toskania8
26.04.07, 22:59
Moja kolejna w tym roku podróż właśnie się skończyła, jak zwykle - garstka
wspominek.
Część pierwsza
NA CMENTARZU PERE LACHAISE KWITNĄ KASZTANY
Ten fragment przejmującego wiersza Broniewskiego „Komuna Paryska” tłukł mi
się po głowie, kiedy szłam szeroką aleją starego cmentarza, a po obu jej
stronach pyszniły się ogromne, dostojne, obwieszone białymi lichtarzami
drzewa, chyba pamiętające jeszcze czasy zrywu komunardów. Dziś słowo „komuna”
się wyświechtało i zdewaluowało, ale warto sobie czasem przypomnieć, skąd się
wzięło.
A Paryż kwitł jak szalony, wdział na siebie najpiękniejsze szaty i klejnoty –
powiewne woale tamaryszku, zalotne różowości azalii, nobliwe fiolety bzów,
naszyjniki tulipanowych kielichów, drobniutkie broszki prymulek a wszystko
to ozdobione złotem słonecznego blasku i zatopione w najsoczystszej,
kipiącej zieleni.
Na trawnikach, ławeczkach, skrawkach sekwańskiego nadbrzeża, wszędzie tłumy
ludzi, jedni wystawili twarze do wiosennego słońca, inni zatopieni w
lekturze, kółeczka plotkujących pań albo młodzieńców (z bardzo zresztą
różnych roczników), obserwujących urodę przechodzących dam. Luz, spokój,
rozleniwienie.
No i knajpki. Jest ich w Paryżu tysiące, na każdym kroku i wszystkie żyją.
Dla Francuza, wiadomo- jedzenie to rzecz święta, brak świeżej, chrupiącej
bagietki w piekarni na rogu o każdej porze dnia czy próba zakłócenia pory
obiadowej wywołałyby rewolucję. Śniadanie, petit dejeneur, to croissant,
rogalik z francuskiego ciasta, maczany w cafe o’lait, czyli z mlekiem.
Niewiele to, więc już krótko po południu zaludniają się knajpki, wszyscy
jedzą dejeneur. To zwykle talerz sałat, zapiekanka, porcja makaronu z sosem,
czasem cieniuteńkie plastry suszonej szynki, może być miseczka zupy.
Główny, najobfitszy posiłek jada się wieczorem.
O jedzeniu będzie jeszcze sporo, w tym kraju nie sposób tego tematu pominąć.
Ale na razie zacznijmy nasz pierwszy spacer.
Mieszkamy w pobliżu Placu Republiki, to dobre miejsce, bo właściwe w centrum
a do tego krzyżuje się tu aż pięć linii metra (jest ich w sumie 14, jeżdżą co
chwilę, więc błyskawicznie można dojechać wszędzie).
Wysiadamy na Placu Bastylii. Potężnej twierdzy, której zburzenie rozpoczęło
Rewolucję Francuską, nigdy nie odbudowano.
Za chwilę jesteśmy na Placu Wogezów. Jego budowa była pomysłem króla Henryka
III w 1605 roku. Wygląda jak dziedziniec ogromnej rezydencji, ma jednolitą,
harmonijną, niewysoką zabudowę. Domy wokół placu zaradny król wystawił na
sprzedaż i zamienił w zbiorową rezydencję arystokracji, walnie zasilając
koronny skarbiec.
Dziś na środku placu rosną rzędy równo przystrzyżonych lip i potężne,
właśnie rozkwitające kasztany. Dzień jest niemal upalny, na trawnik wyległy
więc grupki rozkrzyczanych uczniaków i młode matki z wózeczkami.
Ulicami dzielnicy Marais idziemy w stronę wyspy Cite. Po drodze napotkamy
jeszcze kościół Św. Gerwazego i Protazego, dziwny trochę, bo klasyczna
fasada nieco kłóci się z gotycką nawą, ale tak im jakoś w czasie odbudowy
wyszło. Na bocznej kolumnie głównej nawy niewielka, gotycka figurka Madonny,
szczególnymi ponoć łaskami darzącej przyszłe matki.
No i już jesteśmy przed ratuszem.
Dziś na pięknym,rozległym placu przed XIX – wiecznym, neorenesansowym
budynkiem ratusza panuje atmosfera beztroski i zabawy. Kręci się śmieszna,
kolorowa karuzela z konikami, karetami i łódeczkami, młodzi ludzie umawiają
się na randki pod fontannami.
Historia tego miejsca jest jednak niezwykle krwawa, w ciągu wieków odbywało
się tu tysiące egzekucji, tak zwykłych rzezimieszków, jak i politycznych
wrogów, by wymienić tylko przywódców hugonotów, straconych po Nocy Św.
Bartłomieja czy słynnego zbójcę Cartoucha.
Z Placu Ratuszowego już tylko parę kroków na wyspę Cite. To kolebka Paryża,
przed dwudziestu wiekami zamieszkiwało ją plemię Paryzów. Dochodzimy do
Placu przed Katedrą Notre Dame, dziś noszącego imię Jana Pawła II.
Plac pełen jest grupek uczniów, pielgrzymów i turystów. Siadamy i my na
niskim murku, by przyjrzeć się jednej z najsławniejszych katedr świata.
Nieodparcie przychodzi na myśl historia pięknej Cyganki Esmeraldy i
zakochanego w niej garbusa Quasimodo, którą tak pięknie opisał Wiktor Hugo a
tak potem przejmująco zagrał Anthony Hopkins.
Dwie równe, 130 – metrowe, ścięte, jak to we francuskim gotyku, wieże,
rzędy figurek i maszkaronów, trzy wspaniale zdobione portale – Madonny,
Sądu Ostatecznego i Św. Anny. We wnętrzu godne uwagi są właściwie tylko
witraże, trzy wspaniałe, wielobarwne rozety nad głównym wejściem i
transeptem. Reszta cennego wystroju padła ofiarą Rewolucji. Dla nas ważna
jest jeszcze tablica upamiętniająca zaprzysiężenie Artykułów Henrykowskich
przez Henryka Walezego.
Pora na dejeneur. Przechodzimy na Riveau Gauche – lewy, zupełnie odmienny w
nastroju od prawego brzeg Sekwany. Wrócimy tu jutro, dziś tylko zasiadamy w
małej knajpce i zamawiamy gratin, rodzaj zapiekanki, moja jest z ratatouille
(warzywami), Hani z łososiem, obie posypane serem i zapieczone na złocisto.
Kieliszek białego wina i chrupiąca bagietka dopełniają uczty.
Wracamy na Cite. Na szczęście bez kolejki (jaki to dobry pomysł przyjechać
przed sezonem!) dostajemy się do Sainte Chapelle. Wybudowano ją w 1248 roku,
specjalnie po to, by pomieścić najcenniejszą relikwię Francji, chrystusową
koronę cierniową. Jak głosi legenda, król Henryk Święty wykupił koronę od
Wenecjan, u których wcześniej zastawili ją Bizantyjczycy.
Kaplica jest dwupoziomowa, szczególnej urody jest poziom górny. Całe ściany
to kilkunasto, czy nawet kilkudziesięciometrowej wysokości witraże,
zawierające 1134 sceny biblijne. Pośrodku kaplicy ołtarz, w którym
przechowywana jest relikwia, niestety, cały opakowany folią, właśnie trwa
jego remont.
Wracamy jeszcze w okolice katedry, wchodzimy do niewielkiego, ale kwitnącego
parku, stąd możemy obejrzeć katedrę od strony prezbiterium, widać też
strzelistą wieżyczkę dobudowaną w czasie XIX – wiecznej odbudowy.
Jeszcze krótki spacer na Wyspę Św. Ludwika, połączoną z Cite mostkiem,
porcja lodów od najsłynniejszego paryskiego lodziarza Berthillona i nasz
pierwszy, pełen wrażeń dzień dobiega końca.