Dodaj do ulubionych

Nasze zwierzaki

22.10.04, 20:08
Tu mozemy pogawedzic o naszych ulubiencach.Jak przytalo na prawdziwy dom mam
psa i kota.Rasy psa nie podam bo jest wyjatkowj rasy /kilka w Krakowie/.Ma
dlugi wlos i nalezy do sredniakow.
Mam tez kota,dachowca,ale nie polskiego.
A co u was na tym polu.
Obserwuj wątek
    • natla Re: Nasze zwierzaki 22.10.04, 20:19
      Uprzedziłaś mnie. Ale to nie szkodzi oczywiście, tylko ja tez chciałam o
      naszych stworzeniach porozmawiać.
      Od kołyski miałam zawsze psa. Zawsze to były kundle dłudowieczne (3), poza
      niestety ostatnim. Już nie chcę miec rasowego psa!!. Poza tym przewijały się
      przez nazs dom: koty (niestety moja alergia, wykorzystywana w ogólniaku smile, nie
      pozwala na te stworzonka), chomiki , świnki morskie, węże, papugi itd, a każde
      z nich to historia. cdn.
      • tesunia Re: Nasze zwierzaki 23.10.04, 08:09
        a ja tez mam psine,"pana dostojnego i naukochanszego rasowca,
        w Polsce musza chodzic takowe w kagancu,
        nasz lagodne jest,strasznie lubi dzieci,
        drugi z tej samej rasy.
      • gosciowa2 Re: Nasze zwierzaki 23.10.04, 16:24
        natla napisała:

        > Od kołyski miałam zawsze psa. Zawsze to były kundle dłudowieczne (3), poza
        > niestety ostatnim. Już nie chcę miec rasowego psa!!.

        Otóż to. U mnie częściej kundelki żywot pędziły, mówimy na nie "owczarek
        warmińsko-mazurski". Poprzedni pies to był chart afgański z rodowodem / dużo
        kłopotów/ale był kochany i cierpliwy, umarł na moich rękach, czekał aż przyjdę
        z pracy, żył 14 lat.
        Teraz mamy psiaka "miśka", małego wariata i kota "maurycego" który mnie nie
        lubi bo go ściskam.
        Kocham zwierzęta, te małe.Ostatnio "odszedł" chomik "tofik" ale najmłodsza już
        coś nawija o myszoskoczkach. Nawet nie wiem co to jest.
      • natla Re: Nasze zwierzaki 24.10.04, 20:12
        Rozdział I.
        Mój pierwszy pies przyniesiny został ze ... świniarni, gdzie jako szczeniak
        biegał sobię między wieprzowinką. Azor był najbardziej typowym z wygladu
        kundlem. Złocisto - rudawy, z preclem z tyłu tułowia, średniego warostu.
        Nauczony był chadzać sobie samotnie po mieście, a chęć na odseparowanie się od
        rodziny wyrażał 3 razy dziennie szczeknięciem pod drzwiami. Tak też wracał. Na
        tych eskapadach oczywiście spotykały go różne przypadki. Ale zaczęło się
        w domu. Jako kilkutygodniowy szczeniak przyssał się do kontaktu. Ojciec jakimś
        cudem go "odkopał" (chyba nawet bez cudzysłowu) i okazało się , ze pies nie
        żyje: szkliste oczy, brak tętna, zwiodczenie. W ciagu kilku minut dostał
        zastrzyk ( zdaje się adrenaliny) prosto w serce i ...dosłownie wrócił zza
        świtów. Następstw tego wypadku nie było.
        Nie raz wracał z rozdartym uchem, pogryziony, a po trzydniowych eskapadach
        szczęśliwy, choć w stanie opłakanym.
        Jak już był mężczyzną w sile wieku, pewnego dnia wieczorem przyszedł z okiem na
        wierzchu. To było straszne. ( Byłam juz na tyle dorosła, że bardzo to
        przeżyłam. ) Skończyło się w ciągu 2 h operacją na stole kuchennym. Operowało
        go aż 3 lekarzy, w stanie nieco wskazującym (właśnie odbywał się w domu brydż),
        wzroku nie dało się uratować, ale gałkę oczną umieszczono na miejscu, zaszyto
        i od tej pory nasz Azorek został piratem na kilka tygodni. Wyglądał
        przekomicznie.
        Przypuszczalismy, że jakieś ludzkie bydle musiało go po prostu rąbnąć w głowę.
        Nasz ukochany kundel miał też "poczucie humoru". Razu pewnego, godzine przed
        przyjściem gości, był łaskaw wskoczyć na stół kuchenny i zjeść 8 porcji
        przygotowanedo do pieczenia mięsiwa. Można sobie wyobrazić reakcję mojej Mamy.
        Aż dziw bierze , że przeżył.
        Do ludzi był nastawiony bardzo pozytywnie, jednak miał swoje dozgonne
        antypatie, co zdajesie zgadzało się z poglądami rodziców. Pewnego znajomego po
        prostu nie wpuszczał za próg domu, więc znajomość się szybko urwała, ku radości
        wszystkich. Na ulicy reagował na złych (jak to zostało ustalone) ludzi
        warczeniem. Czasem tym zachowaniem powodował b. wesołe sytuacje.
        Azorek żył 18 lat, a kiedy umarł, przeżlismy to niesamowicie. Oczywiście nie
        było owy o następnym psie. Ale ...
        • mira54 Re: Nasze zwierzaki 25.10.04, 10:04
          Witajcie! Ja też bardzo lubię zwierzątka. Kiedyś w dzieciństwie miałam pieska.
          Natomiast teraz mam kotka "Kubę". Cieszę się, że jest ze mną, bo gdyby nie on
          nie miałabym do kogo buzi otworzyć, a tak to mam w domu wolnego słuchacza. Jest
          wysportowany, wszystkie meble są jego. Mam go w domu od 7 lat. Jest to troszkę
          uciążliwe dla mojej rodziny, ponieważ kiedy mam wyjazd, musi ktoś przyjść do
          niego aby dać mu jeść i posprzątać kuwetę. Miło jest, kiedy Kuba wskakuje na
          kolana i mruczy. Jest straszny pieszczoch!
        • natla Re: Nasze zwierzaki _ rozdz. 2 25.10.04, 17:59
          Po długim okresie wakacyjnym zaczęło w domu czegoś brakować. Doszło do nas
          czego, w chwili przyniesienia przez daleką znajomą właśnie urodzonych szczeniąt.
          Było ich 5, 2 suczki i 3 chłopaków. Dostalismy szału. Uzgodnienie, którego
          bierzemy trwało całe popołudnie. Dziewczęta odpadały, bo pamietaliśmy
          o sąsiadach, którzy mieli suczkę, i o tych dziesiątkach kundli, którzy
          w czasie cieczki Neli chcieli ją koniecznie odwiedzić. Ponieważ Nela mieszkała
          vis a vis nas, więc było to bardzo uciązliwe.
          Wobec tego suczki odpadały w przedbiegu. No ale zostały jeszcze aż 3 psy.
          Właściwie były do siebie bardzo podobne, spokojne, rasy nieustalonej. Wzięliśmy
          w końcu tego, który zsiusiał się ojcu na podołek. Nie znaliśmy jego matki.
          Okazało się, że była to psica rasy (chyba prawie) ratler, ale chwalić partię
          popełniła mezalians. Na imie dla niego mieliśmy 1000 pomysłów. Został Paco.
          Imię sentymentalne, po ukochanej, przedwojennej przybłędzie Mamy, która np. w I
          dzień Świąt Bożego Narodzenia, wybrała się za nią również do kościoła,
          zmalazła, obwachawszy połowę parafian kościoła na rynku w Podgórzu w K - owie,
          czym wprawiła wszystkich w oburzenie, a Mamę "ubrała" w wypieki. W ogóle
          pomysłowa była. A nazywała się Paca.
          Tak więc nastała w naszym domu epoka Pacy. Był bardzo pojetnym psem. Po 2
          dniach juz wiedział, że siusiać może tylko poza domem i okazywał to piskliwym
          szczekaniem. Jego panią była Mama. Całe swoje życie przede wszystkim jej
          towarzyszył. Pamietam go stosunkowo mało, bo wszedł w moje życie w okresie
          studiów i pierwszych kroków zawodowych. Był przemiłym łagodnym psiakiem.
          Bralismy go oczywiście na wkacje, a poniewaz zawsze conajmnie miesiąc byliśmy w
          Tatrach, więc stał się po prostu znakomitym taternikiem. Niestety z czasem
          nabawił się choroby płuc, i kilka lat kaszląc i cięzko oddychając jeszce żył,
          ale się nie męczył. Po górach chodził prawie do końca, jednak często musiałam
          go wnosić lub znosić. Przyszedł jednak moment, kiedy już nie mógł samodzielnie
          chodzić, okropnie się roztył i widac było w oczach cierpienie. Ojciec
          postanowił go uśpić sam. Musiał mu dac aż 3 zastrzyki, bo psisko nie chciało
          odejść z naszego świata. Było to dla nigo (ojca) okrutne doświadczenie, długo
          nie mógł się z tego otrząsnąć. Paco był z nami 12 lat , a jego śmierć
          przezylismy również cięzko, jak śmierć Azora. I znowu nie było mowy o następcy,
          Nigdy wiecej.....Ale...
          • natla Re: Nasze zwierzaki _ rozdz. 3. 27.10.04, 22:32
            Właśnie zaczęłam pracować w mojej obecnej "siedzibie". Przyszłam po 3 latach
            kompletnego nieróbstwa na innej posadzie. Po prostu uciekłam. No i wpadłam. Nie
            pamiętam pierwszego roku pracy w szkole. Byłam w amoku. Po tamtym nieróbstwie ,
            tu szał.
            Pewnego jesiennego dnia skończyłam lekcje i wyszłam przed szkołę do mojego
            nowiutkiego "malucha", koło którego kręcił się brudny, zabiedzony pies.
            Pogłaskałam go, pogadałam do niego i popatrzyłam mu w oczy. Koniec. Już był mój.
            Władowałam tego burego brudasa do auta ( nie opierał się, był tylko troszkę
            spłoszony; chyba nie znał samochodu) i przywiozłam do domu.
            Oczywiście pierwsze co zrobiłam , to wykompałam go. Jak tylko go polałam wodą,
            to się przeraziłam. Cała rodzina się przeraziła. Tak był chudy. Po kąpieli
            nakarmiłam i choć był głodny nie rzucił się na jedzenie. Jak wysechł to
            zaniemówiliśmy. Był po prostu piękny. Rudo - brązowa, sredniej długości,
            błyszcząca sierść i przepiękny, puszysty ogon. A ta morda? Cudo. Jedynie ok.
            pół metra wysokośni brakowało mu do rasowego leonbergera.
            Ale rano pies koniecznie chciał po spacerze wyjść ze mną. Z ciężkim sercem
            przywiozłam go pod szkołe. Wyskoczył i znikł. No cóż - pomyślałam - poszedł do
            swojego domu; przynajmniej czysty. Był to dzień moich imienin. Po lekcjach
            wychodzę do samochodu, a tu spod niego wychodzi moje psisko. Wskoczył wesoło
            sam do środka, obszczekał mnie i dał siebie w imieninowym prezencie.
            Już nigdy nie uciekał, ani nie chciał się ode mnie uwolnić (no moze poza 3
            razami... ale to potem).
            To był mój pies.
            Natychmiast poszłam z nim do weterynarza na oględziny, zaszczepiłam
            i dowiedziałam się, że ma ok. 1,5 roku. Znów zaczęły się targi o imię .
            Pasowało do niego imię Markiz, ale orzeklismy, że zbyt pretensjonalne. Lord,
            zbyt oklepane itd. W końcu jak zawsze zwyciężyła moja Mama. Mieliśmy w domu
            pięknego psa o imieniu Kazan.
            Kazan nietylko był najpiekniejszym kundlem pod słońcem. Był wspaniałym, wiernym
            do bólu towarzyszem. Nie było w nim nic złośliwości, jednak ta chodząca na
            4 łapach łagodność potrafiła przestraszyć każdego , jeżeli wyczuł zagrożenie
            w stosunku do mnie, czy rodziny. Chyba uratował mi kiedyś życie lub conajmniej
            zdrowie, kiedy wracaliśmy po długim spacerze wieczorem. Było ciemno, pusto,
            dżdżysto i cicho. Nagle usłyszałam: "ty, lala daj forsę po dobroci, bo..." -
            reszty nie zdążył powiedzieć. Kazan wyrwał mi się w sekundzie, skoczył na
            delikwenta i przewrócił go. Jego towarzysz w następnej sekundzie uciekł.
            Pies zostawił leżącego , poleciał za tamtym, rozszarpał mu spodnie i prędziutko
            wrócił sprawdzić w jakim stanie jest pierwszy. Ten właśnie zaczął się podnosić
            i jak zobaczył swojego wracającego przesladowcę , dał nogę, w czym na
            kilkadziesiąt metrów pomógł mu Kazan. Cały ten epizod trwał kilka sekund,
            w czasie których ja zamieniłam się w żonę Lota, niezdolna do najmniejszego
            ruchu. Po kilku następnych sekundach mój ukochany pies wrócił, usiadł na
            przeciwko mnie merdając swoim cudownym ogonem i zajadle szczekając.
            Od tego dnia został bohaterem rodziny. Choc już nigdy nie miał możliwości ( na
            szczęście) ponownie udowodnic swojej waleczności, zawsze w jego towarzystwie
            czulismy się bezpiecznie.
            Jak wspomniałam, uciekł 3 razy, nie 4. Dwa razy na trzy dni wezwała go natura
            i podobnie jak Azor, wracał brudny, poturbowany, głodny, ale szczęśliwy.
            Kolejne 2 razy odezwała się w nim dusza myśliwego.
            Spędzaliśmy Świeta Wielkanocne w Krynicy. Któregoś dnia wybraliśmy się na Górę
            Parkową. W połowie drogi Kazan zobaczył sarnę i ...poszedł. Czekaliśmy,
            nawołując godzinę. Jednak nie wracał. Wleźliśmy już na górę, okropnie
            zmartwieni. Na szczycie opłakalismy psa, robiąc sobie wyrzuty, że nie szedł na
            smyczy. Po kilku godzinach doszlismy do miejsca , gdzie się nam urwał
            i dokładnie w tym miejscu nasz piesek leżał i czekał. Radość z obu stron była
            tak wielka, że nikomu nie przyszło do głowy go skrzyczeć, czy ukarać.
            Drugi raz poleciał za młodym dziczkiem, ale nawet nie zmartwilismy się. Jak
            wrócił po trzech kwadransach, zastał nas opalających sie spokojnie na
            pniaczkach w miejscu rozstania.
            Starzał się powoli i równomiernie. Najpierw przestał się oglądać za
            dziewczynami, potem powoli tracił węch , a z czasem słuch i na końcu wzrok .
            Jednak fizycznie był całe życie zwinny i silny.Jak miał 16 lat, o mało nie
            zginął w lesie, oddalając się od scieżki o 2 m. Ponieważ zmysły już mu mocno
            szwankowały , po prostu sie zagubił. I tylko dzięki szybkiemu zauważeniu jego
            nieobecności zdołałam go znależć. 5 min później czychałaby na niego śmierć.
            Moja Mama zawsze chciała mieć jamnika. Czesto o tym mówiła, więc kiedy
            nadarzyła mi się okazja, kupiłam szczeniaka ( na moje nieszczęście rasowego).
            Mielismy więc 2 psy.Rozrabiającego małolata i statecznego, starzejacego się
            Kazana. Ludzie na mnie napadli, że biorąc drugiego psa, Kazana skazuję na
            przedwczesną śmierć. A ja myślę, że właśnie dlatego dożył 20 lat. Jak w domu
            pojawił sie jamnik, Kazan natychmiast odmłodniał, ustawił jamnika,
            podporządkował go sobie i rządził nim.
            Przekomicznie wyglądali razem na spacerach. Wpadłam pewnego dnia na pomysł
            (mając już dość trzymania rąk "w szpagacie" - jeden z tyłu szedł statecznym
            krokiem, drugi ciągnął do przodu), zeby ich połączyć smyczami. Uchwyty smyczy
            zakładałam im nawzajem na szyje i puszczałam. Wygłądało tak jakby Kazan
            prowadził jamniola na spacer. Nawet ich sfilmowano. Rarytas. Jednak jak Kazan
            zaczął słabnąć, a jamnik dorastać, musiałam zrezygnować z tej metody
            spacerowania, bo dużo mniejszy, ale niespotykanie silny jamnik zaczął kręcić
            Kazanem, tak że ten się przewracał.
            Kazan umarł cichutko w domu,na moich rękach. Jeszcze dziś nie jestem w stanie
            opisać tego co się ze mną działo. sad(
            Został na moje nieszczęście jamnik. I....
                • kla-ra Re: Dlaczego nie piszecie... 08.11.04, 16:06
                  Wiesz,ze lubie Cie czytac.
                  Wczoraj mialam nie ciekawy dostep do internetu.Otwieral mi strony b.wolno
                  prawie 5 min. oczekiwania,bylam wsciekla.
                  Dzisiaj dzwonilam do firmy,przepraszali,mieli usterki.
                • lilimarlene1 Re:Natla,no i co z tym jamnikiem???cdn? 11.11.04, 20:21
                  W dzieciństwie i młodości nigdy nie miałam zwierzaków.
                  Pierwszego z nich-chomika syryjskiego zwanego Kubusiem rudego,o czarnych
                  oczkach jak perełki- kupił mi mąż.
                  Dziecko było zbyt małe,więc tylko ja się nim zajmowałam.
                  Kiedy mieliśmy wyjechać na urlop i nie mniał się nim kto zająć,mąż zaniósł go
                  do pracy,gdzie pracownicy obiecali sie nim opiekować.
                  Po powrocie z urlopu mijały dni,a Kubuś nie mógł być przyniesiony do domu bo
                  ciągle coś stawało na przeszkodzie.
                  Mąż w końcu przyznał sie,że chciał to ukryc i kupić podobnego,bo Kubuś nie żyje.
                  Któregoś dnia kiedy pracownicy zajrzeli do niego leżał zmumifikowany.
                  Czyli ta opieka bez wody i jedzenia-w upalne lato-nie była zbyt troskliwa.
                  Bolało mnie to bardzo.
                  Powiedziałam złośliwie,że mnie to nie dziwi bo tacy są właśnie katolicy-okrutni.
                  Osoby,które deklarowały opiekę były b.religijne.
                  Kubuś żył jednak ponad dwa lata,czyli dośc długo.

                  Póżniej długo były rybki.

                  Moja córka jednak zawsze chciała mieć kotka.
                  Reszta domowników nie wyrażała zgody.
                  Postanowiłam spełnić to życzenie kiedy skończyła studia.
                  Kolega z pracy zapytał-czy chcę kupić kotka.Przyniósł porto folio.
                  Kiedy córka pojechała po wybór kici,okazało się,że wybrała nie tego,którego
                  zamierzała po obejrzeniu zdjęć.
                  Wybrała tego,który ją wybrał.Tego,który pierwszy do niej podszedł,obwąchał jej
                  plecak,dał sie pogłaskac,chociaż jego mama ostro zareagowała.
                  Właścicielka kota-mamy,zanim ją wysterylizowała chciała jej dać szanse na
                  rodzicielstwo.
                  Piękny rudy pers,ale o bużce jak po zderzeniu ze ścianą,został pierwszy
                  raz"zeswatany"z tatusiem-persem szynszylowym,srebrnym,o niebieskich oczach.
                  Urodziła rude,martwe dzieci.
                  Smutne.
                  Następne"zeswatanie"zaowocowało narodzinami dwóch chłopców i dwóch dziewczynek.
                  Wszystkie dzieci zewnętrzną urodę oddziedziczyły po tatusiu.Właściciel tatusia,
                  wziął jednego chłopca.Jedną dzieczynkę też ktoś kupił.
                  Została nasza Lilimarlene vel Luśka i Maciuś jej ogromny brat o sierści
                  pokrytej złotą poświatą.
                  Nasza Lili jest srerno-biała,krótkonoga,długa(przegubowiec),b.puszysta o
                  pięknych bursztynowych oczach(po mamie)i ujmującym wyrazie pyszczka.
                  Te jej oczy przesądzają o braku rasowości,powinne być zielone lub niebieskie.
                  Kiedy kot znalazł sie w naszym domu okazało sie,że my sie go boimy.
                  Zupełnie nie wiedzieliśmy jak sie zachowywac.Zamykaliśmy sypialnię spryskując
                  uprzednio drzwi preparatami odstraszającymi.
                  Kotek drapał w drzwi i żałośnie płakał.On nie spał,my też.
                  W ogóle popełnialiśmy dużo błędów.Kot jednak wszystko przetrzymał.Zawsze był
                  b.czysty i zdyscyplinowany.Witał nas w drzwiach kiedy skąds wracaliśmy,łasił
                  sie,prosił o pieszczoty.
                  Tylko na ręce raczej go brac nie wolno-bo persy tego nie lubią.
                  Nasz kot upodobnił się do nas.Ma nasze charaktery jest indywidualistą.Nie lubi
                  hałasu,oznak motoryzacji jest lękliwy.Często zachowuje się jak pies myśliwski,
                  zwłaszcza w stosunku do owadów wlatujących z ogrodu.Kiedyś nosił spuchnięta
                  wargę po konsumcji trzmiela.
                  Kot jest równiez b.czułym opiekunem nas dorosłych.
                  Zachowuje się dość dziwnie w czasie naszej choroby.
                  Czasami mam wrażenie patrząc na jego samozaparcie w czasie czuwania,że to nie
                  kot.Pytam go nawet,który to jego żywot i kim był w poprzednim wcieleniu.Kiedy
                  wróciłam do domu po dwóch kolejnych operacjach,nie odstępował mnie na krok.
                  Był zaniepokojony kiedy ktoś podchodził do mojego łóżka. Teraz kiedy jestem po
                  zawale,kot cały czas jest obok mnie.Chodzi za mną krok w krok jak pies.Cały
                  czas mnie obserwuje.Kiedy wychodzę do drugiego pokoje on idzie za mną.Teraz
                  również leży obok klawiatury i poddaje się pieszczotom.
                  Odejdzie na chwilę kiedy córka wróci z pracy.Ale w nocy leży obok mnie.A rano
                  łapeczką delikatnie drapie mnie po twarzy miaucząc prosząco abym się obudziła.
                  Moja córka mówi,że nieprzeżyje chwili kiedy ten kot odejdzie.Już dzis się tego
                  boi.
                  A jestem szczęśliwa,że moja emerytura nie jest taka samotna,bo mam towarzysza i
                  dojrzewam do posiadania psa.Będę miała pretekst do wyjścia z domu i zawsze
                  chętne towarzystwo na spacer.Już obserwuję wszystkie pieski i mnie więcej wiem
                  jak ma wyglądac.Im więcej obserwuję ludzi tym bardziej pragnę towarzystwa
                  zwierząt.To chyba starość,a może dojrzałość?
                  • natla Re:Jamnik. 16.11.04, 14:07
                    Niby pies, a jednak...chyba uwierzę w diabły ukryte w zwierzętach.
                    Jak już pisałam "zakupiłam" go, aby mojej Mamie zrobić frajdę. Do wyboru miałam
                    3, jedną dziewczynkę (odpadła) i dwóch chłopaków, jednen był spokojny, drugi
                    zwariowany. Ja oczywiście wybrałam wariata, nie mając najmniejszego pojęcia co
                    to znaczy.
                    W całym mistycyzmie, jaki przypisuję mojemu aktualnemu psu, nie bez znaczenia
                    wydaje się jego pierwsza pani. Otóż była to (jest) bardzo z gruntu zła kobieta,
                    przepychajaca sie przez zycie po trupach, zwichrowana psychicznie przez różne
                    przejścia, które normalnego człowieka uczą pokory i nie zmieniaja psychiki. Mój
                    pies żył przy niej aż 3 tygodnie i sadzę, że wpłynęło to na jego i moje życie.
                    Śmieszne? Zrozumiecie to może pod koniec tej "nowelki".
                    Tak więc przybył do naszego domu jamnik, prześliczny, o nienagannej rasie, choć
                    bez papierów. Malutki przekochany rozrabiaka. Został nieco spacyfikowany
                    przez Kazana, natomiast do ludzi miał stosunek władczy. Od początku starał się
                    nas sobie podporządkować. Żałuję, ze wcześniej nie poczytałam literatury nt
                    jamników.
                    Był i jest do dzisiaj bardzo ciekawy świata. Nic nie ujdzie jego uwadze,
                    wszędzie musi wsadzić swój kichol: do siatki z zakupami, do nowej szafki,
                    obwąchać nowe rajstopy itd. Tą ciekawością świata od poczatku powodował straty.
                    Będąc półtoramiesięcznym szczeniakiem , widział jak ustawiałam nową, nieznaną
                    mu lampkę nocną. Tak się z nią długo zapoznawał, że w pewnym momencie w drugim
                    pokoju usłyszałam huk, przyleleciałam i zobaczyłam jak moje psisko siedzi i ze
                    zdumieniem w oczach patrzy na mnie. Żyje? Żyje, kamień z serca. Powodem huku
                    było przegryzienie kabla elektrycznego wspomnianej lampki. Przez jedyne pół
                    godziny swojego życia był spokojny. No i nauczył się, że kabel to beee.
                    Zapomniałam o imieniu, na które oczywiście wpadła moja Mama i które
                    zaaprobowaliśmy wszyscy natychmiast, obserwując go 1 dzień. Nazywa się Drab. To
                    imię w skrócie bdb go charakteryzuje. Cdn
                    • lilimarlene1 Re:Jamnik. 16.11.04, 14:30
                      wysłałam dwa posty i nie doszły...

                      Natlo,czekam na dalszy ciąg.
                      Wiem,że nie uporałaś się do końca z remontem ale jak będziesz miała chwilę
                      czasu to pisz.
                      Twoje pisanie jest bardzo plastyczne i żywe,dlatego świetnie się czyta.
                      • lilimarlene1 Re:Jamnik. 19.11.04, 15:58
                        ktoś,kiedyś powiedział,że psy dzielą się na jamniki i...inne rasy.
                        Każdy jamnik to indywidualista(przynajmniej te które znam).

                        Małe,odważne psy,którym się wydaje,że są silne.
                          • lilimarlene1 Re:Kotek i wet. 19.11.04, 19:03
                            Natlo!
                            teraz po remoncie będziesz miała więcej czasu na spacery z psiunią.

                            A u nas dzisiaj ciężkie przeżycia dla nas i kici.
                            Wyprawa do weta na szczepienia.
                            Kot wyczuwa co mu szykujemy.Nie chce wejść do pojemnika,ucieka,rozpłaszcza się
                            na dywanie,chowa.
                            Po kilku próbach i poronionych pomysłach jak by go zanieść,zadecydowałyśmy,żeby
                            założyć mu szelki ze smyczą i schowanego na piersi pod kurtką zanieść na
                            sąsiednią ulicę.
                            Zadanie trudne,bo deszcz ze śniegiem pada dziś poziomo.
                            Ale może się udać,jeśli kotek przerażony hałasem ulicy wcześniej nie oskalpuje
                            córki,na którą spada ten niewdzięczny obowiązek.

                    • natla Re:Jamnik. 20.11.04, 00:19
                      Spróbuję, choc padam.
                      Od pierwszego dnia walczyłam z nim w sprawie włażenia do pościeli na noc.
                      Chwała prtii, że ktoś mi powiedział, iż ludzie dzielą się na tych , którzy śpią
                      z jamniolami i na tych, którzy się do tego nie przyznają. Więc ( od "więc" nie
                      zaczyna się zdania) od pirwszego dnia walczyłam z tym cudownym , maciupeńkim
                      psiakiem (wielkości mojej pięści). Prawie nie spałam przez 3 miesiące, ale
                      udało mi się,. Do dziś nie próbuje nawet wleźć do pościeli. Oczywiście
                      wszystkie tapczany i fotele pozbawione pościeli są jego królestwem.
                      Drab zarezydował w naszym domu w maju. W lipcu wzięłam go w Tatry. Miał 3
                      miesiące. Chodził z nami wszędzie. Jest na pewno (tak myślę) jedynym jamnikiem,
                      który zdobył samodzielnie tym wieku większość szczytów tatrzańskich. Myślę, że
                      ta zaprawa w jego wczesnej młodości uchroniła go przed problemami z kręgosłupem.
                      W górach robił furorę. Pewnego dnia zdobywaliśmy szczyt po szycie w Tatrach
                      Zachodnich. Zbliżała się burza i było okrutnie parno. Wszyscy padaliśmy ze
                      zmęczenia i pragnienia. Drab padł ostatni. Byliśmy przerażeni. Ja byłam
                      przekonana, ze on umiera. Klęłam w duchu na własną głupotę. Jakis czas go
                      niosłam w plecaku, nie bedąc pewną, czy on jeszcze żyje. W końcu zaczęliśmy
                      schodzić i..rzecz nieprawdopodobna. Mój pies zaczął się z plecaka wyrywać.
                      Puściłam go. Jak tylko jego 4 łapy osiąnęły podłoże, zaczął pędzić w dół.
                      Ucieszyłam się. Pierwszy dobiegł do źródełka i wypił ...... łyżkę wody. My
                      morze. Do końca dnia rozrabiał, bijąc nas wytrzymałością.
                      Był zawsze okazem zdrowia, nieprawdopodobnej siły i wytrzymałości. Często
                      jeździliśmy z nim do lasu na długie spacery. On niby nie lubi wody, ale jak mu
                      się wrzuci patyczek, to skacze i "wyławia" go. Raz wrzuciłam mu kłodę 3 razy
                      większą od niego. Skoczył, dopłynął, złapał i.... zniknął pod wodą. Trwało to
                      dłuższą chwilę i ja oczywiście z przerażeniam robiłam sobie wyrzuty nt własnej
                      głupoty. Kłoda go zciągnęła w głąb. W końcu, po wiekach, wypłynął na
                      powierzchnię ,dopchał zdobycz do brzegu i wyciągnął ją, choć może raczej
                      wyszarpał na brzeg, z 5 m od tafli wody.
                      Potrafił złapać konar drzewa i mocować się z nim, wisząc na nim, przez kilka
                      minut. Mogłabym wtedy spokojnie chodzić z kapeluszem i zbierać datki od
                      przechodniów. A już w parku robił największą furorę gdy podrzucałam mu konar
                      grubości ramienia "Szwarcernegera" i długości np. 3 metrów, z którym malutki
                      jamniczek paradował po alejach, nie dotykając gałęzią podłoża. Naprawdę pies
                      o niebywałej sile. Potrafił uciągnąć sanki z kilkuletnim dzieckiem, co
                      sprawiało mu niesamowitą przyjemność.
                      Kiedyś , drzemiąc wspólne na kanapie, oparłam rękę na którejś jego tętnicy
                      i stwierdziłam, że mój żywotny ponad normę pies ma arytmię. Okazało się , że to
                      nic takiego i że jego układ krążenia jest bez zarzutu. Teraz mogę powiedzieć ,
                      że ...szkoda, a dlaczego ? Cdn...
                      • lilimarlene1 Re:Jamnik. 20.11.04, 19:02
                        pisz jak najszybciej,co dalej?
                        Ja tez mam arytmię i nie tylko ale nie chcę aby mnie ktoś przekreślał.
                        Zyję jak długo mi...opatrzność pozwoli.

                        A kot zniósł wszystko wspaniale.Spotkał dwa inne kotki u weta i pieska ze
                        schroniska,który go wylizał i pogłaskał łapą (ponoć lubi koty jak rzekła jego
                        nowa Pani).
                        Oczywiście córkę ucieszyły najbardziej słowa zachwytu urodą jej kota.
                      • natla Re:Jamnik. 21.11.04, 18:08
                        Wiem, że to "szkoda" zabrzmiało brzydko. Sama się kotłuję ze swoimi myślami
                        i nic mi nie wychodzi. Ale wracam...
                        Ponieważ Drab od początku okazywał mocny i przewrotny charakterek, postanowiłam
                        z nim pójść na tresurę.
                        Zapisałam nas i poszliśmy na pierwsze spotkanie. Padłam na wejściu. Same
                        briardy i wilczury oraz 1...jamnik - Drab. Ludzie tak na nas jakoś dziwnie
                        patrzyli, pies oczywiście nie wykonał żadnego polecenia, nażarł się psich
                        ciasteczek i poszliśmy do domu. Na drugi dzień spróbowałam jeszcze raz i gdyby
                        nie szczególna "opieka" trenera , byłby to raz ostatni. Wykonał jedno polecenie
                        i już nie powtórzył.
                        Bawiło mnie to bieganie z psami, więc chodziłam co sobotę i niedzielę przez pół
                        roku. Mój ukochany zaczął powoli wykonywać polecenia, ale tak na odczepne, żeby
                        ktoś nie pomyślał, że on słucha. Miałam taki ubaw na tych treningach, że nie
                        opuściłam ani jednego. Drab zaczął w końcu wykonywać pewne polecenia, czym
                        wprawiał w zachwyt trenera.
                        Trener od początku bardzo sceptycznie patrzył na tresurę Draba, bo twierdził,
                        że wytresowanie jamnika jest trudne, a draba szczególnie.
                        W czsie treningów mój piesek pokazywał całą swą inteligencję ukierunkowaną na
                        jak najłatwiesze wykonywanie zadań. Skracał drogę biegu, przechodził pod nawet
                        niskimi przeszkodami lub je omijał itd Pewnego dnia uczyliśmy się
                        rozkazu "siad". Pod koniec 2-godzinnych zajęć zrobiono powtórkę. Na
                        komendę "siad" wszystkie psy siadły i jamnik ... też. Ogólny zachwyt. Ale
                        trener powiedział "zaraz, zaraz", podszedł do niego i zaczął się serdecznie
                        śmiać.
                        Otóż Drab z daleka patrząc , siedział, ale okazało się, że on kucał (co przy
                        jego krótkich nóżkach było nie do odróżnienia), bo przez moment pokropił deszcz
                        i cóż on sobie ma pupsko w mokrej trawie moczyć. Miał też swoje sukcesy. Np.
                        jako jedyny pies preszedł za pierwszym razem (sam od siebie), wymachując
                        ogonem długą , wąską deskę na wysokości 1,5 m. Potem już nie powtórzył tego
                        wyczynu, bo mu kazano.
                        Zaczął b. ładnie aportować, ale w domu, na zajęciach robił to tak, że wszycy
                        zdychali ze śmiechu.
                        Nadszedł dzień egzaminu. Poszłam , ale byłam przekonana, że oblejemy. A tu,
                        wyobraźcie sobie mój pies ukończył egzamin na 8 miejscu (na 57 psów). Byłam
                        bardzo dumna, trener też. Odbieraliśmy gratulacje od wszystkich, nawet
                        zaprzyjaźnionych psów. Drab dostał specjalne wyróżnienie dla najbardziej
                        opornego, a zarazem najkomiczniejszego psa.
                        I tak w domu mieliśmy kolejnego mgr.
                        Tresura oczywiście nie dała wiele. Pies, jak miał dobry humor, powtarzał
                        rozkazy, ale zdarzało się rzadko i w końcu wszystkim znudziło. Jednak gdyby nie
                        poszedł na tresurę, to nie wiem jak bym sobie dała z nim radę. Na pewno jedno
                        mu zostało: nie ucieka (poza 2 przypadkami, ale to związane jest z czym innym),
                        na rozkaz "do mnie" przychodzi. Oczywiście nie od razu, żeby ktoś nie
                        pomyślał,że on ten rozkaz wykonuje. Cdn...O ile Was nie zanudziłam.
                        • natla Re:Jamnik. 27.11.04, 23:10
                          Może Was już znudziła moja opowieść o najwspanialszych istotach, ale po piwku
                          odważę się jeszcze na cd. Tymbardziej, że dochodzę do prawie życiowego problemu.

                          I tak nasz Drab żył wśród nas, kochany, chyba rozpieszczany, ze swoim wrednym
                          jamnikowym charakterkiem, dostarczając nam stresów i wiele przyjemności. On tak
                          jak córka Basiuniuni, całkowity egoista, ale to przeciez pies i z tym
                          pogodziłam się, choć wielokrotnie starałam się różnymi metodzmi złamać jego
                          ego. Nie udało mi się nigdy. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że to on
                          rządzi, ... jednak on rządził. Pewnego razu czekalismy na bardzo miłych gości
                          i kiedy zadzwonił domofon, wzięłam Draba na ręce, aby nie skoczył na
                          przybyłych , bo miał taki zwyczaj witania. A on odwinął się, złapał mnie za
                          policzek i nie chciał puścić. Przez sekundę byłam przekonana , że odgryzie mi
                          kawałaek mojej osobistej buziuchny, W momencie otwarcia drzwi byłam tak zalana
                          krwia, że gościowej zrobiło się słabo. Policzek jednak został uratowany i mała
                          blizna została też. Chyba od tej pory zaczął nas, a zwłaszcza mnie, gryźć
                          w momentach mojego sprzeciwu. Był to chyba zwiastun jego choroby. Półtora roku
                          temu, będąc na spacerze z sasiadem, spokojny, posłuszny, nagle zwiał. Uciekał
                          tak, że sąsiad (z pieknym beżowym , dużym psem) nie mógł go dogonić. Szukałam
                          go całe popołudnie i w końcu zobaczyłam jak "pasł się trwką": przy drodze
                          jakieś kilometr od domu. Było co opowiadać.
                          Minął dokładnie rok i mój pies powtórzył numer. Ni stąd, ni zowąd, uciekł
                          w najmniej podejrzanym momencie. Szukałam go tydzień. Jeździłam, wisiałam na
                          balkonie, rozwisiłam informację z nr telefonu. Po tygodniu zadzwonił (telefon).
                          Pies był. Pojechałam pod wskazany adres, bida z nędzą i patologią. Mój ukochany
                          pies przywitał mnie awanturą, szczekał przez 5 godzin prawie bez przerwy. Był
                          pogryziony, niedojedzony, ale był. Kilka dni później dostał pierwszego ataku
                          epilepsji ( myślałam, że umiera, bo nie wiedziałam,iż ta choroba dotyka też
                          psy). Koszmar. Weterynarz przepisał leczenie i ja w swojej niwności myślałam ,
                          że to koniec problemu. Niestety nie....
                          • tesunia Re:Jamnik. 28.11.04, 09:59
                            ..natlo
                            wspanialy jamniczek z wlasna osobowoscia....

                            moge Go porownac do naszego obecnego psiuny,
                            co prawda nie chodzilismy na tresure,
                            sami w domu uczymy co chcemy lub jakiego chcemy miec,
                            szybko sie nudzi poleceniami,
                            wykonuje wszystko do trzech razy,
                            puzniej na nas pyskuje..doslownie ..
                            ciagle chce czegos nowego,
                            ale jest kochany i juzsmile
                            • tesunia Re:Jamnik. 28.11.04, 10:02
                              tesunia napisała:

                              > ..natlo
                              > wspanialy jamniczek z wlasna osobowoscia....
                              >
                              > moge Go porownac do naszego obecnego psiuny,
                              > co prawda nie chodzilismy na tresure,
                              > sami w domu uczymy co chcemy lub jakiego chcemy miec,
                              > szybko sie nudzi poleceniami,
                              > wykonuje wszystko do trzech razy,
                              > puzniej na nas pyskuje..doslownie ..
                              > ciagle chce czegos nowego,
                              > ale jest kochany i juzsmile

                              zapomnialam dopisac,
                              ze u nas lecza z dobrym wynikiem epilepsje....
                              usypianie psa,jest na wlasne zadanie wlasciciela,
                              jezeli uzna ,ze nie da rady sie nim zajmowac i nie bedzie kupowal medycynysad(
                              • natla Re:Jamnik. 28.11.04, 15:23
                                Tesuniu, z góry Cię przepraszam za moje pytanie.
                                Czy istnieje możliwość, abyś się czegoś bliżej dowiedziała o leczeniu psiej
                                epilepsji? Jeżeli by Ci to sprawiło kłopot, to nie ma sprawy.
                                Ja go oczywiście cały czas trzymam na lekach, końskiej dawce luminalu, cos tam
                                na rozszerzenie naczyń mózgowych i podstawowy lek na epilepsję.
                                Jednak ataki powtarzają się co 2, 3 tygodnie i po kazdym z nich Drab minimalnie
                                gorzej widzi i słyszy i ....... Podobno jest to nieuleczlna choroba u psów.
                                • tesunia Re:Jamnik./natla 05.12.04, 14:18
                                  natla napisała:

                                  > Tesuniu, z góry Cię przepraszam za moje pytanie.
                                  > Czy istnieje możliwość, abyś się czegoś bliżej dowiedziała o leczeniu psiej
                                  > epilepsji? Jeżeli by Ci to sprawiło kłopot, to nie ma sprawy.
                                  > Ja go oczywiście cały czas trzymam na lekach, końskiej dawce luminalu, cos
                                  tam
                                  > na rozszerzenie naczyń mózgowych i podstawowy lek na epilepsję.
                                  > Jednak ataki powtarzają się co 2, 3 tygodnie i po kazdym z nich Drab
                                  minimalnie
                                  >
                                  > gorzej widzi i słyszy i ....... Podobno jest to nieuleczlna choroba u psów.

                                  w poniedzialek zadzwonie do naszej weterynarki i popytam,
                                  jakie maja metody..
                                  osobiscie znam dwa przypadki,
                                  gdzie wlasciciele uspili psiunke,bo leczenie bylo dla nich zadrogie,
                                  drugi wypadek-Lablador zyje jeszcze i ma obecnie chyba 10 lat..
                          • natla Re:Jamnik. 05.12.04, 10:15
                            Ataki epilepsji pojawieją się srednio raz na 3 tygodnie. Trwają od kilkunastu
                            sekund do 3 min. Potem Drab przez kilka minut przychodzi do siebie, a potem
                            zaczyna się 5-godzinny amok.Jest to 5 h wykreślonych z mojego życiorysu. Pies
                            lata po mieszkaniu, bez przerwy szczeka, no nie, z przerwami na jedzenie, które
                            wcina zrywami między szczekaniem. Nie mozna do niego podejść, pogłaskać,
                            uspokoić, bo gryzie. A ucisk szczęki ma jak niedźwiedź. O ubraniu kagańca, czy
                            założeniu smyczy mowy nie ma. Jedyny sposób to wyjście na baaaardzo długi
                            spacer, na którym się uspokaja nieco. Ale np. ostsni atak nastąpił o 10,30
                            wieczorem. Zaraz po ataku z krwawiącym sercem ( bo on taki biedny) założyłam mu
                            kaganiec i do 4-tej rano trzymałam na smyczy na tapczanie lub spacerowałam po
                            mieszkaniu. Rano nie czułam barków i rąk, bo siła tego małego pieska jest
                            nieprawdopodona. Kilka godzin walki z nim to naprawdę duży wysiłek fizyczny.
                            Jedyny sposób to założenie mu kagańca, wtedy nie szczeka, co nie jest bez
                            znaczenia dla naszych nerwów i ... sąsiadów, chwała partii , wyrozumiałych, ale
                            jak długo?
                            Jednak te ataki, to betka przy codziennym życiu z Drabem. Otóż od czerwca mój
                            pies załatwia swoje potrzeby fizjologiczne w domu. Czuję się jak pisuardessa.
                            Latam ciągle z mopem lub papierem toaletowym, ponieważ pies średnio raz na
                            godzinę zostawia po sobie jakąś niespodziankę. Na spacerzae ostatnio w ogóle
                            nie siusia, wraca i robi to w domu. Koszmar. Jeszcze w chałupie nie śmierdzi,
                            ale to tylko kwestia czasu. Wykupuję wszystkie domestosy w okolicy.
                            Wszyscy znajomi dziwią się, że jeszcze go nie uśpiłam. Ale nie mogę, choć mu to
                            ciągle obiecuję, a ta cholera jakby rozumiała: przez godzinę jest grzeczny.
                            Żyję z nim jak stare małżeństwo : żyć bez niego nie mogę i z nim też.smile)))
                            • tesunia Re:Jamnik. 05.12.04, 14:24
                              oj,natlo...
                              bardzo Ci wspolczuje....wiesz powiem rowniez ze Drab sie rowniez meczy
                              i wydaje mi sie ,ze jest nieswiadomy tego co czyni...
                              jutro dzwonie do naszej i opisze wszystko co i jak...
                              zeby tylko byla w domu,juz jest recistka,
                              ale na pol czasu przyjmowala do tamtego roku

                              zycze wytrwania i polepszenia sie sytuacji jakims cudem..
                              • natla Re:Jamnik. 05.12.04, 14:33
                                Dzięki tesunia. Nikt by nie uwierył , że pies może powodować takie zniszczenia
                                psychiczne. Dobrze, że jestem odporna, choć czasem mi ręce opadają i sobie
                                popłaczę. sad(
                                • tesunia Re:Jamnik. 05.12.04, 14:38
                                  natla napisała:

                                  > Dzięki tesunia. Nikt by nie uwierył , że pies może powodować takie
                                  zniszczenia
                                  > psychiczne. Dobrze, że jestem odporna, choć czasem mi ręce opadają i sobie
                                  > popłaczę. sad(

                                  wiem natlusiu i znam ten bol.....
                                  miejmy nadzieje na pozytywne rokowania mojej weterynarki....
                                  • tesunia Re:Jamnik. 05.12.04, 14:41
                                    a jeszcze chcialam spytac ile jamniczek ma lat,
                                    bo napewno padnie takie pytanie....
                                    i od kiedy dostal te ataki....

                                    moze pisalas wczesniej o tym,ale prawde mowiac
                                    niebardzo mi sie chce przechodzic watki do tylu...sorry za me lenistwo.
                                    • natla Re:Jamnik. 05.12.04, 14:48
                                      10,5 , ataki od maja br. i wtedy określona choroba, choć sądzę, że wcześniej
                                      też istniała, bo nie sposób jego uporu i zjadliwości zaklasyfikować do
                                      normalnych zachowań.
                                      • natla Re:Jamnik. 06.12.04, 18:30
                                        Wiem, że nic mnie nie uchroni przed decyzją, ale to okropnie trudne. Ja po
                                        prostu z jednej str. nie wytrzymuję (histeria, której nigdy nie miałam), z
                                        drugiej jek on patrzy... sad((((, jakby rozumiał. Oblał już wszystkie nowości
                                        w domu....
                                        • kla-ra Re:Jamnik. 06.12.04, 20:33
                                          Natluniu,ale masz problem!!!!!
                                          Zadzwonilam do Ojca jest weterynarzem juz na emeryturze,powiedzial,ze dla dobra
                                          wlasciciela i psa,powinno podjac sie ta najgorsza decyzje.
                                          w sytuacjach kryzysowych wchodze na google i teraz tez tak zrobilam.
                                          Wejdz w stone www.google.pl w wyszukiwarke wrzuc slowa: epilepsia u psa,jest
                                          tego sporo do poczytania.
                                          Trzymaj sie.
                                          • natla Re:Jamnik. 06.12.04, 21:41
                                            dzięki Klaruś, mam cała bibliotekę przeczytaną, a konkluzja jedna: jak
                                            powiedział Twój Tata. Tylko ta decyzjasad( niby podjęta, gorzej z wykonaniem.
                                            Gdyby on się widocznie męczył, byłoby łatwiej. Ale cóz muszę sobie dac radę.
                                            Jeszcze raz dziękuję.
                                            • leontynia Re:Jamnik. 06.12.04, 23:42
                                              Bądz dzielna
                                              musisz to zrobic
                                              mialam podobną sytuację
                                              przed trzema laty
                                              dziewięcioletnia suczka
                                              bardzo cierpiala i nie bylo wyjscia
                                              na drugi dzien
                                              zjawił sie on i jest do dzisiaj


                                                  • tesunia Re:Jamnik. 08.12.04, 00:33
                                                    natla napisała:

                                                    > Drab miał własnie ataksad( Przez jakieś 5 h bedę do dyspozycji. Popracujcie
                                                    > wreszcie trochę.

                                                    biedny psiuneksad((((((((((((((((

                                                    natli tez szkodasad(

                                                    a nie mozna zwiekszyc dawki medycyny??
                                                    czy moze sie rozejzec za alternatywna medycyna,
                                                    mam na mysli jakas akupunkture????
                                                    coby troche zlagodzilo caly przebieg..

                                                    trzymaj sie natla....
                                                  • natla Re:Jamnik. 08.12.04, 10:24
                                                    Cześć. Nie ma nic alternatywnego. Dałam mu potrójną dawkę luminalu i przez 5 h
                                                    psisko połowę przespał, ale b, czujnie. Nie mogłam się ruszyć od komputera, aż
                                                    mnie 4 litery bolały. O 2-giej zdjęłam mu kaganiec i już zasnął. Tym razem mimo
                                                    wszystko było lżej, może w porę dałam mu medykamenty. Dzisiaj jest oczywiście
                                                    pobudzony, ale lekko. Póki nie odejdę od kompa, będzie leżał spokojnie.
                                                  • natla Re:Jamnik. 15.12.04, 21:25
                                                    Chciałam iśc spać po finiszu, ale mój ukochany Drab znowu "manewruje". Ciekawam
                                                    jak dziś długo. A jutro basen o 6,00. sad
                                                  • natla Re:Jamnik. 07.01.05, 17:42
                                                    Nie mam już Draba. sad((( Wczoraj zapadła ostateczna decyzja. Miałam o niczym
                                                    nie wiedzieć, ale jak to bywa, doniesiono mi uprzejmie. W ciągu 24 godz., 18
                                                    przepłakałam. Chodzę w okularach słonecznych, tak jestem zapuchnięta. A tak mi
                                                    ten pies dał w kość. Okropne doświadczenie, powiększone o to, iż to ja musiałam
                                                    podjąć decyzję. Samo życie.
                                                  • kla-ra Re:Jamnik. 07.01.05, 22:25
                                                    Natluniu,
                                                    strasznie mi przykro.Pieskowi ulzylas ale sama swoje mosisz odplakac.
                                                    Bardzo Cie rozumie.Patrze na mojego i niechce nawet myslec o tym najgorszym.
                                                    Teraz rozumie dlaczego nie bylo Cie na forum.
                                                    Dzisiaj od rana zastanawialam sie co sie z Toba dzieje.
                                                    Buziaczki.
                                                  • natla Re:Jamnik. 08.01.05, 18:36
                                                    Nikt w domu bez przerwy nie szczeka, mogę spokojnie wejść do kuchni - nikt nie
                                                    dopomina się o jedzenie, prawie nie śmierdzi moczem, bo starałam się wszystko
                                                    wymyć, wyskrobać, zdezynfekować, mogę spokonie chodzić po domu nie wdeptując
                                                    w kałużę, nie boję się kolejnego ataku, nie muszę uważać żeby go nie nadepnąć,
                                                    nikt mnie nie pogryzie, mogłam zdjąć wszystkie koce ochronne z tapczanów, nikt
                                                    nie rozwala mebli kuchennch , dopominając się ciągle o jedzenie, mogę spokojnie
                                                    wejść na balkon, nie wdeptująć w kałużę lub coś innego, ale.... nie mam z kim
                                                    wyjść z musu na wieczorny spacer, nie mam komu rzucić resztek jedzenia, już się
                                                    do mnie nie przytula, cieplutki i rozkoszny. sad(((((( Mam okropne wyrzuty
                                                    sumienia. Wiem, że to irracjonalne, że przejdzie, ale...
                                                  • natla Re:Jamnik. 30.01.05, 12:56
                                                    nadal mam okropne wyrzuty sumienia, które ciągle wyciskają mi łzy z oczu. sad(
                                                    Wiem,że to irracjonalne, wszysko sobie potrafię wytłumaczyć, ale ....
                            • natla Re:Nasze zwierzaki - chomiki 28.12.04, 17:14
                              Przez kilkanascie lat miałam chomiki. Trudne doswiadczenie, bo żyją do 2 lat
                              i każda sierć była opłakiwana.
                              Pierwsza była Pipi. Nie wykształciły się jej oczy, więc nie widziała. Była
                              kochana. Jak pies. Nawet z nami jadała posiłki. Chodziła po stole i wyjadała
                              z talerzy co smakowitsze kąski. Napychała w swoje fafle takie ilosci jedzenia,
                              że potem ledwo się ruszała. Po wejściu do klatki wszystko wyrzucała i powoli,
                              dystyngowanie wcinała.
                              Umarła na wrzody. Takie guzy sie jej robiły na ciele i rosły. Może rak?
                              Następny był Plastuś. Chłop na schwał, wesoły ale też obraźliwy. Całymi
                              godzinami chodził po mieszkaniu, wyciagany był zza szaf, tapcznów itp. Po
                              prostu nie było dla niego klatki. Wszystko przegryzł. Kupiłam więc duże
                              akwarium - willę, ze wszystkimi bajerami. Niby mu sie podobało, ale tez 2 razy
                              zwiał.
                              Umarł na ....wrzody.
                              Nastepna była śliczna długowłosa Lady, zakupiona w ciąży. smile) Urodziła 12
                              maluchów, ale 4 zjadła (podobno regulacja dostosowująca do ilości sutków).
                              Nabrałam do niej na 1 dzień dystansu, bo jakies to było niezbyt miłe, ale potem
                              pojęłam i wytłumaczyłam sobie. Zreszta całymi dniami obserwowalismy jej
                              maciezyństwo. Była wspaniałą opiekuńczą matką. Po czasie dla wszystkich dzieci
                              znalazłam domy.
                              Umarła na....wrzody.
                              Nastepny pan to był Buzek (od Łobuzek smile))))
                              Po kilku tygodniach zauwazyłam u niego znowu wrzody. Poleciałam więc do
                              weteryarza i mówię zaaferowana: "znowu wrzody, nastepny zginie przed czasem".
                              Na to pan dr. z serdecznym śmiechem: " nie, proszę pani, to nie wrzody, to
                              jądra". Zemdlałam wewnętrznie. Do dziś pan dr. kłania mi się ze szczerym,
                              szerokim usmiechem. smile))))
                              Wszystkie chomiki jeździły z nami i psem do lasu na spacery. Najchetniej
                              i najdłużej maszerowała Pipi i na ogół Buzek. Pozostałe po prostu siadały i nie
                              było siły. Leniuchy jedne.
                              Pewnego razu przechodzące dziecko krzykneło do matki: "popatrz jaki malutki
                              piesek". smile)))
                              • kla-ra Re:Nasze zwierzaki - chomiki 28.12.04, 23:50
                                Chwile temu wyszedl znajomy.
                                Potrzebowal adres naszego mechanika od samochodu.
                                Wczoraj wieczorem jechal przez mala miejscowosc,w pewnym momencie na droge
                                wszedl duzy pies,a za nim kilka innych psow.Nie udalo sie ominac duzego
                                psa,wpadl na samochod.
                                Slonczylo sie duzym uszkodzeniem samochodu i smiercia psa,pozostale psy uciekly.
                                W dalszym ciagu na polskich wsiach nie szanuje sie pieskiego zycia,a
                                wlasciciele czworonogow,nawet nie zdaja sobie sprawy,ze pies na drodze to
                                niebezpieczenstwo dla niego i innych uzytkownikow tej drogi.
                                  • natla Re:Nasze zwierzaki - papugi 30.01.05, 13:06
                                    Muszę zacząć od tego, że jak na biologa przystało, długo "bałam się" ptaków. smile)
                                    Przechodziłam koszmarne chwile, jak mi dzieci przynosiły i kładły na biurko
                                    wróbelka ze złamaną nóżką, albo gołąbka ze złamanym skrzydełkiem. Całą swoją
                                    inteligencję zużywałam na to, aby poradzić, pomóc, ale broń Boże nie wziąć do
                                    ręki.
                                    Podobnie było z krewetkami, żabami, rybami i wszystkimi stworzeniami, które
                                    rzucały się w dłoniach. Chyba boję się po prostu zrobić im krzywdę.
                                    Pewnego ciepłego, wiosennego dnia miałam w swoim gabinecie pootwierane okna
                                    i coś pisałam.
                                    Nagle doszedł do moich uszu dziwny dźwięk.... cdn




                                    Wszystkie kobiety są młode, ale niektóre są młodszewink
                                    forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=23923
                                    • robertowa1 Re:Nasze zwierzaki - papugi 30.01.05, 21:48
                                      Przeczytałam natla twoje opowiadania w odcinkach.
                                      Łza sie w oku kręci.
                                      Zawsze mi sie wydawało, żę nie toleruję zwierząt w domu, ale kiedy po 11 latach
                                      żywota kotka moich dzieci odeszła nie mogłam powstrzymać łez.
                                      Ja chyba dlatego nie chcę mieć zwierzaka, bo boję sie za bardzo do niego
                                      przywiązać.
                                    • natla Re:Nasze zwierzaki - papugi cd 04.02.05, 19:03
                                      Nagle doszedł do moich uszu dziwny dźwięk.... Coś trzepotało pod sufitem.
                                      Papuga. Serce w gardle. Co ja mam teraz zrobić. Zaczęła fruwać od ściany do
                                      ściany, bałam się, że sobie łepetynkę rozwali, ale siedziałam jak
                                      sparaliżowana. Po kilku minutach przysiadła na biurku. Śliczna była. Podeszła
                                      do mnie ochoczo i zerkała raz jednym okiem, raz drugim. Powolutku wyciągnęłam
                                      rękę, a to "draństwo" mi na nią się wgramaliło, wymościło sobie moją dłoń
                                      i poszło lulać. Delikatnie ją zamknęłam w obu dłoniach i zaczęłam szukać pomocy
                                      u ludzi. Znaleziono w końcu jakiś karton. Wsadziłam tam zakrętkę z wodą, trochę
                                      okruszków i...pojechałam po klatkę z odzysku. Klatkę w domu postawiłam na
                                      takiej ławie z kwiatami, żeby jej zielono było. Mój cudowny Kazan obwąchał
                                      dokładnie klatkę, starając się wepchnąć do środka kichol, co mu sie jednakowoż
                                      nie udało, szczeknął 2 razy i siedział z godzinę nie spuszczając z papugi oka.
                                      A ta ćwiekała i krygowała sie przed nim. Ja natomiast poczytałam literaturę
                                      właściwą. Dowiedziałam się jak to to się utrzymuje przy życiu i że to jest
                                      chłopczyk.
                                      Akurat w tym dniu był jakiś mecz międzypaństwowy, my wrzakami przyjmowaliśmy
                                      każdego gola, ale ..... papugaj też. Został więc "ochrzczony" Kibicem.
                                      Żal mi był trzymać go w klatce, więc go wypuściłam, polatał sobie, poogladał
                                      wszysko co możliwe i zasiadł na moim ramieniu. Fajnie było, ale jak go chciałam
                                      wziąć do ręki, to nawiewał. Nie było sposobu, aby zagnać go do klatki. A tu
                                      lato, upał, okien nie można otworzyć. W końcu jak usiadł na firance, udało mi
                                      się za chyba 10 razem go złapać i wsadzić do klatki.
                                      Półprzytomni z niedotlenienia pootwieraliśmy wszystkie możliwe dziury ścianach.
                                      Po kilku, czy kilkunastu dniach znowu go wypuściłam, bo mi go było żal. Dzień
                                      już wybrałam chłodniejszy, przewietrzyłam długo całą chałupę i otworzyłam
                                      klatkę. A ten skubaniec nic. Zachęcałam go jak mogłam, a on tylko zerkał na
                                      mnie raz prawym, raz lewym oczkiem. W koncu się znudziłam, zasiadłam w fotelu
                                      z książką. Kazan połażył sie koło mnie na podłodze i zasnął. Po chwili Kibic
                                      leciutko sfrunął na podłogę i tup, tup, tup, podszedł do śpiącego psa.
                                      W jednej sekundzie dziobnął go w nos a ja zamarłam. Musiało to byc lekkie
                                      dziobnięcie lub sen głęboki, bo Kazan tylko podniósł głowę, chwilę popatrzył,
                                      położył łepek spowrotem na podłodze i.... tak oba zwierzaki przyglądały się
                                      sobie nawzajem, przez kilkadziesiąt sekund. Bałam się ingerować. Po chwili
                                      kibic zaczął krążyć wzdłuż ( czy można krążyć wzdłuż? smile) psa, wtewte i wewte,
                                      aż siadł mu na boku na wysokości psich klejnotów. Kazan lekko się
                                      znieciepliwił, ale nie wstał.
                                      Dopiero zareagował w momencie jak Kibic go dziabnął w "kazia", którego najpierw
                                      dokładnie pooglądał. Kazan się zerwał, Kibic pofurgotał, pies się otrzepał
                                      i zniecierpliwiony dostojnie wyszedł był do drugiego pokoju, a ja odetchnęłam
                                      z ulgą.
                                      Polowanie na papugaja trwało znowu długo, w końcu go przydybałam na firance
                                      i wrzuciłam do klatki. Cdn....
                                        • krista57 Re:Nasze zwierzaki - cudzy kot 04.02.05, 22:40
                                          Kot nazywa sie Tygrys.Spadł dwa razy z balkonu z szostego piętra,wiec mozna
                                          powiedziec ,ze cudem żyje.Na balkonie brak jakiegokolwiek kwiata..bo nuz by
                                          jakis owad przyleciał...a Tygrys na pewno skoczyłby za nim w..przepaść.
                                          Wiozłam kiedys tego kota autem ...wygodnie ułozonego w wiklinowym koszu ...a
                                          reszta pasazerow /3 osoby/ ledwie "dychała ".Dla Tygrysa,ktory bardzo stresował
                                          sie podroza musialam robic czeste przerwy.Śmiesznie było jak usiłowaliśmy
                                          wsadzic kota na drzewo,był tak wystraszony,że bał sie nawet poruszyc.Mowy nawet
                                          nie było,zeby odwazył sie sam zejść.Pewnego razu,jak juz oswoił sie z
                                          otoczeniem -pozostawilismy go na zewnatrz,nie zamknelismy jak zwykle w domu.
                                          Po powrocie - ku rozpaczy włascicieli Tygrys zniknął.
                                          Wołaniom,przeszukiwaniom posesji nie było końca,
                                          ale wrocił ku ogromnej radośći wszystkich.
                                          Aha ! Tygrys jak go znam nigdy nie wydał zadnego głosu,nawet cichego miaaa!
                                        • natla Re:Nasze zwierzaki - papugi cd 11.02.05, 19:50
                                          Żal mi było biednego kawalera, więc zafundowałam mu na zajaczka dziewczyne. On
                                          zielono zóty, ona popielato liliowa. Ładna z nich była para, ale chyba fluidy
                                          coś nawaliły, bo ze strony Kibica było zainteresowanie umiarkowane, z jej
                                          strony prawie żadne. Nazwałam ja Podfruwajaka.Zakupiłam budkę lęgową
                                          i czekałam. Niestety przychówku nie było. Po 2 miesiącach, pewnego ranka,
                                          zasatłam w klatce niezywą Podfruwajkę. Podejrzewam, że musiała byc chora, bo
                                          nie przypuszczam, żeby Kibic był zdolny do morderstwa. W końcu nie miała go
                                          gdzie i z kim zdradzać.smile
                                          W zeszłym roku odważyłam się kupić mu pod choinkę nową narzeczoną (czy ja juz
                                          gdzieś o tym nie pisałamsmile). Jest cała jednokolorowa, żółta, śliczna. Kibic
                                          natychmiast się zakochał. Ona nie jest mu dłużna. Mozna godzinami patrzeć, jak
                                          ze soba flirtują, jak sie do siebie przytulają,, jak sobie czyszczą łepetynki,
                                          jak świrgolą nawołując sie, jak on ją (bardziej płochliwą) namawia do kontaktów
                                          ze mną, jak jej pokazuje świeże jedzenie i namawia do spróbowania jabłuszka. No
                                          cudo. Przed przybyciem Ślicznotki, Kibic bardzo chętnie podchodził do
                                          wstawionego do klatki palca i godzinami mógł ten palec "podrywać". Czego on nie
                                          wymyślał. Delikatnie dziobał, krygowała się, odchodził i znów przychodził, a
                                          jak palec znikał, to czepiał się klatki i póki osoba nie wyszła z pokoju,
                                          wisiał i darł się wniebogłosy. Odkąd jest Ślicznotka, tylko czasem łaskawie
                                          podejdzie, dziobnie i leci do niej. Obserwuję wielką miłość. Oczywiście kupiłam
                                          im nowa budkę lęgową. Na razie ją pooglądali i zostawili. Ale wiosna tuż
                                          tuż......
                              • natla Re:Nasze zwierzaki - chomiki 04.02.05, 23:07
                                Zapomniałam o przygodzie niewidomej Pipi. Przypomnała mi Krista opowieścią
                                o latającym kocie.
                                Otóż przez jakiś czas mieszkałam w Krakowie w jednym z nowych osiedli, na 8
                                piętrze. Pipi była ze mną. Już nie pamiętam jak się znalazła na balkonie , ale
                                widzę do dziś jak błyskawicznie po nim lata w kółko, dobiega do brzegu i po
                                prostu skacze. Podbiegłam do balustrady i widziałam jak leci. Wpadła w trawę.
                                Zjechałam windą i zaczęłam jej szukać, nie wierząc , że żyje. Obszukałam kawał
                                terenu. Niestety nigdzie jej nie było. W poszukiwaniach pomamagało mi kilkoro
                                dzieci i paru sąsiadów. Nic nie pomogło. Przepadła. Opłakałam ją już. Była taka
                                słodka. W kilka godzin później dzwonek do drzwi. Jakiś pan stoi z dziwną miną
                                i pyta, czy to ja zgubiłam chomika. "nie zgubiłam, on się zabił, bo spadł.sad(("
                                Na to pan sięgnął do kieszeni i ....wyjął moją chomiczkę. Nie mogłam uwierzyć,
                                ale ile chomików nie ma oczu? Więc jednak moja. smile)
                                Okazało się , że spadła na balkon na I piętrze (po przekątnej) i wlazła do
                                cudzego mieszkania. Na to konto wipiliśmy butelkę koniaku, w kilka osób
                                oczywiście. I tak dzięki Pipi poznałam bardzo interesującego człowieka. smile))
    • toskania8 Rudzik i Rudzielec 05.02.05, 21:38
      kiedy umarł Tomek, dom był przeraźliwie pusty. Koleżanka powiedziała - weź
      sobie kota. Były pewne osobiste powody dla których kot musiał być rudy, Mógł
      być księciem lub zwykłym plebejuszem, ale rudy być musiał. I oto pewniego dnia
      pewnien pan zawitał do domu z klatką, w której były dwa rude - miałam sobie
      wybrać. Najpierw usłyszałam groźne fukanie i pomruki mówiące "bój się mnie,
      jestem strasznym zwierzem" . Prze kratki wyglądał malutki pyszczek i ogromne
      oczy a nad nimi wielkie, nietoperzowate uszy. Wyprysnąl z klatki i już dom był
      jego, obleciał wszystkie kąty, wszystko zwiedził, wszędzie był. Ale szkody
      żadnej o dziwo nie uczynił. Chwilę po nim dostojnym krokiem wyszła puchata
      kulka, rozejrzała się dookoła, rzekła "może być" i zasiadła mi na kolanach. No
      i skończyło się, jak się skończyć musiało - bo któremu z nich miałam
      powiedzieć - idź sobie, nie chcę cię.
      No i tak zamieszkał ze mną Rudy i Rudzielec.
    • toskania8 Re: Nasze zwierzaki 05.02.05, 21:58
      oj, coś mi się nie tak przycisnęło, miało być dalej.
      Rudzielec okazał się wielką szaławiłą i powsinogą, tak mu zostało do dziś, a
      minęły właśnie dwa lata. Nauczyłam się więc, że otwierając komuś drzwi musi on
      być na rękach albo w zamknięciu (to ostatnie powoduje potem wielką obrazę i
      konieczość długich przeprosin , czasem nawet korupcji. Najlepiej, kiedy gość
      jest facetem. Choćby nawet listonoszem. Bo Rudzielec ma takie skłonności, że
      lubi chłopców. Są wtedy wielkie mruki, obwąchiwanie,ocieranie się, a nawet
      rozkładanie i prezentowanie tego, czego już niestety nie ma . Baba jest
      obejrzana ale nie budzi zwykle aż takiego entuzjazmu. Nauczyłam się też chyba
      już wszystkich jego schowków. Nie biegam więc ostatnio z płaczem i włosem
      rozwianym po domu a nawet po klatce schodowej , tylko zaglądam między poduszki,
      na kaloryfer, za telewizor i w parę jeszcze innych z góry upatrzonych miejsc.
      Ale i tak zawsze przed wyjściem z domu jest zbiórka i kolejno odlicz, żeby
      którego nie zamknąć w szafie albo szafce kuchennej.
      Najwyższym przejawem miłości Rudzielca (okazywanym wyłącznie swojej pani) jest
      ćmoktanie ucha. Gdzieś czytałam, że mógł być za szybko odstawiony od maminego
      cyca. W każdym razie ma jakieś miłe skojarzenia, bo jak się już przypnie, to
      jakby się wiertarka włączyła, takie są mruki a jeszcze ciamkania przeróżne. I
      oderwać się nie da. Właściwie przed progiem domu powinnam zdejmować kolczyki,
      bo jeśli są to patrzy z wielką przyganą - no i coś ty tu znów uczepiła !
      Zabieraj się z tym natychmiast! Potrafi mieć taki napad czułości o czwartej nad
      ranem. A śpi oczywiście wklejony we mnie, przywarty ściśle.
      No i na razie tyle o Rudzielcu. A, może jeszcze - jest rexem kornwalijskim.
      Opowiedzieć jeszcze o Rudym ? będzie smutno, bo Rudy umarł. Ale jest Rudzik. I
      opowieść o tym, jak po niego pojechałam na drugi koniec Polski jest wesoła.
      Więc jeśli Was nie znudziłam to - cdn
      • krista57 Re: Nasze zwierzaki 05.02.05, 23:15
        pisz prosze dalej .... i poradz mi co mam sobie zafundowac kota czy psa ?
        Czy Twoje kotki bardzo w domu balagania czy wiel po nich sprzatania i czu
        faktycznie wszędzie wlezą ?
        Wiesz pytam bo nigdy nie miałam w domu kota.
        Co mi radzisz ?
        • toskania8 pies czy kot 06.02.05, 21:01
          krista57 napisała:

          > pisz prosze dalej .... i poradz mi co mam sobie zafundowac kota czy psa ?
          > Czy Twoje kotki bardzo w domu balagania czy wiel po nich sprzatania i czu
          > faktycznie wszędzie wlezą ?
          > Wiesz pytam bo nigdy nie miałam w domu kota.
          > Co mi radzisz ?

          Takie pytanie to trochę jak o wyższości Świąt Bożego Narodzenia...Każdy z tych
          zwierzaków ma swoją urodę. Ja wybrałam koty z konieczności, bo co najmniej 10
          godzin dom jest pusty, żaden pies by tyle nie wytrwał, bez siusiu ale i w ogóle
          psy gorzej znoszą samotność; sporo wyjeżdżam, na 1 - 2 dni, wystraczy nasypać
          chrupy, więcej wody i ewentualnie dodatkową kuwetkę, choć i tak pójdą do tej
          starej. Przy dłuższych wyjazdach mam taką kochaną Jolę, która wpada codziennie
          na chwilę i rozpuszcza te koty jeszcze bardziej niż ja, o ile to możliwe. Moje
          wcale tak bardzo nie niszczą, jak mnie straszyli. Większość szkód sama
          spowodowałam, np zostawiając wazon z kwiatami na środku politurowanego stołu
          nakrytego adamaszkowym obrusem. No i trzeba było ten nowy dziwny i dziwnie
          pachnący przedmiot dokładnie zbadać, obwąchać, zajrzeć do środka...na szczęście
          reklama vanisha okazała się prawdziwa, puściło. Na takie rzeczy trzeba
          oczywiście uważać. Ale nie drą firanek, nie wysypują ziemi z doniczek, nie
          drapią dywanu. Ucierpiały tylko fotele i kanapa kryte skórką. Ale to nie żeby
          drapały (drapią drapak), ale jest świetnie rozpędzić się z drugiego końca
          mieszkania i w pełnym biegu wskoczyć na fotel, z fotela na kanapę, na oparcie i
          z powrotem na dół, najlepiej jeden za drugim . Oczywiście trzeba się wtedy
          zaczepić pazurami, żeby się nie ślizgać. Zabawa jest przednia. W ogóle dzikie
          gonitwy są ulubioną rozrywką, są to tak zwane wieczorne głupawki. Ale cóż, jak
          ktoś chce mieć nieskazitelne mieszkanie, niech sobie kupi pluszowe zwierzaki.
          Jakieś straty muszą być. Ale za to kiedy wchodząc do domu już od parteru słyszę
          tęskne miauki, kiedy otwierając drzwi widzę dwa słupki albo jeden wpychający
          się w drzwi pyszczek a drugi rozłożony na dywaniku w pozycji głaszcz mnie
          natychmiast, wybaczam im wszystko. Jak mówiłam, przyszły do mnie, gdy było mi
          bardzo smutno i źle, ale na widok ich brewerii nie sposób się nie roześmiać.
          Jak siedzą oba nieruchomo wpatrzone w jeden punkt a potem nagle rzucają się w
          pogoni za jakąś wypatrzoną muszką. Albo z rozpędu wskakują do pozostawionego na
          podłodze pudełka czy worka, jak penetrują wszystkie kąty i zakamarki, najlepiej
          rzadko otwieraną szafkę . Kiedy po wielkiej bójce na śmierć i życie zasypiają
          obejmując się łapkami albo liżą się nawzajem. Towarzyszą mi z wielkim
          zainteresowaniem we wszelkich czynnościach, łącznie z tymi skrajnie intymnymi.
          Teraz siedzą jeden na kaloryferze tuż przy biurku (uwielbia) a drugi spaceruje
          między klawiaturą a monitorem.Już sobie nie umiem wyobrazić jak mogło być jak
          ich nie było.
          Chociaż tak naprawdę zawsze chciałam psa i jak będę wiecej w domu to będę
          miała, choć nie wiem co na to koty powiedzą.Na razie przyjaźnię się z
          najkochańszym czarnym kundlem mojej przyjaciółki, Koką i rozpieszczam ja ile
          wlezie.
          Dopiero jak się ma swoje zwierzątko, można zrozumieć jak bardzo człowiek się
          przywiązuje , jak do członka rodziny i jaka to jest rozpacz, jak odejdzie. Tak
          było, kiedy rok temu umarł Rudy, tym bardziej, że poniekąd ja sama przyczyniłam
          się do jego śmierci. Ale o tym następnym razem, żeby was nie znudzić.
    • toskania8 Rudy, Rudzielec i Rudzik c.d. 07.02.05, 22:16
      Rudy, w przeciweństwie do Rudzielca był samym dostojeństwem i siłą spokoju. Był
      brytyjczykiem i jak na prawdziwego brytyjskiego lorda przystało miał dystans do
      wszystkiego i wszystkich. W pierwszych dniach ich pobytu u mnie odbywało się
      oczywiście ustalanie hierarchii, czyli kto tu rządzi. Najpierw mały i drobny
      Rudzielec ganiał dwa razy większego na oko Rudego, co było wielce pocieszne.
      Ale po dwóch dniach Rudy się wkurzył i pogonił kota Rudzielcowi. Rudzielec
      siedział w kącie bardzo zdumiony - jak to, to ja już tu nie będę kierownikiem ?
      Ale potem ganiali się na przemian , były wielkie bijatyki a potem lizanie,
      głaskanie, spanie w przytulankach i objęciach i w ogóle wielka miłość.
      Definicja szczęścia Rudego to było głaskanie i jedzenie, najlepiej
      równocześnie. Tonem nie znoszącym sprzeciwu nakazywał porzucenie wszelkich
      innych zajęć, kiedy to się udało wiódł pochód do kuchni, gdzie stały miski, już
      po drodze wymachując wyprężonym ogonem przystawał i podsuwał wygięty grzbiet do
      głaskania. Kiedy pochód docierał do kuchni , czyli do miski, zabierał się do
      konsumpcji, podstawiając się równocześnie od uszu aż po czubeczek ogona do
      głaskania. I to była już nirwana.
      Niestety Rudy często zapadał na infekcje katarowe. No i przedobrzyłam. Za radą
      innego lekarza niż ich stała opiekunka - weterynarka(jak chcą feministki)
      Hania , podałam mu autoszczepionkę. No i bidulek tego nie przeżył, Zanim się
      Hania zorientowała, było już za póżno, toksyczne uszkodzenie wątroby. Rudy
      zachorował w samą Wigilię. Spędziłam cały dzień w klinice rycząc w poczekalni.
      Skutkiem tego o czwartej po południu zorientowałam się, że moja Rodzina nie ma
      na Święta chleba ani też opłatka. Całe Święta spędziłam nad moim biednym
      Rudym , nosząc go do miski z wodą bo juz nie miał siły dojść. Tulił się do mnie
      i patrzył, prosząc "pomóż, bo mi żle" a ja już nic nie mogłam pomóc. Tylko
      patrzyłam bezradnie jak powoli uchodzi to małe, biedne rude życie. Nosiłam go
      do kliniki na kroplówki, bo Hania chciała jeszcze walczyć. W przerwie między
      kroplówkami siedziałam w poczekalni kliniki z moim kochanym kotkiem na kolanach
      i ryczałam jak bóbr, było mi wszystko jedno kto mnie widzi i co myśli.
      Przyniosłam go do domu. Nie macie pojęcia, jak się ucieszył Rudzielec , wszedł
      do klatki i witał Rudego. Ale kiedy się zorientował, że coś jest nie tak, że
      jego kumpel nie wychodzi, żeby się pobawić, krążył ale już z daleka.
      Położyłam Rudego na dywanie, siadłam koło niego i głaskałam. I tak cichutko
      odszedł. Mam nadzieję, że wiedział, że jest swoim domku, że jego pani jest przy
      nim i że mi wybaczył, że zrozumiał. Przecież w pewnym sensie to ja go zabiłam.
      Mam też nadzieję, że jest już na Tęczowym Moście (znacie ten adres ?
      http:republika.pl/teczowy_most/ index2.html , napisałam tam o Rudym i jeszcze
      jeden wpis "kotek przydrożny" też jest mój).
      Zawnięłam go w kocyk i wyniosłam na balkon. A potem stała się rzecz dziwna -
      jeszcze jeden dowód, że zwierzęta mają jakiś ukryty przed nami zmysł. Rudzielec
      nie widział, jak wynosiłam Rudego. Przez szczelnie zamknięte drzwi balkonowe
      nie mógł czuć zapachu. A jednak przyszedł za chwilę i cały wieczór siedział
      wpatrując się w te drzwi. Rudy śpi sobie spokojnie pod drzewkiem w moim ogródku.
      I jeszcze dodatek do tej smutnej opowiastki, żeby zadać kłam tym wszystkim ,
      którzy mówią, że koty przywiązują się tylko do miejsca. Rudzielec chodził
      ciągle i wyrażnie szukał Rudego, nie mógł zrozumieć jego nagłego zniknięcia,
      był smutny i osowiały. Co gorsza, dwa dni po śmierci Rudego ja wyjechałam na
      tydzień, Rudzielec został sam. Tylko raz dziennie przychodziła na chwilę Jola,
      dać mu jeść, pić i sprzątnąć. Nie jesteście sobie w stanie wyobrazić wybuchu
      radości Rudzielca, kiedy wróciłam po tygodniu, kiedy zrozumiał, że jednak nie
      został już na zawsze sam na świecie, że jest jego pani. Chyba przez trzy
      godziny biegał, skakał, wskakiwał do otwartej torby podróżnej, biegał po domu,
      już sam nie wiedział, jak tę radość rozładować. a potem, kiedy siadłam z
      filiżanką herbaty, siadł na kolana , potem szczelnie przywarł do mnie w nocy. Z
      niepokojem patrzył, kiedy wychodziłam do pracy, kiedy byłam w domu kleił się i
      tulił, ciągle się upewniał, że jestem i już będę.
      A potem nastał Rudzik, ale to następna opowieść.
        • krista57 Re: Rudy, Rudzielec i Rudzik c.d. 09.02.05, 19:23
          Czekam na opowiesc i kocie Rudziku z wielka niecierpliwoscia.
          Juz prawie jestem przekonana,ze wole kotka.
          Klara tak zle pisała o tych psich kupach...moje osiedle jest też brudne.
          Kiedy zwracam uwage wlascicielom duzych psow..ze ich pieski wlasnie narobiły
          pod moim oknem strasznie dużą...patrza na mnie ze wzgarda w oczach"ta baba nie
          lubi zwierzat ".
          Zastanawiam sie tylko tylko czy moj kotek to ma byc rasowy czy
          dachowiec ?,ktorego sie da lepiej wychowac ?
            • krista57 Re: Rudy, Rudzielec i Rudzik c.d. 09.02.05, 21:49
              Natlo co tak Cie obruszyło ?
              Nie kazdy musi miec psa ,wiem ze kochasz pieski.
              Pewnie jak bym miała takiego w domu ,pokochała,przywiazała sie ....to moze
              bzdetów bym nie pisałam.
              Nigdy /ze względu na prace/ nie mogłam nawet pomarzyć o zwierzaku.Teraz jestem
              na takim etapie swego zycia ...ze moge sobie pozwolic na plany.

              Załuje ze na tym forum zaczełam snuc swoje marzenia /pies ? kot ?/,moglam
              poczytac odpowiednią literaturę.
              Myslałam jedynie .ze szczerze doradzicie !
              • natla Re: Rudy, Rudzielec i Rudzik c.d. 09.02.05, 22:13
                Krista. Przepraszam. Jak pisałam, to wiedziałam, że źle robię. Nie da się na
                piśmie przekazać wszystkiego.
                Moja spontaniczna reakcja była spowodowaą pewną kobietą, która mnie poniżyła.
                Drab zrobił kupkę na trawniku, tam gdzie wszystkie psy załatwiały swoje
                powinności i ona do mnie podeszła, a byłam w towarzystwie, na którym mi b.
                zależało i puściła mi taką mowę, ze mnie zatkało. Nie wybroniłam się. Na
                marginesie, zawsze , no nie zawsze, ale od kilku lat chodziłam z woreczkiem
                i jezeli pies nabrudził np. na chodniku, to zbierałam. Też uważam, że to nie
                psy winne, a ich właściciele.
                Nie bocz sie proszę i pisz nadal to na co masz ochotę.Już Ci wcześniej chciałam
                napisać, że radzę absolutnie psa, bo itd, ale po opowieści Toskani zmianiłam
                zdanie.
                • krista57 Re: Rudy, Rudzielec i Rudzik c.d. 09.02.05, 22:23
                  Wg Toskanii psa nie mozna pozostawic samego w domu na 10 godz a kota mozna.
                  Tym argumentem mnie przekonała i za to jestem wdzięczna.
                  Mam zawsze ukwiecony ,zadbany,wypielegnowany balkon /mieszkam na parterze/,pod
                  balkonem jest nieduży trawnik i włascicielom czworonogow z lenistwa nie chce
                  sie odejść dalej .No wiec na tym trawniku czasem wsród psich g.... bawia sie
                  dzieci.Wygląda to strasznie .Jak sie ma psa to trzeba po nim samemu posprzatac!
                  Aha ! pod tym balkonem posadziłam różę,wiec pieski gdzie idą ? pod krzaczek!
              • kla-ra Re: Rudy, Rudzielec i Rudzik c.d. 09.02.05, 22:23
                Krista,moze moje rady Ci pomoga w decyzji.
                Ma psa owczarka szetlandzkiego /mowia mini colli/ i kota niepolskiego
                dachowca,obcokrajowiec.
                Pies jest urokliwy,lasy na komplementy.Czesany winien byc codziennie w
                rzeczywistosci 1x2-3 dni.Pierwszy spacer 5-6 rano,drugi 10-11,trzeci 16-17,
                czwarty 22-23.Jedzenie,to sucha karma z wysokiej polki 1 kg 23 zl wystarcza na
                tydzien poniewaz co drugi dzien ma gotowane miesko /drob,wolowina,cielecina/
                z jarzynami,ryzem i ziolami,serek zolty uwielbia,bialy mniej,od czasu do czasu
                gotowana ryba.Wlos o ile jest na dywanie,odkurza sie bez problemu.
                Po spacerze w czasie deszczu pies zbiera piasek i nalezy mu podwozie dokladnie
                umyc i wyczesac.Pies jako szczeniak i juz dorosly osobnik nie z niszczyl mi
                zadnej rzeczy.Jest ulozony,kochany i sliczny.
                Kot to bestia niszczycielska.Pazury ostrzy na moich antykach /fotele maja
                frendzelki/ i tapecie korkowej w przedpokoju.Przedpokoj wyglada tragicznie,
                metr od podlogi jest wykruszona i nadaje sie do wymiany,a miala sluzyc dobre 15
                lat ma 2 lata.Kot jest stworzeniem czystym,jednak kiedy nieuprzatniesz mu kuwety
                zalatwi sie na dywanie.Walcze z wchodzeniem na stol i meble.Jest wszedzie.
                Jedzenie musisz chowac zaraz po skonczeniu posilku,bo inaczej wejdzie ci do
                talerza.
                Kot je sucha karme,tak nauczony od malego.Wysoka polka 25-33 zl za 1 kg.
                Kupuje 3-4 gatunki i mieszam,aby nie przyzwycail sie do jednego smaku,bo
                przerabane,kiedy produkt wycofaja z rynku.
                Wybierajac miedzy pieskiem a kotkiem optuje za pieskiem.
          • toskania8 Re: Rudy, Rudzielec i Rudzik c.d. 09.02.05, 22:46
            wróciłam z podróży do pięknej naszej Stolicy, którą budował cały Naród i co
            wybudował to ma.
            I spieszę z dalszym ciągiem mojej kociej opowieści . Szkoda, że tu nie można
            wkleić zdjęcia, bo bym Wam zaraz pokazała, jak Rudzielec z Rudzikiem siedzą po
            dwóch stronach monitora i z wielką fascynają wpatrują się w ekran, próbując
            złapać kotka uczepionego do kursora.

            Po śmierci Rudego natychmiast postanowiłam, że musi być drugi i to po pierwsze
            dokładnie taki sam a po drugie szybko.
            Niestety okazało się, że w rasie brytyjskiej kolorem dominującym jest
            niebieski. Po przeszukaniu w internecie wszystkich polskich hodowli, znalazłam
            bardzo podobne, ale kawał jeszcze za Bielsko Białą, to się chyba nazywa Kozy.
            Ode mnie to drugi koniec Polski, a do tego był koniec stycznia , śniegu tam
            leżało z metr ale zaparłam się i jakoś dotarłam. No i tu zostałam wystawiona na
            wielką próbę. Bo to okazała się jedna z większych hodowli w Polsce i kotków do
            wyboru było chyba kilkanaście, we wszystkich możliwych kolorach. Od czarnego ,
            przez niebieskie, liliowe, rude, kremowe. No weź tu teraz wybierz jednego,
            skoro najlepiej wzięłabym wszystkie, a już z pięć to na pewno. Ale wreszcie
            ostatkiem sił wskazałam na jednego, największą szaławiłę, takiego, co to było
            go wszędzie pełno.
            Odebrać go jednak mogłam dopiero za jakieś sześć tygodni, bo to musi być cykl
            szczepień, kwarantanny, czego tam jeszcze. I wypadło, że będzie prezentem na
            Dzień Kobiet.
            W umówionym dniu razem z moją koleżanką Hanią , zaopatrzone w klatkę wyścieloną
            wchłanialnymi prześcieradełkami, w razie by się posiusiał udałyśmy się w
            podróż. Po dokładnym rozwaleniu opony na pozimowych wertepach i przedarciu się
            przez wciąż zalegajace zaspy, dotarłyśmy na miejsce. Rudzik z czystej kociej
            ciekawości wlazł w celach eksploracyjnych do klatki. I tu czekała go niemiła
            niespodzianka. Oto nagle zapadła krata, otoczyła go ciemność (klatkę owinięto
            kocem, by nie przeziębł w drodze do samochodu), jakaś potwora uniosła go w
            górę i wpakowała go w jakieś miejsce w zupełnie innym wszechświecie. Dotąd
            maluszek był przekonany najświęciej, że cały świat to ten ciepły bezpieczny
            dom, gdzie pełno zabawek, gromada kumpli do zabawy, zawsze blisko do maminego
            cyca a te dwa dziwne stwory na dwóch nogach znajome i przyjazne.
            A tu go biedaka wpakowali w zamknięciu nie wiadomo gdzie i uwieźli. Pisnął
            cichutko ze dwa razy i umilkł. Całą ośmigodzinną tych zimowych warunkach drogę
            przesiedział cichutko, ze strachu nawet się nie posiusiał. Dojechałyśmy.
            Teraz nastał moment najtrudniejszy - trzeba było nowicjusza wprowadzić na
            terytorium, gdzie niepodzielnie panował Rudzielec.
            Maluszka wniosłam i zamknęłam w sypialni. Otworzyłam klatkę i wyszłam do kuchni
            po jedzenie, picie i piaseczek dla niego. Wracam - nie ma kota ! Po obczołganiu
            na kolanach całej sypialni znalazłam bidotę wbitą w najdalszy kąt za szafką,
            całego dygoczącego. Zostawiłam, go, żeby się oswoił z miejscem. Zaglądałam co
            jakiś czas, siedział ciagle w kącie i się trząsł a mnie się serce kroiło, ale
            musiał sobie niestety sam poradzić. Rudzielec krążył pod drzwiami
            zniecierpliwiony. Po sześciu godzinach (była druga w nocy) zobaczyłam, że stoją
            oba po dwóch stronach drzwi i piszczą. Po następnych dwóch godzinach
            pomyślałam, że już się chyba nie pozabijają i poszłam spać.
            Poszło szybciej, niż myślałam, dwa dni później rano znalazłam obu przytulonych
            na mojej kołdrze.
            Rudzik jest tak podobny do Rudego, że jak oglądam zdjęcia, muszę dobrze
            patrzeć, który to, ale ma zupełnie inny charakter. Z pozoru Rudzielec jest
            szczupły , szybki, sprytny i zwinny a Rudzik puchaty, misiowaty i powolny. Ale
            jakoś tak jest, że jak rzucam Rudzielcowi zabawkę pod nogi a Rudzik jest pięć
            metrów dalej, to i tak jest przy tej zabawce pierwszy, tak samo zresztą jak
            przy misce ze smakołykami. Kiedy pani wchodzi do kuchni należy się natychmiast
            za nią udać, bo a nuż będzie się działo coś przyjaznego. No a kiedy w ręku
            ukazuje się puszka, czujność jest wzmożona do stanu alarmowego, bo a nuż jest
            to puszka z naszym ukochanym tuńczykiem (zazwyczaj jest),a może to będzie
            porcja wołowinki z lodówki. Wtedy trzeba wskoczyć na szafkę i pchać nos do
            otwierajacej się puszki bo może uda się polizać choć przez szparkę albo może
            zabiorą albo może pani zje sama, nigdy nie wiadomo.
            Kiedy puszka jest już podzielona na dwie miski, świat staje w miejscu. Nawet
            zawalenie się domu nie byłoby chyba w stanie oderwać nas od tych misek aż do
            ostatniego kęsa.
            Większą atrakcją są chyba tylko kocie witaminki, ale tylko jednej firmy, innej
            pani może sobie sama zjeść. Na brzęknięcie słoiczkiem dwa słupki siedzą już
            przy fotelu gdzie zawsze je dostają i wpatrują się z taką uwagą jak profesor
            Wolszczan w jakąś właśnie odkrywaną planetoidę. Niestety pani daje tylko po 5 -
            6 witaminek dziennie. Ale trzeba się skupić, bo może uda się wykorzystać chwilę
            nieuwagi i wyszarpnąc witaminkę kumplowi.
            Kiedy wchodzę do domu jest ostatnio nowy zwyczaj. Rudzik czeka niecierpliwie,
            wpycha pyszczek w otwierające się drzwi , ustawia się bokiem z wygiętym
            grzbietem i wysoko uniesionym puchatym ogonem i natychmiast podnosi wielki
            wrzask - no już głaszcz mnie, co tam, potem zdejmiesz buty i płaszcz, rozłożysz
            pakunki, najpierw głaskanie. Książę Rudzielec natomiast pomalutku , leniwie
            budzi się z drzemki (oczywiście nie ma lepszego miejsca niż pani sypialnia) i
            czeka, aż pani pozbędzie się tego natręta Rudzika i przyjdzie złożyć jaśnie
            panu należne hołdy. Wtedy jest podstawianie podbródka, uszu, boczków do
            głaskania i drapania i wielkie mruki. Kiedy uznaje, że dość już pieszczot,
            jednym sprężystym susem jest w drugim końcu pokoju i - teraz jestem zajęty
            swoimi sprawami, proszę mi nie przeszkadzać i nie narzucać się. Zechcę to
            przyjdę.
            Poczucie sprawiedliwości i równowagi jest wielkie - wystarczy, że jednego
            pogłaszcze albo wezmę na ręce, natychmiast, nie wiadomo skąd już jest drugi z
            przypomnieniem - mnie też !!
            Jak tylko położę się do łóżka, za chwilę są oba i najlepiej uwalają się na
            brzuchu. Bardzo mają za złe, kiedy próbuję zmienić pozycję, co to znaczy, żeby
            legowisko się wierciło ! Czasem w nocy, kiedy jakoś próbuję sobie znaleźć
            kawałeczek miejsca na moim dość w końcu szerokim łożu czy złapać skrawek
            kołdry, myślę sobie jak to jest, żeby mały, zwinięty w kłębuszek kotek zajmował
            sobą wiekszą część posłania metr sześćdzesiąt . Ale jakoś to potrafi.
            oho, słychać jakieś napominania, dawno się pani nami nie zajmowała, tylko
            klepie i klepie te klawisze, no dobrze, dobrze, już idę. Zaraz będą witaminki.
                • takanietaka Re: Rudy, Rudzielec i Rudzik c.d. 09.02.05, 23:34
                  Ja jestem zwolennikiem psa,a w zyciu miałam i psy i koty.Prawdziwy miłosny
                  kontakt i porozumienie tylko z psem!Dla niego jesteśmy wszystkim-wódz stada,Bóg
                  i ukochana pani.Psy to zwierzeta zyjace w stadzie i stado chociażby dwuosobowe
                  im jest potrzebne-kot to samotnik ,zyjacy według własnych a nie naszych
                  regół.Może sie zdarzyc nawet taki kot który nas wcale nie bedzie lubił!Pies
                  będzie kochał zawsze !Ale to prawda że potrzebuje towarzystwa,nie mozna go
                  zostawiac na wiele godzin,a potem nawet z nim nie pogadac i
                  popiescic..zdziwaczeje i bedzie nieszczęśliwy.Pies zaakceptuje i uszanuje
                  nasze zwyczaje ..nie bedziemy musieli nic zmieniac w mieszkaniu (poza krótkim
                  szczenięcym okresem )a dla kota bedziemy musieli poprzesuwac niektóre
                  sprzety,poprzestawiac przedmioty,oduczyc sie siadania na mijscach które wybiora
                  dla siebie.Pies je wszystko w zasadzie (pomijam czy to jest zdrowe dla psa)i
                  jezeli nie jest jakis "przerasowany " to nie ma zadnych z tym kłopotów.Koty mja
                  wrazliwsze zoładki ale tez wymusza na nas ,byśmy dawali im do zjedzenia tylko
                  to co sobie one zyczą (jak nie ma ,to nie jedzą i czekaja ,,!)No i z psami sa
                  zwiazane "psie znajomosci" ..spacerki o północy i spotykanie tych co to
                  tez "siusiaja "po ostatnicm filmie.Te znajomosci sa na ogół bardzo miłe ,bo
                  poznajemy ludzi od ich najlepszej kochajacej strony.Acha pieski niekoniecznie
                  wstaja o 6 rano !Moja siusia około 8!
                  • natla Re: Rudy, Rudzielec i Rudzik c.d. 09.02.05, 23:42
                    I Krista mnię ochrzania, że motlam.smile
                    K R I S T A!!! Mam nowy pomysł. Weź piseczka z azylu. Uszczęśliwisz biedną
                    istotę, a będziesz miała cudownego towarzysza.
                    Ja w każdym razie, jak mi przejdzie, tak zrobię.
                    • takanietaka Re: Rudy, Rudzielec i Rudzik c.d. 09.02.05, 23:52
                      Moja jest z azylu,została przywieziona własnie tego dnia gdy przyszłam ..a
                      wzięłam ja bo była taka brzydka ,że pomyślałam że jak ja jej nie wezme to chyba
                      nikt juz jej nie weźmieJakas chyda,łysawa,postrzepiona ,parchata,oczka
                      pozaklejane ,a z zabiedzenia to nawet nie miała wdzięku.Wcisnęła sie we mnie
                      pod pache i sie ruszyc nawet nie dała,tak ze jej "twarzy" nawet nie mogłam
                      porzadnie obejrzeć.Prez pierwsze tygodnie nie chciała zadnych
                      spacerów ..nic ..siusiu na progu bloku i pędem po schodach pod drzwi mieszkania
                      Teraz jest piękna kudłatą psinką (zdjeciem służe ,jako dowodem)a ja juz jestm
                      przez nia wytresowana ..chociaz przyznaje ze robi to delikatnie i
                      niezauwazalnie .Ma jedna wade -smieciara -straszna ..na spacerze znajduje nawet
                      stare skórki od chleba ze zjełczałym masłem i zuca sie na nie jak
                      wygłodzona ..i wstyd mi przynosi!
                  • hancza47 Re: Rudy, Rudzielec i Rudzik c.d. 22.02.05, 19:55
                    Mam psa i dwa koty. Pies jest wielorasowy, czarny z białym krawatem, na
                    boczkach gładki na grzbiecie ma pięknego "irokeza". Podrzucili mi ją do ogrodu
                    gdy była całkiem malutka. Rano na ośnieżonym podjeździe do garażu leżała
                    plastikowa reklamówka z piszczącą żałośnie z zimna czarną kudłatą kuleczką.
                    Była zmarznięta, przerażona, ale śliczna. Do dzisiaj ma uraz i nie lubi zostać
                    sama. Z dalekiego spaceru, nawet jeśli zniknie mi z oczu pierwsza wraca pod
                    własny dom. Po prostu nie da się zgubić. Syndrom porzucenia? Bardzo się kochamy
                    i nawet po 10 minutach mojej nieobecności Koka poczuwa się do obowiązku
                    należytego radosnego powitania. Wie kiedy wracam z pracy, potrafi nawet
                    otworzyć mi drzwi (mojej koleżance od Toskani też...)A spacery w niepogodę...
                    kochani, to jest tylko dla zdrowia. Nie chcecie,lecz musicie się ruszyć po
                    dzienną dawkę tlenu.
                    Kotki są różne. Jedna urodziła się pod moim dachem. Nie lubi pieszczot i zawsze
                    chodzi własną drogą. Ale za to uwielbia wszelkie zabawy. Niestety... poluje, a
                    zdobycze znosi do domu. Druga kotka została wyrzucona z domu przez sąsiadkę,
                    która wyprowadziła się...Jak ja nie lubię tej rodziny...Przygarnęliśmy, ale
                    jest kłopotliwa. Nie poluje, nie bawi się za to uwielbia pieszczoty. Liczy
                    sobie jednak około 16 lat i chyba ma już u nas "dożywocie". W kwestii spacerów
                    z psem. Ile to ja mam znajomych przez psy. Wspólne spacery, pogaduchy, poranne
                    i wieczorne życzliwe uśmiechy. Jest to na prawdę fajne. A tak na prawdę to
                    bardziej cenię sobie psią przyjaźń.
                    • toskania8 Re: Rudy, Rudzielec, Rudzik i Koka 22.02.05, 21:47
                      hancza47 napisała:

                      > Mam psa i dwa koty. Pies jest wielorasowy, czarny z białym krawatem, na
                      > boczkach gładki na grzbiecie ma pięknego "irokeza". Podrzucili mi ją do
                      ogrodu
                      > gdy była całkiem malutka. Rano na ośnieżonym podjeździe do garażu leżała
                      > plastikowa reklamówka z piszczącą żałośnie z zimna czarną kudłatą kuleczką.
                      > Była zmarznięta, przerażona, ale śliczna. Do dzisiaj ma uraz i nie lubi
                      zostać
                      > sama. Z dalekiego spaceru, nawet jeśli zniknie mi z oczu pierwsza wraca pod
                      > własny dom. Po prostu nie da się zgubić. Syndrom porzucenia? Bardzo się
                      kochamy
                      >
                      > i nawet po 10 minutach mojej nieobecności Koka poczuwa się do obowiązku
                      > należytego radosnego powitania. Wie kiedy wracam z pracy, potrafi nawet
                      > otworzyć mi drzwi (mojej koleżance od Toskani też...)A spacery w niepogodę...
                      > kochani, to jest tylko dla zdrowia. Nie chcecie,lecz musicie się ruszyć po
                      > dzienną dawkę tlenu.
                      > Kotki są różne. Jedna urodziła się pod moim dachem. Nie lubi pieszczot i
                      zawsze
                      >
                      > chodzi własną drogą. Ale za to uwielbia wszelkie zabawy. Niestety... poluje,
                      a
                      > zdobycze znosi do domu. Druga kotka została wyrzucona z domu przez sąsiadkę,
                      > która wyprowadziła się...Jak ja nie lubię tej rodziny...Przygarnęliśmy, ale
                      > jest kłopotliwa. Nie poluje, nie bawi się za to uwielbia pieszczoty. Liczy
                      > sobie jednak około 16 lat i chyba ma już u nas "dożywocie". W kwestii
                      spacerów
                      > z psem. Ile to ja mam znajomych przez psy. Wspólne spacery, pogaduchy,
                      poranne
                      > i wieczorne życzliwe uśmiechy. Jest to na prawdę fajne. A tak na prawdę to
                      > bardziej cenię sobie psią przyjaźń.


                      Nie mogę tu nie dodać, że kiedy wróciłyśmy z dwutygodniowej wyprawy do
                      Toskanii, szczęśliwa Koka wybiegła na powitanie i z tego szcześcia najpierw
                      rzuciła sie na mnie a dopiero po dłuższej chwili dostrzegła swoją Panią. Od tej
                      chwili kocham Kokę jeszcze bardziej.
    • toskania8 jeszcze raz - pies czy kot 10.02.05, 22:29
      jak już mówiam, uwielbiam psy i włśnie z powodu tej miłości nie mam psa, bo
      nie mogę mu zapewnić takich warunków, żeby mu było u mnie dobrze. Przypominam
      to dlatego, żeby nie było, że ja jestem przeciw psom.
      Ale muszę jednak w imieniu Rudzika i Rudzielca dać stanowczy odpór rozmaitym
      insynuacjom, które się tu pojawiły "w temamcie" kotów.
      1. nie musiałam przestawiać żadnych mebli ani innych urządzeń domowych
      2. nie musiałam rezygnować ze swojego ulubionego fotela ani innego miejsca ani
      żadnego swojego zwyczaju; kiedy kot siedzi na moim fotelu to albo przenosi się
      na moje kolana albo bez obrazy idzie gdzie indziej; nasze "łóżkowe
      przepychanki " są przez mnie w pełni akceptowane, jakbym nie chciała ich
      przyzywczajać do spania ze mną, to od początku byłby taki zwyczaj, ale chcę !
      3. nie podrapały ścian ani mebli ani nic innego nie zniszczyły - tylko fotele
      trochę są pozahaczane, owszem, ale każdy osobnik w domu, bez względu na ilość
      nóg powoduje jakieś zamieszanie i szkody, nie ? A to, że na pewne rzeczy trzeba
      uważać, mając na względzie kocią ciekawość i skłonność do dogłębnych badań, jak
      na przykład opowiadałam o tym wazonie, no to trzeba. Teraz wszyscy przyjaciele
      wiedza, że mnie nie przynosi się ciętych kwiatów.
      4. co do wyjadania z talerzy - tu jednak przytyk do piesków - widziałam często
      pieski za przyzwoleniem gospodarzy wędrujące po stole , obwąchujące półmiski i
      polizujące to i owo, jest to sprawa wychowania. Kot jest ciekawski i musi
      sprawdzić co to jest na talerzu, a jeśli jest coś smakowitego ...no cóż. Po
      prostu trzeba schować.
      5. nigdy, przenigdy przez dwa lata żaden mój kot nie nasiusiał gdzie indziej,
      niż do kuwetki, nawet jak zapomniałam ją w porę sprzątnąć. Rudy, bidulek, kiedy
      już prawie umieral, słaniał się na nogach, spadał z łóżka, na którym go w nocy
      położyłam koło siebie i szedł do kuwetki. Siedziałam nad nic całą noc i nosiłam
      go, bo już nie mógł iść, ale nawet wtdy nie nasiusiał do łóżka.

      Kiedy koleżanka radziła mi kota, najpierw podeszłam do tego pomysłu ze sporą
      rezerwą, a teraz już nie wiem jak to mogło w ogóle być bez nich.

      Ktoś kiedyś mi mówił, że koty są niekontaktowe - szkoda, że nie widzicie i nie
      słyszycie teraz Rudzielca, który właśnie przyszedł na pogawędkę. Siadł obok i
      wymieniamy sobie różne miauuu na rozmaite tony w atmosferze wzajemnego
      zrozumienia i przyjaźni. Bardzo to uwielbia. A jeszcze lepiej, kiedy przychodzi
      i mnie woła, czeka, żebym za nim poszła, kiedy wstaję, biegnie w dyrdy do
      innego pokoju i tam pokazuje, że mu wpadła myszka (najukochańsza zabawka) pod
      szafkę. A czasem, cwaniaczek normalnie ściemnia. Tylko udaje, że mu coś wpadło
      i cieszy się, że mnie nabrał.
      A Rudzik właśnie ułożył się na kolanach w sprawie głaskania więc piszę trochę
      jedną ręką.
      Zawsze potrafią "powiedzieć" czego chcą, umieją nawet wyczuć mój nastrój, kiedy
      jestem smutna albo zmęczona, przychodzą i się ocierają, zagadują . A czasem
      wyraźnie domagają się zabawy. Świetnie się rozumiemy.

      I jeszcze jedna ważna sprawa - któraś z Was pisała, (nie pamiętam, a nie mogę
      się cofnąć bo mi się skasuje) że nie może mieć kota z powodu alergii. Mam dla
      Ciebie dobrą wiadomość.
      Rex kornwalijski czyli cornish rex (czyli Rudzielec) to jedyna podobno rasa
      kota, która nie szkodzi alergikom. Ma bardzo króciutką sierść i w dodatku ma
      loczki, takie drobniutkie karakułki. Mimo, że jest kornwalijski ,zalicza się do
      ras tzw. orientalnych - szczupły, na wysokich nogach. A Rudzik jest
      brytyjczykiem.

      Bardzo ich kocham obu, choć nie wiem, jak z tym poprzednim wcieleniem, kto wie.
      W horoskopie chińskim jestem szczurem, więc zwierzątkiem nie najbardziej kotom
      przyjaznym.
      No, to już bedzie na tyle tego mojego kociego serialu, wiecie już o nich chyba
      wszystko, choć nie wiadomo, co nowego wymyślą jutro. I to właśnie jest takie
      piękne.

        • toskania8 Re: kot kornwaliski 11.02.05, 08:52
          tak, właśnie, są tam zdjęcia kociąt- w miocie na literę B kotek Brad jest
          zupelnie podobny do mojego Rudzielca.
          Przypomniałam sobie, że moje koty są też w necie -
          republika.pl/kotybrytyjskie, to jest strona hodowli Graham, skąd
          pochodzi Rudzik, Jest tam zakładka nasze koty w nowych domach i są moje - przez
          pomyłkę napisali "Rudy i Rudzielec" ale to jest Rudzik. Zdjęcia Rudego są na
          stronie Tęczowy Most, o której adres podawałam wyżej - to jest taka piękna
          stronka o nienie dla zwierzątek, gdzie ludzie piszą wspmnienia o swoich
          zwierzaczkach, które odeszły.
                  • krista57 Re: kot kornwaliski 12.02.05, 17:51
                    nie zgadzam sie na ...konczenie tego wątku....nie zdecydowałam sie jeszcze ani
                    na kota ani na psa.
                    Szukam jedynie hodowli kotkow w poblizu mego miejsca zamieszkania.
                    W brytyjczykach i cornishach moge sie zakochac.Jestem prawie gotowa !
                    • toskania8 Re: kot kornwaliski 12.02.05, 18:20
                      kristo, ja nie mówiłam o kończeniu wątku, tylko że ja już chyba wszystko
                      opowiedziałam o moich; a skoro jeszcze się nie zdecydowałaś, to dopowiem Ci, to
                      co kiedyś wyczytałam w opisie rasy cornish rexów - mówią o nich, że to piesek w
                      kociej skórze, i jest w tym sporo prawdy, więc może to Cię na coś naprowadzi.
                      A poza tym dodam jeszcze coś bardzo, bardzo ważnego, o czym przedtem
                      zapomniałam - ani pieski, ani chomiki, ani papużki ani rybki(nawet złote) nie
                      mruczą ! A to jest najbardziej uspokajający dźwięk na świecie.
                      • krista57 Re: kot kornwaliski 12.02.05, 18:48
                        Toskanio,dobrze Cie zrozumiałam!
                        Ja tak specjalnie... chciałam tylko aby wszystkie miłośniczki/nie obrazcie sie/
                        aby wszystkie kociary i psiaray pisały o swoich ulubiencach tak przekonywująco
                        ja Ty.
                        To "mruczando " po przebudzeniu musi być przyjemnym dzwiękiem.
                        • tesunia Re: kot kornwaliski 12.02.05, 21:05
                          juz sie nie moge kristo doczekac,
                          kiedy napiszesz ,ze zakupilas kociaczka
                          i bedziesz "zdawac relacje" z jego rozwoju.....

                          beda niezliczne wedrowki do sklepu "zwierzyniec"
                          po zabaweczki i inne duperelki potrzebne....

                          zycze powodzenia w wyborze....

                          ciekawe jakie miseczki zakupisz?
                          nasz psiun ma porcelanowe,(nie lubie osobiscie plastykowych i metalowych)
                          kolezanki kociak tez ma porcelanowe,
                          • tesunia Re: szwedzki doberman.......... 12.02.05, 21:35
                            vovve.net/Galleri/galleri.asp?id=52&p=4
                            **na trzynastym zdjeciu dobus najbardziej podobny do mojej "czarnej perly"

                            milego ogladania,

                            w szwecj jest zakaz obcinania ogonow
                            i operowania uszow tej rasie,
                            jedynie z importu mozna spokac sporadycznie te "operowane"
                          • krista57 Re: kot kornwaliski 12.02.05, 22:42
                            Nie tak szybko Tesuniu ....teraz Wielkanoc,potem dłuuuuuuuuuuuugie wakacje
                            troche tu troche tam....a kotek dopiero na pozny koniec lata.
                            Piesek jest imponujacy i okazały /dobrze okresliłam ?/
                            • tesunia Re: kot kornwaliski 13.02.05, 13:27
                              krista57 napisała:

                              > Nie tak szybko Tesuniu ....teraz Wielkanoc,potem dłuuuuuuuuuuuugie wakacje
                              > troche tu troche tam....a kotek dopiero na pozny koniec lata.
                              > Piesek jest imponujacy i okazały /dobrze okresliłam ?/

                              tak kristo,
                              psiun sam "majestat" w sobie
                              i najgoresz w tym,ze wie o tym,
                              nasz troszke "zapasiony" ,niemniej nie zgubil swego dostojenstwa psiego
                              tyczacego sie tej rasysmile)

                              a to do´brze,przygotowujesz sobie wszelkie informacje wiedzy kociej,
                              masz wiec czasu duzo by zdecydowac sie na cos co naprawde
                              przypadnie Ci do gustu,
                              i wcale nie przeszkadza,
                              bys juz nawet teraz czasami wpadla gdzies na "kocia wystawe",
                              lub podjechala do chodowcy kotow
                              i popatrzyla jak wygladaja rozne rasy,
                              dowiesz sie wtedy duzo wiecej....myslalas tak robic??
                              • krista57 koty 13.02.05, 17:47
                                Wlasnie przegapiłam duza wystawe kotow w Szczecinie.
                                Kotami zainteresowała mnie Toskania....niedawno,
                                nigdy przedtem nie mialam zamiaru byc kociara.
                                Zaczynam szukac rasowych hodowli chociaz moj wcale nie musi miec
                                rodowodu....jedynie musi mi sie podoba.
                                Szukam tez literatury.
                                • toskania8 Re: koty 14.02.05, 22:52
                                  na temat ras kotów najwięciej informacji znajdziesz w internecie, wrzuć
                                  hasło "koty" do dobrej wyszukiwarki, znajdziesz "kocie strony" jest ich
                                  mnóstwo, są tam opisy ras, mnóstwo zdjęć i opowieści kocich wielbicieli; są też
                                  oferty hodowców także z dziesiątkami zdjęć.
                                  To lepsze niż ksiązki, bo więcej materiału (także opowiastek z życia wziętych)
                                  i znacznie więcej zdjęć, niż w jakiejkolwiek książce.
                                  Ale jest i parę fajnych książek. Moja pierwsza to była "Twój Kot" z
                                  serii "...dla opornych" - taka żółta seria, najpierw była o komputerach, potem
                                  nawet o gotowaniu a teraz o kotach, bardzo dużo informacji dla początkującej
                                  kociary - Wydawnictwo IDG Books Worldwide; Zaklinacz Kotów - Galaktyka;
                                  Dlaczego Kot Mruczy - Książka i Wiedza; jest nawet Feng Shui dla Kotów,
                                  napisane przez koty dla kotów - Wiedza i Życie.
                                  • krista57 Re: koty 15.02.05, 10:45
                                    Dzieki zgadza sie ...juz wiele czasu spedzam czytając o kotach własnie w
                                    internecie ,czasu nie starcza.Szukam hodowli...a większość jest w innych
                                    regionach kraju...moze trafi mi sie cos w pobliżu.
                                    Ksiazki jeszcze żadnej nie zakupiłam.
                                    • natla Re: koty 15.02.05, 18:31
                                      Krista, a zwykły dachowiec bez domu?
                                      Moja przyjaciółka takiego przybłonkańca ma. Jest naprawdę baaaaardzo kochany,
                                      czysty, kontaktowy, przywiązany, zaskakujący reakcjami i słodki. smile
                                      • tesunia Re: koty 15.02.05, 19:02
                                        a wiecie????,
                                        ze kot jest dobrym indykatorem w domu,
                                        a cieki wodne ,ktore wedlug niektorych nauk
                                        mowia,ze sa niekozystne dla naszego zdrowia?

                                        kot sie zawsze polozy na "zyle wodnej",to miejsce
                                        niekorzystne dla zdrowia czlowieka,

                                        pies wybiera miejsca wole "bez podskornych ciekow wodnych"
                                      • toskania8 Re: koty 15.02.05, 22:56
                                        dachowce oczywiście bywają wspaniałe, podobno zawsze doceniają, co mają dzięki
                                        Tobie. Ale też mają różne charaktery. ja takie dwie sieroty dokarmiam na
                                        podwórku mojej firmy. Z biednych chudzielców już są całkiem nieźle spasione.
                                        Jedna to jest plamiasta biało szaro czarna panienka , bardzo przylepna, jak idę
                                        zawsze się podstawia do głaskania ociera się i mruczy. A drugi, chyba facet ale
                                        nie wiem dokładnie, jest tak płochliwy, że nie tylko pogłaskać ale zbliżyć się
                                        nie da, jak mnie widzi z daleka zaraz się chowa.
                                        Poza tym z dachowcami bywa czasem tak, że mają różne choroby, których
                                        weterynarz od razu nie wykryje a po kilku miesiącach czy roku jest smutek i
                                        płacz.
                                        Więc trochę trzeba uważać, choć mądre księgi o kotach bardzo zalecają dachowce,
                                        właśnie jako te, co Ci będą do śmierci wdzięczne, że dałaś im dom.
                                        Oj, miałam się już wynieść z tego wątku, ale się nie da, ja o kotach mogę
                                        zawsze.
    • kasia9950 Re: Nasze zwierzaki 20.02.05, 10:12
      mialam ukochana sunie.Miala 8 lat. Myslalam,ze razem bedziemy sie starzec...Od
      kilku miesiecy nie ma jej wsrod nas.Zkazdym dniem bardziej mi jej brakuje.Czy
      tak bedzie zawsze? Kasia 9950
      • natla Re: Nasze zwierzaki 20.02.05, 10:34
        Ja nie mam mojego psa od 1,5 miesiąca i choć był trudnym osobnikiem, ciągle go
        opłakuję.
        Jedyny sposób, to spacer do azylu i wybranie sobie kundelka, który Ci nigdy nie
        zapomni, że go przytuliłaś do siebie. Ty po kilku miesiącach już możesz, ja
        jeszcze nie, ale gdyby się jakiś z ulicy przyplątał, to juz bym go wzięła.smile
    • hania48 Re: Nasze zwierzaki 22.02.05, 17:47
      A ja nie mam psa, ale miałam i będę miała! Figa przeżyła 17 lat. Była polskim
      owczarkien nizinnym z nieznanego tatusia ( czyli zwykły wielorasowiec - a
      raczej nie zwykły, a i wygląd miała po mamusi). Kochała wszystkich ludzi i
      koty. Goście, jej zdaniem, przychodzili wyłącznie do niej! Wszystkich
      serdecznie witała, zapraszała do zabawy. Była srebrzyście szpakowata i tak jej
      zostało do śmierci. Pod koniec nieznacznie osiwiała, lecz niestety z lekka
      wyłysiała. Była wesołym, serdecznym i niekłopotliwym psem i nawet z tego świata
      usunęła się w porę - gdy z moją Matką było już bardzo żle i przez kolejne -
      przeszło dwa lata - do domu wracałam tylko na parę godzin snu. Wkrótce minie 4
      lata jak jej nie ma. Cieszyłabym się gdyby ktoś swojego nowego psa nazwał Figa.
      Ja będę miała psa, ale to nie będzie Figa.
      Powyższy dylemat "kot czy pies", dla mnie nie istnieje. Koty są piękne,
      bywają serdeczne, miłe ale nie są psami. A z rzeczowych argumentów: wiele
      znajomych mi kotów zajmuje terytorium nie tylko parterowe. Gdybym chiała mieć
      zwierzątko zajmujące również górne partie mojego mieszkania (szafy), to pewnie
      wybrałabym małpkę, np. gibbona. Kiedyś, wiele lat temu, w czasie zwiedzania
      ogrodu zoologicznego, chyba w Oliwie, zatrzymałam sie przed klatką z małpkami.
      Klatka była pusta, wszystkie zwierzaki powchodziły do domu. Jeden tylko
      siedział w otworze wejściowym. Ponieważ dookoła ludzi też nie było, zaczęłam do
      niego przemawiać, namawiać aby zawołał kumpli na zewnątrz, bo pogoda ładna a
      one w domu itp. Małpka siedziała, popatrywała na mnie, w pewnym momencie
      odwróciła się do środka, coś zaskrzeczała i wyskoczyła cała gromada jej
      towarzyszy. Zaczęło się popisywanie - gimnastyka artystyczna. Oczywiście
      natychmiast zebrało sie dużo ludzi, śmiejące się dzieci pełne zachwytu. Małpki
      zachwycone aplauzem szałały coraz bardziej. Nagle jednej nie powiodło się - nie
      zdołała w porę uchwycić gałęzi i spadła siedzeniem na ziemię. Na chwilę
      znieruchomiała, spojrzała na mnie sprawdzając czy się z niej nie śmieję.
      Ponieważ zachowałam powagę, ona zaczęła udawać, że to nie był wypadek. Ona tak
      specjalnie! Ona postanowiła z bliska obejrzeć kamyczki! Pooglądała, podskoczyła
      i schowała sie na wszelki wypadek do domu.
      Tak więc ja będę miała psa, a ściślej rzecz biorąc sukę. Po pierwsze - na
      ogół pan(i) pilnuje psu a suka pana(ią), po drugie - ja wiem kiedy moja suka ma
      cieczkę i mogę stosownie do tego postępować, a nie wiem kiedy inna suka jest
      atrakcyjna dla psa i pies może mnie zaskoczyć uciekając, płacząc w domu i
      bezustannie domagając się spacerów - tak mieli moi liczni znajomi z psami.
      Mieszkam w ogromnym bloku, dużo psów, a do mieszkania wracam windą i w czasie
      cieczki każdy pies, któremu uda się dostać do holu windowego, traci ślad. Tak
      więc psie wizyty mi nie straszne. Niestety spacery w tym okresie bardzo krótkie,
      a na wypadek spotkania wyjątkowo agresywnego a dużego amanta - lakier do włosów
      w areozolu. Żaden pies tego nie lubi!
      Tak więc suczka, średniej wielkości (wagi), tak abym mogła ją podnieść i
      wstawić do wanny. Genealogia psa jest mi dokładnie obojętna. Może być
      wielorasowiec. Nawet wolę - takie psy są na ogół zdrowsze.
      Pozdrawiam miłośniczki i miłośników wszelakiej zwierzyny - Hania

      • natla Re: Nasze zwierzaki 22.02.05, 17:59
        Hania:
        < Tak więc ja będę miała psa, a ściślej rzecz biorąc sukę.>
        A suka ne pes?? smile))
        Może Ty przekonasz kristę do psa? I do tego kundla? Nie duzego, takiego, aby
        mogła go brać na swoje wojaże.
        Gdybym miała swój włsny dom, to żyłyby w nim psy i.... małpy. Są przekochane,
        choć czasem meczące.smile)
        Aaaaaaa, jeszcze węże. Takie duuuuuże, niezjadliwe i nie duszące. smile))
        • hania48 Re: Nasze zwierzaki 22.02.05, 19:17
          Owszem, suki to też psy, ale to przecież Ty napisałaś,że nie chcesz suczki ze
          względu na płeć! O tym jak radzić sobie w czasie cieczki i o "parterowych"
          zwierzakach napisałam właśnie odnosząc się do dylematów Klary. No i oczywiście
          znacznie łatwiej zabrać z sobą, w razie wyjazdy psa niż kota. Moi znajomi
          mający koty, a mieszkający w blokach, mają dodatkowe problemy: koty żyjące
          stale w mieszkaniu panicznie boją się przekroczenia drzwi wejściowych. Nawet na
          rękach, czy w klatce. Problem wizyty u weterynarza ... , wyjazd na działkę,
          jest dużym problemem, któremu można oczywiście zapobiegać, ale od maleńkości, a
          i to problematyczne. Jedna moja znajoma kotka, we wczesnej młodości opuszczała
          dom ze swoją panią, ale w wieku ok. 2 lat, prawie traciła przytomność przy
          próbie wyjścia z nią. No i balkony! Widziałam juz balkon zabezpieczony siecią
          rybacką drobną, mającą zapobiec wypadnięciu kota - łowcy, o kotach, które w
          trakcie polowania na ptaszki lub owady wypadły z balkonów (3; 5; 7 piętro) nie
          wspominając.
          Nie ma jak to pies!!! I do lasu na spacer można a z kotem ... Chociaż na smyczy
          można na dobrą sprawę z każdym zwierzakiem! Widziałam już koło mojego bloku i
          kota na smyczy i królika! A bez smyczy to nawet widziałam na spacerze i
          żółwia!!! Też obok mojego bloku! na trawniku jego pan go postawił! Czemu nie!
          Tylko suka a nawet pies!
          Hania.
          • hania48 Re: Nasze zwierzaki 22.02.05, 19:29
            zapomniałam poprzednio dopisać. Pracowałam w budynku otoczonym dużą ilością
            zieleni, spacerowicze, dzieci i ludie w psami. Kiedyś przez okno zobaczyłam
            pana z jakimś dziwnym psem na smyczy. Bardzo mnie zaintrygował ten pies i przy
            kolejnym razie zbiegłam na dół aby obejrzeć go z mniejszej odległości. To była
            małpa! Na smyczy. W kagańcu. Maszerowała na 4 łapach, jak pies wielkości
            wilczura tylko bardzie korpulentny, gdy coś chciała powąchać lub obejrzeć to
            brała to w łąpę!Oczywiście przednią. Zapytałam o kaganiec - czy ma zapobiegać
            zjadaniu zdobycznych śmieci - nie, małpa była nieprzewidywalna i mogła ugryźć.
            Hania.
            • krista57 Re: Nasze zwierzaki 23.02.05, 16:17
              Ciągle wracam to tego tematu i od nowa czytam "pies czy kot "
              "rasowy czy mieszaniec " ?
              W moim domu rodzinnym były to zwierzęta podwórkowe.
              Ja nigdy nawet przez moment nie pomyślałam o domowym zwierzaku.
              Gdy pojawiam sie w domu gdzie "panują" psy.....zawsze jestem przez nie
              obszczekiwana a potem lizana...odganianie nic nie daje.
              A moze ...ja wcale nie powinnam miec kota czy psa /
              • natla Re: Nasze zwierzaki 23.02.05, 16:21
                Krista, to juz zostało ustalone! Masz mieć!!! Sama wychować, aby nie lizało
                i nie obszczekiwało, nieobmiałkiwało i nie....... i ma być skundlone, bo
                zdrowsze. smile)))
                I juz przestań nudzić. smile)))))
                A zresztą, uzyj sobie....
                • krista57 Re: Nasze zwierzaki 23.02.05, 16:38
                  Co ustalone ????
                  Nic nie ustalone.
                  Kazda psiara i kociara co innego sądzi.Najgorsze,ze kazda ma rację.
                  I co mam miec ? takiego skundlonego zdrowego ?
                  A jak sie nazywa ?
                    • maladanka Re: Nasze zwierzaki 25.02.05, 12:59
                      Proponuję i kota i psa.Poważnie - pies dla zdrowia /spacery/, a kot też dla
                      zdrowia /wygrzewa bolące miejsca/ i....mrrrrrrruczy!
                      Psa nie miałam nigdy - ubolewam - ale koniecznośc wstawania o 5.oo rano do
                      pracy i jeszcze przedtem wyprowadzanie psa?No i puste mieszkanie przez długie
                      godziny? Ale wszystkie osiedlowe psy są moje.Natomiast Kicię miałam 6 lat i
                      tylko tyle,ponieważ usnęła i nie obudziła się więcej.To był zwykły dachowiec
                      uratowany przez córkę przed przejechaniem.Mama kocia przenosiła swoje małe
                      przez ruchliwą drogę - upuściła ją po drodze i potem nie wróciła po
                      nią,ponieważ jakiś dziadyga rzucał za nią kamieniami.Córka rzuciła się prawie
                      pod samochody i to kocie bure uratowała.
                      No i Kicia zamieszkała z nami .C.d. ewentualnie kiedyś bo teraz do garów..
    • hancza47 Re: Nasze zwierzaki 23.02.05, 20:32
      Opowieść z życia wzięta. Pani A miała psa. Proszę, jak mi się udał rym...
      Suczkę rottveilera. Dużą, o wielkich smutnych oczach z łagodnym i kochającym
      sercem, zupełnie pozbawioną agresji. Niestety, budziła wśród sąsiadów
      zrozumiały lęk i nieufność. Często zabierana do ogródka działkowego była bardzo
      wdzięcznym towarzyszem rodziny.
      Po sąsiedzku, za płotem ogrodu, sympatyczny, lecz „trunkowy” pan hodował
      króliki. Białe, kudłate, miłe. Nie przeszkadzał im nigdy stan upojenia u
      gospodarza. Pewnej słonecznej niedzieli rodzina pani A zasiadła do odpoczynku
      przy popołudniowej kawie i nagle konsternacja... Pies przyniósł w pysku
      obtoczone ziemią białe futerko przynależne do nie dającego oznak życia królika.
      Pierwsza myśl i natychmiastowe działanie. Zagryzła królika! Odebrane psie
      trofeum pracowicie wyprano w płynie do mycia naczyń, wysuszono suszarką do
      włosów i skradając się za krzakami agrestu potajemnie włożono do klatki z
      królikami.
      Na drugi dzień sąsiad przysięgał, że więcej już pić nie będzie... Przecież był
      pewien, że królik zdechł i osobiście go zakopał, a on... Wrócił do klatki!
      Napiszcie coś wesołego o zwierzakach... Jeśli macie swoje to na pewno takich
      historii jest mnóstwo.

    • mada50 Re: Nasze zwierzaki 23.02.05, 21:53
      nie mam żywego zwierzęcia,poza moim chłopem,
      natomiast kocham koty (pan jest uczulony na sierść),a ponieważ mam taką głupią
      wadę,że przywiązuję się silnie do stanu posiadania to nadaję cechy istot
      żywych np.memu autku(moje maleństwo),komputerkowi (prawie brzmi jak kotkowi)
      (prawdziwy przyjaciel-zawsze ma dla mnie czas),komórce(moja śliczna) itp,
      ale ze mnie wariatka plotę trzy po trzy i prawdziwe
      miłośniczki żywych stworzeń już na mnie krzywo patrzą.....
      • mira54 Re: Nasze zwierzaki 25.02.05, 22:31
        Kristo, ja mam kotka. Kotek to czyscioszek.
        Nie ma z nim wiekszych klopotow. Tylko trzeba mu dac
        jesc do miseczki i posprzatac kuwetke. Jest mniej klopotliwym
        zwierzatkiem niz piesek. Mozesz go zostawic nawet na kilka dni
        samego w domu, a on sobie poradzi. Z pieskiem jest troche problemow.
        Obowiazkowy spacer przynajmniej 3 razy dziennie, kiedy wyjezdzasz -
        musisz mu zapewnic opieke albo zabrac ze soba. Mialam tez rybki.
        Wszystkie zwierzatka sa cudowne, lecz wymagaja opieki.
        • maladanka Re: Nasze zwierzaki 28.02.05, 10:58
          a tak napisał o kotach mój mąż


          KOTKI

          Jakże można nie lubić kotków
          Kiedy w kółko zwinięte śpią
          Z noskami wtulonymi w ogony
          Które nie śpią zupełnie, bo wiem
          Kiedy kotki śpią całkiem na pewno
          Ogonki tańczą przez sen.

          I policzek nadstawią kudłaty
          I przyłasić się przyjdą czasami
          Zimny nosek wcisną w dłoń
          Chociaż miłość swą dzielą na raty
          Jakże można kotków nie lubić
          Jakże można nie lubić kotków
          Chociaż one przeważnie śpią.

          Kotek to
          spokój,mruczenie,filozofia,zamyslenie,pocieszenie,ciepełko,tajemniczość,wdzięk,e
          legancja w poruszaniu się,no i jesli się zle czujesz i nie masz ochoty wyjść z
          domu albo nie możesz ...nie musisz.
          A piesek tez jest wspaniały.
          Jak przestanę ciągle sie wiercić to będe miała i kotka i pieska,rybki już mam,a
          jeszcze były w domu oprócz Kici: myszoskoczki,żółw ladowy,żółw wodny,malutki
          wróbel do momentu aż sie nauczył fruwać i wybył,kawka odebrana chłopakom -
          niestety nie udało sie jej uratowac,traszki,chomik,jeż - niedługo ale
          narozrabiał nieźle.
          Więcej zwierząt nie pamietam.
          • regine Re: Nasze zwierzaki 28.02.05, 14:51

            -Miałam psa -wielorasowca,był piękny.Przez 13 lat traktowany jak domownik.Ale
            już nie mam go(zostały tylko zdjęcia)umarł po kleszczach na boreliozę zmagał
            się z chorobą 1.5 roku.A teraz mam kotkę ,córka zostawiła mi ją pod
            opiekę.Kociczka jest półsyjamką ,lata samolotem ,jak lecę do córki.Bez niej
            jeszcze ciężej znosiłabym samotność.Była bardzo chora po sterylizacji ale się
            wylizała .Potem za gołębiem wypadła z 4 piętra to był dramat w rodzinie-
            połamana szczęka ,przez 2 tygodnie dochodziła do siebie dzięki wspaniałemu
            lekarzowi.I jest teraz ze mną pieszczoch, wybredny ,ale jest kogo pogłaskać
            przytulić się i zawsze odpowie pięknym mruczeniem .Mam ją już 6 lat.
              • maladanka Re: maladanka - pozdrówki dla męża!! 05.03.05, 08:29
                PEJZAŻ Z KOTEM

                Malując polski dworek, wtulony w jabłonie ,
                Złotą ścieżkę piaszczystą
                Przy kwietnym wazonie,
                Lśnienie szybek błękitem w oknach
                Tudzież złotem
                Od promieni słonecznych odbitym
                I płotem,

                Sad owocem ciężarny od jabłek i gruszek ,
                Ciemne krzaki agrestu motyli i muszek,
                Porzeczek czarnych smorodyń
                Wspaniałych na wino
                I koszyk pełen dobra i ławkę z dziewczyną ,

                W tę letnią ciszę przyszła mi ochota
                By drzemiącego w słońcu namalować kota .
                Bo cóż wart byłby pejzaż
                Kapiący od złota
                Bez drzemiącego w słońcu
                Leniwego kota?
                Pozdrawiam serdecznie - wielkie miaaaaauuuuu!
    • hania48 Re: Nasze zwierzaki 13.03.05, 22:20
      Mój ulubiony wątek spadł tak nisko i nikt nic nie dopisuje! Nie zgadzam się!
      Opiszę więc moje/nie moje zwierzaki.
      Moje/nie moje to one były jeszcze rok temu, gdy pracowałam. To ogromne stado sikorek bogatek i modrych, mazurków, i mniej licznych dzwońców i innych. Budynek, w który pracowałam stoi w parku. Drugie piętro, dwa okna w pokoju, z czego jedno było ptasią stołówką. Jeszcze muszę dodać, że drugie piętro - poddasze było z muru pruskiego, dzięki czemu łatwiej było mi tą stołówkę zorganizować. Po lewej stronie, jeden nad drugim umocowałam pojemniki z karmą, po prawej, też jeden nad drugim - kawałki słoniny. Tak na prawdę to stołówka powstała z inicjatywy sikorki. Któregoś roku na początku jesieni zauważyłam bogatkę od czasu do czasu oglądającą moje okno. Posypałam kaszy i płatków na parapet. Wiadomość się rozniosła! Szybko okazało się,że jeden kawałek słoniny i garść paszy na paarapecie, to stanowczo niewystarczające rozwiązanie. Stołówka rozrosła się. Sikory i mazurki po tych zmianach koegzystowała nader zgodnie. Same powiedziały co kto lubi i czego oczekuje. Dla sikor była słonika, płatki owsiane, słonecznik, orzechy włoskie(oczywiście połupane), dla mazurków proso z jakimiś innymi ziarnkami. W początkowy okresie widziałam parokrotnie mazurki uważnie przyglądające się słoninie, nawet jeden z romachem wbił w nią dziób, rozwarty, i póżniej szarpał się, bo próbował uwolnić go jednocześnie zaciskając. Niewykluczone, że takich prób było więcej, ale trwały krótko. Później nie wchodziły sobie w paradę. Sikory czasami zabierały się do prosa, ale tylko wtedy, gdy nie było mazurków,a ich samych było bardzo dużo, albo płatki się skończyły.
      Sikory są ciekawskie i mało płochliwe. Często zaglądały mi do pokoju. Zachowywałam się spokojnie, zaczęłam więc mieć problemy w czasie wietrzenia. Ponieważ palę i to dużo, wietrzyłąm parę razy w ciągu dnia, a przed wyjściem, bez względu na pogodę przez pół godziny. Mazurki są ostrożniejsze, ale sikorom zupełnie nie przeszkadzał brak szyby. Początkowo wskakiwały tylko na wewnętrzny parapet i zbierały to co same nakruszyły, później zdarzyło się,że na podłogę, a jeszcze później musiałam wietrząc siedzieć twarzą do okna i delikatnie zniechęcać je do zwiedzania, bo się rozzuchwaliły i wchodziły mi między doniczki stojace na stole przy drugim oknie, a obok ja siedziałam plecami do tego drugiego okna. Miałam je na wysunięcie ręki. Te wizyty zupełnie by mi nie przeszkadzały (no trochę przy okazji brudziły, ale tylko trochę i niechcący), gdyby nie to, że gdy nieświadoma ich obecności tuż za mną ruszyłam się, albo ktoś do mnie wszedł, wpadały w panikę i uciekając na oślep wpadały na szyby.
      Kiedyś wpadło mi do pokoju całe ich stado. Zauważyłam kątem oka jakiś duży czarny cień przelatujący za oknem. Pewnie wrona lub sroka je spłoszyła. Wtedy ja się przestraszyłam. Akurat miałam otwarte drzwi na korytarz i gdy pomyślałam, że mogą wylecieć na korytarz i jak ja je z niego uwolnię ...Szczęśliwie tylko krążyły pod sufitem, aż jedna dostrzegła drogę do wolności, juz bezpieczną, poleciała do okna i pozostałe za nią. Było im ok. 20-30.
      Szczególnie łase były na słonecznik i orzechy. To lepsze nawet od słoninki!
      Żeby zapobiec ich zbyt odważnym wizytom w pokoju, otwierając okno - sypałam słonecznik na parapet. To ziarno jest zbyt duże aby je połknąć, więc zabierały po jednym i na okoliczne drzewa. Tam zjadały i po następne.
      Czasami, szczególnie w czasie ferii, moje koleżanki i koledzy przyprowadzali dzieci. Sadzaliśmy je, ciepło ubrane, w odległości ok. 1,5 m od odtwartego okna. Dzieci wiedziały, że odzywać można się tylko bardzo cichutko i nie należy się ruszać. Były zachwycone i niektóre z wielkim trudem dawało się z mojego pokoju zabrać!
      Sikory do tego stopnia spoufaliły się, że gdy brakowało im ziarna, a szczególnie słonecznika(słonina wisiała zawsze), to potafiły pukać dziobami w szybę! Siedziała taka na parapecie, zaglądała do pokoju i dziobem raz po raz w szybę!
      Mazurki to odzielna parafia i może kiedyś innym razem.
      • natla Re: Nasze zwierzaki 13.03.05, 22:37
        Ślicznie te ptaszęta opisujesz.
        Mnie też się zdarzały takie odwiedziny, ale gołebi. Właził taki przez balkon,
        robił dokładną inspekceje pokoju, czasem dziobnał jakiś okruszek i dostojnie
        udawał sie w drogę powrotną. Przez wysoki próg balkonowy lekko przefruwał,
        odwracał sie jakby chciał powiedziec do widzenia i pochodził sobie jeszcze po
        balkonie. Ze 3 razy miałam podobne przypadki, przy czym w jednym brał udział
        mój pies, który najpierw chciał upolować gołebia, ale na mj ostry sprzeci,
        tylko się czaił i obsrewował rozwój wypadków. Nie wiedziałam które zwierze
        obserwować. smile))
    • hania48 Re: Nasze zwierzaki 13.03.05, 23:27
      Och Natla - Do gołębi to ja mam uczucia silne lecz negatywne! Z okna to je pędzę!!! Te gnojki zniszczyły mi już parę roślin doniczkowych w mieszkaniu, gdy weszły pod moją nieobecność. Mieszkam na 7 piętrze, żadnych wiszących balkonów na moim bloku nie ma, więc nikt prócz ptaków nie wejdzie. Latem zostawiam otwarte okna przez całą dobę. Te mendy społeczne postanowiły u mnie zamieszkać! Znosiły całe garście patyków, i pościnały liście a i łodygi przy samej ziemi. I wcale nie dlatego, że były głodne!. To bym zrozumiała, choć i tak byłabym zła za zniszczenia. Wszczystko co ścięły leżało sobie i więdło! Co mniejsze doniczki były poprzewracane! Precz z takimi gośćmi! Jednego roku postanowiły na rozłożestam, drobnolistym gruboszu założyć sobie gwiazdo, a jak taki usiadł i trochę się pomościł, możesz sobie wyobrazić jak wygładała roślina o kruchych łodyżkach. Rozpłaszczona i połamana! Innego roku pościnały liście fiołkom afrykańskim, a następnego całkowicie zniszczyły kaladium! Lubię gołebie ale na skwerku! Tam zimą, w szczególnie brzydką pogodę, noszę im pożywienie, ale od moich okien wara!