moskito79
30.03.08, 19:07
witajcie
podobnie jak wy męczyłam się z tym okrutnym paskudctwem. wychodziłam
z siebie żeby się tylko pozbyć plam na twarzy. oczywiście zaczęłam
od dermatologów, wszystkich najlepszych w mieście. wydałam tylko nie
potrzebnie pieniądze. mama, która ma łuszczycę ostrzegała mnie, że
pewnie będą mi wciskać sterydy. i tak się stało. co lekarz, to inny
steryd. oczywiście wyrzucałam recepty do kosza. jak patrzę co
sterydy zrobiły z moją mamą, to przenigdy nawet się do nich nie
zbliżę. jest takie powiedzenie: " ulubionym lekiem dermatolgów są
sterydy." Tak naprawdę,jesteśmy dla nich królikami doświadczalnymi,
nie znając podłoża choroby, trudno jest ją leczyć, więc wciskają nam
co popadnie, licząc, że może pomoże. Tyle, że nie pomaga.W mądrych
książkach wyczytałam, że sterydów pod żandym pozorem nie wolno
stosować na twarz. A co robią dermatolodzy? Wciskają nam swoje
ulubione maści typu Elocom. Przepraszam wszystkich za ten atak na
dermatologów, ale gdy sobie pomyślę, ile pieniędzy i zdrowia
kosztowały mnie wizyty w gabinetach to mnie krew zalewa.
postanowiłam rozejrzeć się sama za róznymi specyfikami. każdy z was
napewno robi tak samo, próbuje różnych wynalazków licząc, że pomogą.
ponieważ nie wychodziłam z domu (moja twarz wyglądała jakbym
godzinami stała na kuchni i smarzyła tony frytek), postanowiłam
pogrzebać w sieci. na róznych forach pełno było ciekowstek i
wypowiedzi dających nadzieję. Pewnie, rozumiecie o czym mówię.
siedząc i czytając jakims cudem natknęłam się na znany wam pewnie
Citrosept. podobno pomógł paru osobom - przynajmniej tak wynikało z
postów. pomyślałam, że nie mam nic do stracenia, najwyżej dołączę do
grona naiwniaków. Kupiłam więc małą buteleczkę (by nie dobić się
stratą pieniedzy w razie gdyby była lipa)i zaczęłam "kurację".
wierzcie lub nie, ale po trzech miesiącach codziennej walki udało mi
się pozbyć grzyba. dziś już nie pamiętam jak bardzo płakałam nad
twarzą, jak nienawidziłam swojego wyglądu i jak wyrzuciłam wszystkie
pudry, kosmetyki i inne upiększacze. bałam się, że nawet jak uda mi
się zaleczyć, to choroba powróci, w końcu jest przewlekła. Ale od
ponad trzech lat nie mam nawrotów. czasami jak zapomnę, po nocnym
pijaństwie zmyć makijarz, pojawi mi sie plamka koło noska, ale
szybko ją niszczę swoim specyfikiem. oczywiście Citrosept to nie cud
nad cudami. oprócz tego, że go piłam i smarowałam się nim
(oczywiście rozcieńczonym!!!), to zakupiłam sobie szampon ziaji
przeciwłupierzowy (moze być też nizoral, dla uważnych: wiem, wiem,
że zawiera steryd, ale na taką ilość nawet ja się mogę zgodzić),
krem lekko matujący do buzi, zeby ograniczyć sebum, i na wypadek
wszelki - Bioderma sensibio DS, i A- Derma Dermalibour, oba kremy
stosowałam na miejsca chore, skutecznie łagodziły czerwone plamki i
swędzenie. stosuję je czasem do dzisiaj - zapobiegawczo. i to
wszystko. napisałam, ponieważ przyszło mi do głowy, że komuś pomogę.
wiem, że citrosept uratował mi "życie", dosłownie. każdy, kto cierpi
na chorobę skóry twarzy wie co dzieje się z psychiką. nie jest
łatwo...w każdym razie może i wam pomoze, chyba, że jesteście
uczuleni na cytrusy. Jeśli nie, zastanówcie się, może warto. ja,
osobiście cieszę się, że wtedy spróbowałam. gdyby nie to pewnie do
dziś siedziałbym w domu i usiłowała nie patrzeć w lustro.