edward_plaskoglowy
18.09.08, 14:48
Trzy lata temu kupiłem nowy rower. Od początku czułem, że coś jest nie tak,
ale stało się - kasa wydana - nie przyznam się że to był błąd (ani przed sobą
ani przed nikim). A więc trzeba było jeździć. Od tamtego czasu zaczął boleć
mnie kręgosłup w odcinku lędźwiowym. Nie był to silny ból, raczej taki
dyskomfort, który utrzymywał się jeszcze długo po skończonej jeździe, a że
jeździlem prawie codziennie, więc czułem to niemal caly czas. Próbowalem
pokombinować z ustawieniem kierownicy i siodełka - z mizernym skutkiem.
Po pewnym czasie odkryłem, że jeżeli zrobię skłon do przodu (w odpowiedni,
trudny do opisania sposób - drobne niuanse miały znaczenie), to gdzieś tam z
tyłu "coś" się jakby przemieszcza (nawet słychać było), ból przechodzi i...
można jechać dalej.
Ale ostatnio i bez pomocy roweru to "coś" wraca tam gdzie było i ból powraca.
No więc wtedy ja powtarzam "terapię skłonową"... i tak na okrągło.
Byłem u lekarza, ale to jakaś farsa... chodzić mi kazała a nie jeździć.
Zlekceważyła mój problem... "Mięśnie się muszą wzmocnić". Ale ja wyraźnie
słyszę, że to kości strzelają (przy tych skłonach właśnie) a nie żadne mięśnie.
We wtorek idę jeszcze raz do lekarza.
Ktoś ma jakieś sugestie co to może być, jak z tym walczyć, co powiedzieć
lekarzowi jak znowu będzie chcial to zlekceważyć? Zaznaczam,że na tym felernym
rowerze już dawno nie jeżdzę (na innych jest ok), a mimo to boli.
Młody jeszcze jestem, chciałbym trochę pożyć w jako takiej kondycji.
Pomożecie?;]
pozdrawiam