Dodaj do ulubionych

W Unii kobietom wcale nie jest lepiej

24.10.03, 15:51
www.wprost.pl/ar/?O=51331
Obserwuj wątek
    • malvvina Re: W Unii kobietom wcale nie jest lepiej 24.10.03, 16:14
      tak, z ta roznica ze nie ma tad'ow i mackow
      nikt nie pluje
      radosc o poranku
      • tad9 Re: W Unii kobietom wcale nie jest lepiej 24.10.03, 16:30
        malvvina napisała:

        > tak, z ta roznica ze nie ma tad'ow i mackow
        > nikt nie pluje

        Zatem, nie tylko, że kobiety nie mają tak dobrze jak się wydaje, ale też debata
        publiczna jest uboższa. Zgroza! Im szybciej UE zdechnie, tym lepiej.
        • malvvina Re: W Unii kobietom wcale nie jest lepiej 24.10.03, 19:44
          ta debata "publiczna " to na forum ??? pozwol ze sie usmieje :-)
    • Gość: Piter Re: W Unii kobietom wcale nie jest lepiej IP: *.elartnet.pl / *.elart.com.pl 24.10.03, 19:26
      Misiu, Ty Prowokatorko! Ale fajne wątki wrzucasz! Tylko odzew cóś jakby mały. A
      szkoda, bo mogłoby być ciekawie.
      Serdecznalski jestem
    • e_wok Re: W Unii kobietom wcale nie jest lepiej 24.10.03, 19:52
      Może to wynika, paradoksalnie, z naszego zacofania cywilizacyjnego. Jesteśmy,
      jakby to powiedzieć, bliżej natury. Wiadomo, że mężczyźni mają naturalne
      predyspozycje do gotowania (ich mózg potrafi się lepiej skoncentrować na
      jednej czynności niż kobiecy - bardziej skłonny do rozpraszania się, co może
      prowadzić do przesolenia zupy, mają bardziej subtelne odczucia smakowe i
      większą wagę przywiązują do jedzenia niż kobiety, które przez większą część
      życia są na diecie), a także do robienia zakupów (substytut niegdysiejszego
      polowania na mamuty). Z kolei kobiety mają lepsze predyspozycje do sprzątania
      i porządkowania, ze względu na lepiej wykształconą umiejętność dostrzegania
      szczególów i brak atawistycznej potrzeby zaznaczania własnego terenu (np.
      zużytymi skarpetkami). Tak, tak, natura ma swoje prawa...
      • nadszyszkownik.kilkujadek Re: W Unii kobietom wcale nie jest lepiej 24.10.03, 20:10
        Przyznasz jednak, że - szyderstwa na bok - coś w tym jest? Pamiętasz może
        wątek o doktorantkach w Polsce i UE? W cytowanym artykule stało, o ile
        pamiętam, że w prawdzie w Polsce jest (procentowo) więcej kobiet-naukowców niż
        we wszystkich (oprócz Szwecji chyba) pozostałych krajach należących lub
        wstępujących do UE, ale konkluzją i tak było, że w Polsce i tak się strasznie
        dyskryminuje, bo 'tam musi być gorzej i już!'.

        (-) Kilkujadek

        -
        Wiecie co... ja chyba jednak każę Wami nakarmić ptaszyska.
        • tad9 Re: W Unii kobietom wcale nie jest lepiej 24.10.03, 20:53
          nadszyszkownik.kilkujadek napisał:

          > Przyznasz jednak, że - szyderstwa na bok - coś w tym jest? Pamiętasz może
          > wątek o doktorantkach w Polsce i UE? W cytowanym artykule stało, o ile
          > pamiętam, że w prawdzie w Polsce jest (procentowo) więcej kobiet-naukowców
          niż
          > we wszystkich (oprócz Szwecji chyba) pozostałych krajach należących lub
          > wstępujących do UE, ale konkluzją i tak było, że w Polsce i tak się strasznie
          > dyskryminuje, bo 'tam musi być gorzej i już!'.


          Bez wątpienia, polskie feministki trafia szlag, gdy czytają takie rzeczy. W
          Polsce nie było wszak "feministycznej rewolucji", która "przeorała Zachód", a
          tu proszę ...
        • e_wok Pogdybajmy sobie, dlaczego 24.10.03, 21:53
          Ja mam kilka propozycji : średnie wykształcenie w krajach Unii oznacza więcej
          niż w Polsce, gdzie maturę można zdawać z trzech przedmiotów i wystarczy, a
          nauczyciel sam podrzuca ściągi. Doktoranci i naukowcy w Polsce są nisko
          opłacani, a wielokrotnie już tu był poruszany temat - gdzie więcej kasy tam
          więcej mężczyzn. I to jest logiczne - skoro kobiety zarabiają przeciętnie
          mniej od mężczyzn, model żony na utrzymaniu męża oznacza większą średnią na
          głowę w rodzinie niż w odwrotnym przypadku. Niedoinwestowanie badań naukowych
          oznacza, że bez względu na liczbę naukowców, osiągnięcia i tak będą relatywnie
          mizerne (siostra koleżanki klonuje pleśń, podczas gdy na zachodzie klonuje się
          ssaki, a naprawdę ciekawe bakterie dostaje w prezencie od kumpli z ośrodków
          zagranicznych, bo jej instytut nie ma forsy na fajne bakterie) - tak więc
          wypłynąć na tym polu jest raczej trudno, jeśli za wyznacznik przyjąć np.
          szanse na Nobla. Przywoływanie statystyk dotyczących liczby kobiet naukowców w
          Polsce tak naprawdę niewiele oznacza, bo jest to praca jak każda inna tyle, że
          nisko płatna i dla ogółu kobiet w Polsce nie oznacza ani żadnego splendoru ani
          nie jest dowodem na to, że kobietom wcale nie jest trudniej na rynku pracy.
          Dowodem na lepszą pozycję zawodową polskich kobiet wobec tych "unijnych"
          byłoby przedstawienie korzystnych dla nich statystyk dotyczących naprawdę
          lukratywnych stanowisk.
          • nadszyszkownik.kilkujadek No to pogdybajcie sobie... 25.10.03, 03:53
            Utrafiłaś mniej więcej w ton artykułu, na który się powoływałem. Tam też to
            tak mniej więcej wyglądało - nie było żadnych danych innych, niż kilka liczb,
            poczem następowała ekwilibrystyczna 'interpretacja pełna dobrej woli'.
            Wprawdzie Twoim sugestiom przeczy również to, że w Polsce (i wogóle w Europie
            Wschodniej) praca naukowa wiąże się relatywnie z wyższym prestiżem, niż w
            krajach na zachód od nas położonych (to się mogło zmienić - rzecz pochodzi
            sprzed kilku lat i dotyczyła krajów anglosaskich, a nie UE). Płace zawsze były
            podłe, ale prestiż też jest nie do pogardzenia.

            Zastanawiam się, czym się właściwie kierujesz, czemu ma to Twoje gdybanie
            służyć? Jeśli chcesz zwrócić uwagę na fakt, że w Polsce jest biedniej, niż np.
            we Francji, możesz sobie darować. Przyjmuję bez dowodu, na podstawie
            doświadczeń własnych. Jeśli chcesz zaś wykazać, że gorzej ma być zawsze i pod
            każdym względem, to gratuluję pozytywnego podejścia do świata.

            Jeszcze nieco materiału
            1) archiwalnego:
            forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=212&w=4512543&a=4512669
            2) aktualnego:
            info.onet.pl/818311,12,item.html
            Nasuwają mi się dwa odkrywcze wnioski. Po pierwsze, że lepiej zarabiać dużo na
            pół etatu, niż mało na cały. Po drugie, że z pewnego punktu widzenia ważny
            jest nie faktczny udział koniet w życiu społecznym, gospodarczym i naukowym,
            ale istnienie odpowiednich ustaw i 'rzeczników praw'. Bez ustawy bowiem i bez
            rzecznika zboże nie wzejdzie, dzieci nie będą się rodzić, a rzeką nie popłynie
            woda (nie mówiąc już nawet o mleku i miodzie).

            Co do tytułu wątku - że kobietom nie jest w Unii lepiej, to oczywiście się nie
            zgodzę. W krajach UE jest lepiej zarówno kobietom, jak i mężczyznom. Ale z
            równoumagicznieniem ma to niewiele wspólnego.

            (-) Kilkujadek

            -
            Wiecie co... ja chyba jednak każę Wami nakarmić ptaszyska.
            • e_wok Re: No to pogdybajcie sobie... 25.10.03, 15:30
              Zdaje sie wobec tego, ze nie zrozumialam Twojego postu. Bo teraz wyglada na
              to, ze o relatywnie wyzszej liczbie doktorantek w Polsce niz w krajach UE
              wspomniales li tylko po to, zeby uswiadomic, ze tak naprawde to nic nie
              oznacza - przynajmniej tak to wyglada w swietle Twojego nastepnego postu. I tu
              pelna zgoda z mojej strony - tylko po co w takim razie zachecasz mnie do
              dyskusji?
              • nadszyszkownik.kilkujadek Nie wiem, dlaczego... 26.10.03, 03:01
                ...może po prostu lubię z Tobą rozmawiać.

                'Nic' to raczej źle powiedziane ale faktycznie niezbyt dużo. Jestem raczej
                ostrożny w wyciąganiu wniosków. Ale z pewnością da się powiedzieć tyle,
                że 'symptomy równouprawnienia' nie potrzebują 'feministycznego przeorywania'
                społeczeństwa.
                Swoją drogą - czym to równouprawnienie zmierzyć? Jakością regulacji prawnych
                czy dobrym samopoczuciem zainteresowanych? Bo te 'zwyczajne' wskaźniki jak
                widać za cholerę nie chcą pokazać tego, co prasowe feministki wiedziały
                apriori (heteromatrix i piekło kobiet w fundemantalistycznym Lechistanie).
                Może mają fałszywą świadomość (feministki, nie wskaźniki).
                • e_wok Ja bym powiedziała 27.10.03, 09:18
                  że dość ostrożnie odnoszę się do statystyk pokazujących ile kto wykonuje prac
                  domowych. Bo oczywiście można krzyczeć "hurra, u nas mężczyźni piorą i gotują -
                  jesteśmy feministycznym rajem", ale można też się zastanawić, czy mężczyźni w
                  krajach Uni nie robią tych rzeczy, bo zwalają wszystko na żony czy też dlatego,
                  że zatrudniają pomoc domową (albo au pair na przykład z Polski), albo jadają
                  wyłącznie poza domem a ubrania oddają do pralni. Tak więc moim zdaniem artykuł
                  z Wprost tak naprawdę niewiele wnosi.

                  -----
                  Nie żyjemy po to, żeby jeść. Jemy po to, żeby żyć.
      • Gość: Piter Re: W Unii kobietom wcale nie jest lepiej IP: *.elartnet.pl / 62.233.196.* 24.10.03, 20:53
        No, Ewciu, to mi się podoba! jeżeli natura tak chce, a my (obie płcie) uznajemy
        te sprawy jako dla nas naturalne i takie, w których sie dobrze czujemy i
        sprawdzamy, a oprócz tego uzupełniamy, to po co z tym walczyć i na siłę
        zmieniać? Tyle, że z tymi skarpetkami to nie sięgałbym do nawyków z prehistorii.
        Ale może to nie zacofanie cywilizacyjne, tylko inny model rozwoju cywilizacji?
        Może nie taki najgorszy? Wegetarianie też podkreślają, że są bliżej natury i
        nie traktują tego jak zacofanie. A więc...
        Pozdrawialski jestem
    • niedzwiedziczka Re: W Unii kobietom wcale nie jest lepiej 25.10.03, 09:14
      Wczoraj wkleiłam tylko link, bo nie miałam czasu napisać
      coś więcej. Zaintrygował mnie ten artykuł, bo słyszałam
      wcześniej opinię koleżanki, która jest na postdoc'u we
      Francji. Jest to kobieta bardzo niezależna. Powiedziała
      mi, że feminizmu we Francji nie ma, a przynajmniej ona go
      nie zauważyła, bo kobiety są tam niezbyt dobrze
      traktowane. Przypomniało mi to opinie o zarobkach w
      Austrii - najlepiej zarabiają mężczyźni - Austriacy,
      potem byli Jugosławianie, później Polacy, a na końcu -
      Austriaczki.
      Z kolei kolega, który robił doktorat w Finlandii,
      twierdzi, że tam kobiety manifestują feminizm, co
      powoduje, że mężczyźni umyślnie nie okazują im szacunku,
      bo jeśli są takie wyemancypowane, to one moga się kłaniać
      pierwsze, czy przepuszczać mężczyzn w drzwiach.
      Wnioski? Wygląda na to, że w krajach Europy Zachodniej
      feminzm nie jest tak mocny, jakby się wydawało. A
      większy procent pracujących kobiet w polsce jest wynikiem
      raczej komunizmu, niż ofensywy feministycznej. Natomiast
      w krajach, gdzie feminizma jest silnie manifestowany
      mężczyźni kontestują taki stan rzeczy poprzez
      ignorowanie, czy nawet ośmieszanie kobiet.
      Kończąc, muszę porzeć zdanie kilkujadka, że jakby na to
      nie patrzeć - w Unii jest lepiej zarowno kobietom, jak i
      mężczyznom.
      • tad9 Re: W Unii kobietom wcale nie jest lepiej 25.10.03, 10:11
        Zderzyły się w tym wątku trzy sprawy:
        1. Sytuacja kobiet w UE
        2. Sytuacja Polek
        3. Stosunek feministek (czy pań feminizujących) do Polski.

        Wszystkie trzy są ciekawe, ale skupmy się na ostatniej. Zrobiłem to juz zresztą
        nieco wyżej, ale rozszerzę tamtą wypowiedź. Otóż, tubylcze feministki odczuwają
        jakąś osobliwą potrzebę, dowodzenia, że Polska to "piekło kobiet". Wystarczy
        przypomnieć pewien artykuł o feministkach, wydrukowany w "GW", którego
        bohaterka twierdziła, że Polska to kraj fundamentalistyczny, bardzo podobny do
        krajów arabskich.
        Po drugie, jest w tym tęsknota, za "rewolucją, której nie było". Feministki
        zachodnie mają swoją "historię świętą" - II falę feminizmu, która pojawiła się
        kilkadziesiąt lat temu, a, ze była epifenomenem przemian cywilizacynych, które
        skumulowały się własnie wtedy, więc można - opierając się na tej
        współczasowości - twierdzić, że "gdyby nie feministki, tych przemian wcale by
        nie było". Oczywiście jest to uzurpacja. Mieliśmy wtedy -w związku z "kwestią
        kobiecą" - na Zachodzie do czynienia z posunięciami, które zaczęto wdrażać w
        życie ZANIM pojawił się "feminizm II fali", oraz z postulatami feministek II
        fali, których w życie nie wcielono nigdy (owe wszystkie "rewolucje płciowe"
        itd). Przedstawianie feministek II fali, jako "bojowniczek, które
        wywalczyły .....", jest śmieszne, ale dobrze wpływa na samopoczucie feministek.
        Ale oto, istnieje kraj, gdzie jako żywo "rewolucji feministycznej" nie było,
        gdzie i dziś "świadomą feministkę" spotkać trudniej, niż jadnorożca, do tego -o
        zgrozo! - jest to kraj katolicki. I w tym pogrążonym w ciemnocie kraju - jeśli
        wierzyć statystyce - pozycja kobiet nie jest gorsza, od pozycji kobiet w
        cudownej, przeoraniej przez feminizm UE. Czegoś takiego świadomość "prawdziwej
        feministki" nie może znieść. Zaprawdę, te panie, byłyby szczęśliwsze, gdyby w
        Polsce kobiety miały się gorzej. Po prostu - czułyby się wtedy bardziej
        potrzebne. Teraz, by się takimi czuć, muszą produkować
        potwornego "heteromatrixa", czyli bez przerwy i z uporem dokonywać wielkiego
        wysiłku, by wykazywać, że Polska jednak "piekłem kobiet" jest, i że tylko
        feministki, mogą przynieść zbawienie.
    • Gość: barbinator votum separatum IP: *.katowice.cvx.ppp.tpnet.pl 25.10.03, 12:08
      Dwie sprawy mnie dziwią w tym artylule i w dyskusji na wątku:
      Dlaczego stawia się znak równości między odsetkiem kobiet pracujących zawodowo
      a tym, że w tych krajach "kobiety mają lepiej"? Jest to niezgodne zarówno ze
      zdrowym rozsądkiem jak i ze współczesną teorią feministyczną, do której
      niektórzy dyskutanci wydają się odwoływać. Jeśli ktos nie rozumie o co mi
      chodzi to wyjasniam, że feminizm już jakieś pół wieku temu zauważył, że
      powszechny zwyczaj zarobkowania przez kobiety bynajmniej nie rozwiązuje
      wszystkich ich problemów - stwierdzenie iż "najbardziej sfeminizowany" kraj to
      taki w którym wszystkie kobiety pracują poza domem jest kompletnie fałszywe.
      Mam wrażenie, że jest to kolejny przykład wysuwania jakiegoś głupiego
      twierdzenia po czym zakładania z góry, że "skoro to jest głupie to widać
      feministki też tak myslą".
      Znacznie istotniejsze jest jak sądzę to, że różnice w średnich zarobkach k. i
      m. są w krajach UE średnio mniejsze niż w Polsce - i to faktycznie w jakiś
      sposób pokazuje że zachodnie Europejki "mają lepiej".
      Druga sprawa to epatowanie czytelnika danymi mówiącymi o tym, że kobiety w
      UE "częściej gotują". Na miłość boską, a cóż to znowu za "współczynnik
      feminizacji" i o czym niby to "częstsze gotowanie" ma świadczyć?? Czy jeśli ja
      gotuję a mój mąż przycina żywopłot to znaczy, że w naszej rodzinie nie ma
      równouprawnienia oraz że ja jako kobieta "mam gorzej"??
      Przecież jedyne sensowne podejście byłoby takie: należy rozważyć czy wkład
      pracy świadczonej na rzecz domu jest równy ze strony obojga małżonków, czy też
      może jedno z nich jest uprzywilejowane. Moim zdaniem faktycznie jest tak, że w
      Polsce częściej niż na tzw Zachodzie kobiety świadczą więcej na rzecz domu - i
      to nawet ograniczając się do sytuacji w których oboje małżonkowie pracują także
      poza domem. I tylko porównując w taki sposób można kusić się o wyciąganie
      wniosków typu "kto ma lepiej, Polki czy UE-uropejki"
      I jeszcze jedna sprawa: ktoś w dyskusji stwierdził, że kobiety skandynawskie za
      swoją "feminizację" zapłaciły lekceważeniem i złym traktowaniem ze strony
      mężczyzn. Twierdzę, że to absolutna nieprawda i wątpię by ktokolwiek znający
      tamtejsze realia wystarczająco dobrze (a więc nie dzięki krótkim pobytom) się
      ze mną nie zgodził.
      Pozdr. B.
      • nadszyszkownik.kilkujadek Zaproponuj sposób pomiaru 'sfeminizowania'... 26.10.03, 03:13
        ...bo na razie żaden nie działa. Trzeba dobrać taki, żeby wynikło, że w Polsce
        jest źle, bo wszyscy wiedzą, że jest - i już.


        > Znacznie istotniejsze jest jak sądzę to, że różnice w średnich zarobkach k.
        i
        > m. są w krajach UE średnio mniejsze niż w Polsce - i to faktycznie w jakiś
        > sposób pokazuje że zachodnie Europejki "mają lepiej".
        Z ciekawości - masz pod ręką jakieś dane powrównawcze? Bo kiedyś takie dane tu
        dyskutowaliśmy i - pamięć może mnie zawodzi, ale... - Polska nie odbiegała
        znacząco od innych krajów europejskich.

        > Druga sprawa to epatowanie czytelnika danymi mówiącymi o tym, że kobiety w
        > UE "częściej gotują". Na miłość boską, a cóż to znowu za "współczynnik
        > feminizacji" i o czym niby to "częstsze gotowanie" ma świadczyć?? Czy jeśli
        ja
        > gotuję a mój mąż przycina żywopłot to znaczy, że w naszej rodzinie nie ma
        > równouprawnienia oraz że ja jako kobieta "mam gorzej"??
        Wchodzisz w szczegóły techniczne. Swoją drogą, cieszy mnie, że masz własny
        żywopłot do przycinania - to naprawdę miłe. Owszem, gdy już wszyscy będą mogli
        na jednej szali położyć żywopłot (lub zamiatanie w garażu), a na drugiej
        przygotowanie obiadu - wówczas Polska będzie tą stroną płota, po
        której 'kobietom jest lepiej'.

        > Moim zdaniem faktycznie jest tak, że w
        > Polsce częściej niż na tzw Zachodzie kobiety świadczą więcej na rzecz domu -
        i
        > to nawet ograniczając się do sytuacji w których oboje małżonkowie pracują
        także
        > poza domem.
        Być może masz rację. Na jakiej podstawie tak twierdzisz?

        (-) Kilkujadek

        -
        Wiecie co... ja chyba jednak każę Wami nakarmić ptaszyska.
        • Gość: barbinator zaproponowałam, przeczytaj jeszcze raz IP: *.katowice.cvx.ppp.tpnet.pl 26.10.03, 13:02
          Dziwi mnie ironia przebijająca przez twój post. Kompletnie nie rozumiem jej
          przyczyn. Jeśli naprawdę uważasz, że wskaźnik ilości kobiet pracujących poza
          domem w sensowny sposób określa to które kobiety "mają lepiej" to zamiast
          ironizować trzeba było wyjaśnić skąd ta (dla mnie szokująca) opinia. Dokładnie
          tak samo jest z ilością kobiet zajmujących się gotowaniem - jeśli uważasz, że
          fakt iż zachodnie Europejki częściej od Polek gotują świadczy o tym, że "mają
          gorzej" to przekonaj mnie do swojej opinii zamiast cieszyć się z mojego
          żywopłotu (nb. dziękuję, mam nawet kilka żywopłotów i wszystkie bardzo lubię).
          Moim zdaniem "wskaźnik zatrudnienia" i "wskaźnik gotowania" nie mają żadnego
          związku z feminizacją rozumianą jako ocena jakości życia kobiet w stosunku do
          jakości życia mężczyzn w tym samym kraju. Uważasz inaczej? Szczerze mówiąc
          trochę mnie to dziwi, ale tym bardziej chętnie wysłucham twoich argumentów. A
          może wcale nie uważasz inaczej? To dosyć prawdopodobne, tylko w takim razie o
          co masz do mnie pretensję?
          Póki co moje wrażenie po przeczytaniu twojego postu jest raczej przykre -
          wychodzi na to, że ty po prostu WIESZ NA PEWNO, że Polki mają lepiej i żadne
          argumenty nie są ci potrzebne. A ja nie wiem i dlatego chciałam porozmawiać.
          Pozdr. B.
          • nadszyszkownik.kilkujadek Jako doświadczone medium... 26.10.03, 18:25
            ...zgadzam się z duchem Twojego postu. Poprzedniego. Duch ów mówi mi (o ile go
            dobrze rozumiem - w końcu to Twój duch, znasz go lepiej), że tak
            naprawdę 'lepiej' i 'gorzej' są odczuciami subiektywnymi i to, czy ktoś uważa,
            że się w życiu 'realizuje' w niewielkim stopniu zależy od tego, co konkretnie
            robi.
            'Ludyczno-ironiczny' charakter mojego postu wynika przede wszystkim z tego, że
            w takim właśnie jestem nastroju - a nie z kilkujadkowej zjadliwości. Zresztą -
            naprawdę szczerze cieszę się, że masz żywopłot który lubisz. Jak mawiają
            anglosasi - I am so happy for you. Szczerze!

            Nie jestem w stanie w żaden sposób określić, czy Polki mają lepiej niż Szwedki
            albo Japonki. Za mało znam Szwedek i Japonek. Rzecz trochę w tym, że jako
            miarę równouprawnienia bardzo często stosuje się 'procentowy udział' w tym lub
            w tamtym. Wśród studentów, naukowców, managementu, polityków itp. Na podstawie
            tych wskaźników chętnie stawia się tezy, które poprzeć mają propozycje
            wprowadzania rónouprawnienia. A tu się okazuje, że w Polsce te wskaźniki
            wskazują to samo, co w innych krajach - mimo, że działań 'równouprawniających'
            jest mniej. No i tu kłopot (wiem, że nie Twój), bo uzasadnienie trzeba
            znaleźć. To znaczy - tak naprawdę nie trzeba, bo uzasadnienie brzmi: trzeba,
            bo takie są wymagania Unii.

            > Moim zdaniem "wskaźnik zatrudnienia" i "wskaźnik gotowania" nie mają żadnego
            > związku z feminizacją rozumianą jako ocena jakości życia kobiet w stosunku
            do
            > jakości życia mężczyzn w tym samym kraju. Uważasz inaczej?

            Nie, nie uważam inaczej. Ale powiedz mi w takim razie, na jakiej podstawie
            twierdzisz, że w Polsce kobietom jest gorzej 'w porównianiu'? Naprawdę
            odniosłem wrażenie, że szukasz argumentu na 'jest gorzej, bo...'. Ja zaś
            uważam, że jest z grubsza podobnie. I że podstawową różnicą między Polską a
            innym krajem kręgu zachodniego, który znam dość dobrze jest to, że w Polsce
            jest biednej. To znaczy - w kontekście feminizmu - bo gdy mowa o generaliach,
            dorzuciłbym kilka rzeczy.

            (-) Kilkujadek

            -
            Wiecie co... ja chyba jednak każę Wami nakarmić ptaszyska.
            • malvvina Re: Jako doświadczone medium... 26.10.03, 23:29
              uzasadnienie : wymogi unii swoje a historia pl swoje - socjalizm mon cher nam
              to zrobil
              (nawet jak ci sie nie podoba ta traktorzystka - trudno)
              mam dobra pamiec
            • Gość: barbinator Re: Jako doświadczone medium... IP: *.katowice.cvx.ppp.tpnet.pl 27.10.03, 09:55
              Mojemu duchowi wydaje się, że właściwie odczytałeś jego intencje.
              Ja dodałabym jeszcze parę uwag.
              Oczywiście, każdy ma prawo do własnych odczuć w kwestii tego gdzie "kobietom
              jest lepiej". Problem w tym, że są to odczucia subiektywne i nie można
              oczekiwać aby ktokolwiek przyjmował je jako fakt obiektywny. Tak więc jakaś
              próba opisania sytuacji kobiet za pomocą statystyki jest konieczna. Należy
              jednak wybrać takie wskaźniki które faktycznie opisują postępy "feminizacji" a
              przede wszystkim zdefiniować co to jest ta "feminizacja". Bo inaczej to zawsze
              będzie tak, że jedna strona mówi o równym wkładzie małżonków w prace na rzecz
              domu a druga dowcipkuje o kobietach na traktorach i zamiast dyskusji mamy
              bełkot.
              Druga sprawa: to błąd traktować UE jako monolit i na tej podstawie wyciągać
              jakieś uogólnione wnioski - tak jak to zrobił np Tad. Są zbyt duże różnice
              kulturowe między np Portugalią a Szwecją by można było wyciągać z nich jakąś
              średnią (np średnią czasu spędzonego w kuchni), porównywać to ze średnią w
              Polsce po czym beztrosko stwierdzać, że mamy oto dowód na to, że feminizm nic
              kobietom nie dał. Tej refleksji zabrakło także w twojej wypowiedzi, choćby w
              tym fragmencie:

              "A tu się okazuje, że w Polsce te wskaźniki
              > wskazują to samo, co w innych krajach - mimo, że
              działań 'równouprawniających'
              > jest mniej. No i tu kłopot (wiem, że nie Twój), bo uzasadnienie trzeba
              > znaleźć. "

              Otóż żadnego kłopotu nie ma. Wystarczy przyjrzeć się sytuacji w poszczególnych
              krajach oddzielnie zamiast bawić ię w uogólnienia. W krajach skandynawskich
              ruch feministyczny tradycyjnie jest silny i opiniotwórczy i tak się składa, że
              właśnie w tych krajach różne "wskaźniki feminizacji" (abstrahując od doboru
              tych wskaźników!) dobrze przekraczają średnią unijną oraz polską - dotyczy to
              zarówno różnic w zarobkach jak i czasu pracy domowej, zaangażowania w politykę
              czy ilości kobiet profesorów i naukowców.
              Pozdr. B|.
      • Gość: BD garść faktów... IP: 195.136.36.* 27.10.03, 10:12
        Witam,

        Gość portalu: barbinator napisał(a):

        > Znacznie istotniejsze jest jak sądzę to, że różnice w średnich zarobkach k. i
        > m. są w krajach UE średnio mniejsze niż w Polsce - i to faktycznie w jakiś
        > sposób pokazuje że zachodnie Europejki "mają lepiej".

        No więc właśnie nie do końca. Gender gap (filtrowana różnica w płacach) to w
        Polsce bodaj 16%. A oto dane dla EU i paru innych rozwiniętych krajów:

        www.oecdobserver.org/images//802.photo.jpg

        Jak widać, są to dane OECD. Wyniki są dość szokujące. Szowinistyczno -
        machistowskie Portugalia czy Hiszpania mają mniejsze różnice w płacach niż
        Szwecja czy Finlandia. Polska na tle ogółu wypada całkiem OK. Ciekawa jest
        linia regresji - otóż widać następującą zależność statystyczną: im większy
        odsetek pracujących kobiet tym średnio większe różnice w płacach. Ciekawe jak
        feministki zinterpretują oba te dość niewygodne fakty.

        pozdrawiam,

        BD
        • Gość: barbinator garść innych faktów... IP: *.katowice.cvx.ppp.tpnet.pl 27.10.03, 13:45
          Gość portalu: BD napisał(a):

          > Jak widać, są to dane OECD. Wyniki są dość szokujące. Szowinistyczno -
          > machistowskie Portugalia czy Hiszpania mają mniejsze różnice w płacach niż
          > Szwecja czy Finlandia. Polska na tle ogółu wypada całkiem OK. Ciekawa jest
          > linia regresji - otóż widać następującą zależność statystyczną: im większy
          > odsetek pracujących kobiet tym średnio większe różnice w płacach. Ciekawe jak
          > feministki zinterpretują oba te dość niewygodne fakty.
          >


          Albo ja (podobnie jak BD) źle odczytuję ten wykres, albo to jakaś pomyłka.
          Z wykresu wynika bowiem, że Portugalia ma niezwykle mały gender gap, w
          okolicach 5%, a tylko trochę wyższy Włochy, Hiszania i Belgia.
          Jakoś nigdzie indziej się z takim szokującym wskaźnikiem nie spotkałam.
          Ja mam następujące dane (chodzi o określenie jaki procent średnich zarobków
          mężczyzn stanowią w danym kraju średnie zarobki kobiet - to inny sposób
          przedstawienia sprawy niż w wykresie BD, ale nie w tym problem):

          Austria 67%
          Belgium 79.4%
          Denmark 82%
          Finland 82%
          France 88.2%.
          Ireland 84.5%
          Italy 81.7%
          Netherlands 77%
          Norway 86%
          Portugal 76.5%
          Spain 76.9%
          Sweden 82%
          UK 80.6%

          (www.likestilling.no/genderpaygap/statistics/statistics_paygapdevelopment
          s.html)
          Jak widać z tych liczb najmniejszy gender gap mają Norwegia, Francja,
          Irlandia, Finlandia, Dania, Szwecja natomiast największy Austria, Hiszpania,
          Portugalia i Holandia.
          Różne można by z tego wysnuwać wnioski, ale na pewno nie takie jak to zrobił
          BD. Z całą pewnością różnice w zarobkach k. i m. są mniejsze
          w "feministycznych" krajach skandynawskich niż na katolicko-patriarchalnym
          południu Europy.
          Dodam może, że pomiary gender gap spotyka się na wielu różnych stronach
          sieciowych, ale czegoś tak kuriozalnego jak w wykresie BD jeszcze nigdy nie
          widziałam - to coś w rodzaju stwierdzenia, że najwięcej księży katolickich
          mieszka w Norwegii a najwięcej białych niedźwiedzi w Polsce...
          Pozdr. B.

          ps
          Zapomniałam o ważnej sprawie. Niektórzy nierzetelni dyskutanci z uporem
          prezentują w tym samym tekście dane statystyczne dokonane według różnych
          metodologii i próbują porównywać rzeczy których porównać się nie da i NIE
          WOLNO!!. Średnia zarobków w danym kraju może być mierzona z uwzględnieniem
          różnych czynników, zwłaszcza sektorowości i stanowiska lub bez uwzględnienia
          tych czynników. Jeśli chodzi o Polskę to pomiar uzyskany tą drugą metodą
          wskazuje na 30 procentowy gender gap (takie dane podaje m.in.ostatni rocznik
          statystyczny). Liczby podawane przeze mnie a także przez BD w odniesieniu do
          krajów europejskich dotyczą właśnie takich danych. Natomiast to radosne 16%
          które przedstawił BD to już wynik uzyskany z uwzględnieniem czynnika
          sektorowości. Żeby unaocznić jak duże są tutaj różnice i jak dalece może to
          wprowadzać w błąd podam iż np w Norwegii odpowiednie liczby wynoszą: 14%
          (metoda nr1) i 5% (metoda nr2)



          • Gość: BD Re: garść innych faktów... IP: 195.136.36.* 27.10.03, 14:46
            Witam,

            Gość portalu: barbinator napisał(a):

            > Ja mam następujące dane (chodzi o określenie jaki procent średnich zarobków
            > mężczyzn stanowią w danym kraju średnie zarobki kobiet - to inny sposób
            > przedstawienia sprawy niż w wykresie BD, ale nie w tym problem):

            To nie jest to samo, różnice w płacach na Twoim wykresie zdają się być
            nieskorygowane o czas pracy, więc niższa płaca kobiet bierze się z tego, że
            pracują one mniej (np. na niepełne etaty). Mój wykres przedstawiał dane
            przeliczone na godzinę pracy. Co ciekawe - można znaleźć jakieś dane mniej
            więcej wspólne dla obu wykresów i nie ma sprzeczności (zob. np. Irlandia).

            > Dodam może, że pomiary gender gap spotyka się na wielu różnych stronach
            > sieciowych, ale czegoś tak kuriozalnego jak w wykresie BD jeszcze nigdy nie
            > widziałam - to coś w rodzaju stwierdzenia, że najwięcej księży katolickich
            > mieszka w Norwegii a najwięcej białych niedźwiedzi w Polsce...

            Moje dane są świeżymi (2002) danymi OECD (trudno o lepsze, nieprawdaż). Jak
            rzeczywistość nie zgadza się z Twoimi wyborażeniami, to tym gorzej dla
            rzeczywistości? Przecież nawet w danych, które przytoczyłaś, mniejszą różnice w
            płacach K i M od Skandynawii ma tradycyjnie katolicka Irlandia.

            Są to faktycznie dane nie uwzględniające sektorowości (teraz sprawdziłem) więc
            należy je porównać z wyższą, ok 20%, różnicą płac w Polsce. Błąd wynika z tego,
            że prawdziwy "gender gap" to właśnie powinna być odfiltrowana różnica -
            obrazuje ona tylko wpływ "gender" a nie innych zmiennych (przynajmniej tak mnie
            uczono odnośnie tego wskaźnika). Więc ani moje, ani tym bardziej Twoje dane to
            nie jest prawdziwy "gender gap".

            > tych czynników. Jeśli chodzi o Polskę to pomiar uzyskany tą drugą metodą
            > wskazuje na 30 procentowy gender gap (takie dane podaje m.in.ostatni rocznik
            > statystyczny).

            Coś takiego, a mój rocznik statystyczny (co prawda z 2001) podaje 1592/1991 =
            czyli 80% (tabl. 6 str. 167). Różnica 20% to nieco bliżej do moich (przyznam -
            błędnych, ale nie celowo) 16% niż do Twoich 30%. No chyba, że przez ostatnie
            lata tak wiele się zmieniło :)

            Nota bene: ciekawe, że czepiasz się zestawiania danych mierzonych różnymi
            metodami, bo norweska strona na którą się powołujesz właśnie dokładnie coś
            takiego robi...

            pozdrawiam,

            BD
            • Gość: barbinator Re: garść innych faktów... IP: *.katowice.cvx.ppp.tpnet.pl 27.10.03, 18:33
              Gość portalu: BD napisał(a):

              >
              > To nie jest to samo, różnice w płacach na Twoim wykresie zdają się być
              > nieskorygowane o czas pracy, więc niższa płaca kobiet bierze się z tego, że
              > pracują one mniej (np. na niepełne etaty). Mój wykres przedstawiał dane
              > przeliczone na godzinę pracy. Co ciekawe - można znaleźć jakieś dane mniej
              > więcej wspólne dla obu wykresów i nie ma sprzeczności (zob. np. Irlandia).


              No, nie wiem... Na jakiej właściwie podstawie twierdzisz, że "moje" dane są
              nieskorygowane (być może to prawda, ale skąd to wiesz)? Przecież w tej
              konkretnej tabeli nie ma ani słowa na ten temat? Natomiast w dużo bardziej
              szczegółowych wykazach które można znaleźć na tej samej stronie jest coś
              takiego jak "Table 5. Gender wage gap. Average hourly wage differences in per
              cent of average male wage rate. Private and public sector, 1980-2000"
              I w tejże tabeli mamy następujące dane:

              Year /All /Full-timers/ Adjusted gender wage gap
              --------------------------------------------------
              2000 /13 /12 /8

              Powiedz mi czy dane skorygowane o których wspomniałeś to właśnie te "Adjusted
              gender wage gap" w tabeli określającej "Average hourly wage differences "?
              Jeśli tak, to moje dane faktycznie są "nieskorygowane" - jednak "twoje" są
              jeszcze bardziej poplątane gdyż wskaźniki dla Portugalii czy Hiszpanii są z
              jakiś powodów "adjusted" natomiast dla np. Szwecji czy Danii, nie wiedzieć
              czemu "nie-adjusted" (zakładam bowiem, że sytuacja w Norwegii jest na tyle
              podobna do Szwecji czy Danii, że różnice między danymi skorygowanymi i
              nieskorygowanymi też będą podobne - niestety nie mam szczegółowych danych ze
              wszystkich krajów)



              > Moje dane są świeżymi (2002) danymi OECD (trudno o lepsze, nieprawdaż). Jak
              > rzeczywistość nie zgadza się z Twoimi wyborażeniami, to tym gorzej dla
              > rzeczywistości? Przecież nawet w danych, które przytoczyłaś, mniejszą różnice
              w
              > płacach K i M od Skandynawii ma tradycyjnie katolicka Irlandia.


              ...z wyjątkiem Norwegii a poza tym te różnice są akurat bardzo niewielkie.
              Przypominam też, że to nie ja skusiłam się na robienie efektownych porównań w
              rodzaju "kraje patriarchalne lepiej traktują kobiety" lecz ty. Jak się wysuwa
              tak radykalną i kontrowersyjną tezę, to wypadałoby ją lepiej udokumentować.
              >

              >
              > Coś takiego, a mój rocznik statystyczny (co prawda z 2001) podaje 1592/1991 =
              > czyli 80% (tabl. 6 str. 167). Różnica 20% to nieco bliżej do moich (przyznam -
              > błędnych, ale nie celowo) 16% niż do Twoich 30%. No chyba, że przez ostatnie
              > lata tak wiele się zmieniło :)



              Z największą przyjemnością odsyłam cię tutaj do Tada, który właśnie taką liczbę
              podał na swoim pamiętnym wątku o "czynniku C". Sama nie jestem szczęśliwą
              posiadaczką rocznika statystycznego, więc nie będę polemizować - chętnie też
              uaktualnię swoje dane: a więc 20%, ok zapamiętałam.


              >
              > Nota bene: ciekawe, że czepiasz się zestawiania danych mierzonych różnymi
              > metodami, bo norweska strona na którą się powołujesz właśnie dokładnie coś
              > takiego robi...


              Tak? Mnie się wydawało że wszystkie dane z tej tabeli są nieskorygowane o sam
              wiesz co oraz uwzględniają sektorowość - na czym więc polega ich niesolidność?
              Tak dla jasności: nie czuję się uczuciowo związana z żadnymi podawanymi tutaj
              obliczeniami ani nie zamierzam bronić do krwi ostatniej ich prawdziwości.
              Po prostu próbuję dojść prawdy.
              Naprawdę chętnie bym wreszcie poczytała jakieś dane statystyczne które pokazują
              cokolwiek w sposób faktycznie obiektywny, bez mieszania i plątania. Czy wy
              naukowcy nie moglibyście w końcu posprzątać na własnym podwórku?
              Pozdr. B.

              PS
              Własnie znalazłam coś co jest chyba skorygowane o wszelkie możliwe
              współczynniki, dokładnie o takie: "Adjusted wage gaps are estimated by year and
              country in a regression model of log net hourly earnings(after tax),controlling
              for completed secondary education, completed tertiary education, experience,
              experience square, part-time and an interaction term between part-time and
              gender" Czy może być coś jeszcze obiektywniejszego?
              Do tego jest dołączony wykres pokazujący gender gap od ok. 8 do ok. 21%
              Kolejność krajów jest następująca:
              Dania (8%)
              ?
              Włochy
              Holandia
              Norwegia
              ?
              Wlk. Brytania
              Grecja
              Irlandia
              Francja
              Austria
              Finlandia
              ?
              Portugalia
              Niemcy (21%)

              Pytajnikami zaznaczyłam kraje których nazw nie mogę odczytać (wykres jest
              niewyraźny)Całość tutaj:
              www.likestilling.no/genderpaygap/EuroDimFinal.pdf
              Co sądzisz o tych danych? Mam wrażenie, że one wszystkich powinny zadowolić
              gdyż kraje "sfeminizowane" i "patriarchalne" są tutaj w cudowny sposób
              wymieszane i chyba trudno byłoby na ich podstawie snuć jakiekolwiek dramatyczne
              opowieści z serii feminizm kontra patriarchat...:))




              >
              > pozdrawiam,
              >
              > BD
              • Gość: BD Re: garść innych faktów... IP: 195.136.36.* 28.10.03, 09:11
                Witam,

                Sprawa jest skomplikowana i jak sama przyznasz "dane są wymieszane". Jest to
                jednak argument na niekorzyść femnistek, bo pokazuje bardzo małą skuteczność
                polityki feministycznej. Jak to jest, że pomimo wieloletnich wysiłków,
                parytetów itd. różnice między krajami skandynawskimi a szowinistyczno-
                patriarchalno-katolickimi nie są duże, a niektóre z drugiej grupy wypadają
                lepiej niż te z pierwszej? Ergo, feminizm wydaje się marnotrawieniem ludzkich
                zasobów politycznych i ekonomicznych.

                Wrócę jeszcze do moich danych - negatywnej korelacji między miesięcznymi
                zarobkami, a odsetkiem pracujących kobiet. Te dane są dość sensowne. Wyobraźmy
                sobie, że praca kobiet jest faktycznie, średnio "mniej wartościowa". Istnieje
                też oczywiście zróżnicowanie zdolności w tej grupie. Jeśli jakaś subpopulacja
                wchodzi na rynek pracy, wówczas najpierw wejdą zdolniejsze osobniki, potem
                średnie itp. I wówczas otrzymamy efekt, że wraz ze wzrostem liczby kobiet na
                rynku pracy gender gap rośnie.

                Podaję to też dlatego, żeby pokazać, że Twoje "oczywiste" wnioski nie muszą być
                oczywiste. I o ile zgodzę się, że z "feminizacji" państwa wyniknie większy
                odsetek pracujących kobiet, o tyle nie jest wcale oczywiste, że z "feminizacji"
                wynikają mniejsze różnice w płacach.

                pozdrawiam,

                BD
                • Gość: barbinator Re: garść innych faktów... IP: *.katowice.cvx.ppp.tpnet.pl 28.10.03, 13:02
                  Gość portalu: BD napisał(a):

                  > Witam,
                  >
                  > Sprawa jest skomplikowana i jak sama przyznasz "dane są wymieszane". Jest to
                  > jednak argument na niekorzyść femnistek, bo pokazuje bardzo małą skuteczność
                  > polityki feministycznej.


                  O jezuuuu BD, nie załamuj mnie! To, że na rozmaitych stronach ekonomicznych,
                  gospodarczych czy społecznych panuje bałagan i nieodpowiedzialnie porównuje się
                  na nich dane uzyskane różnymi metodami (czyli apples to oranges jak to ktoś
                  zauważył) to ma być argument na niekorzyść feministek??
                  Jakbym Leppera słyszała z jego "Balcerowicz musi odejść"


                  Jak to jest, że pomimo wieloletnich wysiłków,
                  > parytetów itd. różnice między krajami skandynawskimi a szowinistyczno-
                  > patriarchalno-katolickimi nie są duże,


                  A skąd właściwie wiesz, że nie sa duże skoro nie ma na ten temat
                  porządnych "niewymieszanych" danych - co sam przyznałeś? A w ogóle co to za
                  dziwczne określenie "szowinistyczno-patriarchalno-katolickie" - widzę, że
                  twardo obstajesz przy jakiś sztucznych podziałach. Może w takim razie podasz
                  jakim kryterium się kierujesz?



                  a niektóre z drugiej grupy wypadają
                  > lepiej niż te z pierwszej?


                  Raz wypadają lepiej a raz gorzej. Portugalia która zdaje się uważasz za jeden z
                  dwóch krajów szowinistyczno-cośtamcośtam w jedej tabeli jest super z 5% gender
                  gap a w drugiej (a ponoć obie są skorygowane..;) jest już na przedostatnim
                  miejscu z gg ok. 20%. A Portugalia to aż 50% twojego błyskotliwego "dowodu" -
                  Portugalia plus Hiszpania to 100%... A z tą Hiszpanią, to też różnie jest w
                  różnych statystykach. Natomiast kraje skandynawskie właściwie zawsze, we
                  wszystkich dostępnych danych wyglądają nieźle. Gdybym koniecznie chciała walić
                  taką demagogią jak ty to z pewnością moje "argumenty" byłyby silniejsze.
                  Tylko że mnie, przeciwnie niż ciebie, interesuje poznanie prawdy i od demagogii
                  trzymam się z dala.



                  Ergo, feminizm wydaje się marnotrawieniem ludzkich
                  > zasobów politycznych i ekonomicznych.


                  Nie dysponujesz danymi które mogłyby udowodnić takie twierdzenie. To czysta
                  demagogia wynikająca ze zwykłego uporu. Jestem zdegustowana.
                  Jednak sama postawa jest interesująca. Uważasz, że jeśli jakiś sposób
                  postępowania jest nieskuteczny tzn nie powoduje zamierzonych skutków to należy
                  z niego zrezygnować, czyż nie? Cieszy mnie to bardzo. Niedługo zamierzam
                  otworzyć wątek którego motto będzie stanowił fragment z tekstu na który sam
                  niedawno się powoływałeś, brzmi on mniej więcej tak: w USA, kraju w którym od
                  30 lat aborcja jest w pełni legalna notuje się systematyczny spadek liczby tych
                  zabiegów. Natomiast nie istnieją żadne dowody potwierdzające iż ustawowy zakaz
                  aborcji prowadzi do spadku ilości zabiegów (nielegalnych). Tak więc skoro
                  feminizm jest be gdyż jest (ponoć, bo udowodnić tego nie potrafisz!)
                  nieskuteczny, to zakaz aborcji tym bardziej jest be - bo z pewnością jest
                  nieskuteczny.



                  >
                  > Wrócę jeszcze do moich danych - negatywnej korelacji między miesięcznymi
                  > zarobkami, a odsetkiem pracujących kobiet. Te dane są dość sensowne.


                  Pod warunkiem, że twoje dane są sensowne a coś mi na to nie wygląda. Wygląda na
                  to, że twoje dane dla jednych krajów są skorygowane (Portugalia) a dla drugich
                  nie (Szwecja) - jeśli nie mam racji to wyjaśnij mi zagadkę wędrującej pozycji
                  Portugalii i innych krajów w dwóch skorygowanych wykresach. Z czegoś takiego
                  nie daje się wysnuwać żadnych sensownych wniosków. Niby dlaczego właśnie filtr
                  który zastosowano w "twoim" wykresie miałby być tym najlepszym - bo tobie
                  najlepiej pasuje do wymyślonej ad hoc teorii??


                  Wyobraźmy
                  > sobie, że praca kobiet jest faktycznie, średnio "mniej wartościowa". Istnieje
                  > też oczywiście zróżnicowanie zdolności w tej grupie. Jeśli jakaś subpopulacja
                  > wchodzi na rynek pracy, wówczas najpierw wejdą zdolniejsze osobniki, potem
                  > średnie itp. I wówczas otrzymamy efekt, że wraz ze wzrostem liczby kobiet na
                  > rynku pracy gender gap rośnie.



                  Czegoś tak naciąganego dawno już nie słyszałam. Czy to ma oznaczać, że 100 lat
                  temu gender gap był mniejszy niż obecnie gdyż na rynku pracy była tylko
                  niewielka ilość najzdolniejszych kobiet? Poczytaj sobie biografię Curie-
                  Skłodowskiej...
                  (a potem niektórzy dziwią się, że ludzie nie mają zaufania do naukowców...;)


                  >
                  > Podaję to też dlatego, żeby pokazać, że Twoje "oczywiste" wnioski nie muszą
                  być
                  > oczywiste.


                  A jakie to niby są te moje "oczywiste" wnioski? Przeciez to ty ciągle coś
                  próbujesz dedukować na podstawie niepewnych, a może tendencyjnie dobranych
                  danych a nie ja! Jedyny wniosek jaki ja mam jest taki, że nikomu jeszcze nie
                  udało się znaleźć danych ukazujących prawdziwy i niezafałszowany obraz różnic
                  płacowych między k. i m.


                  I o ile zgodzę się, że z "feminizacji" państwa wyniknie większy
                  > odsetek pracujących kobiet, o tyle nie jest wcale oczywiste, że
                  z "feminizacji"
                  > wynikają mniejsze różnice w płacach.


                  Jak mozna w ogóle mówić o czymś czego się wcześniej nie zdefiniowało? A może ty
                  mi powiesz co to jest ta sławna "feminizacja"? Bo z całą pewnością nie jest to
                  odsetek kobiet pracujących zarobkowo.
                  Pozdr. B.


                  • Gość: BD Re: garść innych faktów... IP: 195.136.36.* 28.10.03, 13:55
                    Witam,

                    Gość portalu: barbinator napisał(a):

                    > A skąd właściwie wiesz, że nie sa duże skoro nie ma na ten temat
                    > porządnych "niewymieszanych" danych - co sam przyznałeś?

                    Są różne dane. Nie są one doskonałe, ale nie oznacza to, że są bezwartościowe.
                    Masz jakieś zupełnie niezrozumiałe dla mnie "binarne" podejście do
                    rzeczywistości, które dzieli dostępne informacje na idealnie pewnie i
                    bezwartościowe, tak jakby nie było nic pomiędzy. Statystyka jest np. tymczasem
                    dziedziną zajmującą się tylko tymi "pomiędzy".

                    > gap a w drugiej (a ponoć obie są skorygowane..;) jest już na przedostatnim
                    > miejscu z gg ok. 20%. A Portugalia to aż 50% twojego błyskotliwego

                    O czym Ty piszesz? Nawet w ostatnich danych, które podałaś takie np. Włochy
                    wyprzedzają Norwegię i Finlandię.

                    > różnych statystykach. Natomiast kraje skandynawskie właściwie zawsze, we
                    > wszystkich dostępnych danych wyglądają nieźle

                    W żadnym wypadku, wystarczy _po prostu_ spojrzeć na liczby. Wypadają co
                    najwyżej przeciętnie (np. w moich danych, ale w Twoich też).

                    > > Ergo, feminizm wydaje się marnotrawieniem ludzkich
                    > > zasobów politycznych i ekonomicznych.

                    > Nie dysponujesz danymi które mogłyby udowodnić takie twierdzenie. To czysta
                    > demagogia wynikająca ze zwykłego uporu.

                    Chyba Ci nerwy puszczają. Po pierwsze - to nie ja prowadzę określoną politykę i
                    nie na mnie spoczywa dowód, że jest ona nieskuteczna. Wykarz mi za pomocą
                    statystycznie istotnego wksaźnika (np. korelacji rang), że feminizm jest
                    skuteczny. Że sumarycznie kraje prowadzące feministyczną politykę faktycznie
                    poprawiają sytuację kobiet w stosunku do podobnie zamożnych krajów, ale o innym
                    profilu ideologicznym.

                    > Natomiast nie istnieją żadne dowody potwierdzające iż ustawowy zakaz
                    > aborcji prowadzi do spadku ilości zabiegów (nielegalnych).

                    Wybacz, ale się ośmieszasz przeprowadzając takie porównanie. Równie dobrze
                    mogłabys pisać o zmianach liczby mieszkańców Marsa. Poczytaj na czym polega
                    _dowodzenie_ w naukach społecznych i statystyce (to wcale nie jest oczywiste),
                    to potem pogadamy.

                    Życzliwie podpowiem: liczba nielegalnych aborcji, jakby nie była mierzona, ma
                    tak duży "random noise", że nie jesteś w stanie wiarygodnie określić trendu.
                    Natomiast zagregowane dane o płacach są łatwo dostępne i to co do złotówki,
                    choćby dzięki pomiarowi dynamiki funduszu płac (na nim bazują np. wskaźniki
                    indeksacji emerytur w ZUS).

                    > Tak więc skoro feminizm jest be gdyż jest (ponoć, bo udowodnić tego nie
                    > potrafisz!) nieskuteczny, to zakaz aborcji tym bardziej jest be - bo z
                    > pewnością jest nieskuteczny.

                    To nie ja wierzę w krasnoludki i nie na mnie spoczywa dowód, że "ich nie ma".

                    > Czegoś tak naciąganego dawno już nie słyszałam. Czy to ma oznaczać, że 100
                    > lat temu gender gap był mniejszy niż obecnie gdyż na rynku pracy była tylko
                    > niewielka ilość najzdolniejszych kobiet?

                    Ciekawe, bo ja tylko sparafrazowałem argumentacje expertów z OECD. A to buraki
                    niezmiemskie, napisz do nich koniecznie by się poprawili:

                    www.oecdobserver.org/news/fullstory.php/aid/776/Lower-paid_women_.html

                    > Jedyny wniosek jaki ja mam jest taki, że nikomu jeszcze nie udało się znaleźć
                    > danych ukazujących prawdziwy i niezafałszowany obraz różnic płacowych między
                    > k. i m.

                    Co to oznacza? Że nie możemy na ten temat nic sensownego powiedzieć? Że np.
                    jest równie prawdopodobne, że kobiety zarabiają w państwie X średnio 80% tego
                    co mężczyźni jak i to, że zarabiają 120% tego co mężczyźni? Naprawdę poraża
                    mnie Twoja logika.

                    > A może ty mi powiesz co to jest ta sławna "feminizacja"? Bo z całą pewnością
                    > nie jest to odsetek kobiet pracujących zarobkowo.

                    Feminizacją nazywa się zwykle zaagnażowane kobiet w danym sektorze, np. zawód
                    nauczyciela jest sfeminizowany. Ja go używałem w "" bo wywodziłem od feminizmu -
                    feminizacja miała dotyczyć siły wpływów feminizmu w danym państwie. I
                    twierdzę, że siła wpływów feminizmu może przekładać się na większe różnicę w
                    płacach M i K.

                    pozdrawiam,

                    BD
                    • Gość: barbinator trójmecz patriarchalni kontra feministyczni... IP: *.katowice.cvx.ppp.tpnet.pl 28.10.03, 19:47
                      Podsumujmy.
                      Najpierw ty podałeś dane z których wynika iż w krajach umownie mówiąc
                      patriarchalnych sytuacja płacowa kobiet w aspekcie gender jest lepsza niż w
                      krajach "sfeminizowanych". Poprowadziłes dalej ten ciąg myślowy twierdząc, że
                      własnie dowiodłeś iż feminizm nic kobietom nie daje a więc jest niepotrzebny.
                      Zostawmy na boku to, że wysuwanie tak daleko idących faktów wyłącznie na
                      podstawie rzekomo niekorzystnych relacji płacowych jest nonsensowne - to
                      przecież tylko jeden obszar działania feminizmu, dlaczego nie chcesz porównać
                      np ilości kobiet w polityce czy na wysokich stanowiskach w biznesie, np
                      Norwegia i Szwecja kontra Portugalia i Hiszpania?
                      Zostańmy jednak przy płacach.
                      Potem ja przedstawiłam dane z których wynikało coś wręcz przeciwnego niż z
                      twoich czyli znacznie mniejszy gender gap w krajach umownie feministycznych niż
                      w umownie patriarchalnych.
                      Wtedy raptem okazało się, że moje dane były nieskorygowane o czynnik czasu
                      pracy.
                      OK, postarałam się i znalazłam inne - tym razem skorygowane o tenże czynnik
                      plus jeszcze kilka innych. Z tych danych TAKŻE wynika, że twoja teza o
                      generalnie mniejszym gg w krajach "patriarchalnych" jest nieprawdziwa choć
                      próbujesz temu przeczyć nagle przypominając sobie, że Włochy (o których
                      wcześniej nie było ani mru mru) to też kraj katolicki a więc zapewne mało
                      feministyczny. Zmartwię cię BD - feminizm we Włoszech ma się świetnie,
                      patriarchat mizernie a z tym katolicyzmem to też nie jest tak jak pewno byś
                      chciał.
                      W międzyczasie zdążyłeś mnie jeszcze zarzucić komplementami na temat mojej
                      logiki, binarnego myślenia i wiary w krasnoludki a także wyraziłeś przekonanie
                      iż się ośmieszam (nb czy zdajesz sobie sprawę, że tekst o "ośmieszaniu się"
                      stosujesz tak często że aż staje się to zastanawiające - każdy dyskutant,
                      oczywiście z opcjii feministycznej, usłyszał to od ciebie co najmniej kilka
                      razy. Nie wierzysz to poczytaj swoje posty)
                      Proponuję rozstrzygnąć sprawę raz na zawsze - metodą stosowana w zawodach
                      sportowych.
                      Wysyłam to w oddzielnym poście, bo obawiam się że utnie.
                      Na razie pozdrawiam i nie martw się o mnie, naprawdę nie czuję się ośmieszona.
                      Jest mi raczej wesoło...
                      B.
                      • Gość: barbinator ...podajemy wyniki!! IP: *.katowice.cvx.ppp.tpnet.pl 28.10.03, 19:54
                        Mamy trzy tabele(wykresy) w których stosując różnie przefiltrowane dane
                        pogrupowano kraje w zależności od wielkości różnic w zarobkach k. i m.
                        Za pierwsze miejsce dajemy 13 pkt - za trzynaste 1 pkt (mamy 13 "zawodników",
                        wywaliłam kraje pozaeuropejskie i te które występują tylko w jednej z naszych
                        trzech tabel z danymi) W twoim wykresie nie było też niezbędnej do tych
                        obliczeń Norwegii - przyznałam jej w tej części autorytarnie średnią dla Danii
                        i Szwecji, może być?
                        Teraz zdecydujmy jakie kraje będziemy porównywać.
                        Z "feministycznymi" sprawa jest prosta - Dania, Szwecja, Norwegia to standard.
                        Gorzej z "patriarchalnymi". Hiszpania i Portugalia na pewno, sam je podałeś,
                        ale kto trzeci? Włochy odpadają ze względu na wcale nie słabszy niż np w Danii
                        ruch feministyczny. Katolicką i patriarchalną Austrię ci daruję, bo na pewno
                        byś powiedział, że złośliwie podsuwam ci do drużyny ofermę klasową... No dobra,
                        będę wspaniałomyślna - bierz sobie Irlandię...
                        No to teraz wyniki:

                        Dania 34 pkt
                        Norwegia 32 pkt
                        Szwecja 28 pkt

                        ...długo, długo nic...

                        Irlandia 22 pkt
                        Hiszpania 21 pkt
                        Portugalia 17 pkt

                        Oznajmiam, że mecz patriarchalni kontra feministyczni został rozstrzygnięty na
                        korzyść feministycznych wynikiem 94 : 60 (gdyby to była koszykówka to czy wiesz
                        co by to znaczyło w kwestii klasy takich drużyn..?)
                        Podsumowując: własnie wykazałam, że feminizm jest niezwykle skuteczny jako
                        środek służący do zmniejszania różnic płacowych między kobietami i mężczyznami.
                        (...miejsce na oklaski)
                        A teraz puenta - czy chcesz znać moje prywatne zdanie?
                        Uważam, że takie "dowodzenie" to kompletna bzdura. Niestety - jak ktoś wali
                        mnie po oczach demagogią, to muszę robić to samo albo dać sobie spokój. Ja
                        właśnie postanowiłam dać sobie spokój, ale najpierw jednak poślę ten post - jak
                        w przyszłości ktoś znowu zacznie bajdurzyć o nieskuteczności feminizmu, to będę
                        tylko wklejała wyniki powyższego meczu. Innym też to doradzam - wszelkie prawa
                        niezastrzeżone :))
                        Pozdr. B.
                        • Gość: BD całkiem nieźle, tyle że... IP: 195.136.36.* 29.10.03, 10:54
                          Witam,

                          Gość portalu: barbinator napisał(a):

                          > Podsumowując: własnie wykazałam, że feminizm jest niezwykle skuteczny jako
                          > środek służący do zmniejszania różnic płacowych między kobietami i
                          > mężczyznami. (...miejsce na oklaski) A teraz puenta - czy chcesz znać moje
                          > prywatne zdanie? Uważam, że takie "dowodzenie" to kompletna bzdura.

                          Ja uważam, że nie. Tzn. nie koniecznie "takie", ale... Intuicja była bardzo
                          dobra, tylko wykonanie beznadziejne. To co zrobiłaś, jest parodią najbardziej
                          zaawansowanej techniką analizy statystycznej, polegającej na próbie scalenia
                          wyników różnych badań, uzyskanych różnymi metodami w jeden syntetyczny
                          wskaźnik. Nazywa się to fachowo metaanaliza. Robi się ją tylko na najlepszych
                          narzędziach obróbki danych, jak np. SAS.

                          Inna rzecz, że to jak to robiłaś, to coś w rodzaju poety zgadującego jak ma
                          wyglądać wynik całkowania. No i tyle. Podstaw zamiast Danii Finlandię, zamiast
                          Portugalii Włochy (które są bardzo patriarchalne, cokolwiek byś nie mówiła) i
                          jak się wyniki zaburzą...

                          Nie bedę wchodził w szczegóły, ale zwrócę Ci uwagę jedną rzecz. Zarzucałaś mi
                          wyżej "strasznie naciąganie" gdy pisałem o tym, że wchodzienie kobiet na rynek
                          pracy powiększa gender gap. Pokazałem, że podobnie twierdzą experci z OECD -
                          bez komentarza. Żeby było jeszcze śmieszniej - gdybyś rozumiała raport, który
                          przytaczasz (np. model regresji) to znalazłabyś to samo w opracowaniu
                          norweskim: "We find that increasing the share of females in the labour force by
                          10 per centage points, is associated with an increase of the adjusted gender
                          wage gapby 2.2 per centage points."

                          Ciekawe też czemu autorzy tak dużego raportu nie chcieli włączyć do modelu
                          regresji wyjaśniającego 'gender gap' jakiś zmiennych związanych z aktywnością
                          feministek - może uznali, że nie ma to sensu (że są one nieistotne!).

                          Myślę, że to dostatecznie pokazują moją i Twoją różnice w podejści do danych
                          ilościowych :-)

                          pozdrawiam,

                          BD
                        • Gość: BD i jeszcze cosik znalazłem IP: 195.136.36.* 29.10.03, 11:20
                          Witam,

                          jeśli chodzi o 'gender gap', Skandynawię i wpływ feminizmu to to znalazłem
                          tekst:

                          "Equal Pay of Equal Work, Evidence from Sweden adn Comparisom with Norway and
                          U.S." autor Meyersson- Milgrom, Petersen, Snartland, który pojawia się chyba w
                          najstarszmy skandynawskim naukowym piśmie ekoonmicznym: Scandinavian Journal of
                          Economics (nr 103(4) z 2001 roku).

                          Tekst jest copyright i niestety nie jest publicznie dostępny na WWW (ja
                          korzystam z baz o specjalnym dostępie), więc parę cytatów:

                          "Segregation of men and women by occupation accounts for more gender gap in
                          Sweden than in the other two countries".

                          a w summary:

                          "...institutional changes in Sweden aimed at improving the status of working
                          women had little discernible effect on the wage gap. Little changes in the gap
                          occured following the passage of Equal Pay Act in 1979".

                          "The similarities in the within-occupation gender gap between Norway and Sweden
                          on the one hand and the U.S. on the other are somewhat suprising..."

                          Generalnie tekst jest bardzo ciekawy, bo widać, że autorzy czują się trochę
                          niekomfortowo z otrzymanymi wynikami. Ponieważ skorygowany o sektor gender gap
                          okazuje się bardzo mały, szukają dyskryminacji gdzie indziej - np. w
                          niesprawiedliwiej alokacji równie wartościowych zasobów ludzkich. W Warszawie
                          służe papierową kopią tekstu.

                          pozdrawiam,

                          BD
                          • Gość: barbinator Re: i jeszcze cosik znalazłem IP: *.katowice.cvx.ppp.tpnet.pl 29.10.03, 15:40
                            Faktycznie, tekst może być ciekawy.
                            Zaryzykuję pewne wnioski na podstawie tych kilku fragmentów - być może będą to
                            wnioski nieuprawnione bo raczej tylko domyślam niż wiem się o co w tym tekście
                            chodzi , sam będziesz to musiał ocenić.
                            Otóż w Polsce zazwyczaj traktuje się Norwegię i Szwecję jako monolit, a to
                            nieprawda. Co prawda w obu tych krajach są silne tradycje socjaldemokratyczne i
                            feministyczne a ich gospodarki można określić jako socliberalne, to jednak
                            Norwegia jest dużo bardziej "lib" niż "soc" natomiast Szwecja odwrotnie. Lepsze
                            wyniki gospodarcze Norwegii tłumaczy się zazwyczaj zyskami z ropy, co nie jest
                            do końca prawdziwe. Podobnie jest z tamtejszymi feministkami: norweskie należą
                            raczej do nurtu feminizmu liberalnego, natomiast szwedzkie są bliższe modelowi
                            radykalno-marksistowskiemu. Powoduje to zresztą liczne tarcia między
                            skandynawskimi siostrzyczkami, np Norweżki całkiem otwarcie wyśmiewają
                            szwedzkie pomysły na parytety w zarządach firm wskazując na fakt iż w Norwegii
                            mimo braku parytetów i tak jest ok. trzykrotnie więcej kobiet na wysokich
                            stanowiskach w biznesie. Żeby było śmieszniej dodam, że niedawny pomysł
                            wprowadzenia parytetów w zarządach został zgłoszony przez partię prawicową zaś
                            norweskie feministki (nie wszystkie) są wobec niego sceptyczne...
                            Teraz moje wnioski: jest sporo faktów świadczących o tym, że feminizm
                            inspirowany socjalizmem jest nieskuteczny. Sama już też o tym pisałam w
                            odniesieniu do udziału kobiet w polityce - parytety same w sobie nie sprawią,
                            że kobiety zaczną się bardziej interesować polityką.
                            Jednak to wcale jeszcze nie oznacza, że feminizm rozumiany całościowo jest
                            nieskuteczny - dowodzi tego przykład Norwegii a także USA które chyba trudno
                            byłoby nazwać krajem o słabym ruchu feministycznym... Jednak tamtejsze
                            feministki przeszły długą drogę od marksizmu do... no może nie aż liberalizmu,
                            ale socliberalizmu z silnym akcentem na "lib".
                            Po prostu są różne sposoby na "feminizację" - jeśli ktoś uważa, że feminizm to
                            tylko parytety i system represyjno-nakazowy to nigdy feminizmu nie zrozumie i
                            zawsze będzie się dziwił dlaczego np w Norwegii antyfeministów jakoś się nie
                            spotyka...
                            A może oni po prostu lepiej niż Polacy rozumieją o co chodzi w feminizmie...?
                            Pozdr. B.
    • Gość: iza Re: W Unii kobietom wcale nie jest lepiej IP: *.mad.east.verizon.net 26.10.03, 15:23
      Wiem jak jest w Szwajcarii i US (bo tam mieszkam)
      Ogolnie w SZwajcarii nie mogla bym mieszkac. Zonie mojego kuzyna,
      potencjalny pracodawca powiedzial przez telefon ze "kobiet nie przymuja"
      Wszystkie listy oficjalne przychodza do mojego kuzyna, jego zona jest
      kompletnie pomijana. Natomiast reklamy dotyczace pralek, zmywarek przychodza na
      nia.
      W USA jest fajnie, dyskryminacja jest bardzo minimalna, ludzie nie kieruja sie
      steorotypami, liczy sie jednostka i jej ambicje. Zadko sie zdarza zeby kobiety
      nie pracowaly.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka