Dodaj do ulubionych

NA CMENTARZU PERE LACHAISE KWITNĄ KASZTANY

26.04.07, 22:59
Moja kolejna w tym roku podróż właśnie się skończyła, jak zwykle - garstka
wspominek.
Część pierwsza


NA CMENTARZU PERE LACHAISE KWITNĄ KASZTANY


Ten fragment przejmującego wiersza Broniewskiego „Komuna Paryska” tłukł mi
się po głowie, kiedy szłam szeroką aleją starego cmentarza, a po obu jej
stronach pyszniły się ogromne, dostojne, obwieszone białymi lichtarzami
drzewa, chyba pamiętające jeszcze czasy zrywu komunardów. Dziś słowo „komuna”
się wyświechtało i zdewaluowało, ale warto sobie czasem przypomnieć, skąd się
wzięło.
A Paryż kwitł jak szalony, wdział na siebie najpiękniejsze szaty i klejnoty –
powiewne woale tamaryszku, zalotne różowości azalii, nobliwe fiolety bzów,
naszyjniki tulipanowych kielichów, drobniutkie broszki prymulek a wszystko
to ozdobione złotem słonecznego blasku i zatopione w najsoczystszej,
kipiącej zieleni.
Na trawnikach, ławeczkach, skrawkach sekwańskiego nadbrzeża, wszędzie tłumy
ludzi, jedni wystawili twarze do wiosennego słońca, inni zatopieni w
lekturze, kółeczka plotkujących pań albo młodzieńców (z bardzo zresztą
różnych roczników), obserwujących urodę przechodzących dam. Luz, spokój,
rozleniwienie.
No i knajpki. Jest ich w Paryżu tysiące, na każdym kroku i wszystkie żyją.
Dla Francuza, wiadomo- jedzenie to rzecz święta, brak świeżej, chrupiącej
bagietki w piekarni na rogu o każdej porze dnia czy próba zakłócenia pory
obiadowej wywołałyby rewolucję. Śniadanie, petit dejeneur, to croissant,
rogalik z francuskiego ciasta, maczany w cafe o’lait, czyli z mlekiem.
Niewiele to, więc już krótko po południu zaludniają się knajpki, wszyscy
jedzą dejeneur. To zwykle talerz sałat, zapiekanka, porcja makaronu z sosem,
czasem cieniuteńkie plastry suszonej szynki, może być miseczka zupy.
Główny, najobfitszy posiłek jada się wieczorem.
O jedzeniu będzie jeszcze sporo, w tym kraju nie sposób tego tematu pominąć.
Ale na razie zacznijmy nasz pierwszy spacer.

Mieszkamy w pobliżu Placu Republiki, to dobre miejsce, bo właściwe w centrum
a do tego krzyżuje się tu aż pięć linii metra (jest ich w sumie 14, jeżdżą co
chwilę, więc błyskawicznie można dojechać wszędzie).
Wysiadamy na Placu Bastylii. Potężnej twierdzy, której zburzenie rozpoczęło
Rewolucję Francuską, nigdy nie odbudowano.
Za chwilę jesteśmy na Placu Wogezów. Jego budowa była pomysłem króla Henryka
III w 1605 roku. Wygląda jak dziedziniec ogromnej rezydencji, ma jednolitą,
harmonijną, niewysoką zabudowę. Domy wokół placu zaradny król wystawił na
sprzedaż i zamienił w zbiorową rezydencję arystokracji, walnie zasilając
koronny skarbiec.
Dziś na środku placu rosną rzędy równo przystrzyżonych lip i potężne,
właśnie rozkwitające kasztany. Dzień jest niemal upalny, na trawnik wyległy
więc grupki rozkrzyczanych uczniaków i młode matki z wózeczkami.
Ulicami dzielnicy Marais idziemy w stronę wyspy Cite. Po drodze napotkamy
jeszcze kościół Św. Gerwazego i Protazego, dziwny trochę, bo klasyczna
fasada nieco kłóci się z gotycką nawą, ale tak im jakoś w czasie odbudowy
wyszło. Na bocznej kolumnie głównej nawy niewielka, gotycka figurka Madonny,
szczególnymi ponoć łaskami darzącej przyszłe matki.
No i już jesteśmy przed ratuszem.
Dziś na pięknym,rozległym placu przed XIX – wiecznym, neorenesansowym
budynkiem ratusza panuje atmosfera beztroski i zabawy. Kręci się śmieszna,
kolorowa karuzela z konikami, karetami i łódeczkami, młodzi ludzie umawiają
się na randki pod fontannami.
Historia tego miejsca jest jednak niezwykle krwawa, w ciągu wieków odbywało
się tu tysiące egzekucji, tak zwykłych rzezimieszków, jak i politycznych
wrogów, by wymienić tylko przywódców hugonotów, straconych po Nocy Św.
Bartłomieja czy słynnego zbójcę Cartoucha.
Z Placu Ratuszowego już tylko parę kroków na wyspę Cite. To kolebka Paryża,
przed dwudziestu wiekami zamieszkiwało ją plemię Paryzów. Dochodzimy do
Placu przed Katedrą Notre Dame, dziś noszącego imię Jana Pawła II.
Plac pełen jest grupek uczniów, pielgrzymów i turystów. Siadamy i my na
niskim murku, by przyjrzeć się jednej z najsławniejszych katedr świata.
Nieodparcie przychodzi na myśl historia pięknej Cyganki Esmeraldy i
zakochanego w niej garbusa Quasimodo, którą tak pięknie opisał Wiktor Hugo a
tak potem przejmująco zagrał Anthony Hopkins.
Dwie równe, 130 – metrowe, ścięte, jak to we francuskim gotyku, wieże,
rzędy figurek i maszkaronów, trzy wspaniale zdobione portale – Madonny,
Sądu Ostatecznego i Św. Anny. We wnętrzu godne uwagi są właściwie tylko
witraże, trzy wspaniałe, wielobarwne rozety nad głównym wejściem i
transeptem. Reszta cennego wystroju padła ofiarą Rewolucji. Dla nas ważna
jest jeszcze tablica upamiętniająca zaprzysiężenie Artykułów Henrykowskich
przez Henryka Walezego.
Pora na dejeneur. Przechodzimy na Riveau Gauche – lewy, zupełnie odmienny w
nastroju od prawego brzeg Sekwany. Wrócimy tu jutro, dziś tylko zasiadamy w
małej knajpce i zamawiamy gratin, rodzaj zapiekanki, moja jest z ratatouille
(warzywami), Hani z łososiem, obie posypane serem i zapieczone na złocisto.
Kieliszek białego wina i chrupiąca bagietka dopełniają uczty.
Wracamy na Cite. Na szczęście bez kolejki (jaki to dobry pomysł przyjechać
przed sezonem!) dostajemy się do Sainte Chapelle. Wybudowano ją w 1248 roku,
specjalnie po to, by pomieścić najcenniejszą relikwię Francji, chrystusową
koronę cierniową. Jak głosi legenda, król Henryk Święty wykupił koronę od
Wenecjan, u których wcześniej zastawili ją Bizantyjczycy.
Kaplica jest dwupoziomowa, szczególnej urody jest poziom górny. Całe ściany
to kilkunasto, czy nawet kilkudziesięciometrowej wysokości witraże,
zawierające 1134 sceny biblijne. Pośrodku kaplicy ołtarz, w którym
przechowywana jest relikwia, niestety, cały opakowany folią, właśnie trwa
jego remont.
Wracamy jeszcze w okolice katedry, wchodzimy do niewielkiego, ale kwitnącego
parku, stąd możemy obejrzeć katedrę od strony prezbiterium, widać też
strzelistą wieżyczkę dobudowaną w czasie XIX – wiecznej odbudowy.
Jeszcze krótki spacer na Wyspę Św. Ludwika, połączoną z Cite mostkiem,
porcja lodów od najsłynniejszego paryskiego lodziarza Berthillona i nasz
pierwszy, pełen wrażeń dzień dobiega końca.
Obserwuj wątek
    • maladanka Re: NA CMENTARZU PERE LACHAISE KWITNĄ KASZTANY 27.04.07, 09:35
      ojeju, Toskanio, ale sie rozmarzyłam!
      Paryż - kiedyś moja spóźniona o 30 lat podróż poślubna.
      Miasto,które się kocha natychmiast
      Czekam na cd niecierpliwie
      • graga211 Re: NA CMENTARZU PERE LACHAISE KWITNĄ KASZTANY 27.04.07, 12:52
        Cos w tym musi byc, bo od setek lat Paryz pobudza wyobraznie i wywoluje teskne
        westchnienia. Przez ostatni miesiac moja siostrzenica razem ze swoja
        przyjaciolka zwiedzaly Europe, wlasnie wrocily do domu i na pytania o wrazenia,
        odpowiadaja krotko: Paryz! Paryz to jest TO! Przez tydzien mieszkaly na
        Montmartre i sa zakochane po uszy...
    • natla Re: NA CMENTARZU PERE LACHAISE KWITNĄ KASZTANY 27.04.07, 22:29
      Jak ja Cię lubię czytać smile
      Trochę mi przypomniałaś, zasnutych mgłą czasu miejsc. Jestem zdziwiona, ze tak
      mi pewne wrażenia i obrazy uciekły.
    • toskania8 NA CMENTARZU PERE LACHAISE...dzień drugi 28.04.07, 00:34
      proszę uprzejmie :

      • toskania8 NA CMENTARZU PERE LACHAISE...uciekło! 28.04.07, 00:36
        kliknęło się za szybko!

        Kopuła Pałacu Inwalidów, kryjąca grób Napoleona lśni w porannym słońcu.
        Nadbrzeżem Anatola France’a dochodzimy do Muzeum d’Orsay. Dawny budynek dworca
        mieści największy zbiór obrazów impresjonistów. Są tu zwiewne tancerki Degasa,
        punkcikami muskane pejzaże Pissara, zamglone nenufary Moneta (zobaczymy ich w
        Paryżu jeszcze wiele), dziwnymi zawijasami malowane portrety hrabiego de
        Toulouse – Lautreca; salę mojego nade wszystko ukochanego Van Gogha obchodzę
        kilka razy. Skrzydło mieszczące Gauguina z jego tahitańskimi pięknościami jest
        niestety w remoncie. W muzealnym sklepiku kupujemy mnóstwo prezentów dla siebie
        i innych. Bułeczka z rodzynkami na słonecznym placyku przed Muzeum smakuje
        pysznie. Za dwa dni okaże się, że miałyśmy niebywałe szczęście, wchodząc tu bez
        żadnej kolejki – we wtorek rano przed d'Orsay kłębi się kilkaset osób!
        A my ruszamy dalej, przed nami Rive Gauche – Lewy Brzeg – ulubione miejsce
        bohemy, studenterii i tym podobnych kolorowych dusz.
        Bulwar Saint Germain doprowadza nas do kościoła Saint Germain de Pres. Zanim
        tam jednak wejdziemy, siadamy w brasserie na placyku przed kościołem i
        zamawiamy zupę cebulową, jeden z symboli francuskiej kuchni. Kiedyś po
        przebalowanej nocy pięknoduchy szły na miskę najlepszej w Paryżu cebulowej zupy
        do budzących się o świcie Hal. Teraz Hal niestety nie ma, ale zupę cebulową
        można zjeść niemal wszędzie. Bazą jest przyrumieniona cebulka, cała sztuka
        podania polega na umieszczeniu na powierzchni złocistej grzanki, posypaniu
        serem i zapieczeniu na złoto. Jest doskonała. Jeszcze kawa i już posilone
        możemy wejść do kościoła. To najstarszy w Paryżu romański kościół. Piękny, a
        naszym sercom bliski szczególnie. Tu bowiem w marmurowym grobowcu, ozdobionym
        postacią króla i reliefem bitwy pod Beresteczkiem, pochowano serce króla Jana
        Kazimierza. Po abdykacji przybył on do Paryża i otrzymał godność opata
        mieszczącego się tu klasztoru benedyktynów.
        W otaczającej kościół dzielnicy Saint Germain des Pres jest jeszcze wiele
        polskich śladów. Hotel Taranne był siedliskiem emigracyjnej lewicy (wciąż jest
        tu tabliczka upamiętniająca pobyt Joachima Lelewela). Przy pobliskiej rue Seine
        znajdujemy tabliczkę na domu pod nr 63, gdzie Mickiewicz „dumał na paryskim
        bruku” i kończył Pana Tadeusza.
        Inną ciekawostką tej okolicy jest restauracja Procpoe, podobno najstarsza w
        Paryżu. Bywali tu Diderot, Wolter, Rousseau, później przywódcy francuskiej
        Rewolucji, a wśród nich młody porucznik Napoleon Bonaparte (ponoć kiedyś
        zostawił tu mocno wytarty kapelusz, ze czcią prezentowany teraz w szklanej
        gablocie).
        Dzień jest niemal upalny, przysiadamy więc przy Bulwarze i obserwując
        przechodniów (co jest ulubionym zajęciem bywalców paryskich kawiarni, nawet
        krzesełka ustawia się zawsze frontem do ulicy) sączymy cydr, taki lekko
        musujący, troszkę alkoholowy jabcok. Jest orzeźwiający i pyszny. To specjalność
        normandzka, ale popularny jest w całej Francji.
        Pora ruszać dalej, wąskimi uliczkami zmierzamy do Ogrodu Luksemburskiego,
        mijając po drodze Teatr Odeon, jeden z najstarszych i najsławniejszych teatrów
        Paryża.
        Pałac Luksemburski, od którego pochodzi nazwa otaczającego go parku,
        wybudowała w XVII wieku, w stylu florentyńskim, Maria Medycejska , wdowa po
        Henryku IV. Dziś mieści się tu Senat. Bez żadnego szacunku dla tego szacownego
        miejsca tłum paryżan obsiadł trawniki, krzesełka, ławeczki, murki i co się
        dało, łapiąc w to sobotnie popołudnie każdy promień już niemal letniego słońca.
        Odpoczywamy chwilę i my, ale już pora dalej, przed nami Dzielnica Łacińska
        (nazwa pochodzi od niegdysiejszego uniwersyteckiego języka wykładowego). Tuż
        opodal Panteon – kościół Św. Genowefy, wzorowany na rzymskim Panteonie i jak
        on kryjący prochy wielu zasłużonych ludzi nauki, polityków, pisarzy, jak
        choćby Wolter, Rousseau, Wiktor Hugo, Emil Zola.
        Wracamy ulicą Sorbony, mijając budynki tego szacownego Uniwersytetu, gdzie
        przecież jako pierwsza kobieta wykładała Maria Curie (Francuzi pomijają za
        trudną chyba dla nich część nazwiska Skłodowska). Przy niewielkim,
        zazielenionym placyku gotycki Pałac Cluny, najcenniejsza świecka budowla
        Paryża. Za chwilę dochodzimy do XIII – wiecznego kościoła Saint Severin.
        Kościółek niewielki, ale piękny i nastrojowy, witrażowe szyby Sącza kolorowe
        światło, rzędy smukłych kolumienek biegną wzdłuż nawy i otaczają prezbiterium.
        Mamy już wychodzić, ale akurat rozlega się dzwonek – rozpoczyna się Msza.
        Zostajemy.
        Do religii katolickiej przyznaje się ok. 20 % Francuzów, mówi się jednak, że
        Ci, którzy już do kościoła chodzą, czynią to z przekonania a nie z
        przyzwyczajenia. Uderza jednak wyraźnie mocno dojrzały, częstokroć podeszły
        wiek uczestników nabożeństwa. Pewnie dlatego w czasie Mszy w ogóle się nie
        klęka! Nawet w czasie Podniesienia wierni stoją. A jednak jest czego
        pozazdrościć. Ksiądz, też staruszek, odprawia Mszę z uśmiechem i radością,
        Ewangelię czyta z aktorską swadą, tak też wygłasza kazanie. Jest tak
        przekonywujący, że znając ledwie kilka pojedynczych francuskich słów chwytamy
        sens kazania o Niewiernym Tomaszu. Przedtem Lekcję czytali wierni, wychodząc ze
        swych ławek. Po kończącym Mszę błogosławieństwie ksiądz zszedł ze stopni
        ołtarza i wmieszał się w grupkę wiernych na pogawędkę. O ileż to milsze niż
        nasi kapłani w poczuciu własnego dostojeństwa znikający za drzwiami zakrystii…
        A my po wyjściu z kościoła nagle znajdujemy się w plątaninie wąziuteńkich
        uliczek z tysiącem knajpek serwujących wszystkie kuchnie świata – zapraszają
        nas arabowie, Chińczycy, Hindusi, Grecy, Bóg wie, kto jeszcze, jest oczywiście
        i kuchnia francuska, ale tu w wyraźniej mniejszości. Nie dajemy się jednak
        skusić, kupujemy tylko, oczywiście ciepłą, bagietkę, w domu czeka na nas
        buteleczka burgunda i kilka rodzajów sera, uczta prawdziwa.
        • natla Re: NA CMENTARZU PERE LACHAISE...uciekło! 28.04.07, 09:01
          Tak się zaczytałam przy kawie, że po skończeniu przez ułamek sekundy nadal
          byłam (dosłowinie fizycznie) w słonecznym Paryżu smile
          • del.wa.57 Re: NA CMENTARZU PERE LACHAISE...uciekło! 28.04.07, 11:10
            Zaśliniłam się czytającwink)
            A ja bardzo chciałabym zobaczyć te ukwiecone skwerki paryskie,lipy i
            kasztany,moze wklejsz pare fotek Toskanio? Moim marzeniem jest pojechac do
            Paryza i zobaczyc to wszystko na własne oczy i pojadę tam kiedyś,koniecznie.
            • regine Re: NA CMENTARZU PERE LACHAISE...uciekło! 28.04.07, 19:57
              Miło się i przyjemnie czyta Twoje opisy Toskanio smile Paryż, Paryż...Chyba
              marzeniem pozostanie.... Ale z Tobą i dzięki Tobie go "zobaczyłam". Dziękuję smile
              Kwitnące kasztany również smile
        • dwa-filary Re: NA CMENTARZU PERE LACHAISE...uciekło! 28.04.07, 21:52
          Z łezką w oku to czytam,mam wrażenie jakbym z Tobą podróżowała,jest trochę
          różnić,ale ja byłam ładnych lat temu.Dziękuje Ci za miłe wspomnienia.Opowiadaj.
          • del.wa.57 Re: NA CMENTARZU PERE LACHAISE...uciekło! 28.04.07, 22:32
            I mnie smutno sie zrobiło,przeczytałam i milczałam przez chwilę.Czekam na
            dalsze opowieści,prowadż nas Toskanio,świetnie to robisz.Dziękujęsmile
    • toskania8 NA CMENTARZU PERE LACHAISE...dzień trzeci 28.04.07, 21:24
      najpierw w sprawie zdjęć - tak, zamieszczę, ale ze wszystkich ostatnich podróży
      mam do uporządkowania jakieś 700 zdjęć, więc trochę mi zejdzie. Ale będą,
      obiecuję.
      A teraz zapraszam na dzień trzeci.

      Niedziela. Dzień w pewnym sensie najważniejszy. Wyjeżdżamy do Auvers sur Oise.
      Niewielkie miasteczko, 30 km na północny zachód od Paryża.
      Droga przebiegła nam z niezwykłymi perypetiami, niewłaściwe bilety kupione nam
      na dworcu przez „usłużnego”, ciemnoskórego przechodnia, próba odesłania nas z
      powrotem do Paryża przez ochroniarza w Pontoise, gdzie miałyśmy się przesiąść,
      zupełnie niezawiniona, ale za to z duszą na ramieniu powrotna jazda na gapę.
      Ale dam sobie spokój z tą barwną opowiastką, by skupić się na istocie rzeczy,
      na celu naszej podróży.
      Auvers sur Oise. To w tym miasteczku, Vincent Van Gogh spędził ostatnie
      tygodnie swojego życia i tu, w maleńkim pokoiku nad gospodą pana Ravoux to
      swoje tragiczne, poplątane życie zakończył. Spotkał tu dobrych, życzliwych
      ludzi, przede wszystkim doktora Gacheta, który opiekował się nim na prośbę
      brata Theo.
      Po wąskich schodach wchodzimy na pięterko. Pokoik jest maleńki, 5 – 6 metrów,
      surowy, pusty. Ze ścian wieje przejmujący smutek. Po Nim już nikt w tym pokoju
      nie mieszkał. Jest tak, jakby Go stąd przed chwilą wyniesiono.
      W sąsiednim, większym pokoju prezentowany jest krótki film o Jego życiu. W
      Auvers Vincent mieszkał około dwóch miesięcy i w tym czasie namalował prawie 70
      obrazów. Są tu wszędzie. Ktoś wpadł na znakomity pomysł – w różnych miejscach
      miasteczka i wśród okolicznych pól porozstawiane są sztalugi z reprodukcjami.
      Każdy obraz jest w miejscu, gdzie został namalowany. Upłynęło 117 lat, inne są
      drzewa, inne domy. Ale są zakątki zupełnie takie same. Wyglądam przez okno
      gospody – nic się nie zmieniło. Taka sama jest uliczka z jej drugiej strony.
      Widok kościoła, który znam z wielu reprodukcji, który dzień wcześniej widziałam
      w oryginale w d’Orsay, jest niezwykły. Bo oto stoję przed tym kościółkiem i
      patrzę równocześnie na obraz i na kościółek. Jest niewielki, skromny, ot, taki
      sobie wiejski kościółek. Ale najbardziej przejmująca część wyprawy jest przed
      nami. Idziemy polami. Są zaorane, na niektórych kwitną rzepaki, zieleni się
      ozimina. Wiadomo, że Vincent postrzelił się gdzieś w polu. Gdzie to było? Może
      tu? A może tam dalej? Ranny przyszedł do domu, znalazł go oberżysta, gdy nie
      zszedł na kolację. Wezwany doktor Gachet był już bezradny, ale Vincent cierpiał
      jeszcze kilka dni.
      Wróćmy jednak na pole. Po kilku minutach dochodzimy do małego, wiejskiego
      cmentarzyka. Na murze cmentarza reprodukcja Pola z czarnymi ptakami, Jego
      ostatniego obrazu. Otwarta, niezadrzewiona przestrzeń, nagrobki dawne i całkiem
      nowe. Pod murem cmentarza podwójny grób, porośnięty bluszczem, zerwanym w
      ogrodzie doktora Gachet. I dwa polne kamienie – Vincent Van Gogh i Theo Van
      Gogh, jego ukochany brat i opiekun. Zmarł rok później, żona pochowała go obok
      Vincenta. Kładę na tym ubogim grobie żółtą różę, tak żółtą, jak łany zbóż i
      bukiety słoneczników. Cisza.
      Wracamy.
    • toskania8 NA CMENTARZU PERE LACHAISE...dzień trzeci,cd. 29.04.07, 22:00
      Musiała być tu chwila ciszy.

      Wracajmy jednak do tego niedzielnego dnia.
      Była w Auvers jeszcze ciekawostka – Muzeum Absyntu. Legendarny trunek
      impresjonistów, potem przez długi czas zakazany, bo powodował halucynacje i
      przy dłuższym nadużywaniu prowadził do obłędu. Teraz znów dostępny w sprzedaży.
      Przywiozłam nawet buteleczkę. Potrzebna jest do tego specjalna łyżeczka. Pije
      się go z szerokiego kieliszka na grubej nóżce. Na obrzeżu kieliszka kładzie się
      dziurkowaną łyżeczkę, na łyżeczkę kostkę cukru. I przez ten cukier sączy się po
      kropli wodę, aż się całkiem rozpuści. Absynt w stanie naturalnym miał 70 – 80
      % mocy i jest potwornie gorzki. Jest to nalewka na specjalnie dobranych
      ziołach, głównym składnikiem jest piołun. Te rytuały były więc konieczne, by
      trunek dał się przełknąć. W małym muzeum zgromadzono plakaty reklamujące
      absynt, przyrządy – kieliszki, łyżeczki, specjalne naczynia, z których
      kroplami sączyła się woda, butelki, jest też bar urządzony w stylu tamtej
      epoki. Jest też maleńki ogródek z ziołami – składnikami nalewki.
      Jeszcze wieczorny spacer. Najpierw Sacre Coeur. Ten biały kościół w dziwnym
      stylu to miejsce, które odwiedza chyba każdy. Położony na szczycie wzgórza
      Montmartre widoczny jest niemal z każdego miejsca Paryża. Wchodzi się do niego
      po wysokich schodach. U stóp schodów ulubiona do dziś zabawka paryżan –
      kolorowa karuzela. A na schodach tłumy młodzieży, zaimprowizowane występy
      muzyków – amatorów, atmosfera pikniku. Z platformy na szczcie schodów wspaniały
      widok na cały Paryż. Plan miasta pokazuje rysunki i opisy oglądaych budowli, by
      łatwiej było się zorientować. Wzrok sięga aż do przeciwległego wzgórza
      Montparnasse.
      A wokół kościoła – dzielnica Montmartre. Ongiś ulubione miejsce malarzy.
      Mieszkali tu wszyscy sławni impresjoniści, tu narodził się kubizm. Potem, kiedy
      nieruchomości zaczęły drożeć, artyści przenieśli się na Montparnasse. Dziś na
      Placu Tertre, obok kościoła można sobie zamówić wykonany na poczekaniu portret,
      można kupić kopie paryskich pejzaży znanych artystów. Można też usiąść w jednaj
      z niezliczonych knajpek. Można wreszcie, i to chyba najlepszy pomysł,
      pospacerować uliczkami wokół bazyliki i Placu, odejść nieco od gwaru i tłumu,
      popatrzeć na panoramę roztaczającą się ze wzgórza na drugą stronę. Warto dodać,
      że właśnie na zboczach Montmartre istnieje do dziś owocująca winnica, to
      pozostałość wielu takich miejsc na zboczach wzgórza, winorośl znajdowała tu
      doskonałe warunki glebowe.
      Schodzimy stromymi uliczkami i za chwilę jesteśmy na słynnym (wcale nie tylko
      dlatego, że tu ponoć, zdaniem Zuzanny, są najlepsze kasztany) placu Pigalle.
      Kiedyś dzielnica rozrywek, lekkiej muzy i lekkich panienek. Coś z tej atmosfery
      ponoć jeszcze zostało, ale trzeba by tu przyjść późnym wieczorem. Za dnia Plac
      jest zupełnie nieciekawy. Wsiadamy zatem do metra i przenosimy się na dalszy
      ciąg spaceru.
      Aż pozazdrościłam Hani tej chwili zachłyśnięcia radością, kiedy wyjeżdżając
      schodami z metra ujrzała „całkiem prawdziwy” Łuk Triumfalny, jeden z symboli
      Paryża. To jest takie fajne uczucie, kiedy coś, co się zna z tysięcy zdjęć,
      filmów, obrazów nagle ukazuje się naszym oczom i jest jeszcze piękniejsze, niż
      się wydawało. I ta chwila jakby zdziwienia, że oto jest, istnieje naprawdę. Od
      Placu Gwiazdy, inaczej Placu Charlesa de Gaulle’a zaczyna się najwytworniejsza
      ulica Paryża. O Champs Elysees śpiewano piosenki, widać je na każdym dziejącym
      się w Paryżu filmie, posiadanie tu butiku dodaje splendoru każdej firmie.
      Kieliszek białego wina Cotes du Rhone w ulicznej kawiarence smakował bosko.
      Ulicą w obu kierunkach płynęły rzeki świateł, zapaliły się latarnie, błysnęły
      neony. Na ulicy kolorowy, rozbawiony tłum. Paryż bawi się w niedzielny
      wieczór. Spacerem dochodzimy aż do końca Champs Elysees, do Placu Concorde,
      czyli Zgody. W tym miejscu, w gwarnym i tłumnym międzynarodowym tłumie witałam
      szampanem nadejście nowego Tysiąclecia. Na zawsze zapamiętam tamtą chwilę.
    • toskania8 NA CMENTARZU PERE LACHAISE...dzień czwarty 29.04.07, 22:13
      Poniedziałek. Dziś tytułowy cmentarz Pere Lachaise. Od bramy długa aleja,
      wysadzana kasztanami. Drzew tu mnóstwo, to prawdziwy park. W tak upalny dzień,
      spacer tu jest prawdziwą przyjemnością, choć miejsce smutne. Grobowce stłoczone
      są niezwykle blisko, większość jest XIX – wieczna, ale pochówki odbywają się tu
      nadal.
      Oczywiście najpierw idziemy do Chopina. Jak się potem okaże, żaden inny
      grobowiec na tym cmentarzu nie jest tak obsypany kwiatami i światełkami, jak
      ten. Niestety, my nie przyniosłyśmy nic, nie pomyślałyśmy, że przy tak
      ogromnym, słynnym cmentarzu nie będzie nawet budki z kwiatami czy światełkami.
      Postać smutnej kobiety z lirą w opuszczonych dłoniach wykuta z białego
      marmuru, profil Fryderyka na cokole. I mnóstwo kwiatów. Mamy szansę na chwilę
      zadumy. Tylko chwilę, bo oto już zbliża się wycieczka, za nią druga. To miejsce
      jest chyba w programie każdej wycieczki. I dobrze.
      Z planem w ręku drepczemy alejkami cmentarza. Trudno by wymienić wszystkich
      znanych, którzy tu zostali pochowani. Zacznę więc od największej zagadki.
      Podobno to Napoleon, dla rozreklamowania cmentarza kazał przenieść tu prochy
      Moliera i La Fontainea. Miejsce ich pochówku oznaczone jest na planie, jest
      także oznaczone specjalną tabliczka, tyle, że…grobu nie ma. Obeszłyśmy to
      miejsce skrupulatnie kilka razy, z każdej strony, oglądając każdy nagrobek w
      okolicy. I nie ma. Są dwie czy trzy płyty bez żadnego oznaczenia. A grobowca
      największego francuskiego pisarza nie ma. No i już.
      Ale oprócz tego są pisarze – Balzak z żoną Eweliną Hańską, Apolinaire (czyli
      Apolinary Kostrowicki). Jest też koszmarny pomnik Oscara Wilde’a, w postaci
      gigantycznego, betonowego ni to orła ni to meksykańskiego bożka. Muzycy –
      oprócz Chopina Bellini, Bizet, malarze – Delacroix, Modigliani. Są i
      współcześni - Yves Montand i Simone Signoret, Isadora Duncan, Edith Piaff,
      Maria Callas. Są też komunardzi, jest grupa grobów z nazwiskami znanymi z
      czasów Rewolucji. Jest bohater węgierskiego Października premier Imre Nagy
      (nigdzie nie znalazłam, skąd się tu wziął, był przecież więziony i skazany na
      śmierć w swojej ojczyźnie). No i z ważnych dla nas wymienić trzeba Marię
      Walewską, jej (i Napoleona) syna Aleksandra, generała Dąbrowskiego. I tak by
      można jeszcze długo.
      Ale po trzech godzinach takiej wędrówki mamy już dość. Przed opuszczeniem
      cmentarza zajrzymy jeszcze do neogotyckiej kapliczki – grobowca
      najsłynniejszych kochanków w historii, Heloizy i Abelarda. Przeniesiono ich to
      po założeniu cmentarza.
      Pora na zmianę nastroju. Po krótkim odpoczynku „idziemy w półki”, czyli na
      spacer po eleganckich paryskich domach towarowych.
      W okolicach Wielkich Bulwarów - najsłynniejsze domy towarowe Paryża, Galerie
      Lafayette i Printemps. Wchodzimy do tej świątyni mody, elegancji i paryskiego
      szyku. Wchodzimy i…stajemy zdumione. Tuż przy progu wita nas regał obwieszony
      wymiętymi, szmacianymi spodniami, bluzami i innymi letnimi ciuszkami. Dalej
      jest różnie – są stoiska firm kosmetycznych z najwyższej półki, są wytworne
      torebki Furli, Gucciego, chusteczki Hermesa – wszystko w zawrotnych cenach. Ale
      są i butiki najlepszych firm. Z pewną taką nieśmiałością zaglądamy do Chanel –
      ikony klasycznej elegancji. Czarne spodnie i do tego krótki, biały żakiecik, z
      kolorowymi, lekko obszarpanymi lamówkami. Jakaś letnia, nieco wymięta
      sukieneczka. Na piętrze dalszy ciąg. Klasyczna elegancja zdecydowanie nie jest
      trendy. Wieszaki pełne są ciuszków sprawiających wrażenie nieco szmatkowatych,
      uszytych dość byle jak. Moja Babcia, która była panną z magazynu mód i szyła
      jeszcze suknie z trenem, uznawała tylko szlachetne, najlepsze jakościowo
      tkaniny, wykańczała sukienki tak, że można je niemal było nosić na lewej
      stronie pewnie by się w grobie przewróciła. No ale taki to teraz jest ten
      paryski szyk a na rzeczywistość się obrażać nie można, choć polubić trochę
      trudno.
      Nic tu po nas, idziemy więc dalej spacerować.Mijamy Operę, otwartą w 1875
      roku, wybudowaną na polecenie cesarza Napoleona III, jako część wielkiej
      rekonstrukcji Paryża dokonanej przez barona Hausmana. Przy Placu Opery zbiegają
      się Bulwar des Capucines i des Italiens, my skręcamy w Rue de la Paix.
      Pamiętacie tę scenę, kiedy Scarlett rozpakowuje przywieziony jej z Paryża
      przez Retta Butlera kapelusz? Zielony, zdobny piórami. Scarlett nie może się
      oprzeć, choć wie, że dama nie może przyjąć takiego prezentu a na dodatek jest w
      żałobie. A Rett kusi: „na pudełku jest adres Rue de la Paix”. I już wiadomo, że
      to adres najlepszy z najlepszych, kwintesencja elegancji. Dziś przy Rue de la
      Paix spotykamy Sklep Cartiera, inne firmy jubilerskie, sklepy z torebkami, inne
      elegancke butiki. Ulica ta zresztą liczy zaledwie kilka domów i już po chwili
      jesteśmy na Placu Vendome. To tu stoi Kolumna Vendome, odlana z rosyjskich i
      austriackich armat zdobytych pod Austerlitz. Kolumnę zdobią płaskorzeźby
      sławiące przewagi Cesarza a na szczycie on sam, w stroju rzymskiego Imperatora.
      Kolumna jest zresztą wzorowana na kolumnie Trajana.
      Przy placu Hotel Ritz. Właśnie przed chwilą znalazłam w Internecie niezwykle
      korzystną, promocyjną ofertę - za jedną noc w okresie od 6 do 8 maja za pokój
      dwuosobowy zapłacisz tylko 733 euro! Cóż za okazja, tylko korzystać!
      Cesar Ritz urodził się w 1850 roku w niezamożnej rodzinie szwajcarskiej.
      Zaczynał od praktykanta, dziełem jego życia była legenda. Legenda hotelarstwa,
      legenda troski o klienta, legenda i tajemnica niezwykłych gości, którzy się
      przez ten hotel przewinęli. Zainteresowanych odsyłam na stronę www.ritz.com ,
      warto poczytać o historii i dzisiejszym dniu hotelu, a choćby tylko obejrzeć
      zdjęcia. Nam było dane obejrzeć go tylko z daleka, wejścia i spokoju gości
      strzeże ochrona. Przed wejściem rząd limuzyn – w tej roli w Paryżu wyłącznie
      Peugeoty 607.
      Na Placu Vendome znajduje się także dom, w którym umarł Fryderyk Chopin. Jest
      tu też siedziba Ministerstwa Sprawiedliwości, biura licznych banków i dalszy
      ciąg licznych eleganckich butików.
      Ulicą Castiglione dochodzimy wprost do Parku Tullieries. Należy nam się już
      kawa. Siadamy więc pod gęstym listowiem ogromnych, kwitnących kasztanów i
      obserwując przechodniów leniwie sączymy kawę i kieliszek cydru. Jest cicho,
      spokojnie i pogodnie. Aż dziw, że jesteśmy w samym środku wielkiego miasta.
      Fundujemy sobie dziś jeszcze jedną atrakcję. Batteau Mouche, czyli wycieczka
      stateczkiem wzdłuż wszystkich atrakcji Paryża. Paryż to miasto, które
      wyjątkowo „współżyje” ze swoją Seine, czyli Sekwaną. Nadbrzeża to dziś
      ruchliwe, przelotowe arterie, ale także zadrzewione, spacerowe alejki. Z
      pokładu stateczku widać właściwe wszystko, co w Paryżu ważne. Startujemy spod
      Pont Neuf, który wbrew swej nazwie jest najstarszym hotelem Paryża. Mostów
      jest kilkanaście, wymieńmy wiec jeszcze tylko jeden, najbardziej dekoracyjny
      most Aleksandra III, wybudowany w 1900 roku a nazwany imieniem rosyjskiego
      cara, dla uświetnienia francusko – rosyjskiego sojuszu. Bogato zdobiony, jest
      przedłużeniem Esplanady Inwalidów, biegnącej od Pałacu tegoż imienia,
      mieszczącego, jak wspomniano, grób Napoleona. Po drugiej stronie rzeki Grand
      Palais i Petit Palais, które są, podobnie jak wieża Eiffla, pozostałością po
      Wystawie Światowej, jaka odbyła się w Paryżu w 1900 roku. Mijając Luwr, muzeum
      d’Orsay, Pałac Trocadero (by wymienić tylko najważniejsze budowle), docieramy
      do kontrowersyjnej wieży Eiffla. Po 118 latach trudno sobie bez niej wyobrazić
      pejzaż Paryża, ale kiedy ją budowano, twórcę, inżyniera Eiffla odsądzano od
      czci i wiary. Na szczęście na nic się nie zdały protesty Aleksandra Dumas, Guy
      de Maupassanta, Charlesa Gounoda i większości paryżan, wieża jest i dziś każdy
      odwiedzający Paryż czuje się w
      • toskania8 NA CMENTARZU PERE LACHAISE...dzień czwarty c.d 29.04.07, 22:15
        urwało końcówkę, oto ona

        Na szczęście na nic się nie zdały protesty Aleksandra Dumas, Guy de
        Maupassanta, Charlesa Gounoda i większości paryżan, wieża jest i dziś każdy
        odwiedzający Paryż czuje się w obowiązku obejrzeć panoramę z trzeciej
        platformy, na wysokości 274 metrów. Szczególnie piękny jest widok nocą, kiedy u
        naszych stóp rozciąga się bezkresne morze świateł.
        Przy Wieży stateczek zawraca, płyniemy w odwrotnym kierunku. Tym razem
        obejrzymy z bliska wyspę Cite, a potem wyspę Św. Ludwika. Katedra Notre Dame
        prezentuje się pięknie, na Wyspie Św. Ludwika naszą uwagę zwraca Hotel
        Lambert. To legendarna siedziba konserwatywnego skrzydła Wielkiej Emigracji,
        był własnością księcia Adama Czartoryskiego. Wszystko, co ważnego działo się w
        środowisku polskiej Emigracji w Paryżu, miało związek z tym miejscem. Wielka
        więc szkoda, że kiedy kolejni spadkobiercy wystawili go na sprzedaż, Państwo
        Polskie tak długo się namyślało, aż wreszcie kupił go baron Rothschild. Na
        szczęście paryski konserwator zabytków nie pozwolił dokonać zbyt wielu zmian i
        Hotel zachował dawny wygląd. Pokazuje go w czasie naszej wycieczki pani
        przewodniczka, choć w jej słowa trzeba się mocno wsłuchiwać, by zorientować,
        się, kiedy opowiada po francusku a kiedy po angielsku, akcent niewiele się
        różni. Zresztą tak to jest z tą znajomością angielskiego. Nawet w wydawałoby
        się dość oczywistych miejscach jak muzea trudno znaleźć napisy po angielsku
        lub osoby tym językiem władające. Cóż, Francuzi ciągle jeszcze chyba tkwią w
        epoce, kiedy to francuski był językiem międzynarodowym, nie wypadało go nie
        znać. Uczyli się go wszyscy aspirujący do jako takiego wykształcenia i ogłady.
        Dziś rolę tę przejął w większości świata angielski, ale Francuzi z trudem to
        zauważają.
        Tymczasem Pani przewodniczka pokazuje jeszcze Hotel de Ville, czyli ratusz, po
        lewej, na Wyspie Cite Conciergerie, dawne ciężkie więzienie. Przebywało tu
        wielu sławnych więźniów, by wymienić choćby Marię Antoninę, Madame du Barry,
        Dantona, Robespierre’a.
        Słońce chyli się ku zachodowi, pora kończyć dzień.

        • del.wa.57 Re: NA CMENTARZU PERE LACHAISE...dzień czwarty c 29.04.07, 22:39
          Mozna Ciebie czytać i czytać Toskanio.Sączyłas ta wysoko-procentowa nalewkę z
          cukrem? wyobrażam sobie co za smak hihihi.Jedna noc w Hotelu Ritz 733
          euro,bardzo tanio,łomatko!!!kogo na to stać? Szkoda,ze Hotel na wyspie nie
          trafił w rece naszego rodaka,bylibysmy bardzo dumni z tego.Musze zobaczyc u nas
          w katalogach czy biurach podróży popytać,podobno takie wyciaczki trzy,cztero-
          dnowe nie są wcale drogie,tylko czy wytrzymam tempo zwiedzania? nie sposób
          zobaczyć wszystkiego w ciągu czterech dni a ja tłoku nie znoszę nie umiem
          skupic sie w tłumie.
          Dziękuje Ci Toskanio,wejde na stronke i poogladam zdjecia.
          • toskania8 Re: NA CMENTARZU PERE LACHAISE...dzień czwarty c 29.04.07, 23:26
            delwo, nie da sie zobaczyć Paryża w trzy czy cztery dni. Nie da sie nawet w
            trzy tygodnie. Więc nie należy dać sie zwariować i ganiać jak szalona, ale
            poczytać, przygotwać się i wybrać ssobie pare miesc, które Ty uznasz za ważne.
            Może to być wycieczka, oczywiście. Ale może zdobędziesz sie na trochę odwagi i
            wybierzesz się sama ? Nikt nie będzie Cię gnał "proszę wycieczki". A koszt nie
            jest wielki. Za samolot kupiony z dużym wyprzedzeniem zapłacisz ok 100 - 120 zł
            ze wszystkim (w jedną stronę). Za hotel w centrum wyszło mi ok 30 euro od osoby
            za noc. Na przedmieściach jest sporo taniej, ale to trzeba wiedzieć, by nie
            trafić w dzielnicę czarnych, których jest mnóstwo, bo tam, zwłaszcza wieczorem
            bywa niebezpiecznie. W razie potrzeby służę dokładniejszymi radami. A zobaczyć -
            warto naprawdę.
            Na razie zapraszam, będą jeszcze trzy dni.
            • del.wa.57 Re: NA CMENTARZU PERE LACHAISE...dzień czwarty c 29.04.07, 23:52
              Masz rację Toskanio Paryża nie da się zobaczyć w ciągu paru dni a wycieczka to
              rzeczywiscie nie dla mnie,odwagi mi nie brak i napewno wybiore sie do Paryża z
              małżonem w tym roku nie wyrobimy w maju jedziemy na urlop do kraju,potem
              zaczniemy''mysleć'' i przygotowywac się znowu do syna do N-Yorku,ale znam
              siebie i jak coś postanowie to tak bedzie a Paryz po N-Yorku jest moim drugim
              marzeniem,Dziękuje Ci bardzo Toskanio,jak bede potrzebowała rady czy wskazówek
              napewno do Ciebie napiszę.
              Pozdrawiam Ciebie serdecznie i czekam na dalsze Twoje opowieścismile)
              • e-baba Re: NA CMENTARZU PERE LACHAISE...dzień czwarty c 30.04.07, 23:43
                Paryż, podobnie jak i dla delwy - stanowi dla mnie miasto marzeń. Dzięki,
                Toskanio, że mogłam po nim spacerować z Tobą. Opowiadasz tak sugestywnie, że po
                prostu jest się tam z Tobą. Ile już wspaniałych miejsc obejrzeliśmy Twoimi
                oczami, Toskanio? To wspaniałe i podziękowania za te podróże z Tobą składam.
                A jak Ty sugestywnie piszesz? Choćby ten fragment: "A Paryż kwitł jak szalony,
                wdział na siebie najpiękniejsze szaty i klejnoty –powiewne woale tamaryszku,
                zalotne różowości azalii, nobliwe fiolety bzów, naszyjniki tulipanowych
                kielichów, drobniutkie broszki prymulek a wszystko to ozdobione złotem
                słonecznego blasku i zatopione w najsoczystszej, kipiącej zieleni."
                Wspaniale, że dzielisz się z nami tym pięknem.
            • dankarol Re: NA CMENTARZU PERE LACHAISE...dzień czwarty c 02.05.07, 01:32
              Dzięki Toskanio za spacer po Paryżu. Siedzę, czytam i dopiero gdy skończyłam
              doszło do mnie, że jestem całkiem przemarznięta, bo niestety w mieszkaniu jest
              zimno. Wcześniej tego nie czułam, bo byłam razem z Tobą w cieplutkim słonecznym
              Paryżu.
    • toskania8 NA CMENTARZU PERE LACHAISE...dzień piąty 03.05.07, 00:01
      Wtorek. Po długich wahaniach postanawiamy jednak iść do Luwru. I tu –
      niespodzianka. Luwr właśnie we wtorki nieczynny. Ale zgodnie z moim
      powiedzeniem – nie ma tego złego… Idziemy do muzeum Rodina. „Nagi przyszedłem”,
      taką piękną, beletryzowaną jego biografię czytałam wiele lat temu, głęboko
      zapadła mi w pamięć, wszędzie, gdzie napotykam jego rzeźby, zawze ja pamiętam.
      Nieduży pałacyk Biron w pobliżu Pałacu Inwalidów. Ten rokokowy pałac Państwo
      podarowało Rodinowi, później On pozostawił tam cały swój dorobek i urządzono w
      nim muzeum.
      Moja intuicja mnie nie zawiodła. Idąc przez pałacowe sale nasuwało mi się
      nieodparcie porównanie z Mistrzem nad Mistrzami – Michałem Aniołem. Mimo
      różnicy epok, różnicy stylu, różnicy warsztatu i środków wyrazu, jest w tym
      podobieństwo ekspresji, fascynacji ludzkim ciałem, fascynacji ruchem. I oto
      właśnie wyczytałam gdzieś, że Michał Anioł był inspiracją dla Rodina.
      Najsłynniejszy „Myśliciel” w parku, w kępie kwitnących krzewów. Przed rzeźbą
      ławka zaprasza na chwilę zadumy. Wygrzebałam informację, że to ten paryski jest
      oryginalny. Ale Myśliciela widziałam także w Muzeum Watykańskim - tam chyba
      nie znalazłaby się kopia! Źródła podają też, że Myśliciela posiada Muzeum
      Rodina w Filadelfii, podobnie jak Mieszczan z Calais i Wrota Piekła, o których
      będzie dalej. Wrota Piekła są też podobno w Zurychu. I nikt nie mówi, że ma
      kopie. Może inna wersja, nie wiem, będę szukać dalej. Może trzeba raz jeszcze
      przeczytać biografię, to się okaże, czy było kilka wersji. A może to po prostu
      różne odlewy tych samych rzeźb (to przecież wszystko rzeźby z brązu) i
      wszystkie mają prawo uważać się za oryginały? Nie mam pojęcia. Ale będę szukać,
      bo bardzo mnie to zainteresowało.
      Wiele jednak rzeźb, chyba większość, jest z marmuru. Zapamiętałam „Katedrę” z
      białego marmuru – to dwie złączone nadgarstkami i smukłymi palcami dłonie, jak
      do modlitwy, ale jakby kryjące w sobie coś kruchego, niezwykle cennego. Jest
      też „Ręka Boga”, potężna dłoń trzymająca ludzką postać, nie do końca wiadomo,
      czy w twardym uścisku zaciśniętej pięści czy też w chroniącym przed całym złem
      świata miękkim wnętrzu dłoni.
      Jest tych rzeźb wiele, kilkunastocentymetrowych, ale i potężnych nadnaturalnej
      wielkości, niektóre jakby niedokończone (i znów porównanie do Więźniów Michała
      Anioła) wszystkie pełne życia i zatrzymane w ruchu.
      Są tu też i piękne, pełne wyrazu rzeźby Kamille Claudel – niezwykle tragicznej
      postaci – najpierw pomocnicy, potem muzy i modelki, potem wreszcie wielkiej,
      namiętnej, choć bardzo burzliwej miłości Rodina. Niestety, po ich rozstaniu,
      zapadła na chorobę psychiczną i ostatnie 30 lat, czyli bez mała połowę życia
      spędziła w zamkniętym szpitalu dla obłąkanych. To on zyskał wielką sławę, choć
      jej talent nie był chyba wcale mniejszy, widoczne jest, że inspirowali się
      wzajemnie. Cóż, oprócz talentu rzeźbiarskiego trzeba jeszcze mieć siłę, by żyć.
      Wychodzimy do ogrodu. Tam, wśród klombów i alejek jeszcze raz rzeźby. Ale oto
      i inne piękno – ogromne, kwitnące krzewy o pełnych, wielkich kwiatach podobnych
      do piwonii, w różnych kolorach. Ale nie pachną i liście mają inne. Będziemy
      szukać, co to było za cudo.
      Idziemy teraz w cienisty zakątek parku.
      Oto jeden z najbardziej przejmujących pomników w całej historii sztuki
      rzeźbiarskiej "Mieszczanie z Calais". Pomnik ten jest związany z wydarzeniem,
      które miało miejsce podczas wojny stuletniej (1337 - 1453). Miasto francuskie
      Calais zostało oblężone przez wojska angielskiego króla Edwarda III.
      Mieszczanie z Calais bardzo długo się bronili stawiając zaciekły opór wojskom
      angielskim. Zniecierpliwiony król Edward III postawił mieszkańcom miasta
      ultimatum: oszczędzi on miasto, jeśli do jego obozu zgłosi się dobrowolnie
      kilku mieszczan, odda klucze do bram, a zarazem poniesie karę za zbyt
      długotrwały opór. Miała to być ofiara z życia. Pośród mieszczan znalazło się
      kilku bohaterów, którzy prowadzeni przez legendarnego starca Eustachego de
      Saint Pierre, podążyli do obozu wroga. Rodin przedstawił mieszczan
      prawdopodobnie w chwili opuszczenia miasta lub stojących już przed obliczem
      nieprzyjaciela i kata. W całej grupie panuje niebywałe napięcie, lecz reakcje
      poszczególnych postaci są różne. Jedni są przygnębieni, inni ledwie kryją
      strach, jeszcze inni próbują okazać pogardę ciemiężycielom.
      Tuż obok Wrota Piekła. Rzeźba ma formę portalu, sceny układają się w wiele
      pięter, od pogrążonych już w na wieki w otchłani grzeszników, po takich, którzy
      jeszcze próbują czepić się ostatniej szansy na wydźwignięcie. I jeszcze raz
      wspomnienie - Michał Anioł i jego Sąd Ostateczny w Sykstynie. Tam malarstwo tu
      rzeźba, ale w obu niemal słychać krzyki i jęki potępionych, czuć swąd siarki i
      żar piekielnego ognia.

      Tuż obok Muzeum – Pałac Inwalidów. Zamiast wydania sześciu euro na obejrzenie
      grobu Napoleona, zabieramy z recepcji folderek ze zdjęciami i uważamy rzecz za
      załatwioną.
      Idziemy teraz uczynić zadość kolejnemu obowiązkowi paryskiego turysty. Wieża
      Eiffla. Nie wjeżdżamy, bo panoramę Paryża obejrzałyśmy z Sacre Coeur, ale
      trzeba chociaż dotknąć.
      Obieramy kierunek na co raz to migający między dachami czubek wieży i
      zapuszczamy się w wąskie uliczki. Tu, gdzie nie ma tłoku i gwaru można
      spokojniej przyjrzeć się domom, charakterystycznym, odlewanym z żeliwa
      koronkowym balkonom, zdobnym gzymsom, popatrzeć na wystawy sklepików. Trafiamy
      na piękny i malowniczy sklep z kawą. Dziesiątki gatunków z różnych stron
      świata, do tego najróżniejsze czekoladki, karmelki, pralinki. Są też kruche,
      porcelanowe filiżanki, dzbanuszki, rozmaite cudeńka. Niestety spotkało nas
      rozczarowanie. Zauroczone urodą sklepu, uległyśmy magii etykietki na słoiczku
      ze słonecznie złocistą substancją „tradycyjna konfitura z pomarańczy i imbiru”.
      Uznałyśmy, że to będzie przysmak niebiański. Zapłaciłyśmy prawie 5 € . Kiedy
      w domu uroczyście podałam ów przysmak na deser, okazał się on zwykłym żelowym
      cukrem z zanurzonymi wiórkami pomarańczowej skórki. To już duży słoik dżemu
      pomarańczowego, który kupiłyśmy w markecie do śniadania za 2 € był znacznie
      lepszy. Cóż, magia w zetknięciu z rzeczywistością czasem pryska. Ale sklepik i
      tak był piękny.
      W sklepie na rogu doliczamy się chyba siedmiu odmian cebuli, marchewki,
      papryki, sałata czy pomidory pięknie ułożone w kolorowe mozaiki, cóż, nawet
      warzywa można sprzedawać artystycznie.
      Stanęłyśmy wreszcie pod najsłynniejszą górą żelastwa na świecie, możemy iść
      dalej.
      Wracamy do centrum. Na obiad siadamy w małej knajpce. Miła pani podaje nam
      menu. Ku naszemu zdumieniu przynosi nam czarna tablicę, wielkości tak metr na
      0,6 mniej więcej. Niestety jest to, a jakże, po francusku. Nie ma problemu. Za
      chwilę z kuchni wyłania się sam „Chef”. Na szczęście rozumie po angielsku.
      Decydujemy się na confit de canard. Confit oznacza właściwe każdą konserwę (nie
      mylić z puszką! to jest coś do dłuższego przechowywania). A confit de canard to
      piersi i udka kacze albo gęsie zalane smalczykiem z tegoż ptaszka i powolutku
      gotowane. W takim tłuszczyku mięsko robi się mięciuteńkie i aromatyczne,
      podobno bardzo długo przechowuje się bez lodówki. Do tego podsmażone na tymże
      tłuszczyku ziemniaczki. Że co? że milion kalorii? że cholesterol? No i co! Ale
      jaka pychotka! Starczy nam już i za kolację oczywiście. Chef jeszcze dwa razy
      wyjrzy z kuchni z pytaniem czy smakuje i czy wszystko ok.. Miłe to, szkoda, że
      u nas jakoś nie przyjmuje się ten zwyczaj, dość powszechny, zwłaszcza w krajach
      śródziemnomorskich, że szef kuchni czy właściciel zagaduje gości, upewnia się,
      czy są zadowoleni, zachęca do skosztowana jakiejś specjalności.
      Stąd niedaleko do Centrum Pompidou – taki dziwoląg, choć teraz już nie szokuje
      • toskania8 NA CMENTARZU PERE LACHAISE...dzień piąty c.d 03.05.07, 00:03
        Znów urwało końkówkę, oto ona.
        Stąd niedaleko do Centrum Pompidou – taki dziwoląg, choć teraz już nie szokuje
        aż tak, jak w latach siedemdziesiątych, kiedy je wybudowano. To centrum kultury
        mieści Muzeum Sztuki Współczesnej, sale wystawowe, koncertowe, biblioteki,
        kino, restauracje. Budynek jest ze szkła, wszystkie przewody, instalacje, ciągi
        są przezroczyste albo kolorowe. Wygląda to nieco jak budynek wywrócony „na
        lewą stronę”. Cóż, zdania są podzielone.
        Po południu wybieramy się na zakupy. Niestety spotyka nas kolejne zakupowe
        rozczarowanie, choć zupełnie inne.
        Najpierw Tati, przed kilkunastu laty niedrogi, bo dostępny nawet dla polskich
        turystów, ale całkiem porządny dom towarowy, teraz może się równać asortymentem
        ze Stadionem X – Lecia. Tłum głównie czarnoskórych klientek, ciasnota, zaduch –
        uciekamy co tchu. Okazuje się, że teraz to jedna z dzielnic zamieszkałych
        głównie przez imigrantów z Afryki i krajów arabskich, to tam niedawno
        wybuchały gwałtowne zamieszki.
        Jak wielkim problemem dla Paryża jest napływ imigrantów (choć to nie tylko
        imigranci, wielu z nich to już kolejne, urodzone tu pokolenie). Trochę to
        pozostałość po czasach kolonialnych, trochę potrzeba sprowadzenia taniej i
        niewymagającej siły roboczej. A teraz są takie momenty, że rozglądając się w
        wagoniku metra ma się czasem wątpliwość, na jakim właściwe jesteśmy
        kontynencie. No i problemy są i narastają, a rozwiązać je niełatwo.
        Czym prędzej wracamy do metra.
        W centrum, na miejscu słynnych, niestety rozebranych Hal - Forum des Halles,
        czyli ogromne, podziemne centrum handlowe. Kilkaset sklepów, restauracje, bary,
        kluby.
        Hmmm. Niestety tu najwyraźniej istnienie rozmiaru większego niż 40 nie jest w
        ogóle brane pod uwagę. Jedynym więc rezultatem wyprawy jest sukieneczka dla
        studentki Kasi (rozmiar 38).
        Wieczorem już tylko herbatka, jutro nasz prawie ostatni dzień.

      • dankarol Re: NA CMENTARZU PERE LACHAISE...dzień piąty 03.05.07, 00:37
        Dzięki za kolejną relację z Paryża. Bardzo chciałabym zobaczyć moją ulubioną
        rzeźbę Rodina "Mieszczanie z Calais". Czekam niecierpliwie na ciąg dalszy.
        • dwa-filary Re: NA CMENTARZU PERE LACHAISE...dzień piąty 03.05.07, 10:16
          KOBIETO!!! Ty powinnaś książki pisać.Jestem pod wrażeniem.
          • maladanka Re: NA CMENTARZU PERE LACHAISE...dzień piąty 03.05.07, 20:45
            czytam, czytam i znowu apetyt na Paryż, ech!
    • toskania8 NA CMENTARZU PERE LACHAISE...dzień szósty 04.05.07, 00:28
      książkę ? Kto wie, może kiedyś ?
      a na razie - dzien szósty.
      Środa. Dziś wieczorem czeka nas spotkanie. Z moją mieszkającą w Krakowie
      siostrą. Mamy problem, żeby spotkać się w Polsce, no to spotkajmy się w Paryżu,
      bo Ona, wielka zresztą jego miłośniczka właśnie też tu jest. To jednak dopiero
      wieczorem.
      Rano, za jej właśnie radą jedziemy do XVI dzielnicy. XVI dzielnica to niezwykle
      wytworne, reprezentacyjne i prestiżowe miejsce. To już obrzeża miasta, tuż za
      nią zaczyna się Lasek Buloński. Jeszcze w XVIII wieku były tu podmiejskie,
      willowe osady. Ich pozostałości widać do dziś. Mieszkają tu najbogatsi
      paryżanie, artyści, są rezydencje dyplomatów i siedziby ambasad. Jest zielono,
      spokojnie, tętniące życiem gwarne, zatłoczone miasto wydaje się być bardzo
      daleko. Przez park idziemy do celu naszej wyprawy – Muzeum Marmottan.
      Po zatłoczonym, gwarnym d’Orsay, tu – oaza ciszy i spokoju. Może na szczęście
      dla nas, choć na szczęście udało nam się tu trafić, to miejsce nie jest zbyt
      rozreklamowane. Takie właśnie powinny być muzea, niewielkie, kameralne, ciche,
      prawdziwe świątynie sztuki. Tu można coś naprawdę przeżyć, usłyszeć własne
      myśli, siąść na ławeczce pośrodku sali i patrzeć, patrzeć, myśleć. Przemysł
      turystyczny robi zaś z wielu pięknych miejsc na świecie prawdziwy horror. Na
      szczęście są miejsca, których klimatu nie udało się zmiażdżyć.
      Muzeum zawdzięcza swoje istnienie Paulowi Marmottan, historykowi i urzędnikowi
      prefektury z zawodu, a z zamiłowania kolekcjonerowi i bibliotekarzowi, który
      niemal całe swoje życie poświęcił na gromadzenie pamiątek po I Cesarstwie.
      Parter pałacyku to kolekcja francuskiego malarstwa, empirowych mebli,
      porcelany i wielu innych drobiazgów. Jest też kolekcja sztuki średniowiecznej,
      oczywiście sakralnej, bo innej wtedy nie było – obrazy, rzeźby, witraże,
      ręcznie jeszcze pisane i iluminowane księgi. Ale to wszystko, choć miłe, jest
      wstępem do tego, co nas tu przywiodło.
      A przywiodła nas największa kolekcja obrazów Moneta. Niezwykłe, zamglone
      impresje. Jest nam dane przeżycie niezwykłe – widzimy oto narodziny
      impresjonizmu. Impression. Soleil Lewant, czyli Impresja. Wschód Słońca. Tak
      nazywa się bodaj najsławniejszy obraz Moneta. Najsławniejszy, bo uroda
      zamglonego wschodu słońca jest doprawdy niezwykła, ale przede wszystkim od jego
      tytułu wzięła się nazwa całego kierunku w malarstwie.
      Tym razem, co zdarza się niezwykle rzadko, dla opisania własnych przeżyć i
      uczuć posłużę się cudzym tekstem. Znalazłam w sieci przepiękny artykuł o tym
      Muzeum, przeczytajcie koniecznie.
      www.podteksty.pl/index.php?action=dynamic&nr=3&dzial=5&id=80
      Jak bardzo bliskie moim są odczucia autora artykułu, niech świadczy fakt, że
      ten jeden, jedyny obraz, dla którego jego zdaniem warto tam wrócić, Bras de
      Seine a Giverny stoi właśnie przede mną, zabrałam do domu jego reprodukcję. Dla
      mnie też to on był najpiękniejszy.
      Dodać tylko wypada, że Giverny to niewielka miejscowość w Normandii, gdzie
      Monet miał swoją posiadłość z pięknymi ogrodami. Tu właśnie powstało mnóstwo
      jego obrazów, przede wszystkim ogromny cykl „Nenufary”, które się ładnie po
      francusku nazywają „Nymphes”. Było ich kilka w d’Orsay, były w Marmottan, ale
      to nie koniec…
      Zachwycone, oszołomione, impresyjnie rozmarzone wychodzimy na słoneczną
      ulicę. Ociągamy się nieco przed powrotem do gwarnego miasta. Przedłużmy jeszcze
      tę piękną chwilę, siądźmy na ławeczce w niewielkim parku. Jakaś pani czyta
      książkę, grupka młodych ludzi rozłożyła się w słońcu na trawniku, ktoś
      czytając gazetę pogryza kanapkę, zapewne swoje dejeneur. Siądźmy i my na
      ławeczce opodal ogromnego krzewu bladoróżowej azalii, kwitnącej jak jeden
      ogromny, chyba dwumetrowy bukiet. Tuż obok przycupnęła druga, mniejsza, w
      barwie purpury.
      Pora jednak wracać. Ale to nie koniec tego pięknego dnia. Nie damy sobie dziś
      odebrać tego cudnego nastroju.
      Wysiadamy z metra przy Palcu Concorde, tuż obok głównej bramy ogrodu
      Tullieries. W pobliżu bramy – Oranżeria. To drugie już dziś takie miejsce, choć
      to znaczne bardziej tłoczne, choć do tłumów wielkich galerii doprawdy daleko.
      Budynek ten kryje w sobie skarby prawdziwe.
      Najpierw – jeszcze raz Monet. I nowe zaskoczenie. Jesteśmy oto w ogrodach
      Giverny, czujemy powiew wiatru, szumiącego w gałązkach drzew, delikatnie
      marszczącego gładką powierzchnię stawów. A w stawach - Nenufary. Ogromne,
      kilkunastometrowej długości obrazy, rozmieszczone naprzeciw siebie, otaczają
      nas z czterech stron. To niezwykłe, ileż razy można malować jeden temat, jedno
      miejsce a klimat obrazu jest za każdym razem inny. Inna jest pora dnia, inna
      zapewne pora roku, raz jest to ledwie rozkwitająca wiosna, raz znów czujemy
      pełnię upalnego lata, zapadający jesienny mrok. Są wreszcie nenufary przy pełni
      księżyca – perłowo połyskujące punkciki na mrocznej powierzchni tajemniczej,
      mrocznej toni. I jeszcze kolejna część panoramicznego cyklu w kolejnej sali.
      Nie wiem, czy Monet malował je z myślą o tej właśnie ekspozycji, ale miejsce
      jest dla niej wymarzone. Ogromne, owalne sale, sączące się przez szklany sufit
      światło.
      Pora żegnać się z Monetem i jego Nimfami.
      W podziemiu Oranżerii kolejna atrakcja. 144 obrazy, od impresjonistów po
      Picassa, kilka obrazów Modiglianiego, Utrillo i wielu innych. Szczególnie
      łakomym kąskiem są obrazy Modiglianiego, jego charakterystyczne, wydłużone
      postacie (malował głownie postaci i to przede wszystkim kobiety).Jest ich tu ze
      cztery czy pięć i jeszcze jeden gdzieś wypożyczony, ale dobre i to, jego
      dzieła są bardzo rozproszone po świecie, chyba głównie w prywatnych rękach.
      Obcowanie ze sztuką najwyższego lotu sprawia, że nieco tracimy rachubę czasu.
      Ale wychodzimy z Oranżerii i stoliki pod kasztanami, przy których paryżanie
      właśnie spożywają swoje dejeneur, kuszą i nas. Zamawiamy więc raz jeszcze
      paryski przysmak – zupę cebulową. Grzaneczki pod złocistą kołderką serka, a
      pod nimi zupka, tym razem doprawiona białym wytrawnym winem, może alzackim?
      Czysta poezja smaku.
      Spacerem pod arkadami Rue Rivoli wędrujemy wzdłuż sklepików. Sąsiadują ze sobą
      i bardzo wytworne i czasem pełne turystycznej tandety.
      Dochodzimy wreszcie do Placu Jana Pawła II, do niedawna zwanego Placem Notre
      Dame, przed katedrą, bo tu właśnie umówiłam się na spotkanie z siostrą.
      Spacerem wzdłuż Cite mijamy wąskie uliczki obok katedry, mostkiem przechodzimy
      na Wyspę Św. Ludwika. Tu ciekawostka – Biblioteka Polska, w ładnym, niedawno
      odnowionym budynku. W tym samym budynku mieści się też Muzeum Mickiewicza.
      Powoli, przez dzielnicę Marais dochodzimy do Placu Wogezów. Buteleczka
      chłodnego białego, wina w starej, zabytkowej kawiarni sprzyjać będzie wymianie
      paryskich wrażeń i przeżyć.
      Ten piękny dzień kończymy mile.
      Zaczęłyśmy nasze wędrówki na Placu Wogezów, los sprawił, że właściwe je tu
      kończymy.
      Jutro dzień wyjazdu, będzie jeszcze spacer i obiad. Ale tej właśnie, jakże
      ważnej sprawie poświecimy osobną, już ostatnią paryską opowiastkę.
      • mania1119 Re: NA CMENTARZU PERE LACHAISE...dzień szósty 04.05.07, 20:24

        Czytalam z zapartym tchem.Piszesz nie tylko pieknie ale nieslychanie zywo i
        obrazowo.
        Ilekroc widze Twoj nick,przypomina mi sie film "Pod słoncem Toskanii"-a w
        Twojej relacji jest dokladnie ten sam nastroj.Dzieki!
        _______________________________________________________
        Owszem,Aleksander Macedoński był wielkim wodzem.Ale po co od razu łamać krzesła?
    • toskania8 NA CMENTARZU PERE LACHAISE...pożegnanie 04.05.07, 23:56
      no i tak oto dochodzimy do dnia ostatniego, oto on.

      No i nadszedł dzień ostatni. Ranek mija nam na pakowaniu, jeszcze herbatka
      przed wyjściem i już znosimy bagaże do recepcji i ruszamy na nasz pożegnalny
      spacer.
      Idziemy wzdłuż nadbrzeża Sekwany, po drodze wstąpimy do niewielkiego,
      gotyckiego kościółka Saint Germain l’Auxerrois. Maleńki, leżący tuż naprzeciw
      jednej z bram Luwru kościółek ma ciekawą historie. Pełnił rolę kościoła
      pałacowego, tu francuscy królowe zawierali małżeństwa, chrzcili dzieci,
      chodzili na niedzielne nabożeństwa. Tu wreszcie zaczęła się Noc Św.
      Bartłomieja, 24 sierpnia 1572, dzwony na wieży tego właśnie kościoła
      rozpoczęły pamiętną rzeź hugonotów. Od kilkuset lat dzwony te milczą, co jest
      swoistą pokutą za te właśnie krwawe wydarzenia. Tylko kurant na wieży wygrywa
      piękne melodyjki,
      Za chwilę dochodzimy do Palais Royal. XVII wieczny pałac wybudowany na
      polecenie kardynała Richelieu jest ważny dla nas o tyle, że w pałacowej
      kaplicy, 6 listopada 1645 roku odbył się per procura ślub Marii Gonzagi i
      polskiego króla Władysława IV (Pana Młodego reprezentował Krzysztof
      Opaliński) . Dziś w pałacu mieści się Rada Stanu. Do Pałacu przylega budynek
      Comedie Francaise. Matka francuskich teatrów, to właśnie francuska wymowa
      aktorów tego teatru uważana była zawsze i jest za wzorzec poprawności i
      mistrzostwa języka. Uświadamiając sobie to, dopiero wtedy możemy docenić, na
      jakie szczyty wspiął się Andrzej Seweryn, że przyjęto go tu do stałego zespołu.
      Park pałacowy to dziś miejsce spotkań i odpoczynku paryżan, taka enklawa ciszy
      i zieleni w gwarnym mieście.
      A my przeniesiemy się teraz na drugi brzeg Sekwany, błądzimy trochę bez celu i
      planu po krętych uliczkach Riveau Gauche. Paryżanie zasiadają już do swego
      dejeneur siądźmy i my.
      To już nasze pożegnanie z Paryżem, uczcijmy je godnie. Idziemy powoli bulwarem
      Saint Germain. Mijamy zatłoczone knajpki. Nagle, tuż za rogiem bocznej uliczki
      dostrzegam niewielkie bistro, z trochę rustykalnym wystrojem. Przed wejściem
      stoi uśmiechnięty kelner. Moja intuicja podpowiada mi – to tu. Siadamy przy
      stoliku tuż przy ulicy. Naprzeciwko zabawny sklepik z aniołami, takie
      skrzyżowanie veritasu z antykwariatem.
      Chwila zadumy na kartą dań i już nasz zamówienie jest gotowe. Propozycję
      przystawki Hania przyjmuje z wahaniem, ale dzielnie. Escargots bourguignonne,
      czyli ślimaczki po burgundzku. Gotuje się je w winie a następnie zapieka w
      muszelkach wypełnionych ziołowym masełkiem. Pachnie tymi ziołami smakowicie,
      każdą muszelkę trzyma się w specjalnym uchwycie, do tego jest maleńki
      widelczyk, którym ślimaczka wydobywa się z muszelki, wonny sosik wyjadając przy
      pomocy kawałka bagietki. Bez względu na to, co niektórzy z Was myślą w tej
      chwili, jest to naprawdę pyszne.
      Przy wyborze dania głównego ja pozostaję przy Burgundii i wybieram boeuf
      bourguignonne, czyli kawałki wołowiny najpierw marynowane a potem duszone w
      sosie na bazie czerwonego wina z dodatkiem warzyw. Było to niezwykle
      aromatyczne, mięsko rozpływało się w ustach. Hania zamówiła niezwykły rarytas -
      Chateaubriand z sosem bearnaise Jest to gruby (przed smażeniem dobre 6 – 7
      cm) befsztyk z polędwicy, sztuka polega na tym, że musi być z wierzchu rumiany
      a różowiutki w środku. Sos z wina, żółtek i masła, doprawiony estragonem i
      innymi ziołami. Rzecz jest wyrafinowanie wykwintna. Takie smakowitości nie
      mogły się obyć bez winka – szklaneczka beaujolais znakomicie podniosła walory
      naszych i tak doskonałych dań.
      Ukoronowaniem naszego uroczystego, pożegnalnego obiadu musiał być deser. A
      skoro deser, to król francuskich deserów – creme brulee. Tajemnica tego kremu z
      żółtek i śmietanki polega na tym, że po jego zapieczeniu w kąpieli wodnej
      posypuje się go cukrem i szybko jeszcze zapieka pod gorącym grillem. Rzecz w
      tym, by cukier wytworzył cieniuteńką warstewkę karmelu (a wiadomo, że między
      karmelem a spaleniem jest sekunda).
      Tak, to była iście królewska uczta. Francuzi w rzeczy samej znają się na
      jedzeniu jak mało kto. Ucztowanie umilał nam miły i troskliwy kelner,
      doradzając przy wyborze dań, potem dyskretnie czuwający, czy jeszcze czego nam
      nie trzeba, upewniający się czy aby na pewno smakuje. Tak, tej kultury
      ucztowania niewątpliwie nam brakuje. Są już knajpki i wytworne lokale z dobrym
      a nawet wykwintnym jedzonkiem, ale jest to takie jakieś bezosobowe i chłodne.
      A tu - tak to po prostu jest, bo taki jest obyczaj. Miły.
      No i to był już naprawdę ostatni nasz przystanek. Idziemy jeszcze spacerem
      wzdłuż Sekwany, jeszcze na chwilę przysiądziemy przed Notre Dame.
      Przed nami długa droga do domu.

      Paryż, miasto zakochanych, miasto artystów, miasto duchów niespokojnych.
      Miejsce, gdzie możesz zapomnieć na chwilę o wszystkim, co brzydkie, złe,
      byle, jakie, trywialne, prostackie. I naprawdę najpiękniejszy jest wiosną. Zupę
      cebulową pod kasztanami kwitnącymi w Ogrodzie Tullieries będziemy pamiętać
      długo.
      Jeszcze tu wrócimy, bo tu się wraca. Coraz od nowa. To było takie dotknięcie
      powierzchni. A głębi nie poznał nikt. Ale ciągle warto jej szukać.
      Do zobaczenia.

      A Wam jak zwykle dziękuję za cierpliwą lekturę i dobre słowa.

      • dankarol Re: NA CMENTARZU PERE LACHAISE...pożegnanie 05.05.07, 01:27
        Toskanio dziękuję. To była sama przyjemność spacerować z Tobą po Paryżu,
        zachwycać się malarstwem, zwiedzać zaułki i smakować wspaniałych potraw.
        Z niecierpliwością czekam na następną wspólną wyprawę.


        załóżmy, że dziś spotka nas coś miłego
        • del.wa.57 Re: NA CMENTARZU PERE LACHAISE...pożegnanie 05.05.07, 12:57
          Bardzo dziękuje Toskanio,spacer z Toba to wielka przyjemnosć a Paryż.....musze
          tam pojechac koniecznie i zobaczyć choc troche z tego co tu opisałaś.
          Nie każdy potrafi tak opowiadać,przekazac jak Ty Toskanio,to sie czyta z
          zapartym tchem,raz jeszcze dziękujesmile
          • dwa-filary Re: NA CMENTARZU PERE LACHAISE...pożegnanie 05.05.07, 17:13
            Dziękuję.Gdy czytałam te opowieści ,to mój Pan coś ode mnie chciał,Ja tylko
            krzyknęłam :nie ma mnie,jestem w Paryżusmile
            • e-baba Re: NA CMENTARZU PERE LACHAISE...pożegnanie 05.05.07, 22:28
              Już pożegnanie? Szkoda, to były takie piękne spacery. Dziękuję, Toskanio.
              • graga211 Re: NA CMENTARZU PERE LACHAISE...pożegnanie 05.05.07, 23:52
                Toskanio8 jestes WIELKA!!!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka