bkco
31.08.07, 13:02
Hej. Zdecydowałem się napisać ten post, ponieważ wiem, że ludzie przed operacją często są
niedoinformowani bądź boją się spytać lekarza o przebieg i rekonwalescencję. Sam przed
zabiegiem znalazłem tylko 1 opis splenektomii z autopsji. To trochę mało i w dużej mierze
opis ciut przesadzony, więc zamierzam podzielić się swoją historią operacji.
No i sorry za błędy składniowe, gramatyczne i interpunkcyjne:)
Krótkie to nie jest:) i ze szczegółami:)
Wiadomo, na początek trzeba streścić historię choroby. Choroby dość niezwykłej i rzadkiej.
Zaczęło to się w roku 2006, w październiku. Miałem wtedy 18 lat, złożony wniosek o dowód
osobisty i maturę za 9 miesięcy. Wtedy przyszła choroba. Gorączka i nic więcej. Objawy
podobne jak w chorobie 3 lata wcześniej(zaczęło się to w czerwcu a skończyło pod koniec
lipca. Gorączka i nic więcej. Po 2 tyg. pobycie w szpitalu w Gdyni przepisano mnie do
Akademii w Gdańsku na Oddział Chemioterapii. Wykryto tam tylko zmiany w śledzionie na USG.
Choroba ustąpiła. Po roku przyszła podobna gorączka, ale dostałem antybiotyk doksycyklinę i
mi przeszło). Lekarz 1-go kontaktu - badanka krwi. Jakaś
monocytoza i wysokie OB(~40). Wymusiłem doksycyklinę. Pani doktor przepisała, ale nie
pomogło. Później USG. Obraz gorszy niż w badaniach poprzednich - więcej
obszarów o słabym echu, takie czarne plamy ok. 1,5 cm na szarym tle. Ponoć jakieś nacieki
bakteryjne z komórek. Szpital Miejski w Gdyni. Seria badań wszelkich: TK, USG, echo(+
przezprzełykowe), wniosek - podejrzenie ziarnicy złośliwej. Nie przejąłem się, wiedziałem,
że to się leczy. Skierowanie na splenektomię do Szpitala w Redłowie. Ale ja chciałem się
leczyć, nie operować. Więc moja mama zainterweniowała u lekarza rodzinnego, a ten u
dyrektora gdańskiego NFZ. Skutek - przyjęcie do Akademii Medycznej w Gdańsku na Oddział
Chemioterapii Dziecięcej(miejsce, gdzie leżałem 3 lata wcześniej) z tytułu kontynuacji
leczenia. A tam znowu - badania krwi, USG, TK, scyntygrafia śledziony i wątroby itd.
Zdecydowano się pobrać dużego węzła z okolicy żołądka pod znieczuleniem ogólnym. Zgodziłem
się, podpisałem co trzeba. Musiałem również zrobić wszystkie 8 chorych zębów. Prywatnie, za
kwotę ok. 600 zł, w dwie sesje nałożyli mi plomby.
Wieczorem przed operacją miły pan doktor dał mi tabletkę na sen. Spałem całą noc. Obudziłem
się lekko stremowany. Oczywiście musiałem być na czczo. Dostałem coś do wypicia, nie wiem
co, ale kilka minut później było mi wszystko obojętne:). Rozwiązywałem krzyżówki(fajne
uczucie - głowa ci opada, ręka nie słucha i nie rozumiesz najprostszych pytań typu „papuga
na 3 litery, z czego 1 to 'A'”). Przyszły panie pielęgniarki, kazały położyć się na
jeżdżącym łóżku i rozebrać pod kołdrą. Zawiozły mnie na chirurgię ogólną AMG prosto pod blok
operacyjny. Ja oczywiście z tego wszystkiego nabijałem się ostro:D, przejeżdżając obok
gapiących się na ciebie ludzi. Na blok zawiozła mnie jakaś zamaskowana pani. Wjechałem na
salę, która wyglądała na nową, a cała była niebieska. Kazali mi się przerzucić na stół
operacyjny. Zrobiłem to nad wyraz ochoczo nie zwracając uwagi na odsłonięte przyrodzenie:)
Mi na prawdę wszystko było obojętne w tej chwili. Przyszła miła pani anestezjolog. Lewą rękę
przesunęli w kierunku ściany, podstawiono pod nią jakiś stolik i wbito w moją zimną dłoń
wenflon. Trochę bolało. Podłączono pulsometr i na całej sali rozległ się pulsujący dźwięk
mojego szybkiego serca. Pani doktor kazała się uspokoić, ale ja nic na to. Oznajmiła mi że
teraz będą wtłaczane środki znieczulające i usypiające. Nałożono mi jakąś maskę na twarz i
powiedziano, że zaraz będę spał. Rzeczywiście, zachciało mi się ogromnie spać. No i w końcu
zasnąłem. Aha, miałem sen. Śniła mi się operacja. Nie wiem, czy moja czy kogo. W końcu budzę
się. Słyszę jakieś stłumione dźwięki, nie rozumiem, co się dzieje. Ktoś mi każe oddychać
głęboko. Biorę powietrze do płuc , zgodnie z nakazem, aż tu nagle poczułem wielką słabość i
ogromny ból mięśni brzucha. Takie ogromne zakwasy. Oddychałem płytko, bo inaczej się nie
dało. Chciałem spać. A ta mi tu mówi "Głęboki wdech robimy..." no to robię, trochę wbrew
umysłowi. A tu kolejna niemiła niespodzianka. Wyjmuje mi jakąś rurę z gardła! Dławię się, kaszlę, czuję niepokój ból, ale zaraz spokój, mogę oddychać i wreszcie zrozumiałem, czemu coś czułem w
gardle('głaskanie' krtani). Wyjeżdżam z sali operacyjnej. Każą mi się przerzucić na drugie łózko. Myślę sobie: jak to? Brzuch naparza mnie jak nigdy, spać mi się chce, a tu się muszę przerzucać? Resztką sił i woli i z pomocą pielęgniarzy jakoś mi się udało. Później obudziła mnie pani chirurg na sali pooperacyjnej. Coś mi powiedziała, że śledziona jest duża, że węzła wycięto i wysłano na
badania. Nieważne, chce mi się spać. Budzę się znowu, widzę brata. 'Fajnie' - myślę sobie. Później widzę mamę. Wszyscy w zielonych fartuchach. Extra. Idę spać. Budzę się w nocy, chcę
mi się sikać. Ruszać się nie mogę, sił nie mam. Patrzę: widzę butelkę przystosowaną do
moczu. Macham ręką, a raczej przedramieniem, coby pielęgniarka mnie zauważyła. Przyszła,
podała, kazała obsłużyć się samemu. Co za męka: podsadzić się do tyłu 20 cm, rozchylić
kołdrę, zobaczyć plaster na brzuchu i się załatwić. Ale ulga! Wydaliłem chyba pół litra. A
ten brzuch dalej swoje: ostre zakwasy i jeszcze lepsze zmęczenie. Śpię dalej. Budzę się
znowu. Mam gorączkę, czuję to. Znów macham do pani pielęgniarki. Przychodzi, rozumie, że
boli mnie brzuch i aplikuje zastrzyk w prawe ramię. Ważne, że pomogło. Rozglądam się po
sali, widzę po lewej stronie jakiegoś pana z rurkami i plastrami. Nad głową widzę monitor z
wykresem przypominającym etap górski z wyścigu kolarskiego: wzrastające pagórki.
Zrozumiałem, że to temperatura i to w dodatku moja. Śpię dalej. Godzina 5. Budzą nas
wszystkich panie pielęgniarki. Dostaliśmy termometry pod pachę. Później miski z wodą z
mydłem. Kazały się umyć. Musieliśmy się podsadzić, aby usiąść. Oczywiście używając mięśni
brzucha. Ogromne zakwasy i ból, tego nie trzeba powtarzać. Znów z pomocą dałem radę. Myję
się, ledwo utrzymując pionową pozycję. Idę spać. Budzę się z rana, w międzyczasie kilkoma mrugnięciami oczu radośnie witając obchód.
Pielęgniarka każe się ubrać, bo wracam na Chemioterapię. Nie dowierzam. Znów mam użyć
rozciętych mięśni brzucha. Ekwilibrystycznie za pomocą drabinki udaje mi się usiąść na
łóżku. Bluzka jak bluzka, ale spodnie i skarpetki to dopiero wyzwanie .Nie mówiąc już o
butach, ale je założyła mi mama. Miałem zjeść kleik, ale jakoś nie miałem ochoty. Przyjechał
po mnie pan pielęgniarz z wózkiem i pojechałem na oddział. Wskoczyłem:) na łóżko i spałem
dalej.
Za 24 godziny byłem bardziej przytomny. Musiałem opracować technikę wstawania z
łózka. Za pomocą drabinki było za ciężko dla mnie, więc obracałem się na prawy bok,
chwytałem się poręczy i bokiem pionizowałem się(byle nie nadwrężać brzucha). Później już z górki: wskoczyć na kapcie, wstać, złapać równowagę i iść do toalety. Najgorsza była 2 noc po operacji. Dostawałem antybiotyk Klacid dożylnie. Okropnie bolała mnie ręka w którą Klacid wtłaczano(taki efekt uboczny). Wiłem się z bólu. Musiałem tak leżeć i czekać, aż skapie do końca. Nie wytrzymałem. Zadzwoniłem po pielęgniarkę. Przepłukała mi wenflon, ale dalej to samo. A nawet jeszcze gorzej, bo alarm się zaciął i brzęczał w mojej sali aż do rana... Do dziś nie mogę uwierzyć, że mogłem wtedy spać w takim hałasie. Szczęście, że byłem sam w sali. A spałem tylko w pozycji otwartej. Na bok nie mogłem się przewrócić przez 4 dni. Ale jak już się
przewróciłem, to poczułem, jaki to luksus móc spać na boku. Przespałem wtedy całą noc.
Następne dni minęły na wracaniu do ruchliwości i normalnego jedzenia. Zajęło mi to z 1,5
tygodnia. Nie ma to jak garść cukierków i paluszki na noc:).
Po tygodniu leżenia na chemioterapii wróciłem do chałupy. Miałem już zaklepany ter