2 lata temu poznałem kolesia - pracowaliśmy biórko w biurko - więc ciężko
było sie nie poznać

Niesamowity talent [ a to jest jedna z tych rzeczy,
które bardzo cenię i szanuję u ludzi ], ale bardzo "najeżony" - gburowaty,
oschły, wulgrany... "dziwak" mówili o nim. Szybko zorientowałem sie, że jest
to wrażliwy człowiek, który pod maską twardziela i ordynusa chowa wrażliwe
ego. Ponieważ sporo czasu spędzaliśmy razem - dowiadywalismy sie o sobie coraz
więcej. Posłużyłem sie banalnym mechanizmem - odkrywałem kawałek siebie -
człowiek widział, że nie mam zamiaru mu dokopać - więc też stawał się bardziej
ludzki, okazywało się, że [ jak przewidywałem ]koleś jest inteligentny i
wrażliwy ponad przeciętność. Nie minęło pare tygodni, a zakumplowalismy na
dobre, wiedząc o sobie najbardziej niewygodne fakty. Jeżeli miałbym kogoś
określić mianem przyjaciela - to jemu chyba byłoby najbliżej
ale nie o niego tu chodzi. Zastanawia mnie mechanizm , który nazywam
"najeżaniem sie" - chowamy się w pancerze niedostępności, przybieramy jakieś
maski, właczamy mechanimzy obronne żeby tylko nie dać sie zranić, a potem
narzekamy, że nikt sie do nas nie zbliża... Ale jak ktoś ma sie zbliżyć, kiedy
cały czas szczerzymy kły "tak na wszelki wypadek"? Sami sobie fundujemy fosę
wokół siebie a potem płaczemy, że nikt nie chce jej przekroczyć...
po raz kolejny okazało się, że okazując człowiekowi trochę uczucia,
odsłaniając się miekkim podbrzuszem, oswaja sie go - znika gdzieś pozór i
zaczyna się normalna międzyludzka relacja...