskusja, więcej czasu spędzam na odpieraniu insynuacji i
                                > prostowaniu nieporozumień , niż na wymianie poglądów (na czym zresztą i tak
                                > tracę). Nie odpowiada mi taka formuła, pozwól więc, że ze swej strony zakończę
                                > tę rozmowę.

                                Alez nie ma przymusu dyskutowania, czy ja Ci kaze odpowiadac? Zwlaszcza demagogia skoro nie potarfisz dostrzec argumentow i z nimi dyskutowac.

                                md
                        • Gość: barbinator wtrącę się... IP: *.katowice.cvx.ppp.tpnet.pl 04.09.03, 17:44
                          Można się wtrącić?
                          Zacznę od tego, że jestem przeciwna parytetom z wielu powodów - i tylko
                          niektóre z nich mają charakter argumentu, wiele wynika raczej z mojej osobistej
                          niechęci do wszystkiego co zaburza porządek prawny oparty na demokracji i
                          równości szans.
                          Daruję sobie argumenty którym łatwo moznaby zarzucić irracjonalność a spróbuję
                          tylko wyjasnić dlaczego uważam metodę kwotową za nieskuteczną (a więc i złą
                          tyle że z pragmatycznego punktu widzenia)
                          Być może wiesz, że Francja jest jednym z krajów, który wprowadził parę lat temu
                          parytety na listach wyborczych (chodzi o wybory parlamentarne) - mimo to kobiet
                          w parlamencie jest tam mało, bodajże nawet mniej niż w Polsce. Inny kraj -
                          Norwegia - nie zdecydował się na analogiczny krok, mimo to w aktualnym
                          parlamencie kobiety stanowią 37%.
                          Nie sądzisz, że to powinno dawać do myślenia?
                          Moim zdaniem główną i jakby "pierwotną" przyczyną małej ilości kobiet we
                          władzach jest ich mniejsze zainteresowanie polityką: ewentualni łowcy cytatów
                          są proszeni o niewyjmowanie tego zdania z kontekstu - zaraz wyjaśnię co
                          dokładnie miałam na myśli. Nie wierzę, że brak zainteresowania kobiet polityką
                          wynika z jakiś "przyczyn naturalnych" czy "odmiennych kobiecych predyspozycji"
                          (czyli predyspozycji do gotowania i sprzątania...) jak to z lubością
                          podkreślają konserwatyści po objawieniu doznanym w trakcie lektury "Płci
                          mózgu". Wystarczy spojrzeć jak to wygląda w szkołach: dziewczyny często
                          bardziej angażują się we wszelką działalność polityczną (choćby referendum
                          unijne) niż chłopcy. Jednak dziewczynki stają się kobietami i wtedy ta ich
                          naturalna, wrodzona każdemu człowiekowi niezależnie od płci potrzeba
                          uczestnictwa w życiu publicznym - zaczyna gdzieś się tracić. Powód tego jest
                          banalny: od kobiety oczekuje się zajmowania się domem, rodzeniem i
                          wychowywaniem dzieci oraz ułatwiania kariery mężowi poprzez odciążanie go od
                          normalnych życiowych obowiązków. W krajach w których rodzina partnerska powoli
                          staje się normą (Norwegia) kobiety nie muszą rezygnować ze swoich ambicji
                          (także politycznych) dla zajmowania się domem, gdyż zawsze mogą liczyć na równy
                          wkład ze strony męża-partnera - w efekcie rośnie ilość kobiet aktywnych
                          politycznie i żaden parytet nie jest potrzebny. Natomiast w kraju takim jak
                          Francja, o znacznie bardziej tradycyjnej strukturze społecznej - nawet parytet
                          nie pomaga...
                          Jaki więc sens wprowadzać parytet w Polsce? Czy od parytetu przybędzie rodzin
                          partnerskich, czy przyszłe żony buców z młodzieży wszechpolskiej będą mogły
                          działać aktywnie w partiach (jakichkolwiek) wiedząc, że ich mężowie w tym
                          czasie zajmą się dziećmi i ugotują obiad??
                          Bardzo wątpię...
                          Pozdr. B.
                          • midnight Re: wtrącę się... 04.09.03, 21:28
                            Gość portalu: barbinator napisał(a):


                            > niechęci do wszystkiego co zaburza porządek prawny oparty na demokracji i
                            > równości szans.

                            Nie, nie i nie, parytety nie godza w rownosc szans. One ja przyblizaja.

                            > Daruję sobie argumenty którym łatwo moznaby zarzucić irracjonalność a spróbuję
                            > tylko wyjasnić dlaczego uważam metodę kwotową za nieskuteczną (a więc i złą
                            > tyle że z pragmatycznego punktu widzenia)
                            > Być może wiesz, że Francja jest jednym z krajów, który wprowadził parę lat temu
                            >
                            > parytety na listach wyborczych (chodzi o wybory parlamentarne) - mimo to kobiet
                            >
                            > w parlamencie jest tam mało, bodajże nawet mniej niż w Polsce. Inny kraj -
                            > Norwegia - nie zdecydował się na analogiczny krok, mimo to w aktualnym
                            > parlamencie kobiety stanowią 37%.

                            A ile stanowily wczesniej? Przejrzyj dane to zobaczysz ze kobiet w polityce przybywa, a nie ubywa.
                            Mi daje do myslenia, dlaczego skoro metoda niby jest nieskuteczna to taki jest opor przeciwko niej. Argument ideolo, a jedynie z takim sie od przeciwnikow parytetow spotykam, jest bez sensu jesli mowisz o pragamtyce.
                            Nb czy nie daje Ci do myslenia, ze "argumentem" iz jest to metoda zaprzeczajaca nierownosci, posluguja sie ci ktorzy jej jakos nigdzie indziej nie widza.
                            Twoje przyklady jedynie potwierdzaja to co juz pisalam, parytety NIE GWARANTUJA, a daja szanse, ktora w roznym stopniu w roznych krajach jest wykorzystywana.
                            Nie zgdazam sie, ze sa nieskuteczne, efekty widac i to szybko, mozna porownac dane sprzed i po wprowadzeniu parytetow, bo nie chodzi o to czy kobiet jest malo tylko czy jest wiecej.
                            Pisalam rowniez, co mozna sprawdzic bez trudu, ze parytety nie sa jedyna metoda. Nie sa zlotym srodkiem ani lekiem na cale zlo. Sa za to metoda dajaca szybsze i bezposrednie efekty w porownaniu z tym o czym piszesz ponizej.

                            > Moim zdaniem główną i jakby "pierwotną" przyczyną małej ilości kobiet we
                            > władzach jest ich mniejsze zainteresowanie polityką: ewentualni łowcy cytatów
                            > są proszeni o niewyjmowanie tego zdania z kontekstu - zaraz wyjaśnię co
                            > dokładnie miałam na myśli. Nie wierzę, że brak zainteresowania kobiet polityką
                            > wynika z jakiś "przyczyn naturalnych" czy "odmiennych kobiecych predyspozycji"
                            > (czyli predyspozycji do gotowania i sprzątania...) jak to z lubością
                            > podkreślają konserwatyści po objawieniu doznanym w trakcie lektury "Płci
                            > mózgu".

                            Hehehehe, ktos jeszcze czyta i posluguje sie "Plcia mozgu" w dyskusji??? A to sie ubawilam. Rewelacje z tej ksiazki juz dawno zostaly skompromitowane.

                            > Wystarczy spojrzeć jak to wygląda w szkołach: dziewczyny często
                            > bardziej angażują się we wszelką działalność polityczną (choćby referendum
                            > unijne) niż chłopcy. Jednak dziewczynki stają się kobietami i wtedy ta ich
                            > naturalna, wrodzona każdemu człowiekowi niezależnie od płci potrzeba
                            > uczestnictwa w życiu publicznym - zaczyna gdzieś się tracić. Powód tego jest
                            > banalny: od kobiety oczekuje się zajmowania się domem, rodzeniem i
                            > wychowywaniem dzieci oraz ułatwiania kariery mężowi poprzez odciążanie go od
                            > normalnych życiowych obowiązków. W krajach w których rodzina partnerska powoli
                            > staje się normą (Norwegia) kobiety nie muszą rezygnować ze swoich ambicji
                            > (także politycznych) dla zajmowania się domem, gdyż zawsze mogą liczyć na równy
                            >
                            > wkład ze strony męża-partnera - w efekcie rośnie ilość kobiet aktywnych
                            > politycznie i żaden parytet nie jest potrzebny. Natomiast w kraju takim jak
                            > Francja, o znacznie bardziej tradycyjnej strukturze społecznej - nawet parytet
                            > nie pomaga...

                            Alez tak, zgoda. Edukacja, wychowanie, walka ze stereotypami, zauwaz ze to wszystko jest we wszelkich programach rownosciowych we wszystkich krajach, i tych ktore parytety wprowadzily i tych ktore nie wprowadzily. Jest w propozycji Jarugi-Nowackiej i srodowisk feministycznych, ktora zostala przyjeta przez rzad, jest w zapisach unijnych i onz-owskich, jest realizowana od lat z powodzeniem, zachecam do lektury raportow onz-owskich, pokazuja dane i trendy na calym swiecie, w poszczegolnych krajach i w roznych przekrojach.
                            Wyciaganie przed szereg sprawy parytetow jak chlopca (hehe) do bicia sluzy chyba tylko temu, zeby storpedowac calosc programu rownosciowego.

                            > Jaki więc sens wprowadzać parytet w Polsce? Czy od parytetu przybędzie rodzin
                            > partnerskich, czy przyszłe żony buców z młodzieży wszechpolskiej będą mogły
                            > działać aktywnie w partiach (jakichkolwiek) wiedząc, że ich mężowie w tym
                            > czasie zajmą się dziećmi i ugotują obiad??

                            Sens jest i ja go widze. Nie widze natomiast sensu dopatrywania sie w parytetach czegos innego niz tego do czego one sa.
                            Acha i jeszcze jedno, nie wiem jak Ty, ale ja bym nie liczyla na zony, ktore wybraly bucow z Mlodziezy Wszechpolskiej.
                            No i jeszcze mi sie przypomnialo, piszesz tylko o perspektywie kobiet ktore zeby zrobic kariere w polityce musza miec odpowiednie warunki stworzone im przez mezczyzn, rodzine partnerska itd. Nie wszystkie kobiety ktore dzialaja w polityce czy robia kariere maja juz dom, dzieci i nie wszystkie, a zaryzykuje poglad, ze wiekszosc nie wybiera sobie partnera, ktory zapedzi je wylacznie do kuchni i wychowania dziatek.

                            Pozdrawiam,
                            md




Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka