Prawie 5 lat temu , w wieku 31 lat urodzilam dziecko. Wkrotce potem
okazalo się, ze mam zianicę zlosliwą. Chemia od 5 tygodnia po
porodzie. Od tego momentu mam klopoty z miesiaczką. W międzyczasie
okazalo sie, ze moje tarczyca nieprawidlowo pracuje (niedoczynnosc
spowodowana radioterapią). Hormny tarczycy mam już dobrze ustawione.
Z miesiączką bywalo roznie, mialam pol rok regularnie, następne pol
roku nie mialam. I roznie też się czulam(glownie napady gorąca,
nerwowo - drażliwa bylam często rowniez wczesniej... więc nie wiem,
czy to sie liczy...

)). Od jakiegos gina uslyszalam, ze jak w miarę
normalnie funkcjonję, to nie ma co fundowac sobie hormonow... Gdzis
w miedzyczasie badalam prolaktynę, zawsze byla w normie. Teraz, na
namową endokrynologa postanowilam wziąść sie za siebie, bo
miesiączki nie mam od marca, pocę się okrutnie, placzliwa też bywam
i do tego zmeczona, w dodatku za diabla nie mogę schudnąć. Endo
kazala zrobic FSH i LH. Wynik: FSH 80,2 (postmenopauza 25,8-135); LH
37,55 (7,7-58,5). Podejrzewam, ze dostanę jakies hormony. I ... boję
się ich. Słusznie? W zwiazku w moją chorobą, pytalam onkolga, ktory
przeciwskazan nie widzi. Co sądzicie na temat tych wynikow?